Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Diagnoza zastępuje dziś wychowanie. Ale nie można spłycać problemu autyzmu i ADHD

Diagnoza zastępuje dziś wychowanie. Ale nie można spłycać problemu autyzmu i ADHD screen z: https://www.youtube.com/watch?v=RIL-Ua0SZLI

Wszyscy mówimy dziś językiem z gabinetu psychoterapeuty czy psychiatry. Wydaje się, że „każde dziecko ma dziś autyzm albo ADHD”. Te zaburzenia są dziś diagnozowane zbyt często i w wielu przypadkach mylnie. Cierpi na tym, poza dziećmi i rodzicami, szczególnie system edukacji, który nie umie dostosować się do rosnącej liczby uczniów z diagnozą neuroróżnorodności. Nie powinniśmy jednak walczyć z nauką, lecz zmienić środowisko, w którym dorastają i uczą się nasze dzieci.

W spopularyzowanym języku medycznym szukamy dziś ulgi, wytłumaczenia dla wychowawczej bezsilności oraz tarczy chroniącej przed bezlitosnym systemem edukacji. Mierzymy się także z niebezpiecznym zjawiskiem naddiagnozowania – sytuacją, w której zwykłe trudności wychowawcze, naturalne kryzysy rozwojowe czy po prostu skutki cyfrowego przebodźcowania są etykietowane jako trwałe zaburzenia neurorozwojowe.

Jednak gdy kliniczna diagnoza staje się tożsamością i wiąże się z masowymi roszczeniami, tracimy z oczu rzeczywisty stan naszych dzieci – i źródła ich cierpienia.

Psychologia jako nowa świecka religia

Z pewnym smutkiem obserwuję, że żyjemy w epoce, w której psychologia wyrosła do rangi nowej świeckiej religii. Żargon branżowy wkroczył do codziennego języka i rozgościł się w nim na dobre. Słowa takie jak trauma, przebodźcowanie, stimowanie czy spektrum słyszymy dziś na co dzień przy rodzinnym stole, w klasowych rozmowach czy na mediach społecznościowych.

Tradycyjne pojęcia dojrzałości, charakteru, etosu, cierpliwości czy zwyczajnej pracy nad sobą powoli odchodzą do lamusa. Ta popularność wiedzy psychologicznej ma swoje niewątpliwe i niezaprzeczalne zalety: skutecznie znosi stygmatyzację osób korzystających z profesjonalnej pomocy, uczy wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka i pomaga zauważyć delikatne potrzeby rozwojowe, które jeszcze do niedawna bezrefleksyjnie spychano w strefę brutalnego dyscyplinowania.

Jednocześnie ulegamy nierzadko pokusie autodiagnozy – mechanizmowi głęboko zakorzenionemu w powszechnej, ludzkiej potrzebie zredukowania lęku. Nazwanie nieokreślonej trudności konkretną, zapisaną w podręcznikach jednostką chorobową przynosi natychmiastową ucieczkę przykładowo od dręczącego poczucia winy.

Zdejmuje ogromny ciężar z barków rodzica („To przecież nie moje błędy wychowawcze, to czysta biologia”) oraz samego dziecka („To nie lenistwo, to jakieś zaburzenie”).

W świecie cyfrowym, gdzie platformy społecznościowe karmią nas treściami typu „Trzy oznaki, że twoje dziecko ma autyzm”, często działa tak zwany efekt Barnuma. Oznacza to, że w mocno ogólnym opisie objawów dosłownie każdy z nas jest w stanie bez trudu odnaleźć cząstkę własnego, unikalnego doświadczenia życiowego.

Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, gdy formalna diagnoza, zamiast być wyłącznie punktem wyjścia do rzetelnej pracy wychowawczej i terapeutycznej, zaczyna wpływać na sposób, w jaki otoczenie interpretuje każde zachowanie dziecka.

