Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  1 lipca 2014

Suskiewicz: Odkrywanie Hildebranda

Marcin Suskiewicz  1 lipca 2014
przeczytanie zajmie 8 min

Spore zainteresowanie, jakim cieszy się w Polsce kwestia liturgii oraz fakt, że wydawcą jest prężnie działający Dominikański Ośrodek Liturgiczny, dają nadzieję, że książka ta nie przejdzie całkiem bez echa, a kto wie, czy nie okaże się wydarzeniem. Zanim jednak zabierzemy się za lekturę „Liturgii a osobowości” Dietricha von Hildebranda, warto przypomnieć postać jej autora.

Poza kręgami filozofów reprezentujących tzw. szkołę fenomenologii realistycznej – w Polsce stosunkowo szerokimi dzięki Ingardenowi z jednej strony, a Wojtyle z drugiej – Hildebrand znany jest u nas właściwie jedynie jako przenikliwy krytyk przemian w Kościele posoborowym, a reprezentował przecież sobą coś znacznie więcej. Był jednym z najciekawszych intelektualistów katolickich XX w. i dobrze, gdyby jego wszechstronny dorobek stał się przedmiotem bardziej powszechnego zainteresowania, a przedstawiciele różnych tradycji katolickiego myślenia, także tych bardzo odległych od fenomenologii realistycznej, zaczęli wchodzić z nim w dialog.

Próbuję sobie wyobrazić entuzjazm, jaki panował wśród uczniów Edmunda Husserla około roku 1910. Czuje się go, patrząc na zachowane zdjęcie Getyńskiego Towarzystwa Fenomenologicznego z 1912, na którym zgromadziła się dość liczna (a przecież to tylko część) grupa młodych adeptów nowej szkoły filozoficznej.

Ściągający do Getyngi z całych Niemiec ludzie – nie tylko z Niemiec zresztą, bo byli przecież w tym gronie także Roman Ingarden ze Lwowa, Alexander Koyré z Paryża, Winthrop Pickard Bell z Kanady – dla których „Badania logiczne”były niczym objawienie, mieli świadomość uczestniczenia w czymś wyjątkowym, w wielkim intelektualnym przełomie.

Oprócz wspólnej metody i celu łączyły ich także więzi koleżeństwa, a nawet przyjaźni; z grona tego wyszło przynajmniej jedno małżeństwo, założyciela Towarzystwa Fenomenologicznego Theodora Conrada i Hedwigi Martius. Ogólne założenie Husserlowskiej fenomenologii, wyłożone w drugim tomie „Badań”, było dość proste – zawieszamy na jakiś czas to, co wiemy, bądź wydaje nam się, że wiemy, o świecie i mechanizmach rządzących ludzkim poznaniem, i po prostu przypatrujemy się otaczającym nas rzeczom i zjawiskom, by następnie jak najlepiej opisać to, jakimi nam się jawią. W ten sposób nie redukujemy rzeczywistości zgodnie z założeniami takiej czy innej teorii (np. materializmu bądź psychologizmu), nie mówimy, że coś „nie jest niczym ponad” to czy tamto (np. że jakaś rzecz nie jest niczym ponad zbiór cząsteczek, z których się składa). Pozwalamy raczej rzeczom i zjawiskom objawić się nam w całej swojej złożoności, w wielości wrażeń, które wywołują, sensów, które przed nami odsłaniają itd.

Poznanie filozoficzne według fenomenologów jest w jakimś sensie podobne do poznania przednaukowego, z jakim mamy do czynienia podczas codziennego kontaktu z rzeczywistością, czasem wymaga jednak wykszałcenia w sobie nowych „zmysłów”, a także pewnych cnót, np. odwagi.

Jak pisał Hildebrand we wstępie do wydanej niedawno po polsku książki „Czym jest filozofia?”:

