Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dzieci są dzisiaj inne

Dzieci są dzisiaj inne www.flickr.com/photos/kwarz/

Można i trzeba się spierać, czy obecny system oświatowy – a więc m.in. siatka szkół, wiek obowiązku szkolnego – jest dobry, czy wymaga poprawek. Żeby jednak móc przystąpić do dyskusji na temat tego gdzie, jak i czego uczyć, trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: „Kogo uczymy?”.

Gdzieś w tle toczącej się obecnie na ulicach debaty na temat systemu edukacji w Polsce pojawiają się hasła, że dzieci są „inne” niż jeszcze kilkanaście lat temu. Jednak można odnieść wrażenie, że różnice te widzi się tylko w kwestii wychowania. Wiemy, że mamy do czynienia przeważnie z jedynakami, być może mniej samodzielnymi niż ich rówieśnicy sprzed dekady, dziećmi z rodzin nuklearnych i patchworkowych, przede wszystkim zaś dziećmi nowych czasów i nowych technologii. Na czym ta dziecięca „inność” polega i jakie znaczenie mają wszystkie te „nowości” dla procesu nauczania? Odpowiedź na pytanie wydaje się fundamentalna dla dalszej dyskusji na temat reformowania polskiej szkoły.

Za dużo prawej i za mało lewej półkuli

Trzeba powiedzieć sobie wprost, że nie rozumiemy dzieci, bo są po prostu inne niż my, niż ich rówieśnicy kilkanaście lat temu. Inaczej postrzegają świat, inaczej się uczą, inaczej mówią. I to jest najprostsza odpowiedź na pytanie o to, jakich uczniów będzie mieć polska szkoła.

Logopedzi biją na alarm, że coraz więcej przedszkolaków z opóźnieniem uczy się mówić, że dzieci nie potrafią budować dłuższych zdań i wypowiedzi, że nie umieją się koncentrować na słuchanym tekście.

Mają problemy z takimi operacjami jak szeregowanie, kontynuowanie sekwencji, działanie według schematu, kategoryzowanie, a więc ze wszystkim tym, za co odpowiada lewa półkula mózgu i co jest podstawą szkolnej edukacji, w tym matematycznej i językowej.

Nasze dzieci są bowiem „przestymulowane” prawopółkulowo, to znaczy, że funkcje, za które odpowiada prawa półkula mózgu, rozwijamy w nich bardziej niż te, za które odpowiada półkula lewa. A dziecko powinno rozwijać się harmonijnie.

Niestety współczesny świat stymuluje głównie funkcje prawej półkuli, a więc – w dużym uproszczeniu – globalne zapamiętywanie obrazów, fraz, melodii, kształtów, kolorów.

Dzieci oglądają sporo filmów, teledysków i reklam – obrazków, sprawnie połączonych z muzyką i rymowankami, dzięki którym szybko i bezmyślnie zapamiętują całe piosenki i zdania. Mówi się często, że dzisiejsze maluchy są „mądre”, bo już dwuipółlatki recytują alfabet w wersji polskiej i angielskiej. Niestety zapamiętują go tylko prawopółkulowo, co na przyszłe sukcesy w nauce czytania czy pisania ma mniej więcej taki sam wpływ jak znajomość wyliczanki „ene-due-rike-fake”. To, że dziecko potrafi wyśpiewać od „one” do „ten”, nie oznacza, że umie liczyć, a już na pewno nie po angielsku.

Bajki na cenzurowanym

Prof. Jagoda Cieszyńska, autorka Metody Krakowskiej, czyli systemu działań terapeutycznych mających – ogólnie mówiąc – stymulować lewą półkulę mózgu, twierdzi, że chcąc uniknąć w przyszłości problemów np. z dysleksją trzeba odseparować dzieci od nadmiernej stymulacji prawopółkulowej, a więc od telewizji, smartfonów i multimedialnych zabawek, ponieważ ich „atrakcyjność” zniechęca dzieci do rozwijania funkcji lewej półkuli mózgu. Pewnie jak wielu innych rodziców, ja również nieraz w duchu dziękowałam twórcom Świnki Peppy. Nie ukrywajmy – w dzisiejszym świecie trudno się odciąć jeśli już nie od telewizji, to na pewno od laptopów, tabletów i smartfonów. Trzeba jednak spróbować ograniczyć dzieciom kontakt z nimi.

