Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Rzeczycki  6 maja 2020

Patriotyzm rewolucyjny. Antyinstytucjonalna filozofia PiS bliżej Schmitta niż Platona

Michał Rzeczycki  6 maja 2020
przeczytanie zajmie 14 min

Zapasowe wybranie sędziów przez Platformę Obywatelską w maju 2015 otworzyło drzwi następcom, którzy uznali, że faul ze strony oponenta pozwala im na grę z jeszcze większym naruszaniem zasad. Forsowanie majowych wyborów jest działaniem dokładnie w duchu coraz poważniejszego naruszenia reguł. Sytuacja obecna, gdy osłabione zostały ustrojowe mechanizmy kontroli prawa, grozi prawdziwą eksplozją wojny polsko-polskiej. Być może Jarosław Kaczyński jest wybitnym taktykiem partyjnym, jednak stosowane przez niego zarządzanie konfliktem kontrolowanym jest destrukcyjne dla i tak słabej polskiej kultury politycznej. W walce o zyskanie pozycji rzeczywistego suwerena padają ofiarą kolejne instytucje. Na horyzoncie majaczy widmo, że wojna polsko-polska stanie się wojną wszystkich ze wszystkimi.

„Ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, jest suwerenny”. Tym zdaniem, które otwiera esej Carla Schmitta pod tytułem Teologia polityczna, można dziś wytłumaczyć bardzo wiele. Pierwotnie autorowi chodziło o to, że nie da się wyrugować aspektu decyzji z polityki i nie wszystko może zostać unormowane w prawie. Niekiedy bowiem zachodzą takie wypadki, które wymykają się dotychczasowemu opisowi prawnemu. Co jednak jest tym wyjątkiem od przyjętych do tej pory norm prawnych oraz praktyki politycznej – o tym rozstrzyga decyzja. Kto w tym zamieszaniu okaże się władny taka decyzję podjąć – ten jest suwerenem.

Dziś za pomocą tezy Schmitta możemy zobaczyć, gdzie pada główny akcent politycznego sporu. Kondensacja problemów w postaci jednoczesnego wystąpienia pandemii i nadchodzącego terminu wyborów, który jest określony konstytucją, otworzyła przestrzeń do konfliktu o to, kto tak naprawdę może decydować, co jest wyjątkiem i kiedy uchylić normę. Podczas gdy w pierwotnym zamyśle Schmitta dyskusja dotyczyła relacji między prawem a faktycznością, to w tym wypadku obnażona została wola polityczna, która pomimo przepisów konstytucyjnych chce się definiować jako wola suwerenna.

Zjednoczona Prawica gra o suwerenność

Koronawirus wytworzył sytuację anormalną na wielu poziomach. Konieczność zachowania odpowiedniej odległości między sobą, przestawienia się na pracę zdalną, ograniczenie kontaktów towarzyskich czy de facto zawieszenie dużej części gospodarki, przede wszystkim sektora usług – to tylko niektóre ze zmian, które przyniosła nam epidemia. Pełen wykaz obostrzeń widnieje w rozporządzeniu ministra zdrowia z 20 marca 2020, którego podstawą prawną jest artykuł 46 ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z 2008. Sytuacja jest z pewnością bezprecedensowa i nikt jeszcze nie stosował przepisów wspomnianej ustawy na poziomie ogólnokrajowym. Stąd niektórzy, jak chociażby Rzecznik Praw Obywatelskich wywiadzie dla portalu „Więź”, zaczęli wyrażać wątpliwości, czy rządowe restrykcje są konstytucyjne i czy nie powinien zostać wprowadzony stan klęski żywiołowej. Poważne zastrzeżenia wzbudzają także kary za złamanie rządowych obostrzeń.

Mimo tych wątpliwości prawnych obóz Zjednoczonej Prawicy zdecydował się na to, żeby przeć do wyborów 10 maja. Jest to bowiem termin, który urzędującemu prezydentowi Andrzejowi Dudzie dałby najprawdopodobniej zwycięstwo już w pierwszej turze. Choć istnieją prawne możliwości przesunięcia wyborów, takie jak wprowadzenie stanu nadzwyczajnego lub zmiana Konstytucji, PiS chce wyborów tak czy inaczej.

