Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Łukasz Kołtuniak  13 listopada 2018

Gra o Bałkany Zachodnie

Łukasz Kołtuniak  13 listopada 2018
przeczytanie zajmie 7 min
Gra o Bałkany Zachodnie Shutterstock

Kocioł przygasł, ale wciąż się dymi. Obecna sytuacja na Bałkanach Zachodnich jest ustabilizowana, co nie znaczy, że bezproblemowa. Już teraz możemy zidentyfikować ogniska potencjalnych konfliktów etnicznych, kondycja polityczno-gospodarcza poszczególnych państw pozostawia wiele do życzenia, a sam region stał się areną walki interesów Unii Europejskiej, Chin, Rosji i Turcji. Swoją rolę może odegrać także Polska.

Dobrze już było?

Janusowe oblicze Bałkanów Zachodnich doskonale obrazuje postać byłego prezydenta Serbii Borisa Tadicia, nazywanego serbskim Willym Brandtem. To on dokonał symbolicznego gestu uklęknięcia przed pomnikami ofiar serbskich zbrodni w Vukowarze i Srebrenicy. Tadic, wraz z byłym prezydentem Chorwacji Ivo Josipoviciem, może zatem być traktowany jako symbol prowadzonego w pierwszej dekadzie XXI wieku wszechstronnego dialogu na rzecz pojednania pomiędzy zwaśnionymi narodami bałkańskimi. Dialog ten, poza płaszczyzną polityczną, prowadzony był także przez historyków, a dyskusjom towarzyszyły spotkania młodzieży. Niestety działania na rzecz porozumienia utraciły swój dynamizm w kolejnej dekadzie.

Ten sam prezydent Tadić jednocześnie przyzwalał na istnienie w Serbii dotykającego wielu sfer życia układu korupcyjnego i nie przeprowadził żadnych poważniejszych reform instytucjonalnych. Mimo że władze Serbii przez wszystkie przypadki odmieniały słowo demokracja, raporty instytucji międzynarodowych regularnie wskazywały na skrajną korupcję w sądownictwie, policji i administracji. Nisko oceniano również respektowanie praw człowieka, zwłaszcza praw mniejszości. Co więcej, skorumpowane instytucje były jednocześnie często powiązane z ludźmi Slobodana Miloševicia i środowiskami serbskich neofaszystów.

Podobnie dwuznaczną ocenę możemy sformułować w odniesieniu do Bośni i Hercegowiny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że powinniśmy się cieszyć. W końcu przez ponad 20 lat, od układu z Dayton z listopada 1995 r., udaje się w tym kraju utrzymywać pokój, a samo państwo rządzone jest według zasad demokratycznych. Problemy dostrzec można dopiero, gdy przyjrzy się dokładniej jego sytuacji wewnętrznej.

Zgodnie z układem z Dayton Bośnia i Hercegowina jako państwo federacyjne składa się z dwóch podmiotów: Republiki Serbskiej oraz Federacji Bośni i Hercegowiny, nazywanej też Federacją Muzułmańsko-Chorwacką. Jednocześnie kraj zamieszkany jest przez trzy grupy etniczne: zdecydowanie dominujących liczbowo Boszniaków, Chorwatów oraz Serbów. Państwo podzielone jest także pod kątem religijnym na muzułmanów, prawosławnych i katolików. Fundamentalny problem Bośni i Hercegowiny polega na braku integracji obu podmiotów federacyjnych, których… de facto nie łączy dzisiaj nawet polityka zagraniczna. I tak, Federacja Bośni i Hercegowiny jednocześnie dąży i do integracji z Unią Europejską, i nawiązuje bliższe relacje z Turcją, natomiast Republika Serbska ciąży zdecydowanie ku Rosji. Dysfunkcjonalny i konfliktogenny jest także niezwykle złożony ustrój polityczny stworzony w konsekwencji porozumienia z Dayton, który faworyzuje tak naprawdę władze na szczeblu podmiotów federacji, a osłabia sprawczość władz federalnych. W konsekwencji tendencje odśrodkowe są w BiH-u coraz silniejsze. Republika Serbska coraz bardziej zdecydowanie dąży do secesji z federacji, sięgając po poparcie Kremla.

Swoje problemy i bolączki mają także pozostałe państwa Bałkanów Zachodnich. Czarnogóra oskarżała niedawno Moskwę o próbę przeprowadzenia zamachu stanu, a sam kraj znajduje się obecnie na kursie prozachodnim. Kryzys dyplomatyczny eskalował do tego stopnia, że Czarnogóra przyłączyła się do unijnych sankcji wobec Rosji, a jej żołnierze mają zostać wysłani na granicę łotewsko-rosyjską w ramach NATO. Co nie znaczy, że mówimy tutaj o kursie stabilnym, bo istniejąca w Czarnogórze partia prorosyjska może za jakiś czas przejąć władzę. W przypadku Macedonii kluczowe znaczenie w ostatnim czasie odegrała kwestia zmiany oficjalnej nazwy państwa, która miała zakończyć wieloletni spór z Grecją i otworzyć przed Macedonią drogę do struktur UE i NATO. Na razie jednak proces został zawieszony. Okazało się bowiem, że rządzący nie potrafili wypracować w tym względzie powszechnego społecznego konsensusu, a brak wymaganej frekwencji w trakcie referendum konsultacyjnego sprawił, że cała procedura zmiany nazwy stanęła pod znakiem zapytania. Nasuwa się zatem pytanie, czy takie działania rządzących nie sprawią, że w niedalekiej przyszłości do głosu dojdą w Macedonii siły antyzachodnie. W przypadku Albanii problemem są mafijne powiązania na styku polityki i biznesu, a także frustracja młodzieży wynikająca z wysokiego bezrobocia. Zdecydowanie więcej kłopotów ma Kosowo, które nadal nie stworzyło elit państwowych z prawdziwego zdarzenia, zmaga się z korupcją i bezrobociem wśród młodych ludzi sięgającym poziomu 50%. Co więcej, międzynarodowe uznanie rządu w Prisztinie wciąż nie jest kwestią w zamkniętą.

Problemy wewnętrzne to jedno. Do tego dochodzą jeszcze napięcia międzypaństwowe wynikające z mozaiki etnicznej regionu, która sprawia, że granice organizmów politycznych tylko częściowo odpowiadają granicom etnicznym.

W konsekwencji możemy wskazać następujące potencjalne punkty zapalne:

– Północne Kosowo, do którego otwarcie swoje ambicje terytorialne zgłasza Serbia;

– Dolina Preszewa, zamieszkały przez Albańczyków region Serbii, do którego pretensje rości sobie Tirana;

– napięcia międzypaństwowe wynikające z istnienia albańskiej mniejszości w Czarnogórze.

A co na to Unia?

No właśnie, co na to Unia Europejska? Wspólnota w 2008 r. roztoczyła wizję członkostwa przed czterema państwami Bałkanów Zachodnich: Albanią, Czarnogórą, Macedonią i Serbią. Otwieranie kolejnych rozdziałów negocjacji akcesyjnych oraz pomoc strukturalna miały być powiązane z szerokimi reformami politycznymi w tych krajach, np. w sferze administracji, ochrony praw człowieka czy ochrony mniejszości, a także walki z korupcją. Tymczasem przez dekadę jedynie Czarnogórze udało się doprowadzić do zamknięcia dwóch rozdziałów negocjacji. W przypadku Serbii kluczowe problemy dotyczą statusu prawnego Kosowa i sprawy mniejszości albańskiej w południowej części Serbii. O Macedonii i jej perypetiach ze zmianą nazwy państwa wspomniałem powyżej. Natomiast Albania musi rozwiązać swoje problemy z korupcją i niejasnymi powiązaniami elit politycznych z mafią narkotykową, a także zadbać o prawa mniejszości etnicznych żyjących na terytorium państwa.

