Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Coming-out „homofoba”. Trzy zagrożenia dla polskiej rodziny ważniejsze niż „ideologia LGBT”

Coming-out „homofoba”. Trzy zagrożenia dla polskiej rodziny ważniejsze niż „ideologia LGBT” Źródło: nowakowska_kinga - flickr.com

Nie trzeba być entuzjastą politycznej agendy zwolenników rewolucji kulturowej spod tęczowej flagi, by dostrzec, że polaryzowanie dziś kampanii prezydenckiej wokół „ideologii LGBT” to zły pomysł. Służy to dziś wyłącznie kampanijnej kalkulacji, a długofalowo może wręcz osłabić potencjał do zachowania cywilizacyjnego konsensu wypychając jakąś część konserwatywnych, a z pewnością istotną część światopoglądowo biernych krytyków „dobrej zmiany” do obozu zwolenników fałszywego „postępu”. Co gorsza jednak – sprowadza dyskusję o kluczowym problemie przyszłości rodziny w Polsce do zjawisk negatywnych, ale marginalnych. Tymczasem prawdziwe zagrożenia czyhają zupełnie gdzie indziej, niż w karykaturalnej wizji edukatorów Trzaskowskiego seksualizujących nasze dzieci.

Spowiedź „homofoba”

Zacznę od nieco prywatnego wyznania – swoistego „coming outu homofoba”, bo dotąd swoich opinii na ten temat publicznie nie prezentowałem. Moje poglądy na kwestie związane z polityczną, prawną i kulturową agendą ruchów LGBT i ich sojuszników radykalnie wykraczają poza ramy „dobrego smaku”, „zwykłej ludzkiej przyzwoitości” i „cywilizowanych poglądów”, gdy spojrzeć na nie z perspektywy liberalno-lewicowych komentatorów. W zupełności wystarczają, by w tym dominującym nurcie debaty uznać same poglądy za „bigoterię” czy „średniowiecze”, a mnie – za „homofoba”.

Odnośnie do samego postrzegania homoseksualizmu (ale też szerzej – do innych postaw nieheteronormatywnych) powtarzam po prostu za Katechizmem Kościoła Katolickiego, że „akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane”, „są one sprzeczne z prawem naturalnym”, „nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej”, „w żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane” (KKK 2357), a także, że „osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej” (KKK 1269).

Gdy chodzi o stosunek do postulatów dot. wprowadzenia do systemu prawnego instytucji homoseksualnych para-małżeństw moje poglądy właściwie najlepiej oddaje przypominane jakiś czas temu przez Klub Jagielloński stanowisko Kongregacji Nauki Wiary sporządzone jeszcze przez kard. Josepha Ratzingera. Zgadzam się, że „dla poparcia legalizacji związków homoseksualnych nie można przywoływać zasady szacunku i niedyskryminacji wobec każdej osoby. Bowiem czynienie różnic między osobami albo odmowa uznania prawnego czy przyznania pewnego świadczenia społecznego nie są dopuszczalne tylko wtedy, gdy pozostają w sprzeczności ze  sprawiedliwością. Nieprzyznanie statusu społecznego i prawnego małżeństwa formom życia, które nie są i nie mogą być małżeńskimi, nie przeciwstawia się sprawiedliwości, ale przeciwnie, jest przez nią wymagane”. Przekonuje mnie też, gdy „Kościół naucza, że szacunek dla osób homoseksualnych nie może w żadnym wypadku prowadzić do aprobowania zachowania homoseksualnego albo do zalegalizowania związków homoseksualnych. Wspólne dobro wymaga, aby prawa uznawały, popierały i chroniły związki małżeńskie jako podstawę rodziny, pierwszej komórki społeczeństwa”.

W kontekście krajowej dyskusji prawno-politycznej sądzę, podobnie jak choćby prezydent Andrzej Duda, że jedynym dopuszczalnym z perspektywy dobra wspólnego rozwiązaniem jest ewentualne wprowadzenie życiowych ułatwień dla „osób najbliższych”, które dostępne byłyby również dla trwałych i związanych z trwałym wspólnym pożyciem związków homoseksualnych. Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem nie tylko prób – niekonstytucyjnych w opinii mojej, ale też co dużo istotniejsze, w opinii większości polskiej doktryny konstytucyjnej – zrównania praw par homoseksualnych z małżeństwami, ale też ustanowienia jakiejś osobnej instytucji prawnej rejestrowanego przez państwo „związku partnerskiego”.