różnica między poszczególnymi typami bytów sięga tak głęboko, że jeśli mamy uchwycić istnienie i uposażenie jakościowe różnych rzeczy danych nam w doświadczeniu, musimy użyć całkiem odmiennych „organów duchowych”. Pewne stany rzeczy łatwo pojąć i stwierdzić może je każdy, kto nie jest roztargniony albo wyraźnie niedbały. Tak więc przyjmujemy, że każdy normalny człowiek może dokładnie określić, czy w pokoju znajduje się dziesięć, czy pięć osób. Podobnie oczekujemy, że ten, kto wie, jak liczyć czerwone krwinki, może dokonać poprawnego ich obliczenia. Ale oczywiście nie możemy w analogiczny sposób zakładać w odniesieniu do każdego człowieka, że wyjaśni różnicę między czystością a niezmysłowością, między wydarzeniem smutnym a tragicznym czy między wstydem a kompleksem winy. Poprawnej odpowiedzi na te pytania nie można oczekiwać od każdego, kto jest tylko uważny i godny zaufania. Tutaj te przymioty nie wystarczają. By poznać takie stany rzeczy, człowiek musi zaktualizować innego rodzaju zmysły. Ponadto musi też mieć duchową odwagę, by podczas próby odpowiedzi trzymać się tego, co widzi; nie może powtarzać po prostu teorii, które wywarły na niego wpływ. Niezbędny jest także talent filozoficzny, by mógł trafnie formułować to, co poznał.

Duża część uczniów Husserla pochodziła z Monachium, gdzie pracował sławny przedstawiciel psychologizmu, Theodor Lipps, i działało założone pod jego auspicjami Akademickie Towarzystwo Psychologiczne. Jego poglądy – jak jednak zastrzega sam Husserl, jedynie te sprzed 1902 roku – były poddane krytyce w „Badaniach logicznych” i wielu pod wpływem lektury tejże krytyki decydowało się porzucić Monachium na rzecz Getyngi. Wśród nich byli np. Theodor Conrad, a także inna niezwykle ważna postać, o której będzie jeszcze za chwilę: Adolf Reinach. W gronie intelektualnych emigrantów był także młody student filozofii Dietrich von Hildebrand, mimo iż nawet chwalił sobie Monachium, a szczególnie Akademickie Towarzystwo Psychologiczne, podczas dyskusji którego, wedle własnych słów, nauczył się więcej niż na uniwersytecie. Najważniejszym dla niego uczestnikiem tych dyskusji był z pewnością Max Scheler, uważany obok Husserla za głównego współtwórcę fenomenologii, dojeżdżający zresztą co jakiś czas z Monachium do Getyngi. Spotykaliśmy się na zebraniach, siadywałem naprzeciw niego i rozmawialiśmy całymi wieczorami. Trudno mi opisać intelektualne zaangażowanie, którego wtedy doświadczyłem i jak bardzo byłem pod wrażeniem jego nieodpartego uroku osobistego – pisał o Schelerze Hildebrand.

Hildebrand nie pochodził z Monachium. Urodził się 12 października 1889 roku we Włoszech, gdzie pracował jego ojciec, wybitny niemiecki rzeźbiarz. O tamtym okresie życia Hildebrand pisał później: Moi rodzice mieszkali w pięknym domu, który kiedyś był klasztorem franciszkańskim, położonym na obrzeżach zachwycającego miasta, jakim jest Florencja. Wyrastałem we wspaniałej okolicy, otoczony ogromną miłością mojej matki i pięciu sióstr. Każda z nich była indywidualnością i była utalentowana. To wszystko rodził geniusz mojego ojca, który nie tylko był wielkim artystą, ale także wielką osobowością. Miałem najszczęśliwsze dzieciństwo, jakie można sobie wyobrazić. Dom ten odwiedzali m.in. Ryszard Strauss (dzień przed narodzinami Dietricha) i Ferenc Liszt, Ryszard Wagner i Reiner Maria Rilke, Rudolf Otto i Hugo von Hofmannsthal, Henry James i premier Wielkiej Brytanii William Gladstone. Młody Hildebrand kształcony był przez prywatnych nauczycieli. Do Monachium został wysłany w wieku 15 lat w celu zdania matury, potem podjął studia u Lippsa.

Wróćmy jednak – czy raczej posuńmy się naprzód – do 1909 roku, gdy Hildebrand opuścił Monachium i zaczął doktorat u Husserla. Uczęszczał tam na zajęcia do wspomnianego wcześniej Reinacha, pełniącego w Getyndze rolę kogoś w rodzaju asystenta Husserla, przy czym ten drugi miał powiedzieć o pierwszym: Tak naprawdę to Reinach zapoznał mnie z moimi „Dociekaniami Logicznymi”.Reinach dał się zapamiętać nie tylko jako nieprzeciętny wykładowca (Hildebrand mówił o nim: „prawdziwy nauczyciel”), lecz także jako niezwykle życzliwy człowiek. Edyta Stein tak wspominała po latach, w „Dziejach pewnej żydowskiej rodziny”, dzień, w którym go poznała:

Byłam po pierwszym spotkaniu (z Reinachem) bardzo szczęśliwa i pełna głębokiej wdzięczności. Zdawało mi się, że dotąd jeszcze żaden człowiek nie podszedł do mnie z taką bezinteresowną dobrocią serca. Świadczyć miłość bliskim i znanym od lat przyjaciołom – to jeszcze mogłam zrozumieć. Tu jednak zachodziło coś zupełnie innego: jakbym po raz pierwszy ujrzała całkiem nowy świat.

