Trójca Święta jest syntezą historii myśli ludzkiej. Jednoczy w sobie kult porządku, humanizm i irracjonalną mistykę
Dogmat o Trójcy Świętej stanowi ogromne wyzwanie dla ludzkiego intelektu. Przez całą historię Kościoła teologowie wypracowali różne sposoby interpretacji tej prawdy. Ten tekst będzie jednak o czymś innym. Trójca Święta jest bowiem nie tylko elementem chrześcijańskiego systemu teologicznego. Stanowi symboliczną syntezę trzech uniwersalnych typów religijności, spotykanych zarówno w kultach pogańskich, wielkich religiach monoteistycznych, jak i współczesnych laickich ideologiach. Co więc symbolizują figury Ojca, Syna i Ducha Świętego? W jaki sposób Trójca Święta może nam pomóc zinterpretować zjawiska obecne w życiu społecznym?
Doświadczenia religijne kultur całego świata są bardzo różnorodne. Na pierwszy rzut oka wydają się sobie fundamentalnie zaprzeczać.
Czym innym wydaje się chrześcijańskie przesłanie o tryumfie ducha nad prawem, a czym innym silnie skodyfikowana rzeczywistość islamu. Czym innym jest doświadczenie mistyków chrześcijańskich czy buddyjskich, a czym innym szamańskie obrzędy obecne np. w religiach animistycznych.
Duchowych przeżyć i kontaktów z Bogiem można doświadczyć przebywając na łonie natury, pracując w hospicjum czy biorąc udział w mszy świętej.
To, co proponuję w niniejszym tekście, to próba klasyfikacji uniwersalnych, obecnych w większości religii doświadczeń, w oparciu o symbolikę… Trójcy Świętej.
Żeby było jasne i żeby nikt nie posądził mnie o herezję – interpretacja, którą przedstawiam, odnosi się do tego jak pewne symbole funkcjonują w kulturze, a nie jak wygląda obiektywna rzeczywistość Absolutu.
Częściowo więc w tym tekście abstrahuję od teologicznego rozumienia Trójcy Świętej, która – jak podkreślał chociażby św. Grzegorz z Nyssy – jest absolutną jednością w działaniu. „W cokolwiek bowiem dzięki Twemu objawieniu wierzymy o Twojej chwale, to samo bez żadnej różnicy myślimy o Twoim Synu i o Duchu Świętym” – słyszymy w mszalnej prefacji o Trójcy Świętej.
Jednakże w warstwie symbolicznej obraz chrześcijańskiej trinitas można odnieść do znacznie szerszej skali zjawisk, wykraczającą nie tylko poza katolicyzm, ale i samą religię.
Podział, którego znaczenie będę omawiał w poniższym tekście, można przedstawić w formie tabeli:
| Bóg Ojciec | Syn Boży | Duch Święty | |
| Trójca Święta | x | x | x |
| Religia niebiańskiego prawa | x | x | |
| Religia człowieczeństwa i duchowości | x | x | |
| Bóg filozofów | x | x | |
| Zasada świata | x | ||
| Świecki humanizm | x | ||
| Mistyka | x | ||
| Nihilizm |
Ojciec – odwieczny prawodawca
Na początek przyjrzyjmy się figurze Boga Ojca. W zachodniej ikonografii jest on ukazywany często jako starzec w chmurach. W samej Biblii spotykamy go raczej pod postaciami gorejącego krzewu, słupa ognia lub „szmeru łagodnego wichru”, aniżeli pod postacią ludzką.
Obydwa przedstawienia oddają pewne intuicje związane z tą figurą. Starzec symbolizuje mądrość, wiekowość. Przede wszystkim zaś jest figurą patriarchalną, ojcowską. Słup ognia, ognisty krzew czy eliaszowy łagodny powiew wskazują z kolei na radykalną transcendencję, na coś, co nas przerasta, jest tajemnicze, nieuchwytne i nieopisywalne.
Koresponduje to z psychoanalitycznym rozumieniem figury Ojca, które spotykamy chociażby u Jacquesa Lacana czy jego przyjaciela Pierre’a Legendre’a. Ojciec oznacza symboliczne, Wielkiego Innego, superego. Jest figurą obiektywnych zasad, do których człowiek musi się dostosować.
Z drugiej strony jest – jak wskazuje Legendre – postacią tajemniczą, jakby nieobecną, odległą. Kimś, o kim mówią opowieści mityczne, ale kogo bezpośrednio nie widzimy. To zaś co widzimy i z czym się stykamy, to reprezentacje figury Ojca w postaci obiektywnych zasad i chroniących tychże zasad instytucji.
