Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Zbyt piękne ciało Wokulskiego. Filmowa „Lalka” mogła być wielką baśnią, ale zabrakło odwagi

Zbyt piękne ciało Wokulskiego. Filmowa „Lalka” mogła być wielką baśnią, ale zabrakło odwagi źródło: Materiały prasowe Kino Świat

Mogliśmy mieć wielką baśń. Po prowokacyjnej, serialowej pseudo-Lalce, dostaliśmy rzetelną, przyjemną Lalkę, w której „czegoś” brakuje. Tym razem nie chodzi o nieznajomość realiów czy nieudaną przeróbkę narracji Bolesława Prusa. Chodzi o ciało Wokulskiego, którego gra Marcin Dorociński. Ale może to dobrze, że wszystkie ekranizacje są niespełnione?

Nigdy nie będzie wybitnej adaptacji Lalki

Prawie wszystko, co mogło nie wyjść, wyszło. Jan Englert, Maja Komorowska, Marek Kondrat czy Agata Kulesza – w filmie Lalka gwiazdy polskiego kina w większości nie grają samych siebie, ale zaliczają świetne występy. Adaptacja jest bogata, warstwę wizualną można smakować, prawie nigdzie nie widać kadrów, które zdradzałyby ograniczony budżet.

Scenarzystom nie przyszło do głowy rozmontowywać doskonałej fabuły Prusa. Zimowa Warszawa wygląda czasami jak wnętrze śnieżnej kuli, ma trochę nierealny, zbyt łatwy czar. Ale kto mieszka w Warszawie, wie, że ona czasem taka jest.

Co drażni? Bolesław Prus, który niepotrzebnie pojawia się w filmie, tak jakby Wokulski był realną postacią – chwyt pospolity, przewidywalny. I drażni zbyt głośna, emocjonalna muzyka, od pierwszych scen próbująca narzucić emocjonalną rzewność. Prus nie był czułostkowy, wiedział, że namiętność może dosięgnąć kogoś, kto jest silny. I że w namiętności fascynuje to, że jest bezlitosna.

Widzimy to w momentach ironii i żywiołowości Wokulskiego, ocalonych dzięki talentowi Marcina Dorocińskiego. Ale chciałbym obejrzeć wersję tego filmu bez muzyki – byłaby mocniejsza, nie schodziłaby w stronę melodramatu.

Maciej Kawalski nakręcił Lalkę wierną oryginałowi. Rozstrzygnijmy to raz na zawsze. Klasyczną, pochodzącą z XIX wieku opowieść o namiętności można zekranizować wiernie tak, że będzie – nomen omen – pasjonująca.

Świadczy o tym Wiek niewinności (1993) Martina Scorsese, bardzo wierna adaptacja (z Danielem Day-Lewisem, Michelle Pfeiffer, Winoną Ryder) znakomitej powieści Edith Wharton, osadzonej w amerykańskim Gilded Age. Film jest może nawet lepszy od książki.

To ta sama dekada, co u Prusa – lata 70. XIX wieku, czas gwałtownych przemian społecznych i dyktatu pieniądza. Nowy Jork, jak Warszawa pod zaborami, wciąż wyraźnie prowincjonalny. Główny bohater nieco podobny do Wokulskiego: mężczyzna chcący się ożenić, który na tle swojej społeczności wyróżnia się osobowością. Zakochuje się w kobiecie, której nie można zdobyć…

Scorsese powiedział, że Wiek niewinności to jego najbardziej brutalny film, brutalniejszy niż filmy o mafii, chociaż kochankowie dotykają się może tylko raz czy dwa. Piszę to pod adresem tych, którzy uważają, że klasykę trzeba uwspółcześniać „bezczelnie” (a potem ta bezczelność okazuje się niewypałem).

Dlaczego więc wierna adaptacja nie uda się w przypadku Lalki? Wiek niewinności to wybitna, ale mała powieść – około 600 tys. znaków. A Lalka to „great Polish novel”. I liczy blisko 2 miliony znaków. Oczywiście nie da się tych książek ściśle porównać, ale ta różnica już dużo mówi o tym, jak zachłanny na rzeczywistość był Bolesław Prus, jakie bogactwo zmieścił w swoim dziele.

Wszystkie adaptacje musiały coś z Lalki wyciąć. Szkoda, że tym razem znowu – jak w serialu z lat 70. – wycięto ciało Wokulskiego.

Wokulski underdog, Wokulski amant

Nie chodzi mi bynajmniej o to, że Dorociński źle gra. Ma doskonałą do tej roli siłę wyrazu, obecność na ekranie. Umie pokazać różne nastroje Wokulskiego – chociaż lepiej wychodzi mu żywiołowość, radość, ironia niż melancholia i rozpacz. Błyska czasem ironia w tej Lalce, bo i Prus wiedział, że namiętność jest trochę śmieszna, trochę żałosna – ale to jej nie zabija.

