Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Od nostalgii za PRL-em po burgery za 3 zł. Internet zalewa syf. Jak sobie z tym poradzić?

Od nostalgii za PRL-em po burgery za 3 zł. Internet zalewa syf. Jak sobie z tym poradzić? Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Zalewa nas powódź informacji. Żyjemy jak w fotoplastykonie, który bardzo szybko podmienia obrazki, steruje naszymi uczuciami, by wywołać strach, szok, zachwyt. Nie ma opamiętania – chyba przegrywamy.

Shit, którym żyjemy

Media społecznościowe i media informacyjne od kilku lat nie pełnią już swoich pierwotnych funkcji. Nie chodzi mi nawet o pojawienie się AI, która z graficznego narzędzia uwodzącego „stare baby w internecie” stała się całkiem sprytnym sposobem na tworzenie ułudnych treści.

Mówię o samym kształcie tzw. feedu w mediach społecznościowych, gdzie przeplatają się ze sobą fakt, zmyślenie, kłamstwo o politycznym podtekście i celu, reklama i błaganie o pomoc, o którym też nie wiadomo, na ile jest prawdziwe. Filmik przeplata się z rolką, ona za to z „poważnym” tekstem o tym, co jest nie tak z mediami.

Tekstem, którego i tak nikt nie czyta, bo koniecznie trzeba rzucić okiem na czternaście sposobów wykorzystania pomidorów albo na dziewczynę, która w 2026 roku ubiera się w stylu wiktoriańskim. Mimo że mamy gdzieś tę dziewczynę i styl wiktoriański, koniecznie przecież musimy zobaczyć, co ją za to spotkało.

Internet jest zatem nie tyle ściekiem, co wielością cieków graficznych i informacyjnych, łączących się w jedną wielką rzekę. A że do tej samej rzeki nigdy się dwa razy nie wchodzi, to widziana raz rzecz natychmiast znika, by nigdy już nie powrócić (chyba że ktoś włożył wystarczająco wiele pieniędzy w to, by do znudzenia nam się pokazywała).

„Gubieniu” rzeczy i materiałów w internecie sprzyja też fragmentaryzacja uwagi, którą media społecznościowe stworzyły i podsycają. Ciężko odłożyć telefon, bo przecież już za chwilę, już po kolejnym odświeżeniu naszym oczom może ukazać się coś fascynującego. Na przykład nowy, nieznany sposób gotowania makaronu, o którym zapomnisz, gdy tylko w feedzie zastąpi go historia smutnego psa.

Ten kuszący śmietnik jest na swój sposób ogromnie fascynujący. Internet nie tylko wykreował cały odrębny świat obiegu informacji i stworzył nowe miejsce do poznawania ludzi, ale i ugarnirował to wszystko masą przerażająco jednorazowego shitu.

Shitu, którym żyjemy i którego za nic byśmy nie oddali, pomimo pozornej mody na cyfrowe detoksy i narzędzia, które wyłączą nam jedną wtyczkę, podczas gdy pozostałe nadal będą dbały radośnie, byśmy broń Boże nie doznali FOMO. Najgorsze jest bowiem to, że coś nas omija.

Dyskusja, inba, promocja, pozornie ciekawa opowieść. Nowy trend, który szybko zostanie wyżęty na piątą stronę i zapomniany. Wbrew pozorom tak działa nie tylko internet – trendy, mody, niewolnicze naśladownictwo estetyczne i światopoglądowe były też wcześniej kreowane (i kładzione do grobu) przez czasopisma i telewizję.

Internet jest jednak niesłychanie egalitarny, choć wybiórczy – pozwala każdemu zapoznać się ze wszystkim, mieć o wszystkim zdanie i je wyrazić. Nic, do czego darmowy dostęp ma każdy człowiek, jakiego ziemia nosi, nie jest i nie będzie nieszkodliwe.

Współtworzenie przez nas wszystkich tego cieku treści oznacza, że będzie w nim miejsce na dezinformację, manipulację i przemoc. Oznacza jednak także, że i my wznosimy tę wieżę Babel, dokładając do niej swoje cegiełki. Nikt nie może nam ich do końca ocenzurować i stwierdzić, że szkoda na nie bajtów.

W internecie jest wszystkiego za dużo i oczywiście ja dokładam się do tego, żeby nadal było za dużo. Rzewne historie o dzieciach sprzedających lemoniadę, karuzele zdjęć „co sobie myślę jako gruba dziewczyna”, „zaszłam w ciążę w wieku 41 lat i oto, co mnie spotkało”, instagramerzy odkrywają bloki z wielkiej płyty, instagramerzy odkrywają Słowację albo Gruzję.

Pasiemy się tymi trendami, a one wirują i znikają. Mimo pozornego zblazowania słuchamy mód. Gra się na naszych emocjach za pomocą totalnych bzdetów. Nikt nie jest oczywiście lepszy, nikt nie jest od tego wolny. Czasem wyłuska się niedbale jakieś ziarenko, ale większość to szum, szmer nadpłucny w rytmie dolnoprzedsionkowym.