Powtarzanie przez dziecko melodyjnych piosenek z alfabetem nie wydaje się może groźne, jeśli jednak nasza latorośl z zapałem recytuje dialogi z bajki, a widząc w sklepie pewną markę środków do czyszczenia toalet, wykrzykuje, że „to najczęściej kupowane kostki toaletowe w Polsce”, musimy się zastanowić, czy przypadkiem nie ogląda za dużo telewizji. Elektroniczne gadżety nieraz zastępują nam dziś zabawę i rozmowę z dziećmi – najprostsze i najskuteczniejsze metody wspierania ich rozwoju. Dlaczego maluchy nie potrafią nawiązać i kontynuować rozmowy, uciekają wzrokiem od rozmówcy? Bo swoich rodziców, będących dla nich głównym wzorcem językowym, niemal przez cały czas widzą z telefonem przed oczami.

Dys-problemy

Powszechnie śmiejemy się z tego, że dzisiejsi uczniowie wyjątkowo często mają problemy z dysleksją i innymi dys-funkcjami. „Za naszych czasów tego nie było, w głowach im się poprzewracało” – mawiają starsi. Po części mają rację. Dysleksja owszem była, ale rzadziej ją diagnozowano, a recepta na nią – i to dopiero w ostatnich latach – polegała na ułatwieniach dla dyslektyków w czasie egzaminów. Dzisiaj wiemy, że zagrożonych dysleksją będzie bardzo wiele dzieci, co spowodowane jest właśnie nieodpowiednim rozwojem ich lewopółkulowych funkcji mózgu.

Trochę racji jest więc i w twierdzeniu, że coś się dzieciom „poprzewracało w głowach”. Na szczęście skłonności do dysleksji można stwierdzić nawet u trzylatków za pomocą odpowiednich testów logopedycznych. Najważniejsze jednak jest to, że należycie wcześnie podjęta terapia może uchronić dziecko przed pierwszymi niepowodzeniami szkolnymi, które mają ogromny wpływ na cały proces edukacyjny.

Niestety rodzice rzadko są rzetelnie informowani o takiej możliwości. Zdarza się, że wyśmiewają diagnozy lub z oburzeniem reagują na wszelkie uwagi dotyczące rozwoju dziecka. Logopedzi w opiniach na wyrost więc piszą o „bardzo poważnych zaburzeniach rozwoju”, bo tylko takie informacje zapalają w głowach rodziców czerwoną lampkę. Z przykrością trzeba jednak przyznać, że część logopedów również ignoruje niepokojące sygnały.

Wciąż myślimy bowiem jako o nich jako o specjalistach od wymowy. Dziś, kiedy tak bardzo rozwinęła się neurologopedia, są to także specjaliści od mówienia w ogóle, zajmujący się również terapią np. dzieci autystycznych i z zespołem Downa. Wycofanie się z tzw. reformy sześciolatków, a co za tym idzie – zniesienie obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków ma z pewnością jeden negatywny skutek – część dzieci o rok później trafi do przedszkoli, przez co straci możliwość wczesnej diagnozy i terapii logopedycznej. Rok dla przedszkolaka to bardzo dużo. Taka strata może skutkować późniejszymi niepowodzeniami w szkole.

Komiksowe podręczniki

Kilka lat temu także twórcy podręczników „zauważyli” to, że dzieci szybciej zapamiętują informacje poparte obrazkiem, kolorem, podkreśleniem – ich prawa półkula mózgu sprawnie przyswaja sobie bowiem takie „obrazy”.

Dzisiejsze podręczniki – od przedszkola po liceum – wyglądają więc jak komiksy. Uczniowie zapamiętują „obrazy” informacji, których nie są jednak w stanie dowolnie analizować i syntetyzować.

Wystarczy spojrzeć na bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasistów. Ktoś wychowany na Ali i Asie może dostać zawrotów głowy, gdy zobaczy Nasz elementarz. Trudno się spodziewać, że przygotowywane w ogromnym i nieuzasadnionym pośpiechu podręczniki, które mają trafić do szkół w przyszłym roku, będą lepsze. Najpewniej najwięcej do powiedzenia będą mieli w tej sprawie graficy i wydawcy, a nie dydaktycy.