Reinach zbliżał się już być może w tamtym czasie do chrześcijaństwa, ale nawrócić miał się dopiero podczas I wojny światowej, gdy jako ochotnik walczył na froncie I wojny światowej. Pisał stamtąd do żony: Pierwsze tygodnie były okropne, potem Boży pokój zstąpił na mnie i jest ze mną do tej pory. Podczas przepustki w 1916 on i jego żona przyjęli chrzest z rąk luterańskiego pastora, myśląc już jednak nieśmiało o Kościele katolickim jako ich ostatecznej przystani. W wolnych chwilach na froncie Reinach czytał m.in. św. Augustyna i Tomasza á Kempis, kreślił też szkic planowanej pracy poświęconej Bogu, „Das Absolute”. Chciałbym zacząć od wewnętrznego doświadczenia Boga – pisał Reinach o swoich zamierzeniach i widać tu, jak fenomenologia otwiera w jego przypadku, tak jak było to u Edyty Stein i u Hildebranda, drogę do duchowości – doświadczenia odnalezienia w Nim schronienia, i rad byłbym wykazać, że „obiektywna nauka” nie może temu doświadczeniu zaprzeczyć. Gdy w listopadzie 1917 roku zginął w walce i przygotowywano się do pogrzebu, żona poprosiła o przemowę Hildebranda. Kilka lat później ona, siostra Reinacha Paulina (przyjaciółka Edyty Stein) oraz jego brat z żoną – wszyscy wstąpili do Kościoła katolickiego.

Ale tu znów przemieściłem się w czasie. Na razie jest 1912 rok i Hildebrand doktoryzuje się na podstawie pracy „Idea postawy moralnej”, o której Husserl powie: mistrzowskie dzieło metody fenomenologicznej. Fenomenologii pozostanie wierny właściwie zawsze, ale będzie to fenomenologia rozumiana tak, jak rozumiał ją Reinach (a także Stein i Ingarden), to znaczy realistycznie, a nie tak, jak już w 1913 roku rozumiał ją sam Husserl, który w poszukiwaniu spraw jeszcze pewniejszych niż naoczne doświadczenie zbliżał się do idealizmu. Innymi słowy, dla Hildebranda bogactwo wrażeń i sensów, jakiego doświadczamy w kontakcie z rzeczami i zjawiskami, rzeczywiście (w taki czy inny sposób) istnieje, nie jest tylko naszą projekcją. Według Hildebranda dobry filozof to nie ten, który sprowadza jedne rzeczy do innych, rzekomo bardziej fundamentalnych, i ostatecznie „widzi” tylko jakąś zredukowaną postać rzeczywistości. Wartość danej filozofii – powtarzał za Jacques’em Maritainem – zależy od tego, ile filozof „widzi”, a więc czy widzi też rzeczy, których inni nie widzą. Ideałem jest, by widzieć kosmos w całej jego zapierającej dech w piersi pełni i głębi. Dobrym przykładem takiego podejścia jest doskonała, dostępna po polsku praca pt. „Metafizyka wspólnoty”, w której różne rodzaje międzyludzkich powiązań i wartości okazują się być obiektywnie istniejącymi rzeczywistościami. Książka ta powinna zaciekawić nawet osoby, które całkowicie nie zgadzają się z metodą Hildebranda, mało jest bowiem tak klarownych, empirycznych opisów tego, jak wyglądają ludzkie wspólnoty: od małżeństwa i rodziny po ludzkość.

Praca ta wydana w 1930 reprezentuje okres monachijski w działalności Hildebranda, który po obronie doktoratu wrócił do stolicy Bawarii i pracował tam do 1933 roku. Na ten czas, a właściwie już na 1914 rok, przypada jego konwersja na katolicyzm. Jego żona, Margaret Denck, którą poślubił w 1912 roku, powróciła wówczas do praktyk religijnych. Swoje nawrócenie Hildebrand zawdzięczał, wedle własnych słów, w dużej mierze Schelerowi i pewnej rzuconej przez niego mimochodem uwadze: Kościół katolicki, on ma prawdę, bo on wydaje świętych. Scheler niestety odszedł od katolicyzmu w ostatnich latach życia.