Moje słowa też. Ich wymazywalność jest w jakiś sposób kojąca. Można zniknąć i pies z kulawą nogą nie będzie o nas pamiętał. Tylko nie kupujcie kursów cyfrowego detoksu. Jak ktoś nam mówi, że coś można w siedmiu prostych krokach, to na pewno czegoś od nas chce. Pieniędzy albo uwagi.

Mój PRL był lepszy niż twój!

Internet to śmietnik, supermarket z całym shitem świata, królestwo. Kusi nas wizjami nieistniejącego świata, zmyślonej przeszłości, którą z taką łatwością przyjmujemy za wspólną albo własną. Gra na strunach naszej nostalgii – a tematów ma kilka. Prym wśród nich wiodą tzw. wspomnienia z PRL-u, przefiltrowane przez apolityczny ogląd.

Z tym PRL-em jest tak, że jeszcze zależy, kto wspomina. Pokolenie 60–70 latków (tych, którzy korzystają z internetu, a wbrew pozorom nie jest to taka mała grupa) nakłada na swoją realną wiedzę o tym okresie wszystkie mgiełki wspomnień z cyklu „byliśmy piękni i młodzi”.

Druga kohorta PRL-owskich nostalgików to dzieci lat 80., i to raczej późnych – ludzie, którym wydaje się, że coś tam pamiętają, bo w 1988 r. poszli do przedszkola, mieli gryzące wełniane rajstopy, a pani kucharka nalewała wielką chochlą odgórnie słodzoną herbatę.

Po dekadach uznają oni takie dzieciństwo za prawdziwsze i lepsze niż wczesne lata własnych dzieci. Nie mają traum, odczuwają tylko nieokreśloną tęsknotę. W tym momencie media społecznościowe wkraczają z nieprzebraną krynicą obrazów, które te niejasne wspomnienia ucieleśniają i uściślają.

Proponują opowieści, gry, quizzy, dyskusje, awantury. Jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie, zatem bez problemu da się małym wysiłkiem wzniecić inbę pod hasłem „mój PRL był lepszy niż twój”.

Modelowy Słowianin

Równolegle do tego trendu ożywa także dawno niewidziany podziw dla uogólnionej Słowiańszczyzny. Też zdarza mi się uśmiechnąć na widok obrazka z cyklu „squatting Slavs in tracksuits”, bo uruchamia on łańcuch wspomnień i skojarzeń.

Potem jednak zastanawiam się, czy Słowianie się przypadkiem radośnie nie (samo)orientalizują, powielając zachodnie stereotypy na temat „innego” i tym samym utrwalając je. Założenie, że wyśmiejemy się sami, zanim kto inny, silniejszy zdąży nas wyśmiać, to tylko pozory kontroli.

„Słowiański” świat przedstawiony emulguje w jeden kalejdoskop, wyświetlający co chwilę inny kolorowy kadr – wesoły, smutny, śmieszny czy krzywdzący. Lepi się z tego – na życzenie Zachodu – modelowego Słowianina, czyli istotę zaradną, odważną i lubiącą wypić. W tym uniwersum kobiety mają długie blond warkocze, a mężczyźni idą „w bój bez broni”.

Sztuczna inteligencja stwarza nieznane wcześniej możliwości estetycznego łączenia ze sobą skojarzeń, mód, deseni, wizji urbanistycznych, muzyki. Oczywiście ta estetyka „ogólnosłowiańska” jest tylko kiczem za pięć złotych, nie mającym nic wspólnego z realną kulturą i etnografią. Coś, co jest pół rosyjskie, pół bułgarskie, a może i jeszcze jakieś, tak naprawdę nie jest żadne.

Piękna Polska dziadowska

Kolejna ogrywana polska nostalgia to tzw. dzieci Neo (pierwotnie „Neostrady”, ale twórca terminu Jacek Paśnik usunął ten człon z nazwy fanpage’a – może publika nadal mu stopniowo młodnieje i dzieciaki nie wiedzą już, co to była Neostrada?).

To amalgamat wspomnień – czasem zapożyczonych, cudzych – od późnych lat 90. do mniej więcej 2012–2014 roku (okres wkracza coraz głębiej w wiek XXI, im od daty bieżącej do niego dalej). W tamtej estetyce chodzi o odkrywanie przypadkowych zdjęć Polski „dziadowskiej”, tuż-potransformacyjnej, uboższej, ograniczającej się, zwłaszcza zimą, do kilku barw.

Syf z przełomu wieków i z czasu wejścia Polski do Unii, którego wtedy szczerze nienawidziliśmy – czarne od brudu dworce, burgery z budki za 3 zł, PKS, co go likwidują, papierosy w miękkiej paczce, