Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dlaczego mogę mówić do Margot „Panie Michale”, nikogo nie obrażając

Dlaczego mogę mówić do Margot „Panie Michale”, nikogo nie obrażając Marc Chagal, Adam i Ewa, źródło: Wikipedia

Na marginesie aresztowania Margot i w konsekwencji manifestacji środowisk LGBT wielu komentatorów tych wydarzeń miało wielki problem, jak mówić o głównym ich bohaterze. No właśnie – TEN Michał czy TA Margot? Najbardziej groteskowa była sytuacja związana z Radiem Nowy Świat, w którym jego prezes, Piotr Jedliński, w emocjonalny sposób podważał sens używania żeńskich form gramatycznych wobec Michała Sz., po czym stacja wystosowała oficjalne oświadczenie, odżegnując się od zdania swojego szefa, który w następstwie zarzutów o homofobiczność zrezygnował ze swojej funkcji. Jaki więc powinien być stosunek językowych konserwatystów wobec osób deklarujących się jako niebinarne?

Osoba niebinarna to taka, która swoją tożsamość płciową określa poza sztywnym podziałem na kobiety i mężczyzn. Funkcjonuje kilka wariantów takiej identyfikacji. Będą to osoby twierdzące, że mają więcej niż jedną płeć (bigender, trigender, pangender), deklarujące, że nie posiadają żadnej płci (agender) lub sądzące, że ich identyfikacja płciowa jest płynna (genderfluid). Jak możemy często usłyszeć, to od wyboru takich osób zależy, jak mamy się do nich zwracać – rodzajem nijakim, męskim czy żeńskim. Jeśli z pełną świadomością będziemy posługiwali się nieodpowiednią formą gramatyczną, to wówczas dopuścimy się ponoć przemocy i dyskryminacji. Postaram się wytłumaczyć, dlaczego uważam, że jest to nieprawda. Na mocy swojego światopoglądu, zachowując szacunek dla osób deklarujących niebinarność, mogę zwracać się do nich zgodnie ze swoim sumieniem.

Co w tym coraz bardziej powszechnym dziś rozumowaniu jest źródłem sporu? Po pierwsze, osoby niebinarne mają obiektywny problem ze strukturami języka polskiego. Rodzaj nijaki zawiera negatywne wartościowanie (to człowiek, a nie to coś), rodzaj jednoznacznie męski lub żeński również nie jest adekwatny do żadnego z wymienionych wyżej wariantów osoby niebinarnej. Odpuszczając rodzaj nijaki, który nieodłącznie kojarzy się z dehumanizacją, pozostają dwie opcje: albo wolny wybór formy męskiej lub żeńskiej przez człowieka deklarującego niebinarność, albo wolny wybór formy gramatycznej zgodnie z przyporządkowaniem, nazwijmy to, wrażeniowym dokonanym przez innych – tzn. spotykam taką osobę i, tak jak czynię to ze wszystkimi innymi ludźmi, dzięki zaobserwowaniu biologicznych cech uważanych za męskie lub kobiece zwracam się do niej odpowiednio per on lub ona, per pan lub pani.

Zaletą pierwszej opcji jest zgodność woli osoby niebinarnej z tym, jak się do niej zwracamy. To bardzo istotny plus. Każdy chce, aby inni postrzegali nas jako takiego człowieka, za którego sami siebie uważamy. Pewnym analogicznym przykładem poza kontekstem płci (i dlatego cennym, choć zdecydowanie mniej poważnym) jest próba zakupu przez bardzo młodo wyglądającego, ale dorosłego człowieka papierosów lub alkoholu. Podejrzewam, że w dużo większej skali dyskomfortu, ale jednak dyskomfortu analogicznego, może znaleźć się osoba identyfikująca się jako niebinarna, do której ktoś zwraca się wbrew jej woli. Jednak obiektywną wadą tej opcji jest to, że trzeba znać tego człowieka, żeby go nie obrazić, lub przy każdej, nawet najbardziej banalnej sytuacji społecznej nie pytać: Przepraszam, jak mam się do Ciebie zwracać, bo nie za bardzo wiem, jaki zaimek do Ciebie pasuje? Jednak to również może zostać odebrane jako przemoc. Bo w końcu, czy to nasza sprawa, jak ktoś wygląda?

Jak widać, na mocy samych mechanizmów rządzących naszym językiem osoba deklarująca niebinarność zawsze może sądzić, że jest dyskryminowana. A nawet więcej – osoba przyznająca się do swojej niebinarności zgadza się jednocześnie na językową nieadekwatność swojego istnienia. Jest dyskryminowana nie tylko przez ludzi, ale również przez obiektywne struktury języka. I tak jak w przypadku młodej, dorosłej osoby chcącej kupić używkę wystarczy pokazanie dowodu osobistego, tak tutaj urzędowy legalizm jeszcze pogarsza sprawę. Można to zresztą zaobserwować w poniższym materiale:

Zaletą drugiej opcji jest zgodność między regułami języka polskiego, powszechnym społecznym doświadczeniem i światopoglądem tych, którzy uważają, że osoby deklarujące niebinarność są dotknięte fundamentalną dysharmonią, a płeć nie podlega w całości wyborowi. Człowiek jest bowiem psychofizyczną jednością, a przekonanie osoby – chociażby nie wiem jak silne – tutaj nie wystarczy. Oczywistą wadą tej opcji jest to, że osoby deklarujące niebinarność postrzegają ten typ światopoglądu jako dyskryminujący, a wypowiadanie go publicznie traktują jako naruszenie ich godności, deptanie wolności osobistej i odmawianie równości w publicznym dyskursie.

Zauważmy jednak, że podobny mechanizm działa również w drugą stronę. Zwolennicy psychofizycznej jedności człowieka, abstrahując kompletnie od tego, że stanowią zdecydowaną większość społeczeństwa, muszą rezygnować ze swojego światopoglądu, aby druga osoba nie czuła się skrzywdzona. Odbierają to, podobnie jak zwolennicy pierwszej opcji, jako dyskryminację. Jeśli ktoś każe im nazywać osobę deklarującą niebinarność wbrew tożsamości płciowej nadanej jej z urodzenia, to taki nakaz uznają za rodzaj indywidualnej krzywdy. Krzywdy, która dotyka ich bezpośrednio ze strony osób uznających się za niebinarne i tych, które uznają takie stanowisko za prawdziwe.

Dla osób reprezentujących tradycyjny światopogląd niebinarność jest zaburzeniem, dawaniem wiary w swoje własne emocje kosztem oczywistych, biologicznych faktów. Narzucanie języka afirmującego te zaburzenie i traktującego je jako normę oznacza negację nie tylko reguł języka, ale też wartości, na których ten język został zbudowany. Takim poglądom również bardzo często odmawia się równości w dyskursie publicznym. Nawet niewielka z pozoru sprawa, jaką jest rezygnacja z formy językowej, stanowi przekroczenie granicy tolerancji.

Mamy dziś tendencję do myślenia plemiennego. My kontra oni. Jednak w rzeczywistości społecznej to konkretny człowiek spotyka drugiego konkretnego człowieka. Jeśli każdy na mocy wolności słowa i własnego sumienia może zadeklarować swoją niebinarność, to też każdy, kto uważa niebinarność za zaburzenie, ma prawo nazywać innych zgodnie ze swoim światopoglądem.

Chciałbym odpowiedzieć na zarzuty, które na pewno padną. Pierwszy dotyczy analogii do nazywania kogoś Murzynem. Słowo to uznawane jest przez zdecydowaną większość czarnoskórych osób posługujących się językiem polskim za obraźliwe. Jednocześnie wiele osób w Polsce nadal go używa, mówiąc, że przecież nie są rasistami. Racja, która stoi za użyciem tego słowa, zwykle jest jedna – „przecież tak się mówiło zawsze”. Faktycznie, etymologia sięga wielu wieków wstecz, słowo pochodzi ponoć od Maurów. Było więc raczej kategorią określającą pewną społeczność, a nie kolor skóry. To jednak żaden argument. Język jest strukturą dynamiczną, która zmienia się w czasie. Dlatego zmieniają się też znaczenia. Jednocześnie jednak słowo Murzyn nie zaprzecza logice języka, nie podważa jego strukturalnych założeń, a bycie Murzynem, jeśli wierzyć, że osoby używające tego słowa nie są rasistami, nie nazywa zaburzenia, czegoś zaprzeczającego biologicznym faktom.

Jest to więc analogia zbyt niedokładna. Zwraca jednak uwagę na fakt zmienności języka. Przecież może się okazać, że żyjemy w przełomowych czasach i skoro osoby deklarujące niebinarność zaczynają funkcjonować w debacie publicznej, to za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat doczekamy się nowych zaimków i nowych form w języku. To hipotetycznie możliwe, ale wydaje się trudne do wyobrażenia. Zaprzecza bowiem samym podstawom naszego sposobu komunikacji.

Po drugie, światopogląd zakładający psychofizyczną jedność, nigdy nie zaakceptuje aprobatywnego sposobu mówienia o osobach deklarujących niebinarność. Zmienność języka w tym aspekcie go nie dotyczy. To przeczy logice i dotyka, podobnie jak na poziomie językowym, podstawowych norm społecznych praktykowanych przez zdecydowaną większość naszego, i nie tylko naszego, społeczeństwa.

Aby uratować ten przykład, trzeba byłoby stwierdzić, że ludzie używający słowa Murzyn są nieświadomymi rasistami, tak samo jak nieświadomymi genderowymi ksenofobami są osoby wyznające psychofizyczną jedność. Jednak stawianie znaku równości między rasizmem i psychofizyczną jednością jest nieporozumieniem. Jeśli ktoś tak uważa, to znowuż, w mojej ocenie, dopuszcza się dyskryminacji.

Drugi zarzut, który zapewne się pojawi, dotyczy żeńskich końcówek nazywających zawody i funkcje. Tutaj w większości osoby o tradycyjnym światopoglądzie również nie mają o co kruszyć kopii. Pewne zawody i funkcje tradycyjnie przypisywane mężczyznom dziś zajmowane są przez kobiety. Za zmieniającą się rzeczywistością z pewnym opóźnieniem podąża język. Jednak taki mechanizm jest w pełni kontrolowany przez reguły gramatyczne i nie podważa podstaw jakiegokolwiek racjonalnego światopoglądu.

To jednak przykład o tyle wartościowy, że pokazuje różnicę między tożsamością niebinarną a zmieniającymi się w czasie rolami płciowymi. Dla zwolenników jedności psychofizycznej esencjalizm dotyczy wyłącznie równości płci biologicznej i psychicznej. Płeć kulturowa natomiast, a więc role społeczne, jakie kobieta i mężczyzna pełnią, może ulegać nawet znacznym zmianom w czasie.

Trzecim możliwym zarzutem jest skala zachowania dyskryminującego. Co innego rezygnować z formy językowej, a co innego odmawiać komuś prawa do istnienia – mogą stwierdzić osoby o lewicowo-liberalnym światopoglądzie. Po pierwsze, nikomu prawa do istnienia nie odmawiam, a jedynie podważam prawdziwości uznania poglądu, który neguje podstawową prawdę, na której oparłem swój własny. Nie twierdzę, że Margot nie ma prawa istnieć, ale że dla mnie to po prostu Michał lub, jeśli brać pod uwagę pseudonim, TEN Margot. Po drugie, podobnie mógłbym stwierdzić, że i mnie odmawia się prawa do istnienia co najmniej w debacie publicznej, umieszczając mnie w tym samym worku, do którego wkłada się rasistów, co do których słusznie wolność słowa została ograniczona. Gdyby lewica była konsekwentna, musiałaby uznać, że argument z prawa naturalnego jest taka samo zły jak argument z koloru skóry.