Co prawda uważam też zgodnie ze stanowiskiem Kościoła, że nie wolno w publicznej dyskusji i prywatnych postawach zapominać o tym, że odnośnie do osób o skłonnościach homoseksualnych „powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (KKK 2358). Choć nie sądzę, że obroni to dziś kogokolwiek przed zarzutami homofobii czy postawy dyskryminacyjnej.

Straszenie ideologią LGBT to błąd taktyczny i fundamentalny

Dopiero po takim wyznaniu przejść mogę do rzeczy – a więc bieżącej dyskusji wokół zagrożeń „ideologią LGBT” wznowionej ogłoszeniem w toku kampanii przez prezydenta Andrzeja Dudę „Karty Rodziny”, a w ostatnich dniach sprowadzonej do poziomu bliskiego rynsztoka.

Decyzję o politycznej polaryzacji w tym temacie uważam za błędna z dwóch powodów – pierwszy ma naturę taktyczną, drugi zaś fundamentalną. Taktycznie ogniskowanie sporu politycznego wokół sporu światopoglądowo-cywilizacyjnego uważam długofalowo za przeciwskuteczne. Fundamentalnie – stawiam tezę, że nadmierne podkreślanie zagrożeń ze strony ruchu LGBT nieproporcjonalnie eksponuje marginalny z perspektywy polskich rodzin problem. Tym samym odciąga uwagę od tego, co dziś naprawdę stanowi egzystencjalne dla nich zagrożenie w perspektywie maksymalnie kilku dekad.

Zacznijmy od wątku taktycznego. Z perspektywy konserwatysty największym błogosławieństwem polityczno-kulturowym Polski jest fakt, że w przeciwieństwie do innych społeczeństw Zachodu wciąż centrum polskiej opinii publicznej mieści się na centroprawicy. Polacy, również ci odlegli od Kościoła Katolickiego, w swej masie wciąż częściej opowiadają się za tradycyjnym modelem rodziny i dość konserwatywnymi wartościami. Grono takich „umiarkowanych konserwatystów” – konserwatystów przynajmniej w porównaniu z innymi zachodnimi społeczeństwami – mocno wykracza ponad prosty podział polityczny.

To właśnie fakt, że Polacy pozostają sceptyczni wobec agendy kulturowo-cywilizacyjnej rewolucji sprawił, że przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego nie przeprowadzono w Polsce radykalnych projektów tzw. światopoglądowych. Nie tykano w praktyce ustawodawstwa dot. ochrony życia i upadały projekty wprowadzenia do porządku prawnego instytucjonalnej formy związków partnerskich.

Oczywiście, po kolejnych skutecznych działaniach na rzecz wypchnięcia z Platformy Obywatelskiej konserwatystów (w uproszczeniu – od Jana Rokity przez Jarosława Gowina aż po Marka Biernackiego) trudno dziś uznać tę partię za formację „kulturowego status quo”.

Nie zmienia to jednak faktu, że polaryzowanie dziś debaty „albo jesteś za PiS i Andrzejem Dudą, albo za ideologią LGBT” wpycha wiele osób w objęcia obozu fałszywego „postępu”. To właśnie największe zagrożenie dwubiegunowej sceny politycznej, przed którym od dawna przestrzegamy. Sympatie i nastroje polityczne w warunkach radykalnej polaryzacji zaczynają „ujednolicać” wyborców dwóch zwaśnionych plemion również w tych sprawach, w których teoretycznie obozy mogłyby zachować wewnętrzną różnorodność.

Wśród wyborców krytycznych dziś wobec „dobrej zmiany” mamy co najmniej trzy znaczne grupy wyborców potencjalnie stojących po stronie konserwatywnego modelu rodziny. Po pierwsze, to pewnie większość wyborców Konfederacji i Krzysztofa Bosaka. Po drugie, to istotna część elektoratu PSL-Koalicji Polskiej i Władysława Kosniaka-Kamysza. Po trzecie, to wreszcie jakaś – śmiem twierdzić, że istotniejsza niż wydaje się wielu prawicowym komentatorom, ale i samemu kandydatowi – część potencjalnych wyborców Szymona Hołowni.

Stawianie ich dziś przed fałszywą alternatywą wyboru między wsparciem PiS i drugą kadencją Andrzeja Dudy a wizją kulturowej rewolucji może ich długofalowo uczynić niewrażliwymi na doniosłość tematów zwanych światopoglądowymi. Jeśli krytyka wobec obozu władzy będzie w nich narastała – a taka jest natura demokracji, że wcześniej czy później ocena rządzących pogarsza się, czasem nawet niezasłużenie – to takie pakietowanie może skłonić ich w imię politycznej taktyki do poparcia obozu, który rzeczywiście z polityczną ekspozyturą ruchu LGBT będzie szedł pod rękę.

Co jeszcze istotniejsze, kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie są najważniejszymi dla większości Polaków. Wywołują ogromne emocje, bo aktywizują ekstrema sceny politycznej. Jednocześnie w centrum opinii publicznej jest szereg wyborców uważających je za umiarkowanie istotne. Jest pewną poniekąd cenną swoistością tego polskiego „umiarkowanego konserwatyzmu” uznanie kwestii tożsamościowych, w tym również preferencji seksualnych i stosunku do politycznych postulatów ruchu LGBT, za sprawy prywatne.

Pakietowanie i polaryzowanie właśnie po tej linii może sprawić, że część takich osób deklarujących daleko idący sceptycyzm wobec obozu „dobrej zmiany” w ramach umacniania własnej tożsamości politycznej zwyczajnie zaakceptuje część agendy kulturowej rewolucji. Wyborcy dotąd światopoglądowo irrelewantni uznają w uproszczeniu, że „skoro to fundament tożsamości tak krytycznie przeze mnie ocenianego obozu PiS, to powinienem opowiedzieć się na ich ideowych antypodach”.

Tymczasem swoistą konserwatywną racją stanu obrońców kulturowego status quo, tudzież zwolenników wzmacniania chrześcijańskiej i nie-ponowoczesnej tożsamości Polaków, winno być dbanie o to, by obóz kulturowych konserwatystów lub chociaż kulturowych nie-progresywistów wykraczał daleko poza ramy największego ugrupowania prawicy. Właśnie bowiem obecność wyborców i polityków niechętnych kulturowej rewolucji w obozie dzisiejszej opozycji może długofalowo uchronić nas przed realizacją politycznych postulatów światopoglądowej lewicy.

Właśnie obecność takich środowisk – w postaci konserwatystów w Platformie Obywatelskiej i istotnej grupy polityków PSL – w poprzedniej koalicji rządzącej była gwarantem zachowania w większości kulturowego i bioetycznego status quo.

By było jasne – wciąż uważam za niezbędne występowanie przez prawicę w kontrze do projektów politycznych i prawnych na rzecz naruszania tego status quo. Z radością powitałbym namacalne działania na rzecz poprawy sytuacji rodzin, tak jak większość konserwatystów witała zarówno program Rodzina 500+, jak i prorodzinne działania poprzedniej ekipy rządzącej choćby wydłużające urlopy macierzyńskie. Problem polega na tym, że w tej sytuacji nie mamy do czynienia z osadzoną w konkrecie polityki publicznej „reakcją”, a jedynie „akcją” deklaratywną.

Agenda światopoglądowa nie była i nie musiała być elementem tej kampanii. Ba, jej sercem mógł być potencjalnie ewentualny powrót przez Andrzeja Dudę do postulatu życiowych ułatwień dla osób najbliższych, czego przeprowadzenie w czasie rządów prawicy mogłoby na długie lata oddalić od Polski widmo „odbicia światopoglądowego wahadła”.

Mogę zrozumieć, dlaczego prezydent się na to nie zdecydował – w międzyczasie urosła po prawej stronie konkurencja wobec Prawa i Sprawiedliwości. Niemniej wywoływanie dziś tego sporu w warstwie jedynie kampanijnej i deklaratywnej to niestety nie jest żadna „obrona tradycyjnych wartości”, ale cyniczna polityczna kalkulacja. Wszczynanie takich wojen to rzecz jasna zbójeckie prawo kampanijnych macherów. Ba, nie można wykluczyć, że ten ruch okaże się skuteczny. Jeśli jednak za sporem i deklaracjami nie idzie w praktyce żadne instytucjonalne wzmocnienie praw rodziny – w dzisiejszej sytuacji politycznej może się to okazać po prostu szkodliwe.

Z pewnością zaś sposób, w jaki ta dyskusja jest prowadzona i wyewoluowała aż do niesławnej wypowiedzi posła Czarnka dla wielu osób – nie tylko homoseksualnych, ale ich przede wszystkim – jest krzywdzący i bolesny. Nie mam wątpliwości, że daleko w niej odeszliśmy od postulowanych przez Katechizm „szacunku, współczucia i delikatności”.

Trzy zagrożenia większe niż „ideologia LGBT”      

Tyle taktyki i politycznej bieżączki. Jak już wspomniałem – ze straszeniem „ideologią LGBT” jest jeszcze jeden, dużo poważniejszy problem. Koncentracja prawicy na tym zagadnieniu sprawia, że w debacie publicznej szeroko, a w dyskusji polityczno-społecznej wężej, nie dostrzegamy prawdziwych, fundamentalnych, wręcz egzystencjalnych zagrożeń dla tradycyjnego modelu rodziny w Polsce.

Chciałbym przywołać po krótce trzy, które w największych stopniu wydają mi się być problemem tu i teraz. Śmiem twierdzić, że w najbliższych latach i dekadach z powodów zupełnie innych, niż obecność edukatorów seksualnych w szkołach, będą one zbierać złowrogie żniwo w postawach kolejnych pokoleń wobec tradycyjnego modelu rodziny.

1. Kryzys trwałej relacyjności. Fundamentalną przyczyną zagrożenia dla konserwatywnego modelu rodziny nie jest zagrożenie ze strony „ideologii LGBT”, ale dominujący coraz silniej w kulturze Zachodu, w tym Polski, wzorzec relacji. Celnie opisywał to na łamach „Pressji” redaktor naczelny naszego portalu Piotr Kaszczyszyn wskazując, że narcystyczna relacyjność singlizmu spod znaku Tindera jest radykalnym przeciwstawieniem katolickiej wizji małżeństwa opartego o domniemanie dożywotniości. „Tinderyzacja” relacji to jednak trend najświeższy i najbardziej symboliczny, ale przecież kryzys trwałości małżeństw przeżywamy w Polsce od dekad, a w ostatnich latach zdaje się on przyspieszać. Konsekwentnie spada liczba zawieranych małżeństw i rośnie liczba rozwodów. Na naszych łamach Jacek Kaniewski szacował, że już w połowie mijającej dekady (2014 r.) rozpadało się w Polsce ok. 30% małżeństw, podczas gdy w roku 1984 było to 18%, a dwa pokolenia wcześniej – około 5% z nich.

Wskazanie na jedno źródło takiego stanu rzeczy jest niemożliwe. To najpewniej skojarzony wpływ różnych wzmagających się trendów: sekularyzacji, indywidualizmu, nasilenia problemów i zmian społecznych (poziom zamożności, uzależnienia, problemy psychiczne), dominujących wzorców kulturowych i popkulturowych. Dodatkowo także – przychodzące do Polski z opóźnieniem, szerokie dziedzictwo rewolucji seksualnej lat 60-tych. Jakby jednak nie szukać – trudno uznać, że „ideologia LGBT” jest przyczyną choćby zauważalnego statystycznie odsetka rozpadających się rodzin.

Jakkolwiek radykalnie nie zgadzam się z propozycją mojego redakcyjnego kolegi, by wobec kryzysu trwałej relacyjności dostrzec „konserwatywne” argumenty na rzecz związków partnerskich, to nie mam najmniejszych wątpliwości, że sam kryzys małżeństwa postrzeganego jako związek „aż do śmierci” jest wyzwaniem wielokrotnie istotniejszym, niż jakakolwiek część politycznej agendy ruchu LGBT.

2. Rosnąca polaryzacja między młodymi mężczyznami i młodymi kobietami. Z rozmaitych badań politycznych prowadzonych w ostatnich latach wynika, że radykalnie rośnie polityczna polaryzacja między młodymi mężczyznami i młodymi kobietami. W pewnym uproszczeniu można zauważyć, że wśród młodych mężczyzn możemy zauważyć rosnącą nadreprezentację poglądów wyraziście prawicowych (i np. poparcia wiosną 2019 roku dla Konfederacji), wśród młodych kobiet – rosnącą nadreprezentację poglądów wyraziście lewicowych (i np. poparcia wiosną 2019 roku dla Wiosny Roberta Biedronia).

