Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Piłsudski na niedźwiedziu. Wokół książki „Cham z kulą w głowie”

przeczytanie zajmie 9 min
Piłsudski na niedźwiedziu. Wokół książki „Cham z kulą w głowie” Ilustracja: Magdalena Karpińska

Cham z kulą w głowie nie jest pierwszą książką Ziemowita Szczerka, w której autor szkicuje alternatywny obraz historii. Mało tego – nie jest też pierwszą political fiction pisaną w polskim uniwersum. Jest jednak pierwszą powieścią osadzającą kryminał na tle wielkiej historii, która nigdy się nie wydarzyła. Z tym zastrzeżeniem, że owo fikcyjne tło historyczne gra w tej powieści o wiele większą rolę niż sprawa rytualnych morderstw, którą bada Franciszek Kary – cham z kulą w głowie.

Pomnik polski

Jakiś czas temu internetowe reklamy huknęły: „nowy kryminał Ziemowita Szczerka!”. Żeby była jasność – autor, którego dotychczas znałem z reportaży o Ukrainie i Tajnej historii Słowian, bierze się za kryminał. Jak to, Szczerek ze swoimi opowieściami o polskich „plecakowcach” szukających wrażeń w ukraińskich marszrutkach? O przemytniku pijawek na wschodniej granicy? Ten sam Szczerek ma nagle stać się mroczny i zacząć pisać kryminały jak Mróz albo Miłoszewski? Po krótkim researchu znalazłem inne hasła głoszące, że mało tego – będę miał do czynienia z powieścią noir. I to rozgrywającą się w nie byle jakich warunkach, bo w historii alternatywnej na ulicach i w kamienicach nigdy niezburzonej Warszawy, w świecie, w którym nasi alianccy sojusznicy pomogli nam powstrzymać nazistów.

Do określenia Chama… o wiele bardziej jednak pasowałby termin postnoir – sama konwencja jest tam wielokrotnie ogrywana i traktowana z dystansem. Ot, chociażby pierwsze strony, na których poznajemy głównego bohatera: „Detektyw Franciszek Kary, tak, detektyw o krótkim i mocnym nazwisku, bardzo odpowiednim dla powieści noir, wstaje nie tak znów rano, bo wie, że nie ma się po co spieszyć. Jest jedenasta, a Karego męczy lekki kac. […] Kac, Kary, też jest elementem estetyki powieści noir, więc spokojnie”.

W wielu miejscach można by doszukiwać się paraleli z twórczością Szczepana Twardocha, jego KrólemMorfiną. Pomimo że akcja tego pierwszego rozgrywa się stricte w realiach przedwojennych, odnajdujemy tam bardzo wyraźny wątek relacji polsko-żydowskich (choć nie stanowi on centrum powieści, jak to bywa u Twardocha), niejasnego, eterycznego narratora niemalże rodem z Morfiny, nie brak też szpilki wbitej w nacjonalistów – nieodłącznej kuli u nogi polskiej wielokulturowości. Ironiczny dystans i humor Szczerka wydają się najbardziej jaskrawymi elementami odróżniającymi narrację Chama… nie tylko od Króla, ale, ogólnie rzecz biorąc, od narracji typowej dla Twardocha, opierającej się na wpisywaniu bohaterów w, co by nie mówić, dość banalną, mroczną w swej instynktowności walkę o dominację.

Nie sposób także, czytając o Warszawie niezburzonej, uniknąć skojarzeń z Widmami Orbitowskiego. Szczerek swoją powieścią po raz kolejny (po Rzeczpospolitej Zwycięskiej) wpisuje się w pewien wyraźny trend współczesnej literatury – specyficzne polskie political fiction polegające na dialogowaniu w tej czy innej formie z mitami narosłymi wokół doświadczenia II wojny światowej i czasów przedwojennych.

Na czym więc polega specyfika owego polskiego political fiction w tej postnoirowej powieści? Z jakimi mitami dialoguje Cham…? Szczerek to czujny obserwator świata zewnętrznego, przede wszystkim tkanki architektonicznej, która niemal zawsze jest jednym z kluczowych elementów jego powieści. Najlepiej pokazuje to plastyczny opis nowej, powstałej po krótkiej wojnie ‘39, dzielnicy Piłsudskiego, którą zaprojektował, a jakże, czołowy rzeźbiarz polskiej mocarstwowości – Stanisław Szukalski. Enigmatyczny narrator w swoich retrospekcjach, wzdychając z nostalgią, obdarza kontrowersyjnego artystę wiele mówiącym tytułem nadministra.

Opis jego wytworów, takich jak wieżowce stylizowane na azteckie piramidy z domieszką patriotycznych elementów (po piramidach pełzają Quetzalcoatle z głowami wybitnych Polaków) i rzeźby marszałka Piłsudskiego w lamparciej skórze na niedźwiedziu, prócz tego, że zwyczajnie bawi, wydaje się też prowokacyjnym stwierdzeniem: nasz kicz, nasze zamiłowanie do pompatyczności i kompleksy przerobione na fałszywe przekonanie o naszej wyjątkowości wcale nie są wynikiem drugowojennej traumy, w co wielu z nas karmionych tanią martyrologią wierzy. Tkwią one gdzieś głębiej, w niezbadanych dotąd zakątkach polskiej tożsamości.

