„Idealna” matka czy idealnie wypalona? Samowystarczalność rodziców jest mitem
Poczucie uwięzienia, lęk i emocjonalny „tryb automatyczny” w relacji z własnym dzieckiem. Wypalenie rodzicielskie zbiera w Polsce coraz większe żniwo. Wielki wpływ ma na to styl życia promowany w mediach społecznościowych: skrajny indywidualizm ma być złotą receptą na zostanie „idealnym” rodzicem, który wybiera dla dziecka „idealną” dietę czy „idealne” zabawki. Dlaczego sięganie po pomoc ze strony rodziny czy grupy wsparcia nie jest oznaką słabości, lecz dojrzałości?
Jak głosi znane afrykańskie przysłowie, do wychowania jednego dziecka potrzeba całej wioski. Jednak współczesna kultura często wymusza, żeby matka radziła sobie bez wsparcia szerszej społeczności. Wielopokoleniową sieć wsparcia i sąsiedzką pomoc mają zastąpić liczne aplikacje, poradniki i porady ekspertów w internecie.
W konsekwencji statystyczny polski rodzic jest obecnie jednym z najbardziej wypalonych i osamotnionych w Europie. Badanie przeprowadzone w tym roku przez Ipsos dla Fundacji Kosmos dla Dziewczynek wskazało, że 70% rodziców, głównie matek (78% matek, 63% ojców), czuje się przemęczona, a co więcej, 70% badanych rodziców często ma poczucie, że mogliby być lepszymi rodzicami.
Raport pokazuje, że rodzice są wyczerpani, ale nie pozwalają sobie na słabość, matki są bardziej przeciążone niż ojcowie i mają mniej czasu dla siebie. Im bardziej rodzic interesuje się wychowaniem, tym częściej odczuwa lęk o dzieci.
Problem ten zyskuje współcześnie kolejny wymiar, gdy młode matki często bez przerwy bombardują się rolkami tworzonymi przez rzekomych „idealnych” rodziców z TikToka czy Instagrama. Do tego dochodzi postępująca alienacja i oderwanie młodych rodziców od wsparcia ze strony szerszej rodziny.
Iluzja samowystarczalności
Współcześnie coraz częściej matki wyznają, że w swoim macierzyństwie czują się samotne. I nie jest to samotność w sensie formalnym – często są w stabilnych związkach, mają poukładane życie. Co więcej, często partner jest zaangażowanym i odpowiedzialnym ojcem.
Jednak kobiety mają poczucie, że coś jest nie tak, że czegoś im brakuje. Matki są przekonane, że absolutnie ze wszystkim powinny poradzić sobie same: ogarniać całą logistykę domową, dbać o zdrowie i rozwój emocjonalny dziecka, nie zaniedbać swojej formy i wyglądu, rozwijać zainteresowania, no i oczywiście dbać o aktywność zawodową.
Przecież widzą, że nie jedna influencerka z tym wszystkim radzi sobie sama, więc przecież i one muszą dać radę. W konsekwencji wyciskają z siebie coraz więcej i więcej. I ponoszą tego konsekwencje. Są zestresowane, wyczerpane, niezadowolone z siebie, mają coraz mniej radości.
Zjawisko to w psychologii określane jest mianem „wypalenia rodzicielskiego”, czyli przewlekłego stanu wynikającego z długotrwałego narażenia na chroniczny stres związany z opieką nad dziećmi. Obejmuje on cztery wymiary:
- dojmujące wyczerpanie rolą rodzicielską (uczucie chronicznego braku energii i braku możliwości „naładowania baterii”);
- zniechęcenie i utratę przyjemności z realizowania się w roli rodzica;
- emocjonalne zdystansowanie się od swoich dzieci (przejście na „tryb automatyczny” – zaspokajanie jedynie potrzeb fizycznych dziecka bez zaangażowania emocjonalnego);
- oraz poczucie nieskuteczności w pełnieniu roli rodzicielskiej.
Jak wynika z międzynarodowych badań obejmujących kilkadziesiąt krajów, poziom wypalenia rodziców jest najwyższy w krajach o wysokim poziomie indywidualizmu, który w społeczeństwach liberalnych uważany jest za cechę jednoznacznie pozytywną. Polska w tych zestawieniach zajmuje jedno z najwyższych miejsc. Nieznacznie wyprzedza nas tylko Belgia, a Stany Zjednoczone mają praktycznie taki sam wynik jak nasz kraj.
Badania naukowczyń z Katolickiego Uniwersytetu Lowańskiego pokazują z kolei, że myśli ucieczkowe oraz samobójcze występują znacznie częściej w wypaleniu rodzicielskim niż w wypaleniu zawodowym czy nawet lekkiej depresji. Wynika to z poczucia braku wyjścia z sytuacji.
Pracę można zmienić, iść na urlop lub dostać zwolnienie. Z roli rodzica nikt nas nie zwolni. Praca zawodowa ma też określone granice czasowe, a rodzicielstwo trwa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.
Inaczej też postrzegana jest porażka zawodowa, a inaczej rodzicielska. Porażka w pracy jest trudna, ale społecznie akceptowalna. Natomiast porażka rodzicielska wiąże się z ogromnym tabu, piętnem społecznym i wstydem.
