Więcej państwa w psychoterapii? Tak, od zaraz
Elżbieta Kowalska ma rację, pisząc o abdykacji państwa z psychoterapii. Myli się jednak co do kolejności zdarzeń. Rynek psychoterapii nie powstał dlatego, że państwo oddało pole. Ono tak naprawdę nigdy na nie nie weszło. A ustawa, którą się dziś krytykuje, jest jedynym narzędziem, którym można to zmienić.
Z opisem rzeczywistości, który daje Elżbieta Kowalska, nie zamierzam polemizować, bo jest prawdziwy. Liczba dzieci z orzeczeniem o autyzmie wzrosła w pięć lat z niespełna 55 tysięcy do blisko 156 tysięcy.
Rodzina płacąca od 180 do 300 złotych za sesję wydaje na terapię jednego dziecka od 8,5 do 15 tysięcy złotych rocznie. Publiczny system tego nie obsługuje, a kolejki do psychiatry dziecięcego liczy się w latach. To wszystko prawda i to wszystko jest skandalem.
Spór zaczyna się przy przyczynach. Autorka z tego opisu wyprowadza wniosek, że odpowiedzialność ponoszą standardy kształcenia i ludzie, którzy ich pilnują. Zsumowane zostają tu dwa zupełnie różne rachunki.
Pierwszy to rachunek dostępności: kto płaci za psychoterapię, ilu jest specjalistów w publicznym systemie, jak długo czeka dziecko w kryzysie. Drugi to rachunek bezpieczeństwa: ile trzeba umieć, żeby wolno było usiąść naprzeciwko takiego dziecka. Pierwszy wystawia się państwu, drugi – zawodowi. W tym tekście oba trafiają do psychoterapeutów i to jest, jak sądzę, jego najważniejsze nieporozumienie.
Rynek, którego nikt nie zaprojektował
Tytuł artykułu Kowalskiej mówi o abdykacji państwa na rzecz rynku. Zgadzam się co do słowa „abdykacja” i spieram się o kolejność zdarzeń. Ten rynek nie powstał dlatego, że państwo oddało komuś pole. Powstał dlatego, że państwo na to pole nigdy nie weszło.
Gdy państwo nie definiuje zawodu, nie znaczy to, że standardu nie ma. Znaczy, że ustala go ktoś inny, bo pacjent nie może zaczekać trzydziestu lat na ustawę. W Polsce zrobiły to stowarzyszenia zawodowe: opracowały programy, wprowadziły obowiązkową superwizję, wymyśliły egzamin przed komisją spoza własnej szkoły.
Nie uważam tego za rozwiązanie docelowe. Sądzę, że tak wygląda dobro wspólne, gdy nie ma gospodarza. I dlatego trudno mi czytać samorząd zawodowy jako korporacyjny przywilej. Samorząd to instytucja republikańska, ta sama, którą mają lekarze, radcowie prawni i aptekarze. Jest jedynym znanym mi mechanizmem, dzięki któremu państwo może od kogoś realnie wymagać i realnie go ukarać, nie zatrudniając go u siebie.
Procedowana ustawa przenosi standard pod nadzór publiczny, tworzy jawny rejestr i sądownictwo dyscyplinarne. To jest ruch od rynku w stronę państwa, a nie odwrotnie. Można go krytykować za tempo albo za szczegóły. Trudno go krytykować za kierunek, jeśli jednocześnie postuluje się powrót państwa.
Gdzie jest państwo?
Psychoterapia w Polsce jest finansowana prywatnie, ponieważ państwo od trzydziestu lat nie rozstrzygnęło, czym ona jest i kto ją wykonuje. Nie da się finansować ze środków publicznych czynności, której prawo nie definiuje, wykonywanej przez zawód, który formalnie nie istnieje. To nie jest wykręt, tylko opis mechanizmu.
I tu wnioski autorki obracają się przeciwko jej własnym postulatom. Chce publicznego finansowania kształcenia i dostępności terapii dla zwykłych rodzin. Zgadzam się z każdym z tych postulatów i chciałabym, żeby ktoś je wreszcie zrealizował.