Dzisiejsi studenci, wychowani na takich „komiksach”, mają problem z tradycyjnym podręcznikiem akademickim czy czasopismem naukowym, w których jest sam tekst i nic więcej. Trzeba go przeczytać, przenalizować, wyciągnąć najważniejsze informacje. Nikt niczego nie wrzucił do ramki, nie skategoryzował informacji za pomocą kolorów, a wykonanie tych czynności samodzielnie wymaga od studenta wykorzystania właśnie lewej półkuli mózgu. Młodzi ludzie nie są dziś mniej rozgarnięci niż ich rówieśnicy kilkanaście lat temu, są po prostu inaczej uczeni.

Oczywiście prawa półkula jest w procesie uczenia się niezbędna, jednak jeśli chcemy, by dzieci nie tylko wiedzę zapamiętywały, ale i wykorzystywały do jakichś operacji myślowych, musimy wspierać umiejętności analityczne, a więc wspomniane szeregowanie informacji, uzupełnianie sekwencji, wydzielanie kategorii i podążanie za schematem itd. Coraz więcej mamy w szkołach tablic interaktywnych, komputerów i tabletów, a nauczyciele zachęcani są do korzystania z nowych technologii.

I słusznie, bo ich znajomości wymaga dzisiejszy świat. Brakuje jednak zajęć, które w atrakcyjny sposób rozwijałyby u uczniów zdolności analityczne. Brakuje też dobrych materiałów dydaktycznych, które stymulowałyby zarówno prawą, jak i lewą półkulę mózgu. Czy któryś z polskich nauczycieli – od przedszkola po uniwersytet – został nauczony, jak tworzyć i dobierać pomoce naukowe, a także jak z nich korzystać? Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że szkoła sprzed rewolucji podręcznikowej, ta, którą ukończyli np. dzisiejsi trzydziestolatkowie, stymulowała głównie lewą półkulę, nieco zaniedbując prawą. Osoby mające bardziej rozwinięte funkcje prawej półkuli uzyskiwały w tamtej „starej” szkole gorsze wyniki, bo ich zdolności globalnego postrzegania, przestrzenne i muzyczne nie były w procesie nauczania w odpowiednim stopniu wykorzystywane.

Moda na dwujęzyczność

Przestymulowanie nowymi technologiami i materiałami dydaktycznymi to nie jedyny problem naszych dzieci. Zarówno rodzice, jak i władze oświatowe ulegają też powszechnej modzie na dwujęzyczność, nie zdając sobie sprawy z zagrożeń, jakie może nieść ze sobą zbyt wczesne wprowadzanie języka obcego. Z przekonaniem powtarzamy, że umysł dziecka jest chłonny, że szybciej zapamiętuje język niż umysł dorosłego, że dzieci dwujęzyczne mają łatwiej, bo dostały drugi język „w prezencie”. I tak, i nie.

Faktem jest, że dzieci mają chłonny umysł, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że języka ojczystego uczą się codziennie po kilkanaście godzin i dopiero po jakichś pięciu latach dochodzą do poziomu leksyki i składni, który przeciętny nastolatek uczący się języka obcego osiągnie mniej więcej po roku średnio intensywnego kursu, dokładając do tego jeszcze znajomość ortografii. Oczywiście umiejętności dzieci robią wrażenie. Dziecko w obcojęzycznym przedszkolu szybko przecież zaczyna się dogadywać z rówieśnikami. Trzeba jednak pamiętać, że to „dogadywanie się” opiera się na podstawowym przedszkolnym słownictwie, które nastolatek też opanowałby bardzo szybko. Biorąc pod uwagę efektywność nauki języka, lepiej zaoszczędzić na dobry kurs językowy połączony z wyjazdami za granicę, gdy dziecko nieco podrośnie.

Tym bardziej że zbyt wczesne wprowadzanie drugiego systemu języka niemal zawsze spowalnia proces nabywania języka pierwszego. Może mieć też związek z dysleksją w wieku późniejszym Dotyczy to oczywiście przede wszystkim dzieci zanurzonych na co dzień w języku obcym. Proponowane przez szkoły językowe w Polsce „metody” opierają się na kilkunastominutowych zajęciach „prawopółkulowych”, czyli na uczeniu dzieci piosenek i gotowych fraz. To z pewnością nie szkodzi bardzo językowi ojczystemu – może poza faktem, że na początku swej językowej edukacji dzieci mówią jak Polonusi z Chicago, że „na podwórku jest sunny”.