Wróćmy do religii. Figura Boga Ojca odpowiada doświadczeniu obiektywnych i niezależnych od nas zasad rządzących światem, które to w religiach są personifikowane przez bóstwa porządku, sprawiedliwości i prawa.
Do tej kategorii zalicza się na przykład indoeuropejski Dyḗus Pitar, pradawny „niebiański ojciec”, od którego najprawdopodobniej pochodzą takie bóstwa jak grecki Zeus, rzymski Jupiter czy germański Tyr – bogowie patrzący z góry na świat, władający wielką mocą i okrutnie karzący nieposłuszne im istoty.
Podobne motywy możemy znaleźć też w innych tradycjach, choćby dalekowschodnich. Tiān w starożytnych Chinach oznaczał jednocześnie niebo, jak i pewien kosmiczny porządek rządzący światem. To właśnie on dawał tak zwany „Mandat Niebios”, upoważniający chińskich cesarzy do rządzenia ludem.
W końcu zaliczyć można do niego także wiarę starożytnych Izraelitów, którzy w swoim Bogu widzieli źródło i gwaranta praw rządzących rzeczywistością. Zatem przekonanie o istnieniu „niebiańskiego porządku” było dość powszechne we wszelkich cywilizowanych społecznościach.
W jakimś sensie także wiara w naukę jest współczesną adaptacją tego poglądu. Nie można uprawiać nauki nie wierząc, że istnieje pewien ustalony porządek, według którego funkcjonuje świat. Naukowiec doświadcza boskości jako niezmiennej, stałej niczym prawa matematyki, nieskończonej jak kosmos i przytłaczającej ludzi swoją skalą.
Także w polityce mamy tego przykłady – choćby Karol Marks wierzył w materializm dialektyczny, który choć nie był bóstwem, to funkcjonował jakby nim był – stanowił bowiem nadrzędną siłę rządzącą światem w określony sposób, której prawidłom należało się podporządkować.
Nie jest to specjalnie „miły” ani „ludzki” aspekt boskości. Budzi raczej trwogę swoją potęgą i dostojnością. Jest jednocześnie nieodłącznym elementem naszego świata, jego źródłem i trwaniem.
Można mieć do niego stosunek jak do słońca, które daje nam energię i umożliwia życie na ziemi, a które równocześnie może nas oślepić, jeżeli postanowimy zignorować nieubłagane prawa fizyki.
Skojarzenie ze słońcem jest nieprzypadkowe – ów typ bóstwa rozumianego jako źródło ładu bywał kojarzony ze światłością czy wprost ze słońcem. Przykładem jest najwyższy bóg starożytnego Egiptu – Ra. Także w etymologii słowa „oświecenie” zawarte jest to skojarzenie – oznacza ono bowiem dojrzenie prawdziwej natury świata.
Bóg ładu jest rodzajem siły, z którą ciężko pertraktować lub się spierać. Najrozsądniej byłoby złożyć mu pokłon i z pokorą przyjąć ustalone zasady. Pogodzić się z tym, że pewne rzeczy nas przerastają, nie jesteśmy w stanie ich zmienić i musimy się do nich dostosować
Fizyk, który odkrywa prawa rządzące ruchem planet, nie zastanawia się, czy mu się one podobają czy nie. Przyjmuje je takimi, jakie są. Podobnie prawnik, który stosuje konsekwentnie system karny. Prawo stanowione może czasem wydawać się okrutne lub „ślepe”. Jednocześnie jest konieczne dla utrzymania porządku.
Z tak rozumianym Bogiem można próbować się siłować, podobnie jak czynił to starotestamentalny Jakub. Jednak próba walki z nim jest jak próba walki z grawitacją. Można na chwilę wznieść się w przestworza, ale na końcu zawsze spadnie się na ziemię.
Możemy zbudować dom w terenie zalewowym, zapominając o płynącej obok rzece, jednak nie uchroni nas to przed powodzią. Bóg Ojciec jest zatem zasadą rzeczywistości, brutalnie weryfikującą pretensje naszych popędów, pragnień i fantazmatów.
Próba oceniania tego rodzaju boskości w ludzkich kategoriach moralnych trochę mija się z celem. Przypomniałoby to zarzucanie ewolucji, że doprowadziła do śmierci milionów gatunków na przestrzeni dziejów. Bunt przeciw Bogu Ojcu to odrzucenie porządku świata. Uznanie, że go nie ma, że jest zły lub nie taki jaki być powinien.
