Nigdy nie będziemy żyli w świecie „po piśmie”. Jacek Dukaj proponuje tylko kolejną science fiction
Jacek Dukaj coraz częściej udziela się w mediach. Dopóki pisał science fiction, wypowiadał się tylko jako pisarz. Ale tymczasem rzeczywistość na naszych oczach zaczęła przypominać ten gatunek literacki. Dukaj wydał zbiór esejów Po piśmie, w którym wypowiada się nie fikcją, ale „na poważnie”. Kłopot w tym, że inaczej niż pan Berbelek z powieści Inne pieśni, Dukaj nie walczy o przetrwanie znanego nam świata. Zamiast przedstawić diagnozę przemian technologicznych, zwodzi czytelników, konstruując kolejne dzieło z zakresu fantastyki naukowej.
Wojna chaosu z formą
Inne pieśni czytałem jako przykład nieprawdopodobnie czy wręcz chorobliwie rozwiniętej wyobraźni. Dukaj na moich oczach kreował światy nieistniejące, „wykoślawione” względem realnego. W Innych pieśniach potraktował metafizyczne pojęcia materii i formy jako zasadę funkcjonowania świata ożywionego i nieożywionego.
Arystotelesowska idea i idée fixe Gombrowicza („forma” w relacjach międzyludzkich) stawały się w świecie Dukaja realną, sprawczą siłą. Miało to swoje wady, gdyż osoby posiadające silniejszą „morfę” podporządkowywały sobie nie tylko rzeczywistość, ale i innych ludzi. Temu porządkowi zaczęły zagrażać istoty pozbawione formy, adynatosi.
Co dzieje się z rzeczywistością, która traci formę, a wraz z tym postępującym rozpadem, możliwość pojmowania i funkcjonowania w niej? Chyba najbardziej wstrząsająco oddał to Dukaj na poziomie języka. Na głównego bohatera, pana Berbeleka, który staje się przywódcą walki przeciwko adynatosom, napiera ściana Substancji chaosu, z całą właściwą jej kakomorfą. Co wtedy dzieje się z panem Berbelekiem?
„No już, myślał niecierpliwie, już się dokonało, już się musiało donokać, nie szyszłę ich krzyczków, a i aeromat już nie szumni, zaraz, czy ja odchydam? Powietrza, pojecza, powlecza, polecza, ajch, i nie bólą mnie nogi, nie bóli mnie gwoła, zazar, moja gwoła, mszę doktnąć, alalale jak – zazar, zazar, bo zamopnę, ćciałem odchydnąć, ołaś nie ałeru, ałeru! Bym oklężnął, to ja, to mjon od Blebeleka, nie plwiem szecie w bezchydu – banie Belbeblele, banieblebleblebleblebleblebelelelbeleelele…!” (Inne pieśni)
A to tylko fragment deformacji języka, której doświadcza bohater. Jeśli po tej lekturze zajrzymy do Po piśmie, mamy wrażenie, że Dukaj zgodził się już z tą bezformą, w jaką zamienia się dzisiejszy świat. To mnie najbardziej uwiera w tym, co pisze Dukaj jako eseista. Nie szyszłać krzyczków. Twórca pana Berbeleka zostawia swojego bohatera samego na froncie. Ble.
Jesteśmy skazani na koniec pisma?
W tej fascynującej książce Dukaj referuje „dzieje człowieka jako następstwo różnych metod transferu przeżyć”. W historii ludzkości po okresie kultury oralnej i kultury pisma następuje faza kultury postpiśmiennej. Wpływ dominującej metody jest jego zdaniem tak duży, że wręcz ustanawiać miałby trzy „człowieczeństwa”. Zbiór nawyków i zdolności, pewnego rodzaju „mindstyle” poprzedzający światopogląd, określa Dukaj mianem „myślunku”.
Takie myślunki i związane z nimi technologie (lub ich brak) determinują wszystko: od społeczeństwa, przez kulturę, ekonomię, politykę, aż po moralność, religię i filozofię. Jak utrzymuje Dukaj, „nie da się z wnętrza jednego myślunku oceniać ani planować innego myślunku”. Z różnicy między nimi wynikać miałby twardy relatywizm:
„Zazwyczaj widzi się w tych zmianach zmiany na gorsze. Ich istotę stanowią tymczasem przewroty samych wartości, wedle których mierzymy gorszość i lepszość. (…)
Och, jakże trudno wyjść z cienia wartościowań narzuconych przez myślunek, w jakim się urodziliśmy i wychowali! Wyjść z cienia, wybić się ponad, ogarnąć wzrokiem nagie aksjologie.”
Jeśli relatywizm nieco się relatywizuje, to na niekorzyść ludzi ery pisma:
„Wartościując z wnętrza dzisiejszego myślunku, zapewne oskarżylibyśmy nasze prawnuki o histeryczny sensualizm połączony z galopującym syndromem zombie: socjopatycznym przekonaniem może nie o całkowitej pustce świadomości innych ludzi, ale o rosnącej różnicy między „ja” i „ja”. Jest to syndrom zaciskającej się na jaźni nieufności wobec nieprzeżytego.”
Nieładna pułapka na czytelnika pradziadersa, któremu odbiera się prawo do tego, by ratować prawnuków, by zawołać do nich, by się zatrzymali, by wezwać ich do nawrócenia albo przynajmniej do powrotu do ludzkiej natury. Tylko tyle i aż tyle.
Autor sugeruje, że może dla urodzonego w kulturze transferu przeżyć „będziemy pokoleniami chorych na upośledzenie empatyczne: bo nie przeżywających, a analizujących. Tak jak my patrzymy na autystów, czy nawet na łagodnych aspergerowców […]”. Przypuszczam, że wątpię. Zresztą już starsze pokolenia mogą doświadczać na własnej skórze, jak młode pokolenie potrafi być empatyczne. Ale przede wszystkim razi to zrównanie myślunku pisma z niepełnosprawnością emocjonalną.
Jest dokładnie odwrotnie, emocje pozbawione racjonalnego myślenia mogą stać co najwyżej w służbie empatii pozbawionej wszelkiej treści. To my, ludzie drugiego etapu, dostrzec możemy obiektywną biedę tych z etapu trzeciego.
Dukaj, w charakterystyczny dla całej książki sposób, zamiast wyjść od skądinąd słusznego spostrzeżenia, że wszyscy jesteśmy dziećmi epoki, odbija się od niego i dokonuje następnie skoku myślowego:
„(…) nawet jeśli uczynimy miarą „prawdę życia”, to bez wątpienia ją także kształtuje fakt, czy przeżywający jest dzieckiem kultury oralnej, kultury pisma, czy kultury transferu przeżyć. W tym sensie narracje kultury oralnej mają przewagę w oddawaniu „prawdy życia” ludzi kultury oralnej, narracje pisane – w oddawaniu „prawdy życia” ludzi kultury pisma, i narracje oparte na transferze przeżyć – ludzi kultury postpiśmiennej.”
Czy etap dziejowy wpływa na człowieczeństwo, czy całkowicie je determinuje? A jeśli tak, to czy świat „po piśmie” może się ostać, skoro w realu obowiązują reguły odkrywane w erze pisma, a porzucane w erze bezpośredniego transferu przeżyć? „Albowiem myślenia postpiśmiennego nie krępuje już logika, ten pancerz i gorset umysłu czytającego. Można więc i należy apelować zarazem do A i nie-A. Słusznym i wiarygodnym jest być za i przeciw”. Jestem za, a nawet przeciw.
Nadchodzi barbarzyństwo. Ale brakuje w tym logiki
Autor Po piśmie wystrzega się wszelkiego wartościowania, wydaje mu się, że pisze obiektywnie, że po prostu w sposób beznamiętny przedstawia fakty. A przecież chcąc nie chcąc staje się „współuczestnikiem zbrodni”, otwierając bramy adynatosom.
Dlaczego używam tak dosadnych ocen? Bo przejście do etapu bezpośredniego transferu przeżyć, co podkreśla sam pisarz, jest związane z odejściem od „ja” osoby ludzkiej. Ten eksperyment jest zbrodnią, morderstwem. Człowiek ery pisma będzie myślał o postpiśmienności jako o barbarzyństwie i upadku kultury – przyznaje Dukaj, ale sam z pozycji dezertera rezygnuje z oceny.
W ten sposób ustala sobie warunki do kreowania kolejnego ze światów, tyle że tym razem miałby to być nie świat fantastyki naukowej, ale świat rzeczywisty. To drobne przesunięcie akcentu – rezygnacja ze zmagania, w którym znalazła się ludzkość – usprawiedliwia pisanie eseju w sposób paralelny do tego, w jaki Dukaj pisze powieści.
Zawieszenie sądu moralnego nigdy nie jest obiektywizmem, nie jest też neutralne umieszczenie bezpośredniego transferu przeżyć w ciągu tej trzyetapowej konstrukcji prezentowanej przez Dukaja-eseistę jako etapu równoważnego pozostałym. Nie jest też uzasadnione logicznie, wszak etap trzeci nie nadszedł jeszcze w tak krańcowej formie (bezformie), jaką na ostatnich stronach kreśli pisarz, i nie ma pewności, że w ogóle nadejdzie.
A nawet jeśli tak, to czy po etapie trzecim pojawi się kiedyś etap czwarty, z perspektywy którego będzie można ocenić okres bezpośredniego transferu przeżyć jako rozwój albo przynajmniej jako etap dający się wpisać w ciąg 1-2-3-4? Może przecież być tak, że potomni zdadzą sobie sprawę, że po etapach 1-2 nadeszła barbaria, a dopiero na jej gruzach zrodził się etap 4 (3?).
Pułapka na czytelnika
Trudno o wygraną na argumenty z Dukajem. Bo któryż z jego czytelników ma takie skłonności do drobiazgowej analizy zagadnień skomplikowanych i specjalistycznych jak on? Pisarz zresztą w udzielanych wywiadach wprost przyznaje się do pewnych skłonności obsesyjno-kompulsywnych, które w jego przypadku oznaczają, że gdy zainteresuje go jakaś kwestia, będzie drążył temat do upadłego. „Nie ukrywajmy: literatura piśmienna wymaga lekkiego autyzmu, przynajmniej od autorów”.
Te cechy predysponują Dukaja do fantastyki naukowej, w ten sposób powstają światy nieprawdopodobne, ale wewnętrznie spójne, skarykaturowane względem znanej nam rzeczywistości. W esejach autor odwołuje się do licznej literatury i z rękawa zasypuje czytelnika danymi, tak że temu trudno jest odróżnić fakty od warstwy interpretacyjnej. Kto sięgnie po publikacje, które pisarz cytuje i krytycznie je przeczyta, zwracając jednocześnie uwagę na wszystkie pominięte przez Dukaja twory ery pisma?
A przecież nie wolno odpuścić tej konfrontacji, pisarz formułuje tezy, które nie mogą pozostać bez odpowiedzi. Krytyczny czytelnik może jednak przenieść spór na poziom „meta”, kwestionując nie tyle dyskusyjne szczegóły, ile same elementy nośne, na których opiera się konstrukcja wywodu. Zajmę się teraz relatywizmem, który nie jest tylko unikiem, ale również i przede wszystkim warunkiem artykułowania centralnej idei Dukaja.
Analogie szyte grubymi nićmi
Jak zauważa Dukaj, oceniając hipotezy uczonych na temat genezy dochodzenia człowieka do piśmienności, „prawdopodobieństwa hipotez mnożą się przez siebie, więc słuszności całego […] łańcucha nie należy przypisywać wysokiej szansy”. To samo można moim zdaniem powiedzieć o propozycji Dukaja: konsekwentnie cały wywód można uznać co najwyżej za hipotetyczny. W ten sposób esej zbliża się niebezpiecznie do fantastyki.