Partia rządząca korzystając tym samym z dostępu do szerszej inicjatywy, jaką daje piastowanie najwyższych urzędów w państwie i większość w Sejmie, w zasadzie pozostawia opozycji bardzo niewielkie pole manewru. Ujmując tę sytuację za pomocą ukutych przez Carla Schmitta pojęć, Zjednoczona Prawica wyzyskując kryzys spowodowany koronawirusem dąży do ukonstytuowania się jako wola suwerenna. Fakt ten został obnażony przez napięcie między interesem partyjnym a wdrażaną przez rząd „awaryjną” procedurą mającą pozwolić na wybory w maju – czy to korespondencyjne, czy to przez wątpliwe prawnie przesunięcie ich terminu choćby na 23 maja. Trudno inaczej nazwać sytuację, w której Prawo i Sprawiedliwość, będąc zmuszone do wyboru między mniejszymi szansami Andrzeja Dudy na drugą kadencję a prawnie podejrzanymi wyborami w maju, decyduje się na tę drugą opcję.

O tym, że w zasadzie niemożliwe jest przekonujące opowiedzenie o słuszności tego kroku, najdobitniej świadczą sondaże. Z jednego z nich, który został przeprowadzony przez Instytut Badań Pollster dla „Super Expressu”, wynika, że aż 78% badanych uważa, że wybory – nieważne, czy korespondencyjne, czy konwencjonalne – trzeba przełożyć na późniejszy termin.

Tak niskie poparcie dla majowego głosowania znajduje swoje wyjaśnienie w klasycznej teorii retoryki. Zakłada ona, że mówiący ma do dyspozycji trzy środki perswazji: argumenty (logos), wiarygodność swoją lub tego, kto jest przedmiotem mowy (ethos), oraz odwołanie do emocji (pathos). Korzystając z tych środków oraz ze znajomości nastawienia psychicznego swojego audytorium, mówca ma za zadanie przekonać słuchających, że wniosek, który chce uprawdopodobnić, ma związek ze sprawiedliwością.

W sytuacji, w której PiS upiera się przy procedurze, która jest wątpliwa konstytucyjnie, a przeprowadzone na jej podstawie wybory będą powszechnie kwestionowane, nie da się uprawdopodobnić, że obstawanie przy głosowaniu korespondencyjnym 10 maja ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością lub dobrem wspólnym. Polityk, który nie jest w stanie założyć maski retora staje się albo nieskutecznym w forsowaniu własnej wizji, albo nie jest w stanie ukryć swojego machiawelicznego dążenia do władzy. W tym wypadku mamy do czynienia z tą drugą ewentualnością.

Porażka liberalnego legalizmu, czyli krótka dygresja o opozycji

Mechanizmy retoryki politycznej tłumaczą także, dlaczego opozycja wciąż jest w tym sporze w defensywie. Polityk bowiem zawsze przemawia do audytorium, które ma konkretne nastawienia, oczekiwania i system przekonań. Sam argument może nie wystarczyć, jeśli odbiorca nie ma odpowiedniej dyspozycji psychicznej. Tymczasem opozycja wciąż chce przekonywać i zyskiwać poparcie dla własnych inicjatyw za pomocą racji prawnych, chociaż w Polsce już od 2015 roku toczy się permanentny spór o przestrzeganie Konstytucji, który w żadnym wypadku nie zmniejszył poparcia dla partii rządzącej. Mówienie o tym, że procedur prawa należy przestrzegać, ponieważ są zapisane w najwyższym rangą akcie normatywnym, jest skutecznie wyłącznie wobec tych, którzy to prawo uznają, lub wobec uczestników seminarium na wydziale prawa, którzy na podstawie tego założenia pracują. Nie jest również przekonujący apel do opinii publicznej, że wybory według ustawy z 6 kwietnia mogą nie spełniać wymogów tajności lub powszechności. Opozycja musi zrozumieć, że sytuacja radykalnej polaryzacji społecznej, a taka w Polsce istnieje, polega na tym, że jedna strona sporu nie jest zainteresowana przestrzeganiem reguł gry jako takich, gdyż uważa, że są one wtórne wobec zdefiniowanego przez nią dobra, które uznaje za wyższe od przepisów konstytucyjnych.

