Jeśli nowy prezydent niczego nie zrobi, to w 2030 roku Kraków czeka budżetowy armagedon
Na mieszkańca Krakowa przypada dzisiaj jedenaście tysięcy złotych zadłużenia. Dla porównania, w Gdańsku, Warszawie czy Poznaniu jest to ok. trzy razy mniej. Etap Krakowa jako miasta outsourcingu wygrywającego przede wszystkim ceną i bliskością kulturową po prostu się kończy – mówi dr Karol Wałachowski w rozmowie z Gabrielem Czyżewskim.
Kraków tonie w długu?
Moim zdaniem tak. To jedno z najważniejszych wyzwań dla miasta. Sytuacja Krakowa jest w tej kwestii wyjątkowa w skali Polski.
Dlaczego wyjątkowa?
Niemal 9 miliardów zadłużenia w tym roku to najwięcej w kraju.
Nawet jeśli przeliczymy dług na mieszkańca, to nadal pozostaje on zdecydowanie najwyższy, wyższy niż w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku czy innych największych metropoliach.
O jakich liczbach mówimy?
Na mieszkańca Krakowa przypada dzisiaj jedenaście tysięcy złotych zadłużenia. W Gdańsku, Warszawie czy Poznaniu jest to mniej więcej trzy razy mniej. Skala jest więc kosmiczna.
Dodatkowo bardzo dużym problemem jest dynamika wzrostu tego długu, który od 2023 roku wzrósł o 3 miliardy.
Rozbierzmy to na czynniki pierwsze.
W samorządach główny podział wydatków to wydatki bieżące i majątkowe, tzw. inwestycyjne. Jeśli te drugie są wysokie, to może to być dobre, bo to oznacza, że inwestujemy, co zwróci się nam w przyszłości poprzez wyższe dochody. Dla Krakowa ta sytuacja nie jest prawdziwa, bo wydatki majątkowe w ostatnich latach są średnio niższe niż w innych metropoliach.
Prawdziwy problem to nierównowaga dochodów i wydatków bieżących. Jeśli mamy deficyt, to oznacza, że nie finansujemy z dochodów tego, co wydajemy na pensje nauczycieli, remonty dróg itp.
Przez trzy lata deficyt operacyjny, czyli nadwyżka bieżących wydatków nad tym, co miasto pozyskało z podatków i innych źródeł, wyniósł 1,1 mld złotych. Moim zdaniem to bardzo alarmujące.
Z deficytem operacyjnym jest tak, że miasto może z nim zrobić tylko dwie rzeczy: albo zaciągać kolejne zobowiązania, jak to się dzieje się teraz, albo wyprzedawać majątek.
Jaka jest w zasadzie natura długu miejskiego? Bliżej mu do długu prywatnego czy publicznego?
Finanse samorządowe działają inaczej niż państwowe. Jeśli zadłuża się państwo, zwłaszcza gdy posiada własną walutę, to ma różne sposoby na wyjście z takiej sytuacji, może chociażby – mówiąc kolokwialnie – włączyć drukarkę.
Dług publiczny możemy więc finansować inflacją. Z punktu widzenia miasta jest jednak inaczej. Miasto nie ma własnej waluty, ma za to ścisłe, ustawowe reguły funkcjonowania. Jedną z nich jest konieczność spełnienia indywidualnego wskaźnika zadłużenia (IWZ).
To reguła określająca, ile miasto może wydawać na obsługę zadłużenia, a więc w praktyce na ile może się zadłużyć. Jak szacuje Regionalna Izba Obrachunkowa, w kolejnych latach Kraków tego wskaźnika po prostu nie spełni.
Na czym polega powaga tej sytuacji?
Jeśli IWZ nie zostanie spełniony, miasto nie będzie mogło uchwalić budżetu na dotychczasowych zasadach. Będzie to oznaczało konieczność wprowadzenia programu postępowania naprawczego, a w następnej kolejności wkroczenie Regionalnej Izby Obrachunkowej. A to dla miasta kosmiczny problem.
Dlaczego do tej pory tak się nie stało?
Bo jesteśmy w okienku czasowym do 2029 roku, kiedy te reguły fiskalne są zawieszone. Wynika to z reformy finansów samorządowych, w ramach której rząd zdecydował się ułatwić życie samorządom, ale w 2030 roku, jeśli nic się nie zmieni, Kraków czeka totalny armagedon.
Bo?
Budżet zastępczy ustalany przez RIO to budżet na absolutnym minimum. Nie ma w nim żadnych inwestycji. Cięte są dodatki dla nauczycieli, tnie się wydatki na kulturę, szuka zwolnień w urzędzie. Szuka się nawet dochodów ze sprzedaży miejskiego majątku.