Podstawowy model zaproponowany przez pisarza jest następujący: kultura oralna → kultura pisma → kultura bezpośredniego transferu przeżyć. Kryje się w tym ciągu „niedowodliwe” założenie, wprost zresztą sformułowane przez autora: „wielokrotnie przywołuję przejście z kultury oralnej do kultury pisma, ponieważ nie ma w dziejach człowieka żadnego innego zdarzenia porównywalnego z przejściem z kultury pisma do kultury bezpośredniego transferu przeżyć; to jedyna dostępna sensowna analogia”.
Założeniem tym jest „analogia”, a znajdziemy w niej przesłankę jeszcze grubszymi nićmi szytą: że w ogóle najważniejsze jest właśnie przekazywanie przeżyć. Czy czytelnik nie ulega urokowi Dukaja i jego wywodu, gdy bezkrytycznie przyjmuje to dyskusyjne przecież założenie?
Zgodnie z istotą analogii, jest ona „podobieństwem w niepodobieństwie”. Analogia nie oznacza, że coś jest z czymś tożsame. Pisarz zakłada implicite, że podobieństwo jest na tyle istotne, iż może służyć jako osnowa całego wywodu.
Jednak pośrednio przyznaje się do słabości tej analogii, gdy pisze, że wspomniany ciąg należałoby raczej zapisać następująco: (mowa → pismo) → technologie bezpośredniego transferu przeżyć. Dwa pierwsze myślunki opierają się na zasadzie symbolicznego kodowania znaczeń (język), a trzeci pozwala przekaz symboliczny (język) pominąć.
Nieco dalej Dukaj jeszcze bardziej łagodzi ostrze podziału: „Jak w prawie każdym historycznym procesie, następstwo nie oznacza całkowitej negacji ani wymazywania, lecz przepracowywanie i włączanie starych form w formy nowe”, dlatego „dla zobrazowania tych zależności lepszy od modelu wielkich wymierań albo wojen kulturowych będzie model matrioszki: {kultura postpiśmienna [kultura pisma (kultura oralna)]}.
Doświadczenie wcale nie zawiera się tylko w zmysłach
„Kultura mowy i kultura pisma mają ten sam system operacyjny: słowo właśnie. W kulturze przeżyć słowa nie tylko nie są konieczne – często przeszkadzają w przeżywaniu”. Dukaj niemal niepostrzeżenie przemyca czytelnikowi kolejne założenie – że język/symbolika jest przeszkodą, że zamyka „żywe, rozbuchane przeżycia w ciasnych pudełkach kategorii”.
A przecież może być – jest – odwrotnie, to kryjąca się w „kodach” nadwyżka znaczenia pozwala na „wyzewnętrznianie” się człowieka. Tożsamości człowieka nie daje się przecież sprowadzić do najszerzej nawet rozumianych „przeżyć” ani też samo „przeżycie” nie jest czymś, co da się wyodrębnić. A co jeśli to język, czyli kodowanie bardziej odsłania rzeczywistość (świata, człowieka) niż „bezpośredni przekaz”?
Kontynuuje autor Po piśmie: „Jakkolwiek poetyckiego, zakręconego zabiegu pisarz by użył, posługuje się zawsze konkretnymi słowami, zatem już zawęża i zatrzaskuje doświadczenie życiowe w znakach-kategoriach. A ono źródłowo jest doświadczeniem zmysłowym”. Podwójna niezgoda: raz, że znaki miałyby być jak potrzask, podczas gdy, zwłaszcza w poezji, słowa są bardziej oknami na rzeczywistość.
Dwa, że doświadczenie niesprowadzalne do samych zmysłów nie może być przekazywane na drodze samych zmysłów. To, że doświadczenie jest większe niż możliwość wysłowienia – to oczywiste. Tyle że nie znaczy to, iż można je przekazać technologicznie, zwłaszcza gdy chodzi o przeżycia głębsze, właściwe ludzkiej duchowo-cielesnej naturze. Dukaj, rzekomo odrzucając kody, naprawdę zakodowuje przeżycia.
Homo determinatus
Dukaj zdaje się zakładać, że technologia (np. pisma) zmienia ludzkość tak dalece, że narzuca własne cele. Dlatego pyta, do jakiego stopnia człowiek ery pisma jest wytworem pisma? Każe zastanowić się czytelnikowi, na ile „pismo stworzyło życie wewnętrzne człowieka, takie jakie dzisiaj znamy z wglądów w nasze umysły? […] Proszę nie dać ujść temu pytaniu. Nie uwalniać ducha od podejrzeń fałszerstwa”.
Ze związku jednego z drugim, technologii z człowiekiem, nie wynika, iż to technologia pisze człowieka, że staje się on jedynie jej narzędziem. Z punktu widzenia pisarza jednak samo wyłonienie się jakiejś technologicznej możliwości sprawia, że determinuje ona cały świat ludzki i przede wszystkim (bezwolnego?) człowieka.
Autor Po piśmie hojnie szafuje różnego rodzaju determinizmami. Dla przykładu: zauważa najpierw, że w człowieku jest siła „nieustannie poszukująca najskuteczniejszego sposobu wyprowadzenia człowieka poza człowieka”; siła ta poprzedza język, pismo i technologie bezpośredniego przekazywania przeżyć. Ale nie poprzestaje na tym stwierdzeniu: „Instynkt uzewnętrzniania przeżyć w każdym momencie dziejowym szuka najlepszych metod realizacji. […] Ostatecznie mamy do czynienia z konkurencją: w danej sytuacji – która metoda akurat zaspokaja instynkt lepiej?”.
Nie ma tutaj mowy o wolnej (choć uwarunkowanej, to prawda) woli, ani tym bardziej o grzechu czy przynajmniej o „instynkcie” wybierania najłatwiejszych rozwiązań, który może pozostawać w sprzeczności z tym, kim człowiek jest.
Kolejne przykłady. Na zachowanie człowieka w sposób pozaświadomy wpływają hormony (kortyzol, oksytocyna, dopamina). „W istocie świadomość służy głównie do okłamywania się następnie co do powodów i racji stojących za zachowaniem już zaszłym” – stwierdza apodyktycznie Dukaj. W przekonaniu pisarza przekonanie o „świętym sekrecie podmiotowości człowieka” w XXI wieku „załamuje się pod naporem Big Data i nieludzkiego Logosu poznającego człowieka lepiej niż on sam jest w stanie się poznać”.
Podmiotowość zostaje utracona na rzecz „tych lub tego, co wystarczająco dobrze poznawszy mechanizmy rządzące «ja», potrafi skutecznie nim manipulować”. Swoją drogą, co to za logos, który znajduje się w rękach (nie)ludzkich władców? Autor kontynuuje: „I zostaliśmy już wtrenowani w podświadome wyprzedzanie Google trends, w podporządkowanie się hashtagom, ich koniecznościom, oczywistościom”.
Dalej jak mantra przewija się teza: „granie upodmiotawia reguły gry”. Gdy człowiek jest zamknięty w bańce, bańka ta ustanawia reguły racjonalności postępowania. „Nauki społeczne badają to zjawisko od kilkunastu lat – gdy już big data i social media wyświetliły mapy plemion kulturowych – lecz co do istoty też nie jest ono niczym nowym. Tym samym mechanizmem psychospołecznym da się przecież świetnie wyjaśnić rozwój religii, zwłaszcza instytucjonalnych”.
Aż dziw, że tak wytrawny myśliciel myli mechanizm z przyczyną. I przede wszystkim, że z wielości przyczyn wybiera tylko jedną i nieustannie ją eksploatuje. Taki modus operandi sprawdza się w literaturze science- fiction, ale słabo nadaje się do eksplikacji złożonej rzeczywistości.
Czytanie i pisanie wcale nie jest nienaturalne
Ewentualny krytyk Dukaja zostaje ustawiony na pozycji w zasadzie uniemożliwiającej jakikolwiek sprzeciw. Pisze autor, że „Pierwsza linia obrony umysłu piśmiennego to w istocie wyznanie wiary: «nie ma kultury bez pisma», «ludzie zawsze będą czytać książki» itd. Po jednej stronie mamy fakty i racjonalny wywód, a po drugiej zamykanie oczu na fakty i wyznanie wiary. Ostatnia linia obrony wyznawcy pisma: ale czy te trendy nie mogłyby się jeszcze odwrócić? Czy nie moglibyśmy sprawić, żeby się odwróciły?”.
Dukaj przestawia tutaj dyskusję na wygodne dla siebie tory: gdyby ludzkość miała wyrzec się bezpośredniego transferu przeżyć, musiałaby nastąpić katastrofa lub globalny przymus – a tego nie chcielibyśmy, prawda?
Rozumiem, że autor Po piśmie pisząc o wyznaniu wiary miał na myśli pewne przekonania formułowane w sytuacji, gdy nie znajduje się argumentów dla ich uzasadnienia. Ale chętnie teleportowałbym dyskusję z tego potocznego rozumienia wyznania wiary na poziom wyznania wiary „po chrześcijańsku”.
Odparowałbym cios – jako straw man, w pozycji którego ustawił mnie pisarz – twierdzeniem, że rozum bez wiary gubi się na tyle, że być może doszliśmy do momentu, że to właśnie ludzie mający nadprzyrodzoną wiarę zachowali właściwe spojrzenie na to, co przyrodzone. I może to właśnie oni mają rację, gdy bezpośredni transfer przeżyć odbierają jako kulturową tragedię – tak to przeżywają, nawet jeśli nie umieją tego wysłowić.
Nie jest uczciwe, a przy okazji niegodne osoby z wykształceniem filozoficznym (Dukaj studiował filozofię), uznanie, że czytanie i pisanie jest niezgodne z naturą człowieka. Myśliciel stwierdza, że nie zostaliśmy do tego rodzaju „operacji ekwilibrystycznych” przystosowani ewolucyjnie, ma to być tortura mózgu dla człowieka-małpy. „Bezpośredni transfer przeżyć jawi się w kontraście powrotem do natury. Patrzę – widzę. Słucham – słyszę. Żadne pośrednie operacje na symbolach nie są konieczne”.
Należałoby zapytać, co jest zgodne z naturą człowieka, a nie z naturą rozumianą li tylko fizjologicznie. Dotychczasowe doświadczenia tej (niefilozoficznej) natury są takie, iż technologia działa przeciw człowiekowi, przeciw jego biologicznej naturze. Rodzice nie mylą się, gdy dostrzegają destrukcyjny wpływ technologii na psychikę ich dzieci.
Dukaj utrzymuje, że bezpośredni transfer przeżyć „jest dla Homo sapiens najnaturalniejszy. Owszem, wymaga stworzenia zaawansowanych technologii. Lecz skoro stworzone, te technologie nie wymagają już od umysłu człowieka niczego, czego ten nie wykonywał w naturze”. Istny paradoks: człowiek rezygnuje z myślenia po tym, jak myślenie jego pozwoliło mu stworzyć technologię bezmyślenia. Toż to nie homo sapiens, ale „homo sapiące” (©Stefan Kisielewski)!
A jednak, trzeba powiedzieć przynajmniej to: „Postpiśmienność potrzebuje inżynierów wychowanych w piśmie, żeby zapewniać miliardom przeżywaczy coraz doskonalszy transfer przeżyć”. Czy w świecie nazbyt przypominającym utopie fantastyki tylko inżynierowie będą czytać? Czy można być inżynierem w środowisku niepiśmiennych nie-inżynierów?
Żeby oddać Dukajowi sprawiedliwość, wymienia on trzy jego zdaniem najbardziej prawdopodobne ucieczki od wspomnianego paradoksu: autonomię technologii; funkcyjny podział ludzkości; cykliczność cywilizacji lub wymienność cywilizacji współistniejących, konkurujących. Tyle że to oznacza, iż zjadł ciastko i nadal ma ciastko. Przechodzi do bezpośredniego transferu przeżyć czy nie przechodzi?
Techno-buddyzm zen i człowiek zredukowany do biologii
„Przeżywacz”, czyli człowiek zdany na bezpośredni transfer przeżyć, „z definicji jest pasywny: rzeka przeżyć przepływa przez niego. I nawet jeśli on działa, to działa z impulsu tych przeżyć; zatracenie «ja» wydaje się tu najdalej posunięte”.
I dalej: „Akt przeżywania jest do tego stopnia prymarny wobec «bycia» przeżywającego, że to on (akt) konstytuuje jego (przeżywacza) istnienie”. Można, jak widać, tak pisać i nie zadrżeć. Ale czy przeżywacz może żyć bez konsekwencji? Czy poddanie się temu eksperymentowi nie depersonifikuje człowieka, czy jego „ja” to przeżyje, gdy się zatraci?
Dukaj twierdzi, że przydatną perspektywę oferuje filozofia buddyzmu zen, zgodnie z którą delikwent „czyta” siebie samego jako część większej narracji wszechświata i wyzwala się spod iluzji „ja”. „Bardzo podobne mądrości odnajdujemy w samym sercu chrześcijańskiej metafizyki, u Mistrza Eckharta, jedynie ujęte w inną metaforykę płynności”.
Tutaj znów zostało przeoczone niepodobieństwo: zarówno między transferem przeżyć a buddyzmem, jak i przede wszystkim między buddyzmem a mistyką nadreńską. Wyzwolenie z „ja” przez zanegowanie „ja” nie przypomina zatopienia „ja” w Bogu osobowym, który to „ja” stworzył i zbawia.
Kolejna nietrafiona analogia byłaby taka, że obcowanie z dziełami sztuki, naturą i przedstawieniami religijnej transcendencji miałoby się opierać „na dokładnie tej samej anatomii umysłu: na wyłączeniu agencji «ja», na sprowadzeniu do czystego przeżywania”. Rozumiem intencje myśliciela – z pozycji człowieka pisma wniknąć w niepiśmiennego barbarzyńcę.
Lecz ewentualne podobieństwo znów odkrywane jest kosztem niepodobieństwa, a tym samym – po drugie – niedoszacowane zostaje to, co negatywne w technologii bezpośredniego transferu przeżyć. Wierzący czytelnicy z pewnością nie zgodzą się na twierdzenie, że w obliczu Boga ludzkie „ja” miałoby zanikać w podobny sposób, jak zatraca się w obliczu bożka technologii. A całkiem możliwe, że pierwsze przeżywają jako doświadczenie nieba, a drugie – piekła.
W Po piśmie nie ma nawet śladów teologicznego spojrzenia na człowieka. Pisarz porusza się po powierzchni, nie sięga „hipostazy” (z gr. „to, co stoi pod spodem”), dlatego może snuć groźne fantazje. W kulturze postpiśmiennej pozostanie „bazowa funkcja biologicznych maszyn do przeżywania. Treść przeżyć nie będzie miała wtedy charakteru indywidualizującego, budującego osobowość, ale charakter uniwersalizujący: zamazujący i w końcu niwelujący jednostkowość i podmiotowość”.
Jedna osoba, za pośrednictwem transferu przeżyć innych ludzi, przeżywałaby wtedy wiele osób i sama też byłaby przeżywana przez innych. Do czego prowadzi wzięcie w nawias już nie tylko teologicznego, ale i filozoficznego rozumienia ludzkiej natury? Z jednej strony – do niedowartościowania biologii jako zawsze złączonej z duchem ludzkim, z drugiej strony – do przeszacowania możliwości biologicznej struktury stworzenia, które miałoby być w stanie wytrzymać wpływ technologii.
„Jest się” pisarzem science fiction
Powieść Dukaja kończy się mrożącymi krew w żyłach wnioskami. Można by je zestawić z doświadczeniem pana Berbeleka. Tylko że tamten, choć może mało sympatyczny z ludzkiego punktu widzenia, to jednak stopniowo odzyskał formę, wygrał świat:
„Bdzięć! Bdzięćwa! Bdzięćcie! Bdzięćci! Bdzięćwaćcie! Dźwięćczaści! Czaściras! Czaścipłaz! Czaścimięć! Czaściszcześć! Czaścisiem! Czyczaściwięc! Czertaści! Czertaścipłaz! Czertaści dwłaz! Czterdaścici! Czterdziaści dziery! Czterdziaści mięć! Czterdziaści szcześć! Czterdziaści siem! Czterdziaści osiem! Czterdziaści dziewięć! Pięćdziesiąt!”
Tyle razy spadła pięść pana Berbeleka, który walczył na oślep, nie myśląc i nie będąc świadomym, niemal nie żyjąc – jednak sprzeciwiał się i walczył z adynatosem. „Trazaś wróciły do niego motywy, zamiary i racje, wszystko to, co wymaga czasu do pomyślenia czegoś przedtem i czegoś potem”.
Pan Dukaj jednak nie walczy, wybiera się w podróż do świata bezformy jako ciekawy turysta, który nigdy w tym świecie by nie zamieszkał na stałe (to moim zdaniem wynika z wywiadu z udzielonego 30 kwietnia br. Krzysztofowi Stanowskiemu na Kanale Zero). Pozwala przeżywaczom znaleźć się w świecie technologicznych adynatosów, z którego mogą przecież nie wrócić. Ogląda się, słucha się, mówi się, myśli się, żyje się; „Pomiędzy przeżyciem i przeżyciem – maszyna do przeżywania, człowiek”.
Autor Po piśmie wypowiada się jako eseista, bo rzeczywistość i science fiction zbliżyły się do siebie na tyle, że to, co pisarz mógłby zawrzeć w fantastyce naukowej, nie byłoby już odkrywczym „proroctwem przyszłości”. Jest się jednak pisarzem science fiction czy tylko bywa się nim?
W moim odbiorze Dukaj pozostaje twórcą fantastyki naukowej nawet w eseistyce. Jest jednak czymś innym kreowanie alternatywnych światów w fantastyce, a czymś innym zajmowanie się tym jedynym światem, jaki został ludziom dany. W książce Po piśmie ukazują się mocne i słabe strony (z akcentem na te drugie) pisarstwa fantastyki naukowej.
Świat rzeczywisty jest większy od wyimaginowanego, który go trochę imituje, a trochę wykoślawia. Gdy autor fantastyki nakłada na rzeczywistość swój warsztat pisarza fantastyki, polegający na wyolbrzymieniach pewnych aspektów świata, z pominięciem nieskończonej ilości innych, na proponowaniu analogii, w których niepodobieństwo znika w cieniu podobieństwa, wysiłek ten nie może zakończyć się sukcesem.
Dukaj pisze „na poważnie”, a przecież, zakładam, że nieświadomie, bawi się czytelnikiem. „Więc tak, moja pozycja wcale nie jest lepsza. Ja piszę; wy czytacie. Im dłużej czytacie, tym bardziej oddalacie się od tych odkryć. Im więcej pojmujecie z tego wywodu – tym mniej pojmujecie z istoty człowieczeństwa, na którą miałby ten wywód rzucić światło i sens”.
Można by te słowa przetłumaczyć tak: „nie ma sensu ten świat, który próbuję wam opisać, bo takiego świata po prostu nie ma i być nie może. Nie jest zatem możliwa era «po piśmie». To tylko taka zabawa, razem z wami, czytelnikami, rozciągamy wyobraźnię tak jak przystało na sympatyków literatury science fiction”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