Pustka po wiosce
Wcale nie tak dawno ludzie mieszkali w wielopokoleniowych domach, w których opieka nad najmłodszymi była naturalnie rozproszona między różne osoby. Pomagali rodzice, babcie, ciotki, rodzeństwo czy kuzynostwo.
W domu zawsze ktoś był. Wystarczyło proste „zerknij na małego przez sekundę”, by zyskać moment na oddech, wypicie ciepłej herbaty czy załatwienie własnych spraw. Co więcej, zaangażowani byli nie tylko członkowie rodziny, ale również sąsiadki, które na podwórkach między blokami z wielkiej płyty znały i pilnowały wszystkie dzieci.
Taki sposób funkcjonowania rodzin przeszedł jednak do historii. Nie chodzi więc teraz o bezrefleksyjne idealizowanie przeszłości — dawne pokolenia mierzyły się z własnymi, często ogromnymi trudnościami materialnymi czy społecznymi. Jednak w tym zmaganiu z codziennością rodzice rzadko bywali sami.
Współcześnie cała odpowiedzialność za rozwój, bezpieczeństwo i dobrostan dziecka została przeniesiona na ramiona dwójki rodziców, a nierzadko wyłącznie matki. Dziadkowie i dalsza rodzina niejednokrotnie pomagają finansowo, lecz takie wsparcie nie rozwiązuje podstawowych problemów młodych rodziców.
Jak zauważa Aleksandra Wilkowska z fundacji Mama na huśtawce, wsparcie instrumentalne, czyli konkretna pomoc w działaniu, polegająca na dostarczaniu narzędzi, zasobów lub instrukcji ułatwiających radzenie sobie z codziennymi zadaniami i problemami, nie powinna ograniczać się do podreperowania budżetu.
„Wsparcie instrumentalne jest formą pomocy bezpośredniej – zarówno rzeczowej, jak i finansowej – np. przy kompletowaniu wyprawki czy w bieżących wydatkach; jest także oferowaniem swoich usług. Pomoc w opiece nad dzieckiem czy odciążenie w wykonywaniu domowych obowiązków będzie niezwykle cenną pomocą dla rodziców” – pisze Wilkowska.
O tym, że wioska jest bardzo ważna, wiemy także z poważnych badań naukowych, które zostały zainaugurowane już na przełomie lat 70. i 80. Szeroką teorię zaproponował w 1979 roku amerykański psycholog Urie Bronfenbrenner.
Twierdził on, że rozwój dziecka zależy nie tylko od mikrosystemu (rodziny), lecz także od relacji między różnymi środowiskami (np. współpraca rodziny ze szkołą, sąsiadami) oraz od całej społeczności lokalnej. Brak spójnej „wioski” osłabia proces socjalizacji.
Ross Homel, australijski kryminolog, stawiając na bardziej szczegółowe badania, wskazywał z kolei, jak ważne dla rozwoju dziecka są społeczne sieci wsparcia rodziców. Dziś badania w tym zakresie kontynuuje m.in. Abigail Page z Brunel University London. Mimo to współcześnie coraz częściej ulegamy złudzeniu, że wychowanie dziecka jest i wyłącznie sprawą jego rodziców.
Gdzie rodzice mają szukać „instrukcji obsługi dziecka”?
Dzięki kontaktowi z szerszą rodziną młodzi rodzice maja też o wiele większą szansę na zdobycie wiedzy na temat wychowywania dziecka, niż kiedy korzystają wyłącznie z porad z internetu, często mających podtekst komercyjny, czy konsultacji ze specjalistami. To poniekąd iluzja, że dzięki nowym technologiom każdy rodzic ma dostęp do najbardziej aktualnej wiedzy.
Niezwykle łatwy dostęp do wiedzy to dobrodziejstwo obecnych czasów, jednak problemem staje się przyswajanie ogromnych ilości informacji, nawet dla wypoczętego i zrelaksowanego człowieka. Pamiętajmy, że dzisiejsza matka spędza często sama z małym dzieckiem nawet po kilkanaście godzin dziennie, doświadczając przy tym jednocześnie głębokiego przebodźcowania i nie otrzymując takiego wsparcia choćby ze strony przyjaciół czy dalszej rodziny, na jakie mogłaby liczyć jej własna matka czy babka.
Jest nieustannie w kontakcie fizycznym ze swoim dzieckiem, lecz niejednokrotnie coraz trudniej jej zaspokajać swoje potrzeby jako osoby dorosłej. W takim stanie nawet najprostsze decyzje wywołują paraliż.
Sprawdzenie w sieci kolejnego „idealnego” przepisu na śniadanie dla dwulatka czy wybór odpowiedniej zabawki wspierającej rozwój motoryczny stają się wyzwaniem ponad siły, rodząc jedynie poczucie bezradności i narastający stres. Technologia dała nam wiedzę, ale odebrała nam bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem – a to właśnie obecność i realna pomoc, a nie kolejny e-book, są tym, czego matki potrzebują najbardziej.