Powyższy opis Boga Ojca może sprawiać wrażenie, iż jest on istotą obcą, wręcz nieludzką. I starożytni bogowie rzeczywiście najczęściej byli okrutni jak sama natura.
Dlatego dość rzadko ich kult był wiązany z jakiegoś rodzaju sympatią wobec nich. Źródłem czci był raczej strach związany z poczuciem totalnej zależności od kaprysów tak rozumianego bóstwa.
Skupienie się wyłącznie na tym aspekcie doświadczenia religijnego prowadziłoby do ślepego posłuszeństwa, bezdusznego przestrzegania reguł, sztywności, która uznaje zupełną niemożność zmiany stanu rzeczy oraz ignoruje złożoność sytuacji i okoliczności. Traci z oczu drugiego człowieka oraz wewnętrzny, „duchowy” sposób przeżywania świata.
Syn Boży. Humanizm i miłość do człowieka
Inny aspekt bóstwa przedstawia figura Syna, w naszej kulturze nierozerwalnie związana z Chrystusem. Zawiera się w niej rodzaj boskości uświęcającej wszystko to, co jest ludzkie. Nie jest obcą, bezwzględną zasadą rzeczywistości.
Jest kimś takim jak my – ze wszystkimi naszymi zaletami, problemami i słabościami. Syn Boży symbolizuje więc humanistyczny aspekt religii, miłość bliźniego, międzyludzką solidarność i miłosierdzie.
O ile Bóg Ojciec jest figurą tajemniczą i budzącą grozę, której wizerunków wręcz zabraniano przedstawiać, np. w judaizmie czy islamie, tak Syn objawia się jako ktoś bliski – najczęściej w drugim człowieku. Stąd zresztą – wbrew zakazowi starotestamentalnemu – w chrześcijaństwie rozwinął się kult świętych obrazów. Skoro Bóg się wcielił, to można go już przedstawiać w ludzkiej, materialnej i namacalnej postaci.
Syn Boży przejawia się w relacjach, które nawiązujemy z innymi – od sympatii, poprzez przyjaźń, aż po miłość. Jest przebaczoną winą, darowanym długiem czy pojednaniem po latach.
Jest w nim pasja i poświęcenie. Wiara w możliwość bycia lepszym człowiekiem, nadzieja na lepszy świat – na zupełnie inne, oparte na przebaczeniu stosunki międzyludzkie. Syn Boży symbolizuje miłość pozwalającą przełamywać własne ograniczenia i ułomności.
Jezus nie jest abstrakcyjną „boskością”. Jest „tu i teraz” – chodzi po ziemi, je, śpi, rodzi się. W końcu cierpi i umiera.
Postacią z mitologii przedchrześcijańskich, która przejawiała część „chrystusowych” cech, był tytan Prometeusz. W mitach widzimy go jako postać kochającą ludzi, pragnącą im pomóc i ulżyć w trudach. Jako kogoś, kto był w stanie z miłości do człowieka złamać prawa ustanowione przez Zeusa – surowego boga nieba, figurę ojcowską.
Jednak Prometeusz nie stał się główną postacią religii greckich. Był raczej kimś, kto wystąpił przeciwko bogom i zasadom rządzącym rzeczywistością. Jego kult był szczątkowy, w przeciwieństwie do kultu jego oprawców.
Przypomnijmy też, że w pogańskiej religii greckiej człowiek nie był stworzony przez bogów i nie był przedmiotem ich szczególnej troski. Został ulepiony przez wspomnianego tytana, niejako wbrew ich wiedzy i woli. Co nie jest wyjątkiem na tle pradawnych wierzeń, które traktowały ludzi raczej jako igraszkę bogów niż koronę stworzenia.
Pewne elementy relacji człowieczeństwa i boskości możemy znaleźć w okresie, który Karl Jaspers nazwał „wiekiem osiowym”. W swojej książce O źródle i celu historii zauważył, że pomiędzy VIII a II wiekiem przed Chrystusem w różnych miejscach globu doszło do przewartościowania starożytnych wierzeń.
Pojawiła się głębsza refleksja nad ludzką egzystencją i relacją człowieka do wspominanych pradawnych bogów-ojców. Zaczęto dostrzegać pewien tragizm życia, zadawać pytania o sens cierpienia i istnienia.
W tym okresie narodziła się między innymi filozofia grecka, w Persji ukształtował się zaratusztrianizm, w Indiach napisano Bhagawadgitę, a swoje nauki głosił Budda. Na Dalekim Wschodzie swoje przemyślenia snuli Konfucjusz i Laozi. W judaizmie znów jest to okres powstania ksiąg prorockich, które niejako przygotowywały grunt pod przyjście Mesjasza.
Najpełniejszą emanację tego etapu w historii religii znajdujmy oczywiście w Nowym Testamencie, wraz z Jezusem Chrystusem, jego przykazaniem miłości i nową, ewangeliczną moralnością, która zasadniczo obowiązuje do dziś, nawet jeżeli ktoś nie wierzy w jej boskie pochodzenie, o czym pisał szerzej Tom Holland w książce Boże władztwo.
Przyniesione przez chrześcijaństwo miłosierdzie i troska o najbardziej bezbronnych pozwoliła przezwyciężać bezwzględne prawa, którymi rządził się starożytny świat. Między innymi te ustalone przez pogańskie bóstwa Rzymu, dla których istotny był kult siły, wojny i dyscypliny. Oparta o te bóstwa moralność nie znała litości, odkupienia ani wiary w uniwersalną godność ludzką, niewolników traktowała jak przedmioty, a przeciwników zamęczała na krzyżach.
W przeciwieństwie do Prometeusza, Jezus jednak nie był buntownikiem wobec Boga Ojca (oczywiście – starotestamentalny JHWH był kimś znacznie innym niż Zeus). Chrystus nie łamał ani nie znosił jego praw, ale uzupełniał je o łaskawość, współczucie i wybaczenie.
Jeśli osobę Boga Ojca przyrównaliśmy do nauk przyrodniczych ze swoją bezwzględną obiektywnością, tak jego Syna można by porównać do nauk humanistycznych. Humanistyka – przynajmniej tak, jak była rozumiana kiedyś – zachęca nas nie tyle do poznania obiektywnych praw rządzących światem, co raczej do twórczego przekształcania status quo, czynienia go lepszym, piękniejszym, sprawiedliwszym i bliższym niebiańskiemu porządkowi.
Czy to znaczy jednak, że humanizm jest antytezą fizyki? Nie. Podejście humanistyczne uzupełnia, a nie przeczy obiektywnej nauce o rzeczywistości.
Figura Syna Bożego często dominuje wyobraźnię religijną w społecznościach protestanckich i niektórych nowych wspólnotach katolickich. Chętnie widziałyby one w Jezusie swojego osobistego przyjaciela, powiernika i opiekuna. Oczywiście Jezus kimś takim jak najbardziej jest. Jednakże złożoność doświadczania boskości, przedstawianej w symbolice Trójcy Świętej, nie ogranicza się do tego aspektu.
Jezusowy aspekt boskości człowieczeństwa zdominował nowożytną, humanistyczną kulturę Zachodu, która na tej bazie wytworzyła nowoczesne prawa człowieka. W pewnym sensie są one chrześcijańską herezją. Skupiają się wyłącznie na jednym elemencie – humanistycznym elemencie Syna – pomijając pozostałe.
Także współcześni lewicowi aktywiści, w swojej, jak zakładam, szczerej walce o wolność jednostki, zdają się ignorować zasady, jakimi rządzi się świat. Absolutyzacja humanizmu czyni z nas ślepych idealistów, bojowników o wolność oraz indywidualistów, którzy nie potrafią podporządkować się zasadom.
Znów – odrzucenie tego elementu jest błędem. Czyniłoby nas to obojętnymi na ludzką krzywdę, bezdusznymi i nieludzkimi. Bóg Ojciec i Syn Boży w tej interpretacji są zatem dopełniającymi się elementami: surowości i dobrotliwości, sprawiedliwości i wybaczenia, niezmienności i otwartości. Jednak wciąż brakuje tutaj aspektu trzeciego.
Oba nurty bowiem mieszczą się w pewnej „racjonalności”. Ba – przy ich „desakralizacji” nawet część ateistów mogłaby się zgodzić z przejawianiem się ich w świecie. Jednak w Trójcy mamy i trzeci element, jakim jest przenikający świat Duch Święty.
Duch Święty. Doświadczenie wewnętrzne i sakralny charakter otaczającego nas świata
W figurze Ducha Świętego zawierają się wszelkie tajemnicze aspekty religijności. Takie, które nie mogą być zrozumiane, domknięte czy wytłumaczone. Wykraczające poza rozum i logikę. To duchowość, której nie da się w prosty sposób nazwać, opisać ani zawrzeć w księgach. Jest to mistyczne doświadczenie boskości, zarówno osobiste, jak i wspólnotowe.