Takie zajęcia to jednak kolejna stymulacja prawej półkuli, niekoniecznie przynosząca korzyści. Dzieci być może zapytają w restauracji: „Can I have spaghetti?”, ale nie będą w stanie zareagować na informację, że spaghetti nie ma, lub na pytanie, o jakie spaghetti chodzi.

Bo do stworzenia odpowiedzi konieczne są umiejętności produkcji języka, a więc utworzenia nowej całości z dostępnych elementów i na podstawie określonego schematu. Tym zajmuje się właśnie lewa półkula mózgu. Niestety rodzice, kuszeni ofertą i zapewnieniami rozmaitych szkół językowych, a także szukających zarobku nauczycieli, nieinformujących o zagrożeniach i realnych efektach zajęć, wpadają w szał dwujęzyczności. Wybór żłobka często uzależniają od dostępności zajęć z angielskiego. Niemal każde prywatne przedszkole oferuje angielski, a od przyszłego roku także przedszkola publiczne mają obowiązek realizowania podstawy programowej, w którą wpisano język obcy.

Jak poradzą sobie z tym nauczyciele nieumiejący porządnie nauczyć dzieci języka ojczystego? Na razie mają czas na uzupełnienie kwalifikacji, więc przez trzy najbliższe lata przedszkolaki w Polsce będą uczone języka obcego przez kogokolwiek. Takie zajęcia nie tylko nie będą miały żadnego efektu, lecz także mogą zwyczajnie dzieciom zaszkodzić. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przedszkolaki rzeczywiście wykorzystają swoją nadzwyczajną umiejętność zapamiętywania i powtarzania wymowy nie do końca wyuczonych pań nauczycielek.

Co zrobić ze zdolnymi?

Po przeczytaniu tego artykułu można by zapewne odnieść wrażenie, że do szkół trafiają dziś tylko dzieci z problemami. Na szczęście tak nie jest, bo wciąż mamy bardzo wielu zdolnych uczniów. Jednak i oni w dzisiejszym systemie edukacji nie otrzymują odpowiedniego wsparcia. Żadna uczelnia pedagogiczna w Polsce nie uczy, jak wspierać rozwój dzieci utalentowanych. Prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, ekspertka w dziedzinie nauczania matematyki, mówi wprost, że „kilka miesięcy nauki szkolnej wystarcza, aby dzieci utraciły radość liczenia i rachowania, a także motywację do uczenia się matematyki. Pod koniec klasy pierwszej tylko co ósme dziecko pokazuje swoje nadzwyczajne możliwości uczenia się matematyki, podczas gdy wśród dzieci rozpoczynających naukę więcej niż połowa ma zadatki uzdolnień matematycznych, a co czwarte dziecko – wysokich uzdolnień matematycznych”. Można by powiedzieć, że przed taką szkołą rzeczywiście trzeba ratować maluchy, i to nie tylko sześciolatki.

Choć dla dobra dzieci o haśle „Ratujmy maluchy” powinniśmy jak najszybciej zapomnieć. Kilku rocznikom dzieci i sporej grupie rodziców uniemożliwiło ono zbudowanie rzeczy dla edukacji niezbędnej – zaufania do nauczycieli i szkoły. Zostaliśmy skażeni przekonaniem, że to my, rodzice, wiemy najlepiej, co jest dla naszych dzieci dobre. Tezie tej przeczą chociażby panujące wśród polskich dzieci epidemie próchnicy i otyłości. My, rodzice, chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, choć niekoniecznie jesteśmy wszystkowiedzący. Oczywiście są powody, by nauczycielom nie ufać, ale sposobem na rozwiązanie tego problemu nie jest zachęcanie do jeszcze większego braku zaufania, ale zrobienie czegoś, by zdanie pedagoga i jego wizja edukacji stały się dla rodziców myślą przewodnią, którą dla dobra dziecka będą wspólnie wcielać w życie. Tym „czymś” powinno być nie tylko wyposażenie szkół i przedszkoli w nowe meble i tablice interaktywne, ale przede wszystkim wyposażenie nauczycieli, logopedów i psychologów w wiedzę, jak poradzić sobie z dziećmi, które po prostu myślą inaczej niż my.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.