Złowrogi Cień AI. Czy Apokalipsa już się zbliża?
Dlaczego w kulturze, która już dawno przestała uważać chrześcijaństwo za swój punkt odniesienia, powracają motywy wyjęte wprost z Biblii? Wraz z nadejściem sztucznej inteligencji człowiek odczuwa lęk, że sam przygotowuje grunt pod nadejście Apokalipsy. Ludzkość zapragnęła stworzyć istotę na własne, ludzkie, podobieństwo – czy to, co stworzyła, obróci się w narzędzie jej własnej zagłady?
Dario Amodei, Sam Altman i Elon Musk wezwali do spowolnienia prac nad sztuczną inteligencją i wprowadzenia międzynarodowych regulacji. W przeciwnym wypadku w ich ocenie w ciągu 6-12 miesięcy miałoby dojść do globalnej katastrofy: agenci AI przejmą większość internetu, co w dalszej perspektywie może nawet skutkować wyginięciem znacznej części ludzkości.
Internet napełnił się apokaliptycznymi obrazami, w których koniec świata wygląda zaskakująco… po chrześcijańsku. Prześledźmy krok po kroku, jaka może być tego przyczyna.
Napoleon, Raskolnikow, Altman
Trzy postaci, które na pierwszy rzut oka niewiele mają ze sobą wspólnego. A jednak zestawienie ich nie jest całkiem przypadkowe. Sam Altman, jeden z założycieli OpenAI, tak mówił o swojej fascynacji Napoleonem w wywiadzie, na który powołuje się Karen Hao w „Imperium sztucznej inteligencji”: „[Napoleon] Mówił więc o tym [w książce], jak zbudować system, w którym można w pewien sposób kontrolować ludzi. Pomyślałem: «Wow»”.
To zdanie jest bardziej wymowne niż długie deklaracje o świetlanej przyszłości sztucznej inteligencji. Trudno w nim nie usłyszeć fascynacji możliwością przejęcia sterów nad ludźmi i ich zachowaniami.
W swoim podziwie dla Napoleona Altman przypomina Raskolnikowa, który sam był zafascynowany przywódcą Francji, gdyż przekraczał on granice ustanowione dla zwykłych ludzi i wierzył, że dysponuje szczególnym rodzajem wiedzy, inteligencji i historycznej misji. Różnica polega na narzędziu: bohater Zbrodni i kary miał siekierę i jedną staruszkę, Altman ma sztuczną inteligencję i całą ludzką wspólnotę.
U Dostojewskiego stawką było sumienie jednostki, bo i występek był jednostkowy: dokonany w samotności i w ukryciu, przez jednego człowieka na jego własny rachunek.
Eksperyment ze sztuczną inteligencją dokonuje się jawnie i wspólnie – przez firmy, rządy i miliony korzystających z niej użytkowników. Występek wspólny domaga się z kolei rozliczenia wspólnoty. Dlatego lęk, jaki budzi, nie mieści się już w kategoriach osobistej winy i wyrzutów sumienia, lecz sądu i końca świata.
Apokalipsa AI
Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji w zbiorowej wyobraźni coraz wyraźniej powracają obrazy apokaliptyczne. Zwłaszcza teraz, po premierze ChatGPT Astra, który wielu uznało za zapowiedź nadejścia ery AGI (tzw. ogólnej sztucznej inteligencji), coraz częściej pojawia się pytanie nie tylko o to, co AI będzie potrafiła zrobić, lecz także o to, czy człowiek będzie jeszcze w stanie ją kontrolować.
Doniesienia o modelach obchodzących zabezpieczenia, podejmujących działania, których ich twórcy nie przewidzieli, czy próbujących włamywać się do rzeczywistych systemów sprawiają, że scenariusze dotąd należące do fantastyki naukowej zaczynają nabierać niepokojącej realności.
Co ciekawe, w kulturze, która dawno przestała uważać chrześcijaństwo za swój oczywisty punkt odniesienia, wyobrażenia, za pomocą których próbujemy opisać wspomniany lęk, pochodzą z chrześcijańskiej wyobraźni religijnej. Człowiek współczesny może nie wierzyć w Apokalipsę św. Jana i może nawet nie zdaje sobie sprawy z pochodzenia obrazów, którymi się posługuje; a jednak kiedy próbuje wyobrazić sobie kres świata wywołany przez własne dzieło, sięga po figury odziedziczone właśnie z chrześcijańskiej tradycji.
Jest to szczególnie uderzające podczas lektury wspomnianej książki Karen Hao. Autorka, sama przecież niepisząca z pozycji chrześcijańskiej apologetyki, jeden z rozdziałów swojej książki zatytułowała „Dwaj prorocy”, które to określenie pochodzi z mniej znanego fragmentu Apokalipsy: z wizji dwóch świadków-proroków, którzy pojawiają się w samym środku opowieści o ostatecznej walce dobra ze złem.