Ta sytuacja dowodzi, że czysto liberalna filozofia prawa, w której języku opozycja formułuje swój przekaz, jest bezskuteczna w sytuacji skrajnej polaryzacji. Zgodnie z tą filozofią prawomocność obowiązywania jakiejś normy (np. pytanie o jej sprawiedliwość) zostaje zredukowana do jej legalności. Inaczej nie dałoby się tego ująć. Sensem liberalnego poglądu na politykę jest postulowanie samoograniczenia się państwa do najbardziej podstawowych zadań, takich jak ochrona życia, zdrowia lub mienia. Gdybyśmy chcieli zdefiniować prawomocność obowiązywania norm za pomocą zasady moralnej, wówczas naruszylibyśmy liberalną zasadę autonomii jednostki oraz stworzylibyśmy zagrożenie konfliktu światopoglądowego. Dlatego przyczyna obowiązywania prawa w tej interpretacji musi zamykać się w legalności, gdyż tylko w ten sposób można zagwarantować, że reguły organizujące życie polityczne będą neutralne światopoglądowo.

Kryzys i faktyczny stan wyjątkowy psują jednak tę liberalną wykładnię prawa. Gdy duża część społeczeństwa traktuje normy konstytucyjne z lekceważeniem i jest gotowa poświęcić je na rzecz realizacji innych celów przez państwo, wówczas samo odwoływanie się do procedur, ich racjonalności lub umowy społecznej jest niewystarczające.

Ten słownik jest zbyt ubogi, żeby sformułować za jego pomocą przekonującą opowieść o tym, że prawu państwowemu należy się posłuch. Koniecznym jest zatem odwołanie się do głębszego sensu polityczności. Opozycja tego nie zrobiła i z uporem godnym lepszej sprawy nawet nie próbuje tego zrobić. Zrobił to jednak PiS.

Patriotyzm rewolucyjny PiS-u

Jeszcze przed wygranymi przez PiS wyborami w 2015 roku polaryzacja polskiej sceny politycznej była już nieznośnym faktem. Choć można było toczyć spór o proporcje i o to, kto do tej pory częściej faulował, to żaden wcześniejszy rząd nigdy nie zdecydował się na tak stanowczą i jednoznaczną kolizję z przepisami konstytucyjnymi. Owszem, prawdą jest, że spór wokół Trybunału zaczął się wraz z prawnie wątpliwym wybraniem na zapas nowych sędziów do TK, co w maju 2015 uczyniła Platforma Obywatelska. Jednak z faktu naruszenia normy przez kogoś innego nie wynika uprawnienie do naruszenia norm przez PiS.

Niestety, wbrew tej oczywistej zasadzie nowa władza corocznie serwowała polskiej opinii publicznej kolejne projekty reform, które urągały bądź to standardom tworzenia prawa bądź wprost przepisom Konstytucji. Dla porządku wystarczy przypomnieć samowolną odmowę przyjęcia ślubowania nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez prezydenta Andrzeja Dudę lub przenoszenie w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego za pomocą ustawy (co było jednoczesnym naruszeniem art. 180 Konstytucji i posłużeniem się ustawą jakby de facto była ona rozporządzeniem).

Działalności reformatorskiej rządu Zjednoczonej Prawicy od początku towarzyszyła specyficzna retoryka, uzasadniająca naginanie bądź wręcz naruszanie prawa. Otóż, Prawo i Sprawiedliwość miało dokonać ostatecznej dekomunizacji państwa. Główne organy sądownicze, tj. Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, miały być obarczone albo grzechem pierworodnym bycia założonymi przez komunistów, albo przechowalnią dla ludzi starego systemu, którzy siedzą tam tylko dlatego, że sądownictwo nigdy nie zostało objęte lustracją.