Pół biedy, gdyby ta polaryzacja ograniczała się do politycznych sympatii. Wiele wskazuje jednak na to, że między dziewczynami i chłopakami rośnie rów nieporozumienia na płaszczyźnie wartości, wrażliwości i aspiracji. To potężne zagrożenie, bo długofalowo będzie sprawiało, że młodzi ludzie… będą mieli coraz większy problem ze znalezieniem dla siebie życiowego partnera.

Na to nakładają się – a być może są nawet tego stanu rzeczy przyczyną – inne demograficzno-statystyczne różnice. Młode kobiety są lepiej wykształcone, częściej zorientowane na rozwój i karierę. W efekcie – kobiety mają problem ze znalezieniem partnerów, którzy odpowiadali by ich oczekiwaniom, o czym mówiła i pisała kilkukrotnie ekspert Klubu Jagiellońskiego dr Małgorzata Stefanowicz. Do tego dochodzi wreszcie wskaźnik najbardziej banalny, ale uderzający – feminizacji polskich miast. Młode kobiety znacznie częściej niż młodzi mężczyźni migrują z mniejszych ośrodków do wielkich miast. „Podczas gdy w największych miastach już dziś na 100 mężczyzn przypada 130 kobiet, to na prowincji ten odsetek jest odwrotny. W rezultacie wiele kobiet i mężczyzn będzie skazanych albo na samotność, albo wchodzenie w nietrwałe związki” – zwracał uwagę na naszych łamach dr Marcin Kędzierski. W efekcie, jak zauważył jakiś czas temu na łamach „Dziennika Polskiego” Zbigniew Bartuś – Warszawa, Łódź, Poznań, Lublin i Kraków należą do najbardziej sfeminizowanych miast w Europie.

Zdaje się, że szybciej niż nam się wydaje może ziścić się wizja, w której zaczniemy opisywać polskie podziały już nie przez pryzmat zaborów, „młodych wykształconych” i „starych niewykształconych” czy Polski A i Polski B, ale „wielkomiejskich, bogatych, wykształconych, lewicowych feministek” i „prowincjonalnych, uboższych, niewykształconych i prawicowych inceli”. Jedni i drudzy, przez indywidualne zróżnicowanie i fizyczne ograniczenia w potencjale poznania partnera, będą stali przed ogromnymi trudnościami i koniecznością podjęcia ogromu wyrzeczeń w sferze wartości i aspiracji, by w ogóle zbudować heteroseksualny związek, o tradycyjnej rodzinie nie wspominając.

3. Cywilizacyjna „smartwica”. Tym, co odróżnia młode pokolenie od poprzednich generacji jest zupełnie inne podejście do nowych technologii. Gdy starsi coraz częściej zdają sobie sprawę z poziomu własnego, nabytego uzależnienia od internetu i smartfonów, dla młodych to już po prostu ekosystem, w którym się wychowali. „Smartwica” to niezwykle zgrabny neologizm łączący w sobie smartfona, martwicę (brak prawdziwego życia) i wynikające z tego zmartwienia. To w sieci budują relacje, zawierają i zrywają przyjaźnie, tworzą i niszczą swoje związki. Konsekwencje tego stanu rzeczy – wielokrotnie pisaliśmy o tych zagadnieniach w kierowanym przez Bartosza Paszczę dziale „Techno-republikanizm” naszego portalu – wykraczają poza te najbardziej oczywiste. O części z nich wspominał też niedawno omawiający refleksje Jean M. Twenge Bartosz Brzyski.

Okazuje, że w pokoleniu „wychowanych w smartfonach” zauważalnie wzrosła akceptacja i dla seksu pozamałżeńskiego, jak i seksu uprawianego w wieku nastoletnim. Nie w tym tkwi jednak, jak mogliby sobie wyobrażać czytelnicy utożsamiający konserwatyzm z purytanizmem, problem. Otóż jednocześnie ci sami badani pomimo wyższej niż wcześniej aprobaty dla takich postaw… rzadziej niż przedstawiciele starszych pokoleń rzeczywiście ów seks w wieku nastoletnim i młodej dorosłości uprawiają!