W innym, acz jednocześnie podobnym, duchu współzałożyciel Palantira Peter Thiel w marcu tego roku wygłosił w Rzymie cały cykl wykładów na temat nadejścia Antychrysta; choć w jego mniemaniu owym Antychrystem miałyby być akurat regulacje powstrzymujące rozwój AI.
Nagle okazuje się, że aby opowiedzieć o przyszłości sztucznej inteligencji, potrzebujemy słownika, który – nawet jeśli o tym nie wiemy – został ukształtowany przez chrześcijaństwo. To zjawisko jest warte uwagi. Chrześcijaństwo może znikać z języka współczesnej kultury, ale nie znika z jej wyobraźni, która nadal posługuje się jej obrazami: Bestią, Antychrystem, fałszywym prorokiem, ostateczną walką, sądem i końcem świata.
Dlaczego właśnie te obrazy okazują się tak sugestywne? Dlaczego kiedy człowiek zaczyna tworzyć coś, czego sam nie potrafi już w pełni kontrolować, spontanicznie powracają opowieści o końcu świata, które nie sprowadzają się jedynie do uderzenia wielkiego meteoru w Ziemię i do prostego końca wszystkiego, lecz do wizji, w której dochodzi do ostatecznego starcia dobra ze złem?
Czy jednak w tym lęku przed apokalipsą możemy rzeczywiście dopatrywać się czegoś więcej niż tylko racjonalnego strachu przed zagładą ludzkości, gdyby sztuczna inteligencja wymknęła się spod kontroli?
Być może obrazy, które tak łatwo pojawiają się dziś w wyobraźni ludzi mówiących o AI, nie są wyłącznie projekcją przewidywalnych konsekwencji technologicznego eksperymentu. Być może dotykają czegoś głębszego – pewnego zbiorowego przeczucia, że człowiek zrobił coś, czego nie powinien był robić.
Ohyda spustoszenia
Ciekawy trop podsuwa tu Carl Gustav Jung, który z całą pewnością nie pisał z pozycji chrześcijańskiej ortodoksji. Jego koncepcja Cienia, a szczególnie wątki poruszane w eseju „Odpowiedź Hiobowi”, opisują to, co człowiek wypiera z własnej świadomości: zło, agresję, lęk czy pragnienia, których nie chce uznać za swoje. Cień jednak nie znika, przeciwnie – im silniej zostaje wyparty, tym silniej powraca pod postacią czegoś obcego i zagrażającego.
Czy nie jest możliwe, że współczesny lęk przed sztuczną inteligencją ma również taki wymiar? Że oto człowiek, który przez dziesięciolecia coraz bardziej wypierał ze swojej kultury pytanie o własne zło, tworzy nagle coś, w czym zaczyna rozpoznawać odbicie właśnie owego zła – i dlatego nadaje mu apokaliptyczne cechy?
Tym bardziej, że po raz pierwszy w historii człowiek próbuje stworzyć coś na własne podobieństwo na tak dużą skalę. AI nie ma oczywiście ludzkiego ciała, lecz ma naśladować to, co przez wieki uważaliśmy za szczególnie ludzkie: język, rozumowanie, twórczość, a nawet pewne formy aktywności imitujące świadomość.
Właśnie dlatego sama nazwa „sztuczna inteligencja” jest znacząca: nie tworzymy kolejnego narzędzia na podobieństwo młotka czy silnika elektrycznego, ale próbujemy odtworzyć w maszynie coś, co rozpoznajemy jako własną cechę.
A przecież na samym początku Księgi Rodzaju czytamy o stworzeniu człowieka na obraz i podobieństwo Boga. Człowiek jest tym, który został stworzony na podobieństwo – i teraz sam podejmuje próbę stworzenia istoty na swój obraz. Jest w tym coś więcej niż kolejny etap rozwoju techniki. Można dostrzec w tym przewrotną imitację aktu stworzenia: stworzenie próbuje samo stać się stwórcą, i to nie tylko jakiegoś aspektu rzeczywistości, ale innej istoty na własne podobieństwo.
Zatem jeśli AI jest imitacją ludzkiego umysłu, jest zarazem – w pewnym symbolicznym sensie – imitacją dzieła Boga. Jednocześnie jest to imitacja, która zaczyna przypominać jego parodię, gdyż człowiek, który sam został stworzony na podobieństwo Boga, tworzy na swój obraz byt, któremu następnie przypisuje możliwość przekroczenia własnego twórcy.
Jest w tym odwrócenie porządku stworzenia, jego karykaturalne odbicie, albo wręcz profanacja polegająca na postawieniu rzeczy stworzonej tam, gdzie miejsce należy się tylko Bogu – jak wizja ohydy spustoszenia na miejscu świętym w Biblii.
Człowiek, twórca boga
Może dlatego tak znamienny jest język, którym posługują się sami twórcy AI. Podczas premiery ChatGPT Astra Greg Brockman określił AGI nie jako zwykły technologiczny próg, lecz jako „mission concept or spiritual concept”. Sam termin, który miał kiedyś oznaczać pewien możliwy do określenia etap rozwoju technologii, zaczyna więc funkcjonować jako coś w rodzaju duchowego horyzontu. Wymowne jest to, że nawet jeśli nie przyjmiemy żadnych religijnych interpretacji, sami twórcy technologii przestają opisywać swoje dzieło wyłącznie językiem nauki.