Przesłankę, która uzupełniała to rozumowanie, wypowiedział śp. Kornel Morawiecki w listopadzie 2015 r. podczas debaty w sprawie wyboru nowych sędziów do Trybunału Konstytucyjnego: „Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość. Przecież pani pytała o przyzwoitość – nad prawem jest dobro Narodu! Jeśli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać to za coś, czego nie możemy naruszyć i zmienić. To mówię – prawo ma służyć nam! Prawo, które nie służy narodowi to jest bezprawie!”.

W domyśle należy interpretować, że tym dobrem narodu jest zreformowanie państwa przez zwycięskie w wyborach ugrupowanie i ostateczne pozbycie się resztek starego systemu. Te dwie przesłanki wzięte razem mają dawać Prawu i Sprawiedliwości polityczną legitymizację do przeprowadzenia zmian w państwie nawet za cenę instrumentalizacji prawa i arbitralnego respektowania norm konstytucyjnych. Jednak w kategoriach metapolitycznych takie rozumowanie obarczone jest skrajnym woluntaryzmem.

Chcąc wyjaśnić, na czym polega błąd tego myślenia, odwołam się do rozróżnienia, które przywoływany wcześniej Schmitt wprowadził w swojej pracy, pt. „Dyktatura”. Mowa o podziale na władzę ukonstytuowaną i władzę konstytuującą.

Sensem tej pierwszej jest zdolność naczelnego organu rządzącego do delegowania uprawnień w ramach już istniejącego porządku prawno-politycznego. Tymczasem władza konstytuująca ma charakter przedpolityczny i ze swojej istoty rości sobie pretensje do bycia zasadą fundującą cały empirycznie istniejący porządek. Taki sens miały w czasie rewolucji we Francji w 1789 roku teorie, które wskazywały, że rząd królewski nie ma prawa do wydawania rozkazów Francuzom, gdyż zasada, na której się wspiera, jest sprzeczna z przedpolityczną zasadą woli ludu. Kłopot z takim rozumowaniem polega na tym, że nie istnieją żadne kryteria, które pozwalałby stwierdzić, co jest treścią tak ujętej woli ludu. Władza konstytuująca i wszystkie jej konkretyzacje są konstrukcjami apriorycznymi i czysto możnościowymi. Z tego powodu, że nie są zakotwiczone w porządku empirycznym, są wobec rzeczywiście istniejących rządów państw jak miecz Damoklesa: ciągle je znoszą, podważają i grożą jego obaleniem.

Ponadto, odwołanie do woli ludu jest tak naprawdę czystej wody populizmem. Nie ma tutaj bowiem miejsca na rozważanie o dobru, które w kategoriach klasycznych jest po prostu własnością danego obiektu rozpatrywaną jako przedmiot chcenia. Gdyby przyjąć taki język dyskusji, można by racjonalnie spierać się, czy o dane dobro warto się starać, czy może jest to dobro pozorne. Tymczasem w wypadku woli, która jest nieempiryczna i możnościowa, wszelka dyskusja jest niemożliwa, gdyż nie ma ani kryteriów weryfikacji ani jej treści, ani metody obalenia jej obowiązywania. Z tego powodu domaga się ona bezwzględnego poszanowania na mocy samego swojego istnienia. Jeśli wolę ludu ktoś zlekceważy, wówczas naraża się na zarzut lekceważenia tych, którzy tę wolę wyrazili.

Sformułowana przez Kornela Morawieckiego opozycja między dobrem narodu a prawem nie zmienia faktu, że dobro, o którym wspomniał, ma de facto charakter woli ludu. Wszelka wspólnota polityczna, w tym wypadku narodowa, jeśli zostanie pomyślana bez kontekstu instytucji i praw, staje się czystą abstrakcją. Mówienie o dobru Polaków w opozycji do będącego przeszkodą prawa może mieć sens dopiero wtedy, gdy uzna się, że owo dobro logicznie poprzedza rzeczywiście istniejący porządek prawno-polityczny. Jednak o tym, co jest treścią tak pojętego dobra, może zadecydować jedynie ten, kto w wypowiedzi publicznej odnośni się do niego jako do zasady swojej polityki. Innymi słowy, dobro narodu w przemówieniu Kornela Morawieckiego spełnia w zupełności charakterystykę władzy konstytuującej.

Prawo i Sprawiedliwość zaś przyjmując tę retorykę za źródło swojej politycznej legitymizacji dla przeprowadzania reform wpisuje się w poczet rewolucjonistów. Rewolucyjne umiłowanie ojczyzny nie ma bowiem jako swojego przedmiotu rzeczywistych zasad, które fundują byt polityczny polskiej wspólnoty. Patriotyzm rewolucyjny ma za swój przedmiot świat wyobrażony, którego urzeczywistnienie może dokonywać się nieustannie i z lekceważeniem świata empirycznego jako czegoś nieistotnego.

Dokładnie według tych rewolucyjnych prawideł dokonywała się i dokonuje polityka obozu Zjednoczonej Prawicy względem instytucji i praw polskiego życia publicznego.

Bo komuż może się podobać państwo bez praw?”

Tymczasem rzeczywisty patriotyzm nie rozdziela dobra wspólnoty politycznej od posłuszeństwa prawu. Można to uzasadnić na podstawie trzech funkcji prawa, które zostają sformułowane w Kritonie, jednym z dialogów Platona. Ten tekst jest tutaj o tyle pouczający, że zawarte w nim rozważania osadzone są w rzeczywistym dylemacie człowieka.

Oto bowiem Sokrates został skazany na śmierć w procesie, którego przebieg oraz wyrok urągają wszelkim zasadom sprawiedliwości. Czekającemu na wykonanie wyroku filozofowi przychodzi z pomocą jego przyjaciel Kriton i proponuje mu, że razem z innymi uczniami Sokratesa przekupią strażników i umożliwią skazanemu ucieczkę z więzienia. Sam zainteresowany nalega by wpierw rozważyć, czy ucieczka będzie sprawiedliwa. Dylemat jest zatem realny: nieposłuszeństwo i życie albo posłuszeństwo i śmierć.

Kluczowa argumentacja na rzecz pozostania w więzieniu i poddania się wyrokowi znajduje się w trzeciej części rozmowy. Sokrates konstruuje hipotetyczną mowę Praw, które zwracają się do filozofa z apelem, by oddalił sugestię swojego przyjaciela i posłuchał decyzji ateńskiego sądu. Prawa mówią: „A kto nie jest posłuszny, ten według nas popełnia trojaką niesprawiedliwość: nie słucha nas jako rodziców; nie słucha nas jako wychowawców; ponadto, choć zgodził się być nam posłuszny, ani posłuszny nie jest, ani nas nie przekonuje, jeśli zrobimy coś nie tak”.

Oczywiście obrana w dialogu perspektywa dotyczy relacji między jednostką a państwem, niemniej łatwo jest powyższe trzy argumenty uogólnić na relację między wspólnotą a prawem i sformułować trzy funkcje prawa.

  1. Nie słucha nas jako rodziców”

Rodzicielski charakter praw pojawia się w dialogu, gdy Prawa przypominają, że dały rodzicom Sokratesa instytucję małżeństwa. Z uwagi na to, że w ówczesnych Atenach spłodzenie potomstwa było obowiązkiem zagrożonym karą wygnania, można powiedzieć, że ten rodzicielski wymiar instytucji należy brać nad wyraz serio. Gdy jednak przeniesiemy te rozważania na poziom relacji między wspólnotą a prawami, wówczas zrodzenie będzie miało sens fundujący całą wspólnotę. Gromada ludzka staje się rzeczpospolitą dopiero wtedy, gdy zostanie spojona prawem dla pożytku płynącego ze wspólnego życia. Dopiero siatka praw i instytucji sprawia, że państwo staję się konkretnym bytem, poznawalnym dla umysłu politycznego.

Można powiedzieć, że forma prawna ma się do wspólnoty tak, jak projekt rzeźby do bryły marmuru. Dopiero po złączeniu się formy i materii mamy do czynienia z konkretnym przedmiotem. Z tak zdefiniowanej funkcji prawa, którą nazwałem tutaj fundującą, wynika, że potencjalne naruszenia zasad ustrojowych grożą albo rozpadem państwa i cofnięciem się do stanu przedpolitycznego, albo do tyranii. Obie te perspektywy według antycznych myślicieli oznaczały de facto koniec polityki.

Współczesne zaburzenia zasad ustrojowych pokazują, że te teoretyczne rozważania łatwo mogą przerodzić się w doświadczalny konkret.

Polityka reformowania sądownictwa przez obóz Zjednoczonej Prawicy doprowadziła do sytuacji, w której organ odpowiedzialny za zbadanie ważności wyborów, w tym wyborów prezydenckich, nie jest w stanie wypełniać bez budzenia wątpliwości swoich konstytucyjnych i ustawowych obowiązków. Zgodnie z art. 26 ustawy o Sądzie Najwyższym izbą właściwą do stwierdzania ważności wyborów jest Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jednak sędziowie tej izby powstrzymali się od orzekania, chcąc dostosować się do uchwały połączonych Izb Sądu Najwyższego, które orzekły, że procedura wyboru sędziów przez nową KRS nie gwarantuje bezstronności i jest obarczona wadą prawną. Tymczasem sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali właśnie wybrani przez zreformowaną przez ekipę PiS Krajową Radę Sądownictwa. Jeśli zatem obecna władza forsuje prawnie podejrzaną procedurę wyborczą, jeśli Trybunał Konstytucyjny został upartyjniony i nie jest w stanie bezstronnie zbadać konstytucyjności ustawy z 6 kwietnia, to kto stwierdzi ważność wyborów, gdy ktoś po głosowaniu w maju wniesie protest? Gdy w 2015 r. sprawa toczyła się o obsadzenie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż niektórzy mogli mieć wrażenie abstrakcyjności tego, co się wtedy działo. Dziś jednak rozkład instytucji sięgnął samego procesu wyłaniania władzy politycznej, którym są wybory, i to w dodatku wybory głowy państwa.

  1. Nie słucha nas jako wychowawców”

Ta funkcja praw przeniesiona na poziom ogólniejszy jest zupełnie jasna. Działanie w ramach określonego systemu instytucji przyczynia się do wytworzenia szeregu nawyków i postaw względem spraw publicznych, które nazywa się kulturą polityczną. Oba te elementy, prawo i kultura polityczna, mają się do siebie na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Prawo daje ramy dla tworzenia się cnót politycznych, podczas gdy cnoty są pozainstytucjonalną rękojmią posłuszeństwa prawu i realizacji celu istnienia państwa.

Każde zaburzenie praw przyczynia się tym samym do naruszenia kultury politycznej, która systematycznie zaczyna się degenerować, przechodząc od modelu wspólnego życia do modelu konfliktu. Doświadczenie III RP jest tutaj dobrym przykładem.

Prawdą jest, że konflikt, na co wskazywał Carl Schmitt, jest nieusuwalną częścią życia politycznego. Wynika z tego, że wspólnota organizująca się w państwo musi sobie z tym elementem jakoś poradzić. Nie wynika z tego jednak, że należy prowokować konflikty celem utrzymania władzy politycznej. Tymczasem z tym ostatnim mamy do czynienia od 2015 roku na coraz większą skalę.

Dynamika walki politycznej w Polsce narastała od dłuższego czasu, jednak nigdy, jak już wcześniej wspomniałem, nie osiągnęła stanu, w którym jedna ze stron sporu narusza przepisy konstytucyjne. Zapasowe wybranie sędziów przez Platformę w maju 2015 otworzyło drzwi następcom, którzy uznali, że faul ze strony oponenta pozwala im na grę z jeszcze większym naruszaniem zasad. Forsowanie majowych wyborów jest działaniem dokładnie w duchu coraz większego naruszenia zasad.

Jeśli jednak ten konflikt nabrzmiewał do nieznośnego poziomu jeszcze w ramach istniejących instytucji, to sytuacja obecna, gdy osłabione zostały ustrojowe mechanizmy kontroli prawa, grozi prawdziwą eksplozją wojny polsko-polskiej. Zarządzanie konfliktem kontrolowanym jest destrukcyjne dla i tak słabej polskiej kultury politycznej. Wziąwszy pod uwagę, że potrzeba lat pracy, żeby rozwinęły się pożądane cnoty polityczne, to w świetle wychowawczej funkcji prawa każde naruszenie norm konstytucyjnych jest czynem wyjątkowo destrukcyjnym z punktu widzenia dobra wspólnego.

