Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Granty pisane przez AI, demografia i dewaluacja dyplomów. Polskie uczelnie czeka trzęsienie ziemi?

Granty pisane przez AI, demografia i dewaluacja dyplomów. Polskie uczelnie czeka trzęsienie ziemi? źródło: Unsplash

– Żeby studiować, i to nie w trybie online, trzeba móc dojechać, mieszkać i się wyżywić. Ze względów ekonomicznych studenci są dzisiaj w zasadzie zmuszeni do pracy w trakcie studiów, a system stypendialny jest znacząco zbyt słaby – mówi prof. Łukasz Murzyn, prorektor ds. współpracy i rozwoju UKEN w Krakowie.

Choć nie dysponujemy jeszcze dokładnymi danymi – te mają pojawić się w październiku lub listopadzie – to jednocześnie wiemy, że uczelnie przeżywają rekordowe rekrutacje w związku z tak zwanym podwójnym rocznikiem po reformie edukacji sprzed 10 lat. Cieszy pana profesora ten boom zainteresowania?

Oczywiście, na poziomie generalnym bardzo mnie to cieszy. Nasza uczelnia, Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, w ostatnich latach niemal podwoiła liczbę osób studiujących. Przekracza ona w tym momencie dwadzieścia tysięcy osób.

To dane, które ze względów ogólnospołecznych i ogólnocywilizacyjnych powinny nas cieszyć. Jednak patrząc na wskaźniki demograficzne i na to, co nas czeka, jeśli chodzi o liczbę maturzystów i kandydatów w kolejnych latach, spodziewamy się dużej korekty.

Korekty?

Z jednej strony boom, który obserwujemy w związku z podwójnymi rocznikami ulegnie poważnemu zmniejszeniu. Z drugiej strony należy się spodziewać, że zostaną z nami lub pogłębią się problemy natury poznawczej, dotyczące sposobu przyswajania wiedzy komplikowane przez czwartą rewolucję przemysłową, zwłaszcza przez rozwój sztucznej inteligencji.

Zatrzymajmy się na problemie demografii. Według GUS w roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach studiowało ponad 1,28 mln studentów. Ta hossa może się jednak szybko skończyć. Czy ma pan profesor poczucie, że uczelnie są przygotowane na niższą liczbę studentów?

Na różnych uczelniach jest różnie. Różna jest infrastrukturalna i organizacyjna gotowość do reagowania na tego typu zmiany.

Jeśli chodzi o to, co należałoby zrobić, to moim zdaniem sensownym rozwiązaniem byłoby postawienie na bardziej elastyczne sposoby studiowania, powszechniejsze wykorzystanie indywidualnej organizacji studiów czy studia międzyobszarowe ułatwiające przepływ pomiędzy branżowymi, zamkniętymi silosami uzyskiwanych kompetencji.

Przyspieszenie technologiczne sprawia, że w szybkim tempie zanikają jedne, a pojawiają się inne poszukiwane na rynku formy pracy i pakiety umiejętności, które rzadko odpowiadają wprost pojedynczym, zamkniętym dyscyplinom naukowym.

Zwróćmy także uwagę, że coraz większa liczba studentów studiów dziennych pracuje zawodowo i często doświadcza dotkliwych problemów bytowych, komunikacyjnych i mieszkaniowych. Niezwykle istotne jest spojrzenie także poza samą uczelnię i zapewnienie tego wszystkiego, co umożliwia młodym ludziom samodzielne, godne przetrwanie w mieście.

Tymczasem uczelnie w swej zasadniczej masie oferują studia w takim samym trybie jak w latach dziewięćdziesiątych, a nawet dawniej. Wsparcie potrzeb życiowych studentek i studentów pozostawia wiele do życzenia. Więc z tym poziomem gotowości bywa, niestety w różnych ośrodkach, różnie.

Jakie scenariusze wyłaniają się na horyzoncie?

Uczelnie zaczynają coraz mocniej funkcjonować w ramach systemu dwóch prędkości. Widać to po sposobie podziału środków w programach takich jak np. „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza”, a tym bardziej zamrożeniu subwencji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla około połowy podległych mu polskich uczelni na poziomie 2025 roku, bez adekwatnej do wzrostu kosztów funkcjonowania corocznej waloryzacji.