Ostatni zarzut dotyczy kontekstu naukowego. Oddajmy głos Dominikowi Haakowi, psychologowi specjalizującemu się w seksuologii, który pracuje z osobami niebinarnymi: „Tożsamość płciowa jest wrodzona, nie kształtuje się pod wpływem muzyki, filmów czy kultury. Zawsze w społeczeństwie jest mniej więcej tyle samo osób trans, tylko teraz mamy sposobność, żeby to ujawnić i o tym mówić. To jest prawdziwy powód, dlaczego niektórym wydaje się, że obecnie panuje »moda na bycie LGBT+«. Warto pamiętać, że w biologii występuje interpłciowość, a więc nie jest to wymysł żadnej ideologii. W innych kulturach jest też coś takiego, jak »trzecia płeć«. W Indiach, Bangladeszu czy na Hawajach są takie społeczności, które w ramach grupy etnicznej, wyróżniają inne płcie. Nawet w Niemczech czy Nowej Zelandii jest taka opcja, by np. w dowodzie wpisywać »X« zamiast »mężczyzna« lub »kobieta«”.

Oddzielmy najpierw poglądy naukowe od osobistych opinii Haaka. Rzeczywiście transpłciowość jest zjawiskiem biologicznym, tzn. że osoby takie istnieją, mają realnie problemy z niedostosowaniem swojej tożsamości do języka i obyczajów panujących w polskim społeczeństwie, ale problemy te wynikają z fundamentalnej psychologicznej niezgody wobec tego, czym jest ich ciało fizycznie. Z samego uznania realności problemu nie wynika jeszcze, że jestem zobowiązany do uznania, że go nie ma. Trudno mi podważać istnienia odrębnych nazw i kategorii, które osobom niebinarnym są nadawane w innych kulturach. Takie poglądy jednak nie negują istnienia ideologii, jaka jest na nich budowana, a więc konkretnych celów stojących za środowiskiem osób niebinarnych należących często do szerszej kategorii osób LGBTQIA+. Tymi celami są chociażby zmiana języka, prawa stanowionego czy kształtu edukacji. Podkreślam, że osoby reprezentujące ten typ światopoglądu mają pełne prawo do lobbowania na rzecz swoich rozwiązań, nie mają jednak prawa mówić, jak mam myśleć.

Jedność psychofizyczna jest założeniem klasycznej antropologii. Pokazuje, że to wzorzec, norma, pożądany stan. Dysforia (czy też dysharmonia płciowa) jest natomiast realnym zjawiskiem, które jednak wykracza poza to założenie, jest z nim sprzeczne. Jedność psychofizyczna nie jest poglądem będącym w sprzeczności z naukami przyrodniczymi, należy bowiem do zupełnie innej kategorii rozważań. To pogląd filozoficzny, który zawiera jasne wartościowanie – mówi co jest dobre, a co złe w oparciu o przesłanki niemożliwe do uzgodnienia dzięki naukom pozytywnym.

Każdy wynik nauki empirycznej, a szczególnie takiej nauki, która dotyczy problemów bioetycznych, potrzebuje oparcia na jakimś fundamencie aksjologicznym. Fundamentem aksjologicznym poglądu o psychofizycznej jedności człowieka jest prawo naturalne. Nie miejsce i czas na wykład o tym, jednak można zadać pytanie drugiej stronie: Na jakim założeniu oparty jest Wasz afirmatywny stosunek do osób niebinarnych? Nie pytam złośliwie, po prostu wyłóżmy karty na stół. Przyznajmy w końcu, że ukrywanie się za parawanem naukowości nie wyczerpuje tematów aksjologicznych, a hołdowanie takiemu oświeceniowemu poglądowi jest po prostu anachroniczne.

***

Podsumowując, mamy do czynienia z sytuacją, w której obie strony czują się dyskryminowane, a jednocześnie odmawiają tego uczucia swoim ideologicznym przeciwnikom. Dlatego ani nie da się z tego konfliktu zrezygnować, ani go jednoznacznie rozstrzygnąć. Jak każdy spór w wojnie kulturowej i ten nie może być konkluzywny. Żadna ze stron nie wyobraża sobie kompromisowego rozwiązania. To, czego jednak należy unikać, to upatrywanie w ideologicznym przeciwniku śmiertelnego wroga. Nawet z góry nierozstrzygalna dyskusja jest bardziej sensowna niż przemoc. I nie mam tutaj na myśli przemocy dyskursywnej. Brak uznania osobowości niebinarnej jako normy nie musi oznaczać braku zwykłej, ludzkiej życzliwości. I dotyczy to również tych, którzy prawo naturalne nazywają absurdem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.