Nieustanny towarzysz – „poczucie winy”
Oprócz zmęczenia fizycznego, które jest po części wpisane w rodzicielstwo, matki muszą mierzyć się z różnego rodzaju obciążeniem psychicznym. Jak pomieścić w sobie złość, zmęczenie, czy bezsilność oraz zinternalizowany nakaz samowystarczalności i dawania rady?
Gdy matki zaczynają myśleć, że zawodzą i odbiegają od obrazu „idealnej” matki z mediów społecznościowych, pojawia się poczucie winy. Żeby oszczędzić sobie wstydu i nie okazać słabości, a nawet pewnej niedoskonałości, łatwiej zamknąć się w domu.
Coś się zmienia: część twórców internetowych pokazuje już bardziej realistyczne oblicze macierzyństwa, normalizując pewne sytuacje czy mówiąc wprost o emocjach, jednak jest to niewielki odsetek. A w komentarzach pod rolkami często przeczytamy: po co promować coś, co nie jest w pełni doskonałe.
Kiedyś wyborów było mniej. Wózek dostawałaś od siostry, której dzieci są już na niego za duże. Butelek było kilka rodzajów, a o rozszerzaniu diety rozmawiałaś z pediatrą przy planowych wizytach lub z kimś bardziej doświadczonym z otoczenia. A teraz?
Każda matka ma do wyboru tysiące produktów, które, według zapewnień producenta, są w pełni bezpieczne i sprawią, że twoje dziecko będzie się „optymalnie” rozwijać. Przed zakupem wyprawki możesz przeczytać tysiąc opinii, a i tak nie masz pewności, że wybierzesz najlepszy produkt. Bo przecież mogłaś przegapić jakąś rolkę eksperta w danej dziedzinie.
Kiedyś też matki porównywały się do osób z otoczenia lub jakiejś gwiazdy, o której macierzyństwie napisano w gazecie. Współcześnie kobiety mają możliwość porównywania się z nieograniczoną liczbą innych matek praktycznie z każdego miejsca na świecie. I jak tu cieszyć się z macierzyństwa, gdy nieustannie czujesz się winna, bo twoja codzienność różni się od tego, co widzisz codziennie na Instagramie.
Rodzice nie powinni się wstydzić, że potrzebują grup wsparcia
Mamy kryzys demograficzny. To niezaprzeczalny fakt. Wynika nie tylko z polityki czy ekonomii. Jako psycholog i psychoterapeuta widzę, że kryzys demograficzny to także kryzys więzi społecznych.
Lęk przed macierzyństwem u młodych kobiet w Polsce często jest związany z przytłaczającą wizją samotności w macierzyństwie. Oczywiście, można uznać, że każdy jest odpowiedzialny tylko za siebie, może zmienić swoje myślenie, zrozumieć, że Instagram czy TikTok to nie jest rzeczywistość, ale czy takie podejście rozwiąże problem?
Przełamanie obecnego stanu rzeczy wymaga zmian na różnych poziomach. Warto zastanowić się nad odbudową lub stworzeniem na nowo tego, co w ostatnich dekadach bezpowrotnie zatraciliśmy – autentycznej „wioski” wspierającej młodych rodziców. Zamiast zostawiać kobietę samą z dzieckiem w czterech ścianach z telefonem w ręku i poczuciem winy, potrzebujemy powrotu do naturalnej, bliskiej obecności drugiego człowieka.
Jednym ze sposobów na poradzenie sobie z tą samotnością jest tworzenie przestrzeni, gdzie można poczuć się zrozumianym i wysłuchanym, grup wsparcia dla mam, dla rodziców, gdzie można poczuć się bezpiecznie. Miejsca, w których rodzice mogą bez wstydu powiedzieć o swoich słabościach, zmęczeniu i wszystkich doświadczanych emocjach, co może pomóc zdjąć z nich ogromny ciężar izolacji.
Należy normalizować w rozmowach przeświadczenie, że dzieci potrzebują „wystarczająco dobrej’, a nie idealnej matki. Matki, która daje miłość, poczucie bezpieczeństwa i reaguje na potrzeby dziecka, ale ma też prawo do błędu, zmęczenia czy własnych słabości. Tak możemy nauczyć dziecko, że świat nie jest idealny, co buduje jego późniejszą odporność psychiczną.
Dzieciom nie stanie krzywda, jeśli wybór rzeczy dla nich nie będzie poprzedzony analizą co najmniej kilkudziesięciu opinii w Internecie. Co więcej, przekaz społeczny powinien kłaść nacisk na to, że sięganie po wsparcie otoczenia jest oznaką dojrzałości, a nie braku kompetencji.
Zbudowanie społecznego przyzwolenia na proszenie o pomoc – bez lęku przed oceną czy etykietą „nieradzenia sobie” – zmienia paradygmat: korzystanie z pomocy staje się dowodem odpowiedzialności i dojrzałości. Jeśli zrozumiemy, że samowystarczalność w rodzicielstwie jest niebezpieczną iluzją, postawimy pierwszy krok na drodze do budowania odporniejszego, dojrzalszego, bardziej otwartego na dzieci społeczeństwa.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