Szczerek stwarza przede wszystkim szeroką przestrzeń do refleksji nad naszą narodową martyrologią. Linia fabularna kryminału wydaje się wtórna wobec samego obrazu społeczeństwa. Warto, byśmy wykorzystali tę okazję do pochylenia się nad własną tożsamością, a przede wszystkim do tego, byśmy przestali lamentować nad szkodami, jakie przyniosła nam II wojna światowa. W tym celu Szczerek prowokacyjnie buduje świat, w którym II wojny światowej nie było. Nie było – znaczy nie dotarła do pewnych przestrzeni polskiej mentalności, a kiczowaty pomnik polskiej mocarstwowości jak stał przed wojną, tak stoi do dziś. Nie zdołały go obalić bombowce ani niemieckie działa, dlatego że tkwi zbyt głęboko w nas samych. I wyrasta na fundamentach tego, co w ludzkiej i narodowej psychice najbardziej intymne – na dawnych, zdawałoby się, zapomnianych już traumach.

Jak powszechnie wiadomo, political fiction zazwyczaj odsłania ciemne strony społeczeństwa. Cóż więc mówi o naszym Cham…? Czy dość powiedzieć, że w powieściowej Polsce panuje coś na kształt wojskowej junty z marszałkiem Snardzem i jego adiutantem, księciem litewskim herbu Bycza Głowa, z wielką rezydencją pod Warszawą, której dach wieńczy niemal równie wielka bycza głowa z marmuru? Czy należy wspomnieć jeszcze o San Fernando, nic niewartej kolonii, którą Hiszpania wspaniałomyślnie odstąpiła swej rozkapryszonej sojuszniczce?

Polska, rządzona bardziej przez frazes niż przez samą juntę, jest w powieści kapryśna, irytuje alianckich sojuszników swoją bezczelnością, a jedyny sojusz, jaki traktuje poważnie, to ten samej siebie ze sobą. Zarys polskiego społeczeństwa nie jest jednak banalnie jednolity – żyją w nim różne stronnictwa, od skrajnej prawicy po skrajną lewicę. Między grupami narodowościowymi Warszawy wybuchają konflikty, ale równocześnie grupy te przenikają się i zgodnie ze sobą współżyją, od czasu do czasu docinając sobie po przyjacielsku. Tu znowu jestem zmuszony jako kontrprzykład podać Króla Twardocha, w którym wielokulturowość to niemal wyłącznie wrogie, nienawidzące się obozy dobrych i złych, które mogą się co najwyżej pookładać po mordach. Szczerek przedstawia swoich bohaterów, przeważnie ćpunów i degeneratów, z uśmiechem politowania. Nie robi z nich ludzkich zwierząt uwikłanych w darwinowską walkę o przetrwanie. Przeciwnie – prawym sierpowym parodii dostają tu wszyscy. Krwioziemcy ganiają po mieście w maskach Mickiewicza, młodzi lewicowcy zwracają uwagę staremu socjaliście, że swoim przekleństwem obraził „osoby murzyńskie”, po czym narrator odwraca się z uśmiechem do głównego bohatera i mówi: „No widzisz, Kary, bękarcie, chamie ze wsi, tak to wygląda”. Chciałoby się powiedzieć, że pomimo swojego postnoirowego klimatu nie jest to powieść czarno-biała. Wyciąga na wierzch nasze kompleksy, ale robi to z dystansem, który pozwala spojrzeć z góry na społeczeństwo i uświadomić sobie, że jest ono częścią opowieści, w której, chcąc nie chcąc, również i my bierzemy udział.

Cześć i chwała Buenos Aires!

Cham z kulą w głowie przypomina nam również o jeszcze jednym, bardzo istotnym aspekcie polskości. Jest nim polska wielokulturowość, coś, co zawsze stanowiło nieodłączny element towarzyszący naszej drodze przez dzieje, a którego tak często nie chcemy dostrzegać lub po prostu nie poświęcamy mu należytej uwagi. Polska przez wieki stanowiła miejsce życia dla całej gamy kultur – żydowskiej, ruskiej (ukraińskiej), ormiańskiej. Ta wielokulturowość, a szczególnie jej wczesnojagiellońska recepcja, stanowiła najlepszy dowód na to, że jest to państwo cywilizowane, nie zaś plemię okopujące się w swoim obozie i uciskające wszystko, co inne. Zacieranie się owej refleksji, owego symbolu cywilizacji w naszym narodowym imaginarium, który dziś sprowadziliśmy wyłącznie do roli przypinki na wstędze polskiej historii, podpisanej jako „mit Rzeczypospolitej”, zamyka możliwość jakichkolwiek intelektualnych wysiłków.