Zamiast mądrze wspierać jego wszechstronny rozwój, zaczyna tworzyć wokół szczelny, szklany klosz. Maksymalnie zmniejszając stawiane przed nim wymagania, zwalnia je z odpowiedzialności i nakłada ograniczenia, zanim w ogóle ktoś sprawdzi, czy dziecko byłoby w stanie stawić im czoła w naturalnych warunkach.

Papier z diagnozą jako twarda waluta w systemie

W codziennej, nierzadko trudnej praktyce poradnianej widzę bardzo wyraźnie, że część rodziców zgłaszających się po pomoc jest autentycznie i głęboko zaniepokojona odbiegającym od norm rozwojem swojego dziecka.

Część przychodzi kierowana wprost przez placówki oświatowe, do których dziecko uczęszcza, a dla pewnej grupy diagnoza może stać się po prostu twardą walutą w bezwzględnej grze o przetrwanie w skostniałym systemie edukacji.

Dokumenty wydawane przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne dzielą się na opinie oraz orzeczenia – zrozumienie różnicy jest kluczowe. Opinie mają charakter diagnostyczno-informacyjny. Zawierają wskazówki i zalecenia do pracy z uczniem (np. dotyczące dostosowania wymagań edukacyjnych czy objęcia pomocą psychologiczno-pedagogiczną).

Szkoła ma obowiązek zorganizować pomoc na ich podstawie, ale sam dokument nie uruchamia machiny urzędowej i finansowej. Z kolei orzeczenia wydane przez zespół orzekający mają charakter i cechy decyzji administracyjnej. Idą za nimi duże pieniądze z budżetu państwa (subwencje) dla gminy na organizację nauki dla konkretnego dziecka. Szkoła ma więc środki na realizację zaleceń.

Od dokumentów wydawanych przez poradnie zależy także uzyskanie prawnie przewidzianych dostosowań warunków egzaminacyjnych. W przypadku najważniejszych sprawdzianów wiedzy, takich jak egzamin ósmoklasisty czy matura, odpowiedni „papier” może realnie decydować o przyszłości ucznia. Mowa tu między innymi o wydłużeniu czasu pracy z arkuszem egzaminacyjnym, dostosowaniu samej formy tekstu (zastosowanie większej czcionki czy mniejszego zagęszczenia druku), czy też zdawanie w osobnej, wyciszonej sali.

Może to też być zastosowanie przewidzianych w komunikacie Centralnej Komisji Egzaminacyjnej (CKE) szczególnych zasad oceniania, m.in. w zakresie ortografii i interpunkcji w przypadkach, których dotyczą dostosowania. CKE publikuje co roku komunikat określający, jakie konkretnie udogodnienia przysługują przy poszczególnych diagnozach.

W efekcie ucieczki przed wymaganiami i presji na wynik rodzi się zjawisko naddiagnostyki – pismo z poradni staje się alibi dla przeładowanego, niedofinansowanego systemu szkolnego oraz formalną podkładką dla rodzica, by wymagać od nauczycieli szczególnych względów na ostatniej prostej przed dorosłym życiem.

Zdarzają się uczniowie, którzy zgłaszają się po diagnozę dopiero w ostatniej klasie szkoły średniej – po przebyciu całej obowiązkowej ścieżki nagle tuż przed samą maturą marzą o uzyskaniu dodatkowego czasu na egzaminie.

Pamiętajmy też o tym, że w wielu czołowych szkołach uczą się dzieci neuroatypowe bez żadnych formalnych orzeczeń, które dzięki sprzyjającemu otoczeniu radzą sobie doskonale. To uwydatnia spektrum sytuacji: mamy grupę osób funkcjonujących skrajnie odmiennie, a w niej jednostki wymagające stałej opieki oraz wybitnie uzdolnione dzieciaki.

Skala tego zjawiska dawno przestała być marginalna i nosi wszelkie znamiona kryzysu. Statystyki pokazują nieprawdopodobny, wręcz lawinowy wzrost rozpoznań. Według danych przedstawionych przez MEN liczba uczniów posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego z uwagi na autyzm w roku szkolnym 2020/2021 wynosiła 54 560 uczniów, a w roku szkolnym 2025/2026 już 155 927 uczniów, czyli nastąpił wzrost niemal trzykrotny w zaledwie kilka lat.

