Czy stać nas na tanią naukę? Podnieśmy wynagrodzenia na uczelniach i powstrzymajmy drenaż mózgów
System szkolnictwa wyższego i nauki odgrywa kluczową rolę polityczną, społeczną i ekonomiczną w dojrzałych państwach i gospodarkach. Tymczasem w Polsce wydajemy na naukę zaledwie 1,4% PKB, a pracę wielu naukowców wyceniamy na poziomie płacy minimalnej. Od polskich akademików gorzej w UE zarabiają jedynie pracownicy greckich, rumuńskich i włoskich uniwersytetów.
Potrzebę podwyższenia wynagrodzeń w nauce dostrzega zarówno spora część wyborców, jak i zdecydowana większość partii politycznych. Jednocześnie nie jest to temat, wokół którego ogniskowałoby się zainteresowanie mediów oraz społeczeństwa, co świetnie pokazał brak sukcesu medialnego (oraz politycznego) wiosennego strajku #3%nanaukę.
Obecnie na naukę wydajemy niewiele ponad 1,4 proc. PKB. Bez zwiększenia nakładów, w tym wynagrodzeń pracowników uczelni, nie możemy oczekiwać wyraźnej poprawy jakości funkcjonowania systemu szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce.
„Akademia oferuje niekonkurencyjne płace, zaś stypendia doktorantów wciąż są, w pierwszej połowie kształcenia, poniżej pensji minimalnej. Niskie wynagrodzenia dotyczą też kadr administracyjnych, co utrudnia profesjonalizację zarządzania uczelniami.
Przez niskie finansowanie agencji grantowych (zwłaszcza NCN), naukowcy nie są w stanie pozyskać środków na realizację projektów badawczych, nawet tych bardzo dobrych” – pisał Łukasz Kierznowski na łamach raportu „Rząd pod lupą”, cyklicznej publikacji Centrum Analiz KJ oceniającej stan polityk publicznych.
Minimalne wynagrodzenie brutto profesora (9 650 PLN) jest obecnie jedynie nieznacznie wyższe od przeciętnego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej (ok. 9 200 PLN). W przypadku innych stanowisk (profesorowie uczelni, adiunkci, asystenci) stawki te są jeszcze niższe.
Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja asystentów – w ich przypadku minimalne wynagrodzenie brutto (4 825 PLN) jest w zasadzie równe płacy minimalnej. Nie zachęca to młodych do rozpoczęcia kariery na uniwersytecie – jedynie 3,4 proc. nauczycieli akademickich ma mniej niż 30 lat.
Niestety, za strukturą wynagrodzeń, w tym podwyżek płac w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego, od lat nie stoi żadna strategia. W praktyce waloryzacja minimalnego wynagrodzenia profesora, które stanowi kwotę bazową dla wyliczania wynagrodzeń na innych stanowiskach, ma bowiem na celu wyłącznie przeciwdziałanie spadkowi wynagrodzenia asystenta poniżej płacy minimalnej.
Dbanie o godne i atrakcyjne pensje dla pracowników uniwersytetów jest ważne, ponieważ świat akademii charakteryzuje się jednym z najwyższych poziomów mobilności zawodowej. Jeśli państwo nie oferuje relatywnie wysokich wynagrodzeń (zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym), musi liczyć się ze z ryzykiem odpływu kadry, nazywanym często „drenażem mózgów” (brain drain).
Świetnym przykładem drenażu mózgów z sektora akademickiego są Polska i Rumunia – kraje, w których wynagrodzenia na uczelniach są relatywnie niskie przy niskim udziale płac w PKB, a skala brain drain należy do najwyższych w UE.
W najnowszym KonkrecieKJ pt. „Czy stać nas na tanią naukę?” proponujemy podniesienie wynagrodzeń na uniwersytetach poprzez powiązanie ich z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce w następujący sposób:
- 200 proc. „średniej krajowej” dla profesora,
- 165 proc. dla profesora uczelni,
- 130 proc. dla adiunkta,
- 90 proc. dla asystenta.
Szczególnie duża zamiana na korzyść pracowników dotyczyłaby asystentów, którzy z obecnego minimalnego wynagrodzenia brutto (4 825 zł) skoczyliby w nowym roku do poziomu 8 309,82 zł brutto. Byłaby to kwota zbliżona do prawdopodobnej wysokości mediany wynagrodzeń w 2027 roku.

Tak istotnemu wzrostowi wynagrodzeń powinien jednak towarzyszyć krytyczny przegląd obecnych przywilejów nauczycieli akademickich. Należałoby wyeliminować część ulg, w tym m.in. nieprzejrzystą ulgę polegającą na zastosowaniu 50 proc. kosztów uzyskania przychodu, płatny urlop naukowy czy urlop dla poratowania zdrowia.
Bez dostępu do danych (choćby o strukturze zatrudnienia i wynagrodzeń w administracji poszczególnych uczelni) trudno o dokładny szacunek ostatecznego kosztu tej reformy. Według wyliczeń autora Konkretu, dr Marcina Kędzierskiego, ten koszt dla budżetu wyniósłby ok. 5 mld zł.
Mimo ograniczeń budżetowych i rosnących problemów z długiem wydaje się, że kwota ta jest relatywnie niewielka. Mowa o wzroście wydatków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego o mniej niż 20 proc., przy mocno niedofinansowanej nauce. To stanowi niewiele ponad 0,1% PKB, a taki wzrost może istotnie podwyższyć atrakcyjność pracy na uczelniach i zachęcić do podejmowania oraz kontynuowania kariery akademickiej w Polsce.
Poznaj pełną treść #KonkretuKJ: „Czy stać nas na tanią naukę?” autorstwa dr Marcina Kędzierskiego.
