Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Grzegorz Oleksy  30 listopada 2013

Oleksy: Bohaterowie nieodpowiedzialności

Grzegorz Oleksy  30 listopada 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Oleksy: Bohaterowie nieodpowiedzialności phila.pl

Rodzima skłonność do podejmowania działań bez ładu i planu, w oparciu o złotą regułę „my z synowcem na czele i jakoś to będzie”, jest u nas popularna jak opłatek w Wigilię i do dziś znajduje wielu naśladowców. Niejednokrotnie pomysłodawcy tego typu przedsięwzięć wynoszeni są na cokoły, stając się zbiorowymi bohaterami naszych wyobrażeń o patriotyzmie i powinnościach obywatelskich. Zupełnie niesłusznie.

Znamiennym przykładem gloryfikacji zachowań nacechowanych nadwyżką odwagi i niedoborem rozumu jest przypadek spisku podchorążych z listopada 1830 roku. Opisując towarzyszące mu wydarzenia i ich konsekwencje, większość analiz skupia się na zapewnianiu alibi spiskowcom i podkreślaniu radykalnego patriotyzmu ludności stolicy, beznadziejności dowódców i dotkliwości popowstaniowych represji. Pytań o to co wówczas Polsce było potrzebne i czy było to powstanie, nie zadaje się prawie wcale.

Nie do boju

Kraj, w którym wywołano powstanie przeciw carowi, nie nadawał się do skutecznej walki o wolność. Królestwo Polskie, które z łaski obcych mocarstw wskrzeszono na kongresie wiedeńskim w 1815 roku, było tworem co najwyżej państwopodobnym. Zajmując niewiele ponad sto tysięcy km2, obejmowało swym zasięgiem niespełna trzy miliony obywateli. Ustrój opierało w teorii na nad wyraz postępowej Konstytucji, w praktyce zaś na widzimisię cara i jego lokalnych pomazańców. Władza formalna w istocie pełnić miała rolę drugorzędną, a słuszność obowiązujących praw zależała od zgodności z interesem i wolą władcy. Mimo to cały wachlarz praw nadany w Konstytucji dawał względnie szerokie pole do rozwijania działalności jawnie polskiej i odbudowy z ruin gmachu państwowej wspólnoty. Odbudowy od fundamentów.

Istniało formalnie niezawisłe krajowe sądownictwo, administracja, armia z polskim sztandarem, niezależna prasa, osobista wolność chłopa i prawo do nabywania przezeń ziemi. Ponadto gwarantowano wolność religijną, a język polski był oficjalnym we wszystkich dziedzinach życia. Oczywiście wiele z tych urządzeń szybko zaczęło ewaluować w stronę propagandowo-dekoracyjnych zasłon dla absolutyzmu carskiego, lecz pomimo tego tworzyły szeroki zasób wolności i niezależności, zwłaszcza w porównaniu z pozostałymi częściami Cesarstwa Rosyjskiego czy choćby Królestwa Pruskiego. W rachunku sytuacji politycznej brać trzeba było pod uwagę też brak jakichkolwiek znaczących sojuszników i otoczenie geopolityczne, które nie mogło dawać szans na sukces. Za sprzyjające okoliczności nie sposób uznać bowiem, odległych o tysiąc kilometrów rozruchów w nieznaczącej Belgii i słabej jak euroentuzjazm Janukowycza Francji. Dokładając do tego doświadczenie przegranych wojen w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, począwszy od obronnej z 1792 roku, a skończywszy na klęsce u boku Napoleona, obraz naszej politycznej niepełnosprawności był aż nadto jaskrawy.

Królestwo zwane potocznie „Kongresówką” otrzymało w spadku po nieboszczce Polsce i Księstwie Warszawskim tereny mocno doświadczone gospodarczo i politycznie. Państewko to stało obiema nogami na roli, w której pracowało blisko osiemdziesiąt procent ludności i która wytwarzała blisko dwie trzecie, jak dziś powiedzielibyśmy, PKB. Co więcej, gros majątków ziemskich ledwo wiązało koniec z końcem, pogłębiając zadłużenie wynikające z nieefektywności dogorywającego systemu feudalnego i braku pomocy państwowej. Przestarzałe techniki rolne, ekstensywny charakter gospodarki i ochronna polityka celna dotychczasowych importerów powodowała załamanie się rynku rolnego, co skutkowało pogarszaniem się i tak złej sytuacji finansowej właścicieli ziemskich.