  1. Choć zgodził się być nam posłuszny, ani posłuszny nie jest”

Prawo jest formą kontraktu. Partia lub kandydat, którzy biorą udział w wyborach, zobowiązują się do działania według reguł gry. Nie można zatem przypisać sobie większej legitymizacji do działania niż ta, którą zdobyło się w ramach legalnych procedur. Ujmując to w kategoriach scholastycznych, moc skutku nie może być większa niż moc przyczyny.

Jeśli prawo konstytucyjne jest przyczyną formalną władzy, to rząd wyłoniony dzięki niemu nie jest w stanie zyskać uprawnień pozwalających obalić mu przepisy ustawy zasadniczej w sposób, na który te przepisy nie dozwalają. Prawo, które udzielałoby uprawnienia do działania wbrew niemu, byłoby wewnętrznie sprzeczne.

Rzecz jasna, krytyka praw i szukanie lepszych rozwiązań jest normalną częścią życia politycznego. Zmiana konstytucji na mocy konstytucji jest, jak to Platon nazwał w „Kritonie”, przekonywaniem Praw do tego, że robią coś źle. Natomiast zmiana przepisów konstytucyjnych poprzez ich naruszenie jest tożsama ze złamaniem danego słowa, które dało się prawom państwowym, gdy podjęło się decyzję o pozostaniu w danym kraju i działaniu zgodnie z przyjętymi w nim regułami. Wszak jak głosi łacińska maksyma: qui tacet, consentire videtur – kto milczy, ten zdaje się przyzwalać.

Złe owoce złej polityki

W ten sposób kryzys epidemiczny odarł polską scenę polityczną z szat. Pięć lat rządów Zjednoczonej Prawicy i jej antyinstytucjonalne reformy doprowadziły do sytuacji, w której kluczowy element procesu politycznego, mianowicie wybory prezydenckie, został zakwestionowany. Jak próbowałem przekonywać, nie da się dążenia do przeprowadzenia wyborów w maju odczytywać inaczej niż jako wysunięcie interesu partii politycznej ponad dobro państwa.

Przyjęcie tak wątpliwych przepisów nie dość, że wydaje się niekonstytucyjne, to ponadto daje szerokie pole do zakwestionowania ważności przeprowadzonych na ich podstawie wyborów. Kto jednak stwierdzi ważność elekcji prezydenta planowanej wciąż na 10 maja? I co się stanie, jeśli wygra jednak kandydat opozycji, a partia rządząca zdecyduje się zakwestionować ten wynik przed Sądem Najwyższym? Jak będzie reakcja opinii publicznej i skala protestów? Te pytania się mnożą, a każde następne sugeruje jeszcze bardziej pesymistyczną odpowiedź.

Prawa bywają gorsze lub lepsze. Zawsze będzie istniało napięcie między tu i teraz obowiązującymi przepisami a nakazami sprawiedliwości. Dobra polityka polega na pewnego rodzaju dialektyce, która przebiega między obiema tymi alternatywami, dążąc do syntezy, która wyrazi się w urzeczywistnieniu najlepszych praw i najlepszych instytucji. Jednak w warstwie ideowej Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się, że z tej opozycji wybierze jedynie normy moralne, pomijając przy tym ważność rzeczywistych instytucji. Przedłożenie wizji ponad rzeczywistość oraz połączenie tego z konfliktową taktyką walki o władzę zrodzą coraz bardziej zatruty owoc: wojna polsko-polska zaczyna bowiem przypominać kulę śniegową, która stacza się z wysokiej góry. Ta kula już teraz jest bardzo duża.

Być może Jarosław Kaczyński jest geniuszem taktyki partyjnej. Mam jednak poważne wątpliwości, czy jest równie genialny na polu dobra wspólnego.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.