Najwyższa Izba Kontroli (NIK) w swoim raporcie z lat 2020-2023 poświęconym pomocy psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży zwraca uwagę na wzrost liczby dzieci korzystających z pomocy poradni psychologiczno-pedagogicznych przy niewystarczającej liczbie zatrudnionych specjalistów.

System został dosłownie zasypany potrzebami.

Geny, środowisko i polityczny spór o autyzm

Cały świat zachodni mierzy się z fundamentalnym pytaniem: skąd bierze się tak gwałtowna, nienotowana nigdy wcześniej dynamika wzrostu rozpoznań zaburzeń neurorozwojowych? Wielkie, finansowane milionami euro i dolarów, badania międzynarodowe wskazują jednoznacznie, że nie istnieje jedna, prosta i uniwersalna przyczyna tego stanu rzeczy.

Przełomowe analizy prowadzone na milionach osób w krajach skandynawskich czy w USA oszacowały, że istnieje bardzo wysoki udział czynników genetycznych w podatności na autyzm i ADHD – szacunki dotyczące ich dziedziczności sięgają w niektórych badaniach około 70-80%.

Nie oznacza to jednak istnienia jakiegoś pojedynczego, izolowanego „genu autyzmu”. Chodzi raczej o skomplikowaną mozaikę setek drobnych zmian genetycznych wpływających na rozwój mózgu.

Równolegle naukowcy badają rolę czynników środowiskowych. Analizuje się wpływ zanieczyszczenia powietrza (np. pyłów PM 2.5), infekcji, stresu matki w okresie prenatalnym czy diety. Mimo intensywnych prac, zależności te mają charakter obserwacyjny i wciąż nie udowodniono prostego mechanizmu przyczynowo-skutkowego.

Niektórzy wskazują, że w pewnej mierze wzrost liczby rozpoznań może wynikać z lepszej wykrywalności, poszerzenia kryteriów diagnostycznych i większej świadomości społecznej. Cały czas trwają intensywne badania nad czynnikami środowiskowymi i genetycznymi, które mogą wpływać na ryzyko wystąpienia zaburzeń neurorozwojowych.

Zagadnienie autyzmu wyszło poza gabinety specjalistów. Stało się zarazem paliwem dla gorących sporów politycznych oraz pożywką dla społecznych lęków. Gdy w przestrzeni publicznej pojawiają się wypowiedzi czołowych polityków – jak choćby publiczne ostrzeżenia Donalda Trumpa skierowane do kobiet w ciąży, które przyjmowały popularny paracetamol (Tylenol) czy nawoływanie do rozbijania skojarzonych z tym lekiem dawek szczepionek. Wtedy nauka zderza się z polityką.

Wygłaszanie tak arbitralnych tez wywołuje ogromny niepokój wśród milionów rodziców. Czołowe instytucje zdrowotne na świecie oraz Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podkreślają, że dostępne dowody nie wskazują na związek przyczynowy między szczepieniami a autyzmem.

Jak wyznaczamy granice? Kryteria i przebieg diagnozy

Aby zrozumieć, dlaczego obecna fala rozpoznań budzi tak wielkie kontrowersje, trzeba przyjrzeć się temu, jak powinien wyglądać profesjonalny proces diagnostyczny.

W polskim systemie formalne rozpoznanie medyczne wciąż opiera się na klasyfikacji ICD-10 (przy stopniowym przechodzeniu na ICD-11).Należy przy tym pamiętać o rozróżnieniu ról: formalnej diagnozy medycznej, której dokonuje lekarz psychiatra, natomiast poradnia psychologiczno-pedagogiczna wydaje na tej podstawie dokumenty oświatowe.

Rzetelna diagnoza to wieloetapowa i wymagająca procedura:

  • Wielospecjalistyczny proces: Postawienie trafnego rozpoznania wymaga pracy zespołu. Obejmuje ono wnikliwy wywiad rozwojowy z rodzicami (od okresu ciąży, przez kamienie milowe rozwoju, czynniki środowiskowe i higienę psychiczną, po nawyki cyfrowe), wielogodzinną obserwację dziecka oraz zebranie informacji z placówki oświatowej.
  • Obecność objawów osiowych: Diagnosta musi stwierdzić utrwalone występowanie konkretnych zachowań. W przypadku ADHD są to deficyty uwagi, impulsywność oraz wzmożona aktywność ruchowa. W spektrum autyzmu – jakościowe zaburzenia interakcji społecznych i komunikacji oraz obecność sztywnych, powtarzalnych wzorców zachowań czy zainteresowań.
  • Kluczowy warunek czasu i różnorodności środowisk: Zarówno w przypadku ADHD, jak i spektrum autyzmu, kluczowym wymogiem jest trwałość objawów przy czym w ADHD kryteria mówią o ich utrzymywaniu się przez co najmniej sześć miesięcy, podczas gdy w spektrum autyzmu wymaga się wykazania stałych, utrwalonych deficytów od wczesnego okresu rozwojowego. Dla obu diagnoz kluczowe jest także ujawnianie się trudności w więcej niż jednym środowisku – na przykład i w domu rodzinnym, i w szkole lub grupie rówieśniczej. Jeśli trudności występują wyłącznie w jednym kontekście (np. tylko na lekcjach u konkretnego nauczyciela), diagnosta powinien zbadać, w jakim stopniu wynikają one ze specyfiki tego otoczenia, a nie z zaburzenia neurorozwojowego.

Rzetelny diagnosta ma ponadto bezwzględny obowiązek przeprowadzenia tak zwanej diagnozy różnicowej. Musi wykluczyć, czy obserwowane problemy są efektem nieuleczonych wad wzroku lub słuchu, przewlekłego stresu, traumy, zaburzeń snu, depresji, wreszcie głębokich zaniedbań środowiskowych czy innych przyczyn. I to właśnie w tym obszarze może dochodzić do zbyt częstego stawiania diagnozy autyzmu lub ADHD.

Wtórne objawy nienaturalnego świata

Czy w przypadku części diagnozowanych dziś dzieci nie obserwujemy po prostu wtórnych objawów wywołanych przez skrajnie nienaturalne, cyfrowe środowisko?

Nasz ludzki układ nerwowy ewolucyjnie nie był przygotowany na rozwój w tempie technologicznym. Dziecko przebodźcowane od najmłodszych lat seriami krótkich filmików, agresywnych powiadomień i ciągłych wyrzutów dopaminy funkcjonuje w stanie permanentnego pobudzenia.

Gdy po intensywnym maratonie cyfrowym odkłada smartfon i ma usiąść w cichej, szkolnej ławce, przejście do spokojnego środowiska staje się dla jego mózgu niemal bolesne. Objawy mogą przypominać niektóre trudności obserwowane u dzieci z ADHD: problemy z koncentracją, impulsywność czy trudności z pozostawaniem w bezruchu.

Aby dobrze funkcjonować, trzeba się ruszać, najlepiej w towarzystwie, by przy okazji uczyć się funkcjonowania społecznego. Dziecko, które zamiast biegać czy wspinać się na drzewa spędza całe dzieciństwo w pozycji siedzącej przed ekranem, może mieć większe trudności z regulacją pobudzenia, koncentracją czy tolerowaniem bodźców.

Należy stawiać pytanie: czy gdybyśmy to samo dziecko przenieśli do innego środowiska – zagwarantowali mu trzy godziny swobodnego ruchu dziennie, bezwzględnie odcięli ekrany i uregulowali rytm dobowy – czy choć niektóre obserwowane trudności nie zmniejszyłyby się?

A przecież rodzic ma wpływ na część wspomnianych czynników, na to, czy kupi dziecku telefon, czy wyjdzie z nim na rower, czym je nakarmi, jak wygląda jego codzienny rytm.