Żadnego nie da się jednak zrealizować, dopóki zawód nie istnieje w ustawie. Nie ma podmiotu, któremu można przyznać dotacje. Nie ma tytułu, do którego można przypisać miejsce szkoleniowe finansowane z budżetu. Nie ma zawodu, dla którego można uruchomić środki europejskie. Uregulowanie nie jest przeszkodą na drodze do publicznego finansowania psychoterapii. Jest jego warunkiem wstępnym.
Wstrzymanie prac nad ustawą nie przybliża nas do modelu niemieckiego ani skandynawskiego. Zostawia nas dokładnie tam, gdzie jesteśmy: na rynku, na którym płaci wyłącznie pacjent, a nie kontroluje nikt.
Skąd wzięło się 1200 godzin?
O wymaganiach szkoleniowych Elżbieta Kowalska pisze tak, jakby wymyśliło je środowisko na własne potrzeby. Warto więc powiedzieć, skąd pochodzą.
Wymóg co najmniej 1200 godzin podyplomowego szkolenia, prowadzonego metodami o udowodnionej naukowo skuteczności, obejmującego psychoterapię własną, superwizję i staże, zakończonego egzaminem przed komisją zewnętrzną wobec podmiotu kształcącego, wynika z artykułu 5 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego. To jest obowiązujące prawo i na jego podstawie Narodowy Fundusz Zdrowia kontraktuje dziś świadczenia. Środowisko tego progu nie wynalazło. Ono go spełnia.
Nie jesteśmy też w tej sprawie osobni. Uchwalone w ostatnich dwóch latach ustawy austriacka i ukraińska regulują psychoterapię jako zawód odrębny, a kluczową część szkolenia powierzają stowarzyszeniom akredytowanym przez organy państwa.
Kierunek, w którym idzie polski projekt, jest kierunkiem europejskim, a nie lokalnym wynalazkiem. Jeżeli uznajemy ten próg za zbyt wysoki, trzeba powiedzieć wprost, co z niego wypada. Praktyka kliniczna? Superwizja? Doświadczenie własne? Godziny stażu?
To nie jest pytanie retoryczne, tylko realne pytanie o to, z jakim przygotowaniem dopuszczamy człowieka do pracy z dzieckiem po próbie samobójczej. Rozmowa o skracaniu ścieżki jest możliwa, ale musi zaczynać się od tego pytania, a nie od słowa „bariera”.
Pieniądze
Nie będę udawać, że cena szkolenia jest nieistotna. Dojście do certyfikatu kosztuje dziś, według szacunków rynkowych, od 75 do 120 tysięcy złotych i ponosi go wyłącznie kandydat. Uczciwie trzeba jednak dodać, że nie jest to anomalia.
Specjalizacja z terapii uzależnień w podmiotach akredytowanych przez Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego to 50–58 tysięcy. Pięcioletnie studia psychologiczne na uczelni niepublicznej to 79–95 tysięcy. Pełne wykształcenie lekarza przekracza milion złotych. Różnica między tymi zawodami nie polega na tym, że gdzieś kształcenie jest tanie. Polega na tym, kto za nie płaci.
Kowalska podnosi zarzut, który uważam za trafny. Procedowany projekt nie określa górnego limitu opłat za szkolenie, podczas gdy w zawodach prawniczych wysokość opłaty za aplikację ustala rozporządzenie ministra.
To jest realna luka i nie widzę powodu, żeby jej bronić. Widzę natomiast powód, żeby zauważyć, co z niej wynika: brakujący przepis dopisuje się poprawką w toku prac nad ustawą. Nie dopisuje się go, wstrzymując te prace.
Dobrze, że psychoterapia zniknęła z ustawy o psychologach
Autorka odnotowuje, że psychoterapia znika z katalogu świadczeń psychologicznych, i traktuje to jako część diagnozowanego przez siebie problemu. To spostrzeżenie prowadzi jednak do wniosku odwrotnego niż reszta jej tekstu.