Duch Święty symbolizuje wszystkie natchnione wizje, przebłyski geniuszu, prorocze sny czy doświadczenia graniczne, sprawiające, że zaczynamy patrzeć na świat inaczej. Święci mistycy, niepokorni prorocy czy zwykli ludzie doświadczający niezwykłych przeżyć są przejawem jego działania
Duch Święty jest także figurą kierującą nas ku sakralnemu charakterowi życia. Sprawia, że zwykły dzień staje się świętem, kamienna budowla świątynią, sformalizowane działanie – rytuałem łączącym nas z transcendencją, zaś wypowiadane słowa – modlitwą.
W uświęceniu rzeczywistości jest pewna ekstraordynaryjna nieokreśloność i niepewność, wymykająca się powszedniości i racjonalizmowi, co bardzo irytuje nowoczesnego człowieka, przyzwyczajonego do tego, aby wszystko było proste, zrozumiałe i poddane jego kontroli.
Gdybyśmy chcieli przyrównać go do opisanych wcześniej dziedzin poznania, to byłby on poezją, która, znów, nie wyklucza się z naukami ścisłymi i humanistyką, ale stanowi osobną od nich kategorię.
W archaicznych czasach odpowiednikiem świętego natchnienia były „rozmowy z duchami”, jakich doświadczali szamani podróżujący do innego świata poprzez wejście w trans.
W Kościele katolickim zamiast rytmicznych bębnów, energicznych tańców i głośnych śpiewów stawia się raczej na wyciszenie, medytację, ascezę i modlitwę. Jednak cel zasadniczo jest ten sam – wyjście poza doczesność w celu zdobycia doświadczenia i wiedzy, które nie byłyby do zdobycia w inny sposób.
Duch Święty jest w ikonografii przedstawiany jako gołębica. Kluczowe w interpretacji tego symbolu są ptasie skrzydła, które w starożytności oznaczały połączenie między ziemią a niebem.
Ptak był związany z lądem, z twardą materią, po której na co dzień stąpamy. Jednocześnie mógł ulatywać w niebiosa, do krainy niedostępnej ludziom, która była dawniej reprezentacją boskiego porządku.
Duch Święty był więc posłańcem, mógł wysłać nasze codzienne sprawy do nieba, ale i przynieść stamtąd wiadomość do naszego świata. Symbolizuje boską immanencję – obecność transcendencji w świecie i w ludzkiej jaźni.
Z perspektywy religioznawczej wydaje się być najbardziej pierwotnym, archaicznym aspektem boskości, jakiej doświadczali ludzie. Czasem przychodzącym „samoistnie”, bez potrzeby studiowania kapłańskich ksiąg, a czasem wbrew nim.
Skupienie się na tym aspekcie, na wewnętrznej duchowości, może prowadzić do zamknięcia się w kręgu własnych przeżyć i obsesyjnego poszukiwania w nich „oświecenia” i ukrytej prawdy o świecie i sobie.
Jednak znów – całkowite odrzucenie Ducha sprawia, że nasze życie traci „mistyczny” aspekt. Staje się jałowe i puste, nieznośnie racjonalne i mechaniczne. Tracimy w ten sposób kontakt z naszą jaźnią i możliwość głębszej kontemplacji boskich tajemnic.
Najlepiej oczywiście, gdy religia Ducha połączona jest z religią Ojca i Syna. Pozwala to bowiem w pełni przeżywać całość rzeczywistości. Bez zastanawiania się, czy nasze intuicje są zgodne z boskim porządkiem, łatwo popaść w indywidualizm. Bez refleksji nad tym, czy służą innym ludziom, łatwo jest zejść na drogę sekciarstwa, izolacji i szaleństwa.
W końcu nie brakuje w historii fanatyków, którzy zarzekali się, że czerpali inspirację do popełnionych zbrodni z pokładów własnej duchowości. I Kościół katolicki zna przypadki duchownych, którzy powołując się na swoje mistyczne doświadczenia, uzasadniali w ten sposób swoje perwersyjne zachowania, o czym pisał Sebastian Duda w opublikowanym na łamach Więzi tekście Mistyczne wodzenie na pokuszenie.