Specyficzne podejście do sprawy prezentowała jednak także sama Unia. Duża część instytucji europejskich, zamiast w pierwszej kolejności skupić się na pomocy gospodarczej, reformach polityczno-instytucjonalnych, kwestii mniejszości etnicznych, postanowiła „przeskoczyć” ten etap niezbędnych reform i od razu zaczęto oczekiwać od państw regionu spełnienia wyśrubowanych norm ekologicznych czy gender equality, związanych z trzecią i czwartą generacją praw człowieka. Takie ustalenie priorytetów w pomocy akcesyjnej dla krajów Bałkanów Zachodnich nie mogło skończyć się sukcesami. Co oczywiście nie oznacza, że te zagadnienia należy lekceważyć.

Wystarczy zerknąć na podstawowe wskaźniki gospodarcze państw regionu, żeby dostrzec skalę wyzwań. PKB wynosi od 4 tys. USD per capita w Kosowie do ok. 6 tys. w przypadku Serbii. Natomiast średnie roczne tempo wzrostu gospodarczego waha się od 1,9% w Serbii do 4,32% w Albanii. Tymczasem, aby kraje regionu mogły choćby częściowo dogonić państwa Europy Środkowo-Wschodniej, to potrzebują wzrostu na poziomie 9%. Symboliczna jest w tym kontekście sytuacja Bośni i Hercegowiny, gdzie poziom życia jest niższy… niż za czasów towarzysza Tity i komunistycznej Jugosławii.

Wzrost gospodarczy nie będzie możliwy bez zagranicznych inwestycji, a te się nie pojawią, dopóki państwa regionu nie podejmą realnej i skutecznej walki z korupcją, organizacjami mafijnymi, nie zreformują swojej administracji etc. A to bez faktycznej pomocy ze strony UE raczej się nie uda.

Rosja, Turcja, Chiny

Bałkany Zachodnie nie są regionem zarezerwowanym dla Unii. Swoje interesy starają się realizować tam także inne państwa.

Już tradycyjnie ważnym aktorem w regionie pozostaje Rosja. Moskwie udało się całkiem mocno uzależnić od siebie gospodarczo Czarnogórę i Serbię. W przypadku pierwszego z tych krajów Rosjanie inwestują w kluczowe sektory jak turystyka, która stanowi fundament gospodarki Czarnogóry. Natomiast w Serbii Rosja aktywnie działa w strategicznym sektorze energetyki. Rosjanie, jak już zostało to wspomniane wyżej, wspierają również secesyjne ambicje Republiki Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Ponadto władze Macedonii oskarżyły Kreml o ingerencję w przebieg referendum konsultacyjnego w sprawie zmiany nazwy Macedonii. To wszystko nie oznacza jednak, że Rosja ma potencjał potrzebny do dominacji w regionie, na pewno jednak jest  wystarczająco silna, by nieustannie podsycać w nim różne konflikty.

Swoje interesy w regionie stara się realizować także Turcja. Tak jak dla Rosji podbudową religijną dla politycznych ingerencji jest prawosławie, tak Ankara stara się przedstawiać siebie jako rzecznika umiarkowanego islamu. Stąd aktywność państwa rządzonego przez Recepa Erdoğana koncentruje się w pierwszej kolejności na Bośni i Hercegowinie. Turcy pomagają obecnie w realizacji wielkiego projektu infrastrukturalnego – budowie autostrady z Sarajewa do Belgradu. Dodatkowo tureckie przedsiębiorstwa są mocno zainteresowane inwestycjami w bośniackim sektorze energetycznym. Turcja działa także w Albanii, gdzie wypycha greckie przedsiębiorstwa w sektorze motoryzacyjnym.