Dzieje się to do tego stopnia, że narastają obawy, czy w perspektywie kolejnej dekady nie czeka nas zasadnicza przebudowa całego systemu szkolnictwa wyższego, być może obejmująca redukcję liczby uczelni poprzez ich fuzje i – po części – likwidacje.

Obawiam się, że ewentualna reforma może okazać się prostym skalowaniem systemu zamiast rzeczywistą jego modernizacją. Tymczasem problem leży nie w liczbie uczelni, ale w jakości ich działania, w tym jakie sposoby pozyskiwania kompetencji oferują studentom i w tym, jaki jest komfort tego studiowania.

Jaki byłby pożądany przez pana profesora kierunek?

Uważam, że za wszelką cenę powinniśmy myśleć w kategoriach dostępności usług edukacyjnych dla obywatela i deglomeracji tzn. przemyśleć sposób systemowej reakcji na korektę demograficzną, który nie zniweczyłby obecnego, korzystnego geograficznego rozproszenia oferty edukacyjnej.

Powinniśmy wspierać zarówno różnorodność oferty uczelni w metropoliach, ale też zachować bardzo sensowne inicjatywy, takie jak zaproponowany po reformie administracyjnej z 1997 roku system państwowych wyższych szkół zawodowych. Sukcesywnie przekształcają się one w dobrze funkcjonujące akademie i pełnią życiodajną rolę dla ośrodków, które przed laty straciły status miast wojewódzkich. Będzie to jeszcze ważniejsze w czasie kryzysu demograficznego.

Jeżeli będziemy myśleć wyłącznie w kategoriach redukcji systemu zamiast zmiany sposobu jego działania, doprowadzimy – z jednej strony – do powstania akademickich molochów, gdzie studiuje się masowo i anonimowo, z drugiej – do pustoszenia mniejszych ośrodków i odpływu z nich usług publicznych w wymiarze edukacyjnym.

Wraz z zamieraniem oferty edukacyjnej ucierpi także lokalna gospodarka prosperująca dzięki obecności studentów będących zarówno konsumentami podczas studiów, jak i ogromnym kapitałem społecznym zasilającym rynek pracy. Model – nazwijmy go „konsolidacyjny” – jest skrajnie niekorzystny , dlatego mówię o nim z dużą obawą.

Innym powodem do zmartwień są dane dotyczące umiejętności kognitywnych studentów. Według the Economist, jak podaje Gazeta.pl, 20 proc. polskich studentów ma umiejętności czytania i pisania na poziomie 10-latków. Jednocześnie 15 proc. studentów ma umiejętności matematyczne zbliżone do tego poziomu. Czy ma pan profesor swoje hipotezy z czego może wynikać ten stan rzeczy?

Przychylam się do opinii zwracających uwagę na wczesne przyczyny zanikania kompetencji językowych, a zwłaszcza umiejętności głębokiego czytania, kluczowego dla studiowania, samodzielnego poszukiwania wiedzy i łączenia wątków, jak również kompetencji matematycznych i ogólnie myślenia abstrakcyjnego.

Przyczynę widziałbym w kulturze ekranu oraz w fakcie, że kolejne pokolenia właściwie „rodzą się” z ekranem w ręku. Ponadto, obcowanie z nim różni się od podejścia starszych roczników, bazujących w większym stopniu na czytaniu. Mamy więc do czynienia z prymatem informacji wizualnej, narastającą prędkością stymulacji oraz algorytmami, które służą monetyzacji czasu i spojrzenia, a nie budowaniu rzeczywistego obrazu świata.

W skrajnych przypadkach małe dzieci, które zbyt wcześnie i zbyt długo obcują z ekranem, wolniej uczą się mówić, mają trudności socjalizacyjne i relacyjne, a dalej problemy z nauką czytania i funkcjonalnego rozumienia tekstu. Nie pomaga nam także filozofia uczenia i oceniania pracy uczniów w szkołach podstawowych i średnich.

W praktyce dominuje niestety „trening” rozwiązywania testu ósmoklasisty i testów maturalnych, a prawdziwa nauka i kompetencje kreatywne uczniów schodzą na dalszy plan. Problem ma więc charakter po części cywilizacyjny, a po części dotyczy ustawień systemu edukacji.