„Młodzi dorośli milenialsi i ci z pokolenia internetu mają mniej okazji na poznanie partnerów seksualnych. Jeśli nie jesteś przystojny,  masz małe szanse na to, że zostaniesz wybrany na Tinderze, nawet jeśli zwykle nie masz problemów z oczarowaniem potencjalnych partnerów siedzących na stołku obok w barze” – stawia jako jedną z tłumaczących to hipotez Twenge.

Brakuje chyba wciąż badawczego potwierdzenia, że z podobnym zjawiskiem mamy już do czynienia w Polsce, ale nic chyba nie pozwala nam zakładać, że długofalowo będzie inaczej. Oczywiście za samą statystyką kontaktów seksualnych stoi zagrożenie dużo poważniejsze – niezdolności do poznawania partnerów, brak umiejętności budowania relacji z innymi, niemożność nauczenia się trudnej sztuki pielęgnowania intymnej więzi emocjonalnej z drugim człowiekiem. Łatwo sobie wyobrazić, że w pokoleniu „mimowolnego celibatu” trudno znaleźć będzie wielu kandydatów do zakładania szczęśliwych rodzin rodem z kampanijnych spotów prawicy.

***

Oczywiście powyższym trzem fundamentalnym meta-trendom towarzyszy szereg zjawisk pobocznych, nieco wyraźniej już chyba zauważalnych i w polskiej debacie. To przede wszystkim epidemia depresji i innych zaburzeń psychicznych w młodym pokoleniu, powszechne uzależnienie od pornografii oraz coraz wyrazistsze doświadczenie samotności (nie wyłącznie w rozumieniu „singielstwa”, ale poczucia słabości więzi i relacji z innymi) jako doświadczenia pokoleniowego. Wszystkie razem rysują naprawdę potężne wyzwania przed chcącymi chronić rodzinę jako wartość i promować małżeństwo jako najbardziej wzniosłą formę realizacji naszego człowieczeństwa.

Uprzedzając potencjalne zarzuty – mój sceptycyzm wobec czynienia z „ideologii LGBT” największego z polskich problemów Anno Domini 2020 nie ma nic wspólnego z wolą nienarażania się lewicy czy gotowością do kulturowo-cywilizacyjnej dezercji. Wprost przeciwnie – po prostu gdzie indziej widzę priorytetowe potrzeby przeciwstawienia się konsekwencjom fałszywego „postępu”. Obawiam się też, że konsekwentne budowanie politycznej tożsamości wyborców prawicy na tak zakreślonej polaryzacji w mniejszym stopniu umocni konserwatystów w ich poglądach, a w większym – osłabi konserwatywne emocje o tych spośród naszych rodaków, którzy zachowali je jednocześnie krytycznie patrząc na władzę Prawa i Sprawiedliwości.

Marzyłbym, by prawicowa władza zarówno w swojej opowieści o Polsce, kulturze, publicystyce i polityce publicznej umiała lub chociaż chciała znaleźć odpowiedzi na wyzwania, które faktycznie zagrażają dziś przyszłości polskiej rodziny. By potrafiła skutecznie podjąć kontr-kulturową rewoltę, która wskaże w miłości dozgonnej obiekt aspiracji kolejnych pokoleń w kontrze do indywidualistycznego „singlizmu” dominującego na Zachodzie. By podjęła namacalne działania odpowiadające na strukturalne, demograficzne czynniki pogłębiające polaryzację między chłopakami i dziewczynami. By postawiła Polskę w awangardzie państw, które potrafią ratować swoich obywateli przed tragicznymi dla życia społecznego, zdrowia i relacji międzyludzkich skutkami cywilizacyjnej „smartwicy”.

Zamiast tego słyszę, że prezydent Andrzej Duda nie wpuści do szkół „ideologów LGBT”. Obawiam się, że to jednak w niewielkim stopniu wpłynie na kształt Polski, w której naszym dzieciom przyjdzie zakładać rodziny. O ile w ogóle jeszcze wpadną na tak ekstrawagancki pomysł. Bo jeśli nie wpadną, to raczej nie będzie to wina Pawła Rabieja ani Roberta Biedronia.

Portal klubjagiellonski.pl istnieje dzięki wsparciu Darczyńców indywidualnych i Partnerów. Niniejszy tekst opublikowany został w ramach działu „Architektura społeczna”, którego rozwój wspiera Orange Polska.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.