Chodzi o ciało Wokulskiego. W powieści panna Izabela nazywa raz Wokulskiego (jeszcze zanim go pozna) „pniem z czerwonymi rękoma” (które jakoby odmroził sobie na Syberii). „Twarz surowa, nawet dzika, ale piękna” – dodaje jej przyjaciółka, panna Florentyna.

Aktor grający tę rolę nie powinien reprezentować typu amanta. To powinien być underdog. Ktoś, na kogo nie postawilibyśmy pieniędzy, ale kibicujemy mu, bo musi pokonać przeciwności, walczyć o zwycięstwo. Ktoś, kto nie do końca radzi sobie na salonach. Poniekąd superbohater, jak powieściowy Wokulski, ale poniekąd zdradzony przez swoje ciało. Nieidealny.

Wokulski Dorocińskiego jest zbyt piękny – chociaż zaczyna nabierać rysów „słabszego” zawodnika. Jest przystojny, atletyczny, ale starzeje się. Jego twarz zmienia kształt, widać, że to mężczyzna po pięćdziesiątce. (Dorociński jest kilka lat starszy od powieściowego Wokulskiego; nie oceniam, jak aktor wygląda w rzeczywistości, opisuję postać z filmu).

Ale to nie Wokulski z powieści. Nie chodzi mi o wierność oryginałowi samą dla siebie, nie chcę sztywności. Powieść daje po prostu jedyną szansę, by zrealizować pewną wyjątkową kompozycję, a filmowcy uparcie to gubią.

Najlepszy był Wokulski Mariusza Dmochowskiego z filmu Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 r. I najbardziej uderzająca była wtedy obecność na ekranie Beaty Tyszkiewicz jako panny Izabeli. Tęgi, potężny, przebiegły Dmochowski był kimś, kogo pokochać niełatwo. Tyszkiewicz odcinała się na każdym tle jak postać z marzenia, z mitu.

Dotykamy w Lalce rzeczy rzadkiej, już prawie zapomnianej – mitu o namiętności. To nie jest bezpieczna zabawka. Po Hasie dostawaliśmy w adaptacjach Bera i Kawalskiego spektakle mieszczańskie i psychologiczne, ale baśni nie widziałem ani razu.

Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć Wokulskiego, który nie będzie spełniał popularnego dziś wzorca everymana-supermana, do którego świetnie nadają się odtwórcy ról amantów i liderów. To nie polski Matt Damon. To powinien być ktoś nietypowy, poza wszelkim typem, a dzięki temu bardziej realny w swojej nierealności.

Zaś cała adaptacja powinna być drapieżna, zmysłowa, grająca na wielu tonach. Tego właśnie u Kawalskiego brakuje – nie jest w końcu Martinem Scorsese. Chciałbym też kiedyś zobaczyć pannę Izabelę, która nie da się zepchnąć w cień pani Wąsowskiej.

Najładniejsza dziewczyna na imprezie

Druga Małgorzata Braunek? Odtwórczynię roli panny Izabeli z serialu Bera nieraz oskarżano o bezbarwność – zdaje się, że Kamila Urzędowska podzieli ten los. Ale nie może być inaczej, bo po raz kolejny gra główną rolę kobiecą, do której nie do końca się nadaje.

Pisałem o tym trzy lata temu, recenzując adaptację Chłopów, w której rolę Jagny grała ta sama aktorka: powieściowa Jagna, silna dziewczyna ze wsi, wyglądała zupełnie inaczej niż podobna do „panienki z miasta” Urzędowska. Zresztą również w przypadku głównej roli męskiej (Antka) zabrakło odważniejszego castingu.

Dlaczego twórcy nie poszukali także do roli panny Izabeli aktorki o bardziej nietypowej urodzie? Pozwolili, by to grająca panią Wąsowską, kapitalnie obsadzona Maria Dębska skradła wiele scen, stworzyła postać o wiele barwniejszą, o niezwykłym uroku.

Trudno opędzić się od wrażenia, że taki jest dzisiaj ideał społeczny: młoda kobieta przypominająca nieco lalkę Barbie (jak zresztą pokazał niedawno pannę Izabelę „Tygodnik Powszechny”).

Nic w tym złego, ale też niewiele dobrego. Brakuje śmiałości, rozmachu, wyobraźni. Panna Izabela w filmie Kawalskiego to najładniejsza dziewczyna na imprezie, ale daleko jej do niedosiężnej piękności, arystokratycznego ideału, postaci mitycznej, niemożliwej.

Namiętność nie powinna mieć sensu

Ciała aktorów sprawiają, że film Lalka nie sięga poziomu powieści Prusa. Tak, to film przyjemny do oglądania, gęsty, dynamiczny. Ktoś, kto wysoko ceni Lalkę, poczuje, jak wracają obrazy z powieści, jak świetne sceny z fryzjerem, który zaleca Wokulskiemu „kilka baletniczek, które chętnie zawarłyby z panem stosuneczki, a słowo honoru daję, że warto!”.