Studia psychologiczne nie są szkoleniem w psychoterapii. Psycholog może zostać psychoterapeutą i wielu psychologów nim zostaje, ale prowadzenia procesu terapeutycznego uczy się po studiach, tak samo jak każdy inny kandydat i tak samo długo. Dyplom magistra psychologii nie zawiera w sobie ani superwizji, ani doświadczenia własnego, ani stażu klinicznego w psychoterapii. Nie ma powodu, żeby zastępował je z mocy nazwy kierunku.
Co do faktów: uchwalona 23 stycznia 2026 roku ustawa o zawodzie psychologa psychoterapii nie objęła. W grudniu została ona usunięta z wykazu świadczeń psychologicznych, a psychologowie mogą ją prowadzić „na zasadach określonych w odrębnych przepisach”.
Te odrębne przepisy nie istnieją. Jedynym projektem, który je tworzy, jest procedowana ustawa o zawodzie psychoterapeuty. Luka, którą autorka słusznie zauważa po stronie zawodu psychologa, zamknie się więc dokładnie wtedy, gdy ta ustawa wejdzie w życie, i nie zamknie się nigdy, jeśli prace nad nią zostaną wstrzymane.
O sposobie prowadzenia tego sporu
Zostaje kwestia formy, która nie jest kwestią urażonej dumy. Autorka wyjaśnia postawę psychoterapeutów mechanizmem psychologicznym: ktoś, kto zainwestował sto tysięcy złotych i tysiące godzin, uruchamia mechanizmy obronne, racjonalizuje i pada ofiarą efektu utopionych kosztów, a w konsekwencji popiera regulacje ograniczające innym dostęp do zawodu.
Ta konstrukcja ma właściwość, którą warto nazwać. Domyka dyskusję, zanim ta się zacznie. Każdy psychoterapeuta, który się z nią nie zgodzi, potwierdza ją samym faktem niezgody, bo przecież właśnie broni swojej inwestycji. Trudno o skuteczniejszy sposób na to, żeby druga strona nie miała nic do powiedzenia.
Argument o utopionych kosztach można zresztą obrócić. Gdyby psychoterapeutom chodziło wyłącznie o ochronę własnej inwestycji, najkorzystniejszy byłby dla nich stan obecny: rynek, na którym nikt niczego nie sprawdza, nikt nikogo nie skreśla z żadnej listy i wejście do zawodu nie wymaga niczego poza wizytówką. To nie my mamy w tej sprawie najwięcej do stracenia.
W słownictwie, którego autorka używa wobec ludzi wykonujących ten zawód, nie ani trochę rozpoznaję ludzi, z którymi pracuję od lat i którzy poddają swoją pracę superwizji właśnie po to, żeby nie zaszkodzić.
Nie sądzę, żeby moja pozycja – osoby, która prowadzi psychoterapię – unieważniała moje argumenty, tak samo jak nie unieważnia argumentów autorki jej własne 25- letnie doświadczenie zawodowe. Jedno i drugie warto wiedzieć, czytając.
***
Nie ma wyboru między dostępnością psychoterapii a jej jakością. Rodzina, która czeka trzy lata na wizytę, i rodzina, która trafia do gabinetu prowadzonego przez kogoś po weekendowym kursie, przegrywają tak samo. Pierwsza z powodu państwa, druga – z powodu jego nieobecności.
Pacjent i dobrze przygotowany psychoterapeuta stoją po tej samej stronie. Ten pierwszy potrzebuje szybkiego dostępu do pomocy, ale też pewności, że osoba, do której trafia, rozpozna zagrożenie, zna granice swoich kompetencji i wie, kiedy skierować dalej. Dziś, w gabinecie prywatnym, nie ma jak tego sprawdzić: nie ma rejestru, w którym można zweryfikować uprawnienia, ani trybu, w którym można zgłosić nadużycie.
Ustawa o zawodzie psychoterapeuty jedno i drugie tworzy. O jej kształt można i trzeba się spierać. Nie da się natomiast jednocześnie żądać, żeby państwo wróciło do odpowiedzialności za zdrowie psychiczne Polaków, i odbierać mu jedyne narzędzie, którym mogłoby po tę odpowiedzialność sięgnąć.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