Program postępowania ostrożnościowego wprowadzono w Zabrzu i był to jeden z powodów odwołania prezydent Agnieszki Rupniewskiej. To sytuacja, która uderza we wszystkich i stanowi dla miasta prawdziwą tragedię.
Skąd w ogóle wziął się ten dług?
Przyczyn możemy szukać po stronie dochodów albo wydatków. Jeśli chodzi o stronę dochodową, porównując Kraków z innymi miastami, to sprawą może nie tyle alarmującą, ile wymagającą zbadania, są stosunkowo niskie wpływy z podatku CIT. Kraków ma tu niższe dochody niż Wrocław, Gdańsk, nie mówiąc już o Warszawie.
Intuicja podpowiadałaby, że w Krakowie, jako mieście opartym na nowoczesnych usługach dla biznesu, z silnym sektorem IT i wysokimi płacami, wpływy z CIT-u powinny być wysokie. A tak nie jest.
W tym przypadku występuje jednak pewne wyjaśnienie. Powołam się na dr. Michała Możdżenia z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Stawia on tezę, że wynika to ze struktury gospodarczej Krakowa.
To znaczy?
W Krakowie dominuje sektor usług dla biznesu. To aż 110 tysięcy miejsc pracy. Lwią część stanowią tu jednak centra usług wspólnych tzw. BPO, czyli jednostki realizujące stosunkowo proste procesy. Nie są to centra tworzenia wartości dodanej ani generowania bezpośrednich zysków. Dla macierzystych firm to po prostu centra kosztów, przez co są niskomarżowe.
W konsekwencji centra usług wspólnych nie generują dla miasta wysokich dochodów podatkowych, bo same nie kreują dużej wartości dodanej. Oczywiście ta wartość dodana powstaje, ale w centralach tych spółek, tam gdzie zachodzą kluczowe dla nich procesy. Krakowskie centra znajdują się gdzieś pośrodku tego łańcucha. To istotny powód.
Po stronie wydatkowej robi się jeszcze ciekawiej, bo czymś, co zaczyna być dla nas problemem, są koszty obsługi długu. Dziś Kraków wydaje rokrocznie 400 milionów złotych na samą obsługę zadłużenia. To ogromna kwota.
Dla porównania, całe miasto ze sprzedaży biletów komunikacji miejskiej uzyskuje 420 milionów złotych. Mówimy więc o znaczącej części naszych wydatków, co dobrze pokazuje, dlaczego to zadłużenie jest problemem długookresowym.
Kiedy przysłuchuję się dyskursowi niedawnej opozycji wobec Aleksandra Miszalskiego – choćby Krowoderskiej czy samemu Łukaszowi Gibale – można odnieść wrażenie, że za dług odpowiedzialni są w pierwszym rzędzie tzw. kolesie, osoby obsadzane z klucza politycznego, których niegospodarne decyzje ciążą miejskiemu budżetowi. Ale to przecież nie wydaje się istotą rzeczy, dlaczego ten dług wynosi tyle, ile wynosi.
Jeśli chodzi o stronę wydatków, to samorząd samorządowi jest nierówny i bardzo trudno jest przeanalizować celowość zatrudnienia czy sensowność różnych wydatków, nie będąc wewnątrz urzędu. Dlatego jeśli coś do nas z wewnątrz dociera, to są to właśnie takie dowody po trosze anegdotyczne. Stąd ta tzw. epidemia kolesiostwa.
Wedle mojej wiedzy dziennikarze wyliczyli sześćdziesiąt parę osób, które dostały zatrudnienie z klucza politycznego. To spora liczba, ale z drugiej strony w Urzędzie Miasta Krakowa pracuje 3 tysiące osób. Jako zewnętrzni obserwatorzy zwyczajnie nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ocenić, ile z tych etatów ma sens, a ile nie.
Mamy natomiast dowody anegdotyczne, że radny miasta Krakowa pełni 5 różnych funkcji, w dwóch województwach.
Na pewno jest tak, że problemem jest transparentność i jest to kwestia ciągnąca się przynajmniej od czasów Jacka Majchrowskiego. Wielu rzeczy zwyczajnie nie wiemy, a prezydent Miszalski nie zrobił zbyt wiele, żeby pootwierać szuflady i żebyśmy dowiedzieli się z nich czegoś więcej.
Audyty nie zostały przeprowadzone. To, z czym mieliśmy do czynienia, to był audyt pozorowany, przeprowadzony przez samych urzędników, którzy mieli oceniać pracę swoich jednostek. Absurd.