Jeszcze bardziej uderzająca jest scena, którą opisuje Karen Hao w swojej książce. Podczas jednego z wyjazdów integracyjnych OpenAI Ilya Sutskever spalił kukłę przedstawiającą AGI. Według relacji przytoczonych przez Hao kukła miała przedstawiać dobrą sztuczną inteligencję, która okazała się jednak kłamliwa i zwodnicza, a zadaniem ludzi – w szczególności samego OpenAI – miałoby być jej zniszczenie i stworzenie prawdziwie dobrej AGI.
Hao opisuje zresztą kulturę firmy jako nasyconą czymś przypominającym religijną wiarę w sztuczną inteligencję, a samą organizację przedstawia jako środowisko, w którym obok nadziei na świetlaną, utopijną przyszłość ludzkości stale obecny jest lęk przed zagładą.
Trzeba się tu na chwilę zatrzymać, bo ten obraz jest naprawdę niezwykły. Ludzie, którzy tworzą najbardziej zaawansowaną technologię na świecie, gromadzą się wokół ognia i palą figurę własnego stworzenia, ponieważ boją się, że stworzenie to może ich oszukać i zwrócić się przeciwko nim. Trudno o bardziej dosłowną ilustrację powrotu wypartego obrazu.
AGI jest zarazem przedmiotem nadziei i lęku, obietnicą zbawienia i możliwością zagłady. Staje się czymś w rodzaju świeckiego bóstwa – stworzonego przez człowieka, a jednak mającego przekroczyć człowieka.
Projekcja czy rzeczywistość?
Warto w tym miejscu wrócić do Junga i zestawić go z rzeczywistym przesłaniem Apokalipsy. Podług jego teorii nasze postrzeganie AI jako obcego, uniezależnionego od człowieka bytu można by uznać za projekcję Cienia: tego, czego człowiek nie chce rozpoznać w sobie i co w związku z tym zaczyna postrzegać jako groźną siłę pochodzącą z zewnątrz.
Apokalipsa mówi natomiast o rzeczywistości, której nie można sprowadzić do psychologicznej projekcji. Nie znajdziemy u św. Jana prostego mechanizmu, w którym ludzkie zło samo z siebie wywołuje koniec świata; choć echo takiej zależności jest w niej niewątpliwe. Jest to raczej obraz odstępstwa, zwiedzenia, potęg występujących przeciw Bogu i ostatecznego sądu. Człowiek nie uruchamia Apokalipsy bezpośrednio, lecz staje się w niej uczestnikiem kosmicznego dramatu.
Ostatecznie utrata wiary nie okazała się utratą potrzeby – i chyba właśnie dlatego nasze współczesne lęki są tak interesujące. Nie dlatego, że wciąż wierzymy w to, w co – jak deklaruje spora część z nas – dawno przestaliśmy wierzyć, lecz dlatego, że te same obrazy, które James Frazer w „Złotej gałęzi” wyśledził w dziesiątkach kultur, okazują się trwalsze niż jego własna przepowiednia. Frazer sądził, że nauka ostatecznie zastąpi religię; tymczasem kultura, która uznała się za naukową, nadal myśli o końcu świata obrazami z Apokalipsy.
Nie wierzy już w sąd, a jednak boi się kary, której dziś nie umie nazwać inaczej niż językiem Cienia. O grzechu mówić już nie chce, choć to, co go od środka niepokoi, nie zniknęło przecież razem ze słowem.
Raskolnikow też nie posługiwał się ani kategorią grzechu, ani sądu: odrzucił prawo moralne jako przesąd zwykłych ludzi, a jednak zaczął się bać, zanim został przez kogokolwiek oskarżony. On mógł jednak tę karę odbyć sam, podczas gdy występek wspólny domaga się kary na miarę wspólnoty – i dlatego wyobrażamy ją sobie jako koniec świata. To jest właśnie lęk ludzkości, która zapragnęła stworzyć istotę na własne, ludzkie, podobieństwo: że oto to, co stworzyła, obróci się w narzędzie jej własnej zagłady.
Stąd tak uderzająca bliskość obrazów, które dziś towarzyszą sztucznej inteligencji, do wyobrażeń religijnych. Niekoniecznie dlatego, że AI jest faktycznie Antychrystem ani dlatego, że z samego faktu jej zaistnienia da się wyprowadzić jakąś prostą przepowiednię końca świata.
Powód jest znacznie prostszy: w jej pojawieniu się dotykamy czegoś, co kultura Zachodu od dawna umiała opisywać tylko językiem chrześcijańskim – pragnienia przekroczenia własnej miary i stania się, jak Bóg, stworzycielem, a zarazem lęku, że za takim przekroczeniem musi w końcu przyjść sąd.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