Mistyka – czy może należałoby raczej napisać pseudomistyka – oderwana od zasad i miłości bliźniego nie prowadzi do zbawienia ani uświęcenia. Wprost przeciwnie – prowadzi ku krzywdzie, odrzuceniu i potępieniu. Sama wyabstrahowana „duchowość” nie widzi różnicy między sakralnością olejka, którym namaszczone zostanie ciało chorego, a sakralnością noża, którym zostanie zabita ofiara na ołtarzu.
Potrzebujemy zasad, miłości i duchowości
Tym, czego potrzebujemy, jest synteza powyższych elementów. Wiara jedynie w surowego Boga Ojca cofa nas do czasów starożytnych. Okresu nieprzebłaganych bóstw losu, domagających się ślepego posłuszeństwa i podległości. Tudzież, współcześnie, do terroru „wielkich narracji”, totalitaryzmów czy ideologii uzasadniających niesprawiedliwe systemy ekonomiczne. Do przekonania, że musi być jak jest, a jednostka jest jedynie pyłkiem w wielkiej machinie przekraczających ją zjawisk i procesów, do których musi się bezwzględnie dostosować.
Z kolei redukcja do wiary jedynie w Syna Człowieczego sprowadza nas do miękkiej religijności. Indywidualnego rozumienia świata, traktowania Boga jako „fajnego gościa”, który zawsze wszystko nam wybaczy, więc w zasadzie nie musimy nic robić. Do humanizmu, który ignoruje fakt, że człowiek nie jest wszechmocnym kreatorem samego siebie.
W jakimś sensie liberalizm czy niektóre ideologie emancypacyjne są wyabstrahowaniem tego elementu. Zakładają one, że boskość jest tak blisko człowieka, że właściwie on sam sobie jest bogiem. Jeżeli nie krzywdzi innych (przynajmniej w założeniu), nie potrzebuje podporządkowywać się zewnętrznym zasadom ani uświęcać otaczającej go rzeczywistości.
To on ustala zasady. Może robić prawie że cokolwiek. Wydaje się, że jest to rodzaj myślenia, który dziś jest najbardziej rozpowszechniony w zachodnich państwach.
I wreszcie trzeci element. Duchowość oderwana od pozostałych elementów może prowadzić ludzi na manowce, w niekończące się grzebanie we własnych wizjach, a w końcu nawet i do szaleństwa czy krzywdzenia innych ludzi.
Jest to o tyle zwodnicze, że może przebierać się w szaty szlachetności, oświecenia i wyższej konieczności, w rzeczywistości kierując człowieka ku najmroczniejszym zakamarkom jego duszy. W końcu część nazistów też była przekonana, iż służy „wyższej sprawie”, a ich krucjata przeciw „podludziom” miała rzekomo „uświęcony” charakter.
***
Wróćmy do ukazanej na początku tabeli. Jedność wymienionych w niej elementów w pełni realizuje się w religii trynitarnej – chrześcijaństwie.
Sam Syn i Ojciec tworzą tzw. Boga filozofów – racjonalne i humanistyczne podejście, ale pozbawione warstwy sakralnej. Samo uświęcone prawo (Ojciec i Duch Święty) kieruje nas ku starożytnym religiom. Sama miłość człowieka (Syn i Duch Święty) idą znów w stronę progresywnego chrześcijaństwa, kultu bycia „po prostu dobrym człowiekiem”.
Sam Syn może się objawiać jako współczesny liberalizm i indywidualizm. Sam Ojciec – jako kult zasad i obiektywizmu. Z kolei absolutyzacja samego doświadczenia religijnego (Ducha Świętego) – ku dzielącym się w nieskończoność coraz to nowszym odłamom protestantyzmu lub ku popularnemu wśród klas wyższej średniej i wyższej ezoteryzmowi spod znaku ayauhuasci.
Odrzucenie wszystkich aspektów kieruje nas z kolei ku nihilizmowi, w którym świat staje się bezsensowny, chaotyczny, nieludzki, pozbawiony głębszego sensu i znaczenia. Staje się czymś. co w chrześcijaństwie prezentuje figura szatana.
Zatem tym, czego uczy nas figura Trójcy, jest potrzeba syntezy. Świat bez zasad jest chaosem. Rzeczywistość bez miłości do człowieka piekłem. Z kolei świat bez duchowości traci swój sens i smak. Być może zadanie, przed którym stoi Zachód, jeżeli chce przetrwać jako cywilizacja, to ponowne postawienie w centrum tych trzech aspektów. Powrót do kultu Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