A co wiemy?
To, co wiemy na pewno, to fakt, że wydatki bieżące są u nas stosunkowo wyższe niż w innych miastach i to właśnie tutaj moglibyśmy potencjalnie szukać różnych nieefektywności oraz miejsca do ewentualnych cięć.
Co moglibyśmy ściąć? Konkretnie.
Konkretne odpowiedzi wymagałoby wejście do urzędu i poznanie go od środka. Tematem, którym zajmuję się od dłuższego czasu, jest turystyka. I to jest obszar, w którym można poszukać wiele oszczędności. Miasto ma globalną markę, a w mieście narasta konsensus, że należy wygaszać masową turystykę. Tymczasem, Kraków płaci 5,5 mln zł rocznie na organizację turystyczną, co już padło w tej kampanii.
Kraków ponadto przekazuje 7,5 mln zł na promocję marki miasta oraz 3,5 mln zł rocznie na wspieranie rynku turystycznego. W tym jednym wąskim obszarze znalazłem potencjalne oszczędności rzędu parunastu milionów złotych.
Na pewno w innych obszarach też można znaleźć konkretne pozycje, które nie wpłyną negatywnie na życie mieszkańców, a poprawią stan finansów.
Jakie kompetencje ma w ogóle prezydent miasta wobec długu? Naprawdę ma związane ręce i nie może wyjść poza sprzedaż majątku i zaciąganie kolejnych zobowiązań?
To na co ma twardy wpływ, to są decyzje dotyczące wydatków urzędu, o czym mówiłem wcześniej. Widzę też dużą przestrzeń na bardziej strategiczny wpływ od strony dochodowej.
Tym bardziej, że Kraków prawdopodobnie czekają duże zmiany gospodarcze. Rewolucja AI to fakt, tak samo to, że praca w Polsce staje się coraz droższa – to wszystko oznacza, że duża część z tych 110 tys. miejsc pracy, które dzisiaj istnieje w Krakowie, może się albo przeprowadzić do Indii, albo w ogóle zniknąć. Docierają do nas informacje o zwolnieniach grupowych. Mamy też dowody anegdotyczne o tym, że firmy nie przedłużają umów z pracownikami.
Sądząc po sytuacjach moich studentów na Uniwersytecie Ekonomicznym, widzę, że w krakowskich firmach zdarzają się rekrutacje, w których nawet na staż trudno się dostać, bo przypada po sto osób na jedno miejsce.
I o czym to świadczy?
Moim zdaniem o tym, że etap Krakowa jako miasta outsourcingu wygrywającego przede wszystkim ceną i bliskością kulturową po prostu się kończy.
Kolejny prezydent powinien zająć się polityką przemysłową miasta, czyli aktywnie oddziaływać na strukturę gospodarczą. Jest kilka sektorów, w których jesteśmy mocni: IT, life science, gamedev, sektor kosmiczny czy deep tech.
To obszary, gdzie pracują dziesiątki tysięcy osób i to one powinny być priorytetem. Miejsca pracy w przemyśle czy w lokalnych firmach technologicznych z dnia na dzień raczej nie wyparują do Indii.
Co więcej, jeśli mówimy o firmach tworzących wyższą wartość dodaną, a nie o centrach usług wspólnych, to wpływy podatkowe dla miasta będą z nich znacznie wyższe. Po stronie dochodowej priorytetem powinno być robienie wszystkiego, by ułatwiać takim przedsiębiorstwom życie.
Z drugiej strony – także istotne jest dowiezienie niektórych tematów na poziomie krajowym.
Co masz na myśli?
Podatek turystyczny, który stał się ostatnio głośnym tematem w Krakowie, to dziesiątki, a mam nadzieję, że docelowo nawet setki milionów złotych rocznie trafiających do budżetu z samej turystyki.
Analogicznie, gdyby weszły uregulowania dotyczące najmu krótkoterminowego, firmy z tej branży w końcu wyszłyby z szarej strefy i zaczęły płacić podatki. To kolejne konkretne dochody.
Podobnie z ustawą metropolitalną. Jeśli mielibyśmy taką ustawę, jak ma np. Trójmiasto, które w ostatnich latach otrzymało właśnie taką ustawę, to również gminy ościenne mogłyby w końcu zacząć dorzucać się do usług, które konsumują w Krakowie.
To są wszystko rzeczy, które są na stole i które mogą wyraźnie poprawić sytuację finansową Krakowa.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
dr Karol Wałachowski
Gabriel Czyżewski