1933 to ważna cezura w życiu Hildebranda. W tym miejscu warto polecić pracę Pawła Kaźmierczaka pt. „Dietrich von Hildebrand wobec narodowego socjalizmu”, która ukazała się przed trzema laty w wydawanej przez WAM serii „Dyskurs politologiczny”. Książka ta stanowi przypomnienie dość nietypowego fragmentu spuścizny niemieckiego filozofa, jakim jest jego publicystyka antynazistowska z lat 1933-1938. Odkąd na kongresie demokratycznym na rzecz pokoju, odbywającym się w Paryżu w 1921 roku, stwierdził, że niemiecka inwazja na Belgię w 1914 była zbrodnią, Hildebrand stał się wrogiem części niemieckiej opinii publicznej i w 1933, po pożarze Reichstagu, zdecydował się uciekać do Wiednia. Tam wszedł w kontakt z kanclerzem Engelbertem Dollfussem, który w Austrii próbował tworzyć ustrój oparty na zasadach katolickiej nauki społecznej, znany pod nazwą der Ständestaat, tzn. państwo stanowe czy też korporacyjne. Jak wiadomo, Dollfuss jest postacią dość kontrowersyjną i często zarzuca mu się autorytaryzm oraz ciążenie ku faszyzmowi, niemniej faktem jest opór, jaki stawiał Hitlerowi, a który miał przypłacić życiem, ginąc w 1934 roku z rąk austriackich nazistów podczas ataku na siedzibę rządu. Z pomocą Dollfussa i później jego następcy, Kurta Schuschnigga, Hildebrand prowadził tygodnik „Der Christliche Sändestaat”, w którym, wychodząc z pozycji chrześcijańskiego personalizmu, krytykował ideologię narodowosocjalistyczną, opowiadając się jednocześnie za pozytywną alternatywą, jaką miało być według niego państwo stanowe. Jego tezy, dokładnie streszczone w pracy Kaźmierczaka, zadziwiają swoją długowzrocznością; pokazują też, że można było bardzo wcześnie rozpoznać zbrodniczą naturę narodowego socjalizmu, wynikającą z samych jego ideowych założeń.

W dniu anschlussu Austrii przez Niemcy Hildebrand dowiedział się na szczęście o grożącym mu niebezpieczeństwie (wicekanclerz III Rzeszy, Franz von Papen, miał nazwać go „wrogiem numer jeden narodowego socjalizmu”). 1 marca 1938 uciekł. Kilka godzin po tym, jak opuścił Wiedeń, do jego mieszkania wtargnęło gestapo. Przez Włochy udał się do Szwajcarii, a następnie Francji. W latach 1938-1940 wykładał w Tuluzie. Potem przez Portugalię i Brazylię wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Wykładał na jezuickim Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. W 1957 roku zmarła jego pierwsza żona, z którą miał jednego syna, Franza (jego syn z kolei to Martin von Hildebrand, głośny działacz na rzecz ochrony przyrody w Amazonii i przyznania praw terytorialnych rdzennej ludności tamtej krainy). W 1959 Dietrich von Hildebrand poślubił swoją studentkę, Alice z domu Jourdain, autorkę jego wydanej u nas biografii pt. „Dusza lwa”. W 1960 roku przeszedł na emeryturę i ostatnich 17 lat życia spędził na pisaniu. Zmarł 26 stycznia 1977, w wieku 88 lat. W ciągu długiego życia zajmował się osobą ludzą, moralnością, płcią i miłością, wspólnotą, sztuką, liturgią, różnymi aspektami chrześcijańskiej teologii i duchowości, wreszcie wieloma innymi zagadnieniami. W języku polskim ukazał się do tej pory dość eklektyczny wybór prac Hildebranda o różnym charakterze, od rozpraw filozoficznych po publikacje bardziej popularne: „Przemienienie w Chrystusie”, „Serce. Rozważania o uczuciowości ludzkiej i uczuciowości Boga-Człowieka”, „Sztuka życia”, „Spustoszona winnica”, „Koń trojański w mieście Boga”, „Metafizyka wspólnoty” i „Czym jest filozofia?”. Teraz do tego zestawu dołączyła „Liturgia a osobowość”.