Skąd ta dygresja? W Chamie… Ziemowit Szczerek w prosty sposób udowadnia, jak bardzo irracjonalnym rozwiązaniem dla Polski w jej położeniu jest nacjonalizm. Nacjonalistyczny reżim Snardza nie tylko kipi od antysemityzmu, ale również toczy wojnę z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, sącząc przez reżimowe media toporną propagandę, by w konsekwencji sprowadzić na swoje państwo katastrofę. Rządzące elity groteskowo ufają w siłę swojego frazesu, lecz są zupełnie jałowe w działaniu. Trudno nie skojarzyć ekipy Snardza i Byczej Głowy z postpiłsudczykowską sanacją. I nie wygląda to na zwykły przypadek. To wtedy właśnie, tuż przed wojną, państwo polskie burzyło ukraińskie cerkwie na Wołyniu, wtedy zostało wprowadzone getto ławkowe dla żydowskich studentów, wtedy władza zaczęła łasić się do nacjonalistów w sposób na tyle perfidny, że najzwyczajniej samobójczy. Ten sam mechanizm możemy zaobserwować u Snardza i Byczej Głowy. Płynie z tego prosty i oczywisty przekaz: nacjonalizm to dla Polski samobójstwo. I choć przyzwoitość każe zaznaczyć, że w historii rzeczywistej idee autorytarne i nacjonalistyczne stanowiły w XX w. tendencję ogólnoeuropejską, nie zaś wyłącznie polską – nie uniknęli jej zresztą także Ukraińcy czy polscy Żydzi – to jeżeli chcemy mieć wpływ na kształt państwa i formować otaczający nas świat, nie możemy zdawać się na kontynentalne trendy ani tym bardziej usprawiedliwiać nimi minionych grzechów.

Nie zapominajmy jednak o autorze, szczególnie o jego zamiłowaniu do przewrotności. Nie byłby sobą, gdyby i tego porządku nie wywrócił do góry nogami. W pewnym momencie historii krwioziemcy, maszerując przez Warszawę w swoich maskach Mickiewicza, zaczynają wznosić hasła… braterstwa w cierpieniu Polaków i Żydów. Cóż, Szczerek ewidentnie lubi sobie pożartować. Prawdą jest jednak to, że bez naszych mniejszości narodowych nigdy nie zaistniałyby takie ośrodki kultury, jak Lwów, Wilno, Kraków czy Warszawa, która na tylnej okładce książki otrzymuje przydomek „Buenos Aires Słowiańszczyzny”. Bez mniejszości narodowych nie zaistniałaby Polska, jaką znamy.

Niestety, w przestrzeni publicznej jeszcze parę lat temu często było słychać głosy o tym, jak to dobrze, że jesteśmy „czyści etnicznie”, bo na pewno bylibyśmy ze swoimi mniejszościami skonfliktowani. Jest to świetny przykład zanikania obrazu współistnienia, topienia go w brutalnym doświadczeniu XX wieku. Współistnienie, choć nieraz problematyczne, stanowiło przecież o nas jako o Polakach, napędzało naszą kulturę w zdrowej konkurencji z innymi, orbitującymi wokół tego samego ośrodka. To z tego współistnienia narodziła się idea jagiellońska, to ono formowało takich ludzi, jak Kościuszko, Piłsudski, Giedrojć i wielu innych wybitnych Polaków. W ostatnich latach nasza monoetniczność została przełamana, przede wszystkim przez imigrantów z Ukrainy i Białorusi. I całe szczęście, że do tego doszło. Stwarza to okazję, by na nowo przywrócić polskiemu umysłowi świadomość posiadania unikalnej wielokulturowości. W czasie, gdy Polska ponownie, acz powoli, staje się przestrzenią koegzystencji narodów regionu, powieści takie, jak Cham z kulą w głowie robią z narodową wyobraźnią dokładnie to, co należy – przypominają, że bycie gospodarzem dla wspólnej przestrzeni z Ukraińcami czy Białorusinami powinno stanowić raczej powód do dumy niż strachu. Bo my to wszystko przecież znamy, polskość leży niezwykle blisko pigmentów tych narodów – musimy tylko sobie przypomnieć.

***

Szczerek napisał książkę, o której z pewnością można powiedzieć, że jest ważna. W każdym razie niemniej niż chociażby wspomniane Widma Orbitowskiego. Cham z kulą w głowie jest wciągającym i umiejącym zaimponować swoją plastycznością obrazem mającym jednocześnie potencjał do otwarcia niekończącej się dyskusji o tym, kim jesteśmy jako Polacy, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy jako ludzie takiej, a nie innej kultury, co po drodze przez dziejowe szlaki zgubiliśmy i czy cokolwiek na tej drodze możemy coś zyskać. Mamy własną mitologię – wciąż opowiadaną na nowo, wznawianą i porzucaną przez artystów, nigdy jednak nieodchodzącą na zawsze. I bardzo dobrze. Bo póki istnieje mit, istnieje i Polska.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.