Wątki podróży Wokulskiego do Paryża, jego marzeń o karierze naukowej, wreszcie sam motyw lalki jako kogoś innego od panny Izabeli – bo przecież to Wokulski jest lalką – przedstawiono z wyczuciem. Bohaterem miotają pragnienia, które nie wiadomo kto stworzył – pisarze romantyczni? Kultura? Trauma? Polityka?

Twórcy pokusili się też o pokazanie „żywych obrazów”, w których bierze udział panna Izabela, bez wyjaśniania, co to takiego jest – niech widzowie zajrzą do książek. Świetny ruch! Film Kawalskiego ma więc potencjał. Ale pozostaje tylko małą baśnią o namiętności – bo aktorzy nie do końca mogą wcielić się w swoje role. I to wcale nie jest źle!

Ludzie o praktycznym sposobie bycia często odrzucają wątek miłosny w Lalce Prusa, bo „nie wiadomo, czemu on ją kocha” albo „wiadomo, że ona była głupia”. Mężczyzna owładnięty namiętnością wydaje im się szalony, śmieszny, bo nie można tego wyjaśnić.

Ale właśnie to jest kluczowe. Cały najważniejszy wątek powieści Prusa – jakoby „realistycznej” – jest baśniowy, absurdalny. Miłość nie może mieć zbyt wiele sensu.

„Szlachcic, absurdalnie bogaty, z powstańczą przeszłością, do tego Polak i katolik, nie asymilowany Żyd – gdzie problem? Koleżanki Izabeli, gdyby istniała, by jej zazdrościły” – mówiła niedawno w „Newsweek Polska” dr Alicja Urbanik-Kopeć. Gdyby ktoś taki jak Wokulski pojawił się w Warszawie lat 70. XIX wieku, arystokraci walczyliby o jego względy, marzyliby, by ubiegał się o rękę córki jednego z nich.

Skąd ten brak realizmu u Prusa – wielkiego realisty? Nie znam żadnej przekonującej odpowiedzi oprócz jednej: bo to absurd tworzy wielkie baśni o namiętności, sprawiając, że narracja przekracza poziom psychologii, diagnozy społecznej, a zarazem zbliża się do tajemnicy, do rzeczy niemożliwych – co widać tym ostrzej, że wynalazki XIX wieku, od elektryczności po marksizm, starały się rzucić na wszelkie tajemnice bezlitośnie jaskrawe światło.

Lepiej tę absurdalność widać może właśnie wtedy, kiedy Wokulski jest nieco zbyt przystojny, a panna Izabela wydaje się naprawdę być w jego zasięgu. Cóż bowiem stoi na przeszkodzie dla udanego małżeństwa bogatego kupca, mężczyzny przewyższającego siłą woli wszystkich współczesnych, żądnego przygód, o niesamowitym magnetyzmie, kogoś otoczonego legendą – i najpiękniejszej, najbardziej niedostępnej i tajemniczej kobiety w Warszawie?

Czy chodzi o to, że Izabela jest naprawdę tylko kimś niedojrzałym, dużym dzieckiem? U Prusa i w filmie taka odpowiedź nie wystarcza. Sekret namiętności – nieprzypadkowo i w powieści, i w filmie pani Wąsowska mówi Wokulskiemu: „wyrzuć pan z siebie średniowiecznego trubadura” – polega na tym, że jest ona absurdem, a jednak istnieje, jak perpetuum mobile, które budował powieściowy Stach w młodości.

Kłopot w tym, że w filmie Kawalskiego ta baśniowość załamuje się momentami w rodzaj analizy psychologicznej. A psychologia nie ma sensu w nierealistycznym świecie.

Lalka marzeń

Jaka więc mogłaby być wybitna ekranizacja Lalki? Po pierwsze, powinni w niej grać nietypowo dobrani odtwórcy głównych ról. Po drugie, powinna być ironiczna do potęgi, ale niekoniecznie elegijna. Po trzecie, powinna podkreślać na serio podziały społeczne i związaną z nimi mentalność.

Dziś dziwi nas, że arystokraci traktują Wokulskiego jak inny gatunek człowieka, a osoby z niższych klas społecznych jak przynależące do jeszcze pośledniejszych gatunków. Zresztą działa to też poniekąd w drugą stronę: wszyscy mają poczucie, że należą do swojego „gatunku”, odrębnego od pozostałych; to w końcu świat naznaczony już teorią Darwina.

Wydaje się, że nasz świat ewoluuje w stronę pogłębiania nierówności i kontrastów społecznych, a narracja osadzona w Polsce mogłaby to pokazywać nie gorzej, a nawet lepiej, niż narracja osadzona na przykład w Ameryce.

Po czwarte, niech ktoś spróbuje w końcu przenieść wzorzec Lalki do innej epoki, na przykład do Polski lat 90. XX wieku. Byłoby to o wiele bardziej twórcze niż „unowocześnianie” tanimi chwytami (co widzieliśmy w niedawnym serialu) jednej ze stosunkowo nielicznych polskich narracji, które pokazują, że w przeszłości polscy artyści grali na tym samym poziomie, co artyści „światowi” – chociaż z przyczyn politycznych nie w tej samej lidze.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.