Tak jak Rosja i Turcja skupiają się na wybranych państwach, tak Chiny starają się zachować dobre relacje z wszystkimi krajami Bałkanów Zachodnich. Pekin w ramach formatu politycznego 16+1 obiecuje pomoc gospodarczą i inwestycje każdemu zainteresowanemu. Stąd duża aktywność na Bałkanach chińskiego Exim Banku, wyspecjalizowanego we wsparciu eksportu. Sztandarową inwestycją chińskiego kapitału w regionie jest linia kolejowa Budapeszt–Belgrad, której budowa wystartowała w lutym tego roku. Chiny inwestują przede wszystkim w infrastrukturę kolejową i drogową, a także w branże energetyczne, np. budując elektrownię w bośniackim mieście Stanari. Jak stwierdziła serbska minister transportu Zorana Mihajlović: „jeśli nie możemy liczyć na fundusze UE, to jaką mamy alternatywę dla chińskich inwestycji”. Dodatkowo dla Serbii i Czarnogóry pieniądze z Chin to alternatywa także wobec inwestycji rosyjskich. Co nie oznacza, że kraje regionu na aktywność Państwa Środka patrzą bezkrytycznie. Wszyscy obserwują bowiem działania chińskie w Afryce i wyciągają wnioski, dostrzegając potencjalne ryzyko popadnięcia w gospodarczą zależność od zdecydowanie większego partnera.

Cztery pomysły na efektywniejsze działanie UE

W kontekście wewnętrznych wyzwań krajów Bałkanów Zachodnich i aktywności w regionie państw zewnętrznych, Unia powinna przemyśleć swoją politykę wobec takich krajów jak Serbia, BiH, czy Czarnogóra.

1. Przede wszystkim mocniej postawić na wsparcie gospodarcze i zwiększyć pomoc strukturalną. Decyzja Komisji Europejskiej, aby na wsparcie Bałkanów Zachodnich przeznaczyć w latach 2020–2027 1,1% PKB państw członkowskich to z pewnością krok we właściwym kierunku.

2. Zmienić priorytety, jeśli chodzi o kwestię ochrony praw człowieka. Zrezygnować z nacisku na takie sprawy jak gender equality, a mocniej skupić się choćby na mniejszościach narodowych porozrzucanych w państwowej mozaice Bałkanów. Taka zmiana filozofii powinna pociągnąć za sobą rezygnację z traktowania regionu jako „grantowego poligonu” dla aktywistów z państw Zachodu, a zamiast tego skupienie się na budowie prężnego środowiska NGO w samych państwach bałkańskich.

3. Wzmacniać, także finansowo, programy wymiany młodzieży pomiędzy Bałkanami a krajami UE.

4. Piętnować w zarodku wszelkie nierealne pomysły natury geopolitycznej, jak wymiana granic między Serbią a Kosowem. Jednocześnie samemu nie wychodzić z podobnie nierealizowalnymi koncepcjami, np. uznania Kosowa przez Serbię.

Co może zrobić Polska?

Nasz kraj może pomóc Bałkanom Zachodnim na dwa sposoby. Po pierwsze, mamy do zaoferowania wartościowe doświadczenia i związany z tym konkretny know-how w zakresie skutecznej (przy wszystkich uzasadnionych wątpliwościach) transformacji polityczno-gospodarczej po 1989 r., z których to doświadczeń państwa aspirujące do Unii, tak jak kiedyś Polska, mogą skorzystać. Po drugie, możemy zaoferować, jako państwo postronne, pomoc przy mediacji w toczących się konfliktach etnicznych, np. w Dolinie Preszewa.

Ponadto aktywność Polski w regionie powinna być częścią szerszych działań Grupy Wyszehradzkiej. Już teraz rolę adwokatów Bałkanów Zachodnich w UE próbują odgrywać Czesi, Słowacy i Węgrzy. Nasz kraj powinien wziąć z nich przykład. W tych okolicznościach należy cieszyć, że to Polska jest organizatorem i gospodarzem planowanego na rok 2019 szczytu Bałkanów Zachodnich.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania na łamach portalu Visegrad Plus. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!