Osoby neuroatypowe o nieprzeciętnej wrażliwości i innej strukturze układu nerwowego żyły wśród nas od zawsze. Dlaczego więc dziecko, które kiedyś latało ze ścierką po klasie, zmazywało tablicę i uważano je po prostu za „żywiołowe”, dziś potrafi założyć nauczycielowi kosz na śmieci na głowę?

Współczesna szkoła jest miejscem trudnym: panuje w niej hałas, a zaazem dzieci przez wiele godzin muszą zachowywać bezruch. Na Na lekcjach czekają na nie ciągłe testy i ogromna presja na osiąganie dobrych wyników.

Gdy na to nakłada się brak umiejętności samoregulacji oraz wzorce czerpane z sieci, neuroatypowe dziecko nie reaguje już zwykłym wierceniem się – ono wchodzi w głęboki stan ciągłego „walcz lub uciekaj”. Taki stan przewlekłego przeciążenia może sprzyjać eskalacji trudnych zachowań, także zachowań agresywnych i związanych z przekraczaniem granic.

Zagubiony rodzic w cyfrowej pułapce

W tym skomplikowanym układzie niezwykle dramatyczna okazuje się pozycja samego rodzica. Sfrustrowany, atakowany sprzecznymi informacjami z poradników i internetu, bardzo często zostaje zupełnie sam. Rodzice szukają w diagnozie sojusznika i ratunku, ale gubią po drodze coś fundamentalnego: tracą realny wpływ na własne dzieci.

Tradycyjny trójkąt wychowawczy – rodzic, dziecko i szkoła – został potężnie zachwiany. Weszła w niego z ogromną siłą nowa, niekontrolowana potęga: nieprzerwany, cyfrowy strumień informacji. To już nie rodzina ani dorosły nauczyciel są głównym źródłem wzorców i autorytetu. Młody człowiek czerpie wiedzę o świecie, relacjach społecznych, a nawet o swojej własnej tożsamości psychicznej z kanałów na TikToku czy YouTube.

To z sieci dzieci uczą się, jak „powinny” reagować osoby z autyzmem, jak wygląda spektakularny meltdown i co dokładnie oznacza być neuroatypowym. W efekcie rodzic przestaje być dla dziecka przewodnikiem po skomplikowanym świecie, a zaczyna pełnić wyłącznie funkcję administratora procesu diagnostyczno-terapeutycznego – krążąc od gabinetu do gabinetu z nowymi plikami dokumentów.

Praca w poradni uczy pokory. Profesjonalna diagnoza bywa prawdziwym błogosławieństwem – ratuje dzieci przed bolesnym wykluczeniem, daje im szansę na leczenie oraz pozwala rodzicom zrozumieć całą sytuację. Ale diagnoza zamieniona w masowy produkt i powszechne narzędzie usprawiedliwiania wszelkich deficytów staje się niebezpieczną ślepą uliczką.

W warunkach ograniczonych zasobów kadrowych i finansowych, rosnąca z dnia na dzień fala nowych papierów stawia przed systemem dramatyczne pytanie: jak zapewnić realne wsparcie dzieciom o najbardziej złożonych, głębokich potrzebach?

Zamiast medykalizować każdy przejaw trudnego zachowania i zasypywać system tysiącami nowych orzeczeń, musimy wreszcie zadać sobie pytanie: jakiego środowiska potrzebuje dziś dziecko, by rozwijać się zdrowo?

Jeśli nie ograniczymy użycia ekranów, nie przywrócimy dzieciom swobodnego ruchu i nie odbudujemy nadwątlonego autorytetu dorosłych, żaden plik papierowych etykiet nie uzdrowi polskiej szkoły. Afrykańskie przysłowie mówi, że do wychowania jednego dziecka potrzeba całej wioski. Czas najwyższy odbudować tę wioskę – opartą na odpowiedzialności rodziny, wspólnocie i życzliwym, mądrym przewodnictwie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.