Ciężary dokonywanych zmian opierały się więc w znacznej mierze na pańszczyźnianym chłopie i to mimo przyznania mu wolności osobistej przez prawodawstwo Kongresówki. Skutkiem powyższego był brak przywiązania do jakiejkolwiek wspólnoty polskiej u miażdżącej większości żywiołu zamieszkującego nasze wioski i przysiółki. Nie pomagały posunięcia władzy „polskiej”, która na przykład w roku 1818 mocą dekretu królewskiego podporządkowywała ludność wsi władzy administracyjnej jej dziedzica, któremu przydzielono urząd wójta wsi. Wyzwań i palących problemów było zatem więcej niż sporo, zwłaszcza że w świecie zachodnim coraz wyraźniej widać było muskuły nowego ustroju, rozwijającego się w błyskawicznym tempie na zdobyczach rewolucji przemysłowej.

Gospodarka, głupcy!

Pomimo początkowych błędów, które w 1821 roku doprowadziły finanse publiczne na skraj bankructwa, państwo do czasu wybuchu powstania zdołało poczynić na wielu polach znaczące, jak na swe możliwości, postępy. W krytycznym momencie tekę ministra skarbu przejął Franciszek książę Drucki Lubecki, który do wybuchu powstania zdołał zrównoważyć budżet i wprowadzić gospodarkę na właściwe tory. Do 1830 roku dzięki drakońskim reformom fiskalnym dochody państwa wzrosły blisko dwukrotnie, podobnie jak ludność stolicy. Powstał Bank Polski i Towarzystwo Kredytowe Ziemskie, które uchroniło szereg majątków szlacheckich przed bankructwem. Na wsiach pojawiały się nowe uprawy w postaci ziemniaków i buraków cukrowych, rozwijana była hodowla owiec. Ruszać z miejsca zaczynała również produkcja przemysłowa. Co prawda trzydzieści lat później niż na Górnym Śląsku, ale jednak w latach dwudziestych XIX wieku rozpoczęto sprowadzanie do Kongresówki maszyn parowych. W przeciągu kilkunastu lat ułożono setki kilometrów dróg bitych, w życie zaczęto wcielać ambitny plan budowy Kanału Augustowskiego, którego realizację przerwało oczywiście powstanie.

Państwo starało się zdynamizować rozwój, w szczególności przemysłu ciężkiego i tekstylnego. Budowały się nowe walcownie, warsztaty przetwórcze i kopalnie. Na przestrzeni około dziesięciu lat kilkukrotnie pomnożono produkcję cyny, o sto procent wzrosło wydobycie węgla, dynamicznie zaczął rozwijać się przemysł włókienniczy i bawełniany, wokół którego zbudowana została Łódź. Potrzebnych specjalistów starano się ściągać z Wielkopolski i Śląska, gdzie wysyłano nawet specjalnych agentów zachęcających do bliskiej emigracji. Rząd realizujący w znacznej mierze pomysły Lubeckiego dążył do kreowania ochronnej polityki celnej i rozwijania wymiany handlowej, głównie z nieprzebranym rynkiem rosyjskim. Następstwem było potrojenie eksportu i zbliżenie się do zbilansowania wymiany handlowej.

Królestwo Polskie po 1815 roku podejmowało więc skuteczną walkę na wielu polach aktywności gospodarczo-społecznej, wydobywając kraj i zamieszkujący go naród z długiej, degradującej zapaści. Odbudowa wspólnoty w oparciu o na poły suwerenne państwo wymagała jednak czasu i cierpliwości, której niestety zabrakło. Zamiast trwałości i kontynuacji mieliśmy powstanie, które nie zrealizowało swych celów. Doprowadziło zaś do likwidacji szyldu polskości, pod którym mógł się odbyć w Królestwie industrialny skok cywilizacyjny. Zamiast tego mieliśmy branki, emigracje, rusyfikację i kolejną wyrwę w narodowym życiorysie. Wnioski z tego wydarzenia wydają się więc oczywiste i bezdyskusyjne. Jednak zamiast nich w zbiorowej świadomości historycznej uparcie trwa mit dzielnych podchorążych, którzy porwali cały naród do walki i prawie wskrzesili wolną Polskę. Prawie, bo źli i kolaboranccy dowódcy zaprzepaścili wielką szansę i przełajdaczyli narodowo-romantyczny zryw. Gdzieś w głowach utrwalony jest obraz bezwarunkowych patriotów, który przez blisko dwa wieki od feralnej nocy listopadowej, więcej przyniósł naszej wspólnocie strat niż zysków.