Prof. Adam Leszczyński pisze na swoim facebookowym profilu: „Sztuczna inteligencja powoduje, że AI slop zalewa czasopisma, a studenci samodzielnie właściwie niczego już nie piszą, chyba że zamknie się ich w sali, zabierze urządzenia i zostawi tylko kartkę i ołówek. W efekcie wartość rynkowa uzyskanych w ten sposób dyplomów oraz szacunek dla nich i osób, które je przyznają, będzie maleć. Wszystko zapowiada więc dalszą pauperyzację badaczy i badaczek”. Czy ta diagnoza nie jest jednak zbyt pesymistyczna? Podziela ją pan profesor?

Podzielam ją w całej rozciągłości. Zmagamy się z tym problemem we wszystkich wymiarach, o których pisze profesor Leszczyński, w tym dotyczących sposobu uczestnictwa studentów w procesie dydaktycznym, wykonywania zadań, ćwiczeń czy pracy własnej.

Za tym idzie rozpad funkcji oceniania pracy studenta na uczelni, a funkcja ta jest przecież i motywacyjna, i jakościowa, dotycząca realnego progresu poziomu wiedzy. Umyka nam możliwość rzeczywistego mierzenia tych czynników, a w związku z tym – także wartość dyplomu będzie się dewaluować.

AI ma niestety jeszcze jeden, istotny, negatywny wpływ dotyczący aplikacji grantowych i pisania projektów, często na potężne pieniądze z funduszy europejskich czy innych źródeł, w tym z naszego NCN i NCBR.

Obserwujemy spadek skuteczności aplikacyjnej wynikający z faktu, że grantodawcy są zalewani ogromną liczbą na pierwszy rzut oka niezłych wniosków, które jednak coraz częściej pisane są po prostu przez AI. Bardzo trudno jest wyłapać ich rzeczywistą wartość.

Gremia oceniające starają się posiłkować weryfikacją „ludzkiej strony” poszczególnych wniosków, czyli zapleczem konkretnych badaczy i infrastrukturą, którą dysponują wnioskodawcy. To jednak też jest problem, bo ciężar oceny przesuwa się z zasadniczych elementów merytorycznych na sprawy niekiedy mniej ważne.

To ogromne wyzwanie dla całego systemu edukacji oraz myślenia o tym, jak mamy nabywać wiedzę, umiejętności i kompetencje na uczelniach. Mądry system mierzący i badający udział oraz tryb używania sztucznej inteligencji, a także pewne jej limitowanie, jest po prostu niezbędny. Tymczasem polskie uczelnie są dopiero na początku tego procesu.

Czy dostrzega pan profesor jeszcze jakiś strukturalny problem uczelni, który warto poruszyć?

Dostrzegam także jeszcze inny wymiar dewaluacji społecznego postrzegania pracy uniwersytetów i badaczy. Jest nim dotyczące niektórych jednostek, różnie ukierunkowane upolitycznianie nauki. Autorytet uczelni bywa zaprzęgany do roli wspierającej partykularne narracje polityczne, co naturalnie pociąga za sobą utratę społecznego zaufania.

W mojej ocenie musimy bardzo dbać o realnie apolityczną i ekspercką pozycję uniwersytetu, szczególnie kiedy obserwujemy wzrost tendencji populistycznych w światowej polityce. Społeczna misja uczelni jest w tym wymiarze nie do zastąpienia.

Chciałbym też raz jeszcze podkreślić to, co dzieje się w całej sferze umożliwiającej studiowanie, z punktu widzenia studentów to najważniejsza kwestia.

Żeby studiować, i to nie w trybie online, trzeba móc dojechać, mieszkać i się wyżywić. Ze względów ekonomicznych studenci są dzisiaj w zasadzie zmuszeni do pracy w trakcie studiów, a system stypendialny jest znacząco zbyt słaby. Problemem wielu uczelni jest niewystarczająca baza mieszkaniowa domów studenckich oraz ich standard odbiegający od dzisiejszych potrzeb.

Co mogą na to począć polityki publiczne?

Jeśli chodzi o politykę państwową, ciekawym programem jest alokacja niemal pół miliarda złotych z Funduszu Dopłat Banku Gospodarstwa Krajowego na budowę, zakup czy remonty bazy akademików. Ważna jest też dobra współpraca uczelni z samorządami lokalnymi.

Jako pracownik krakowskiej uczelni z uwagą śledzę oferty programowe kandydatów na prezydenta Miasta Krakowa. Synergia w tym obszarze jest kluczowa dla budowania komplementarnej oferty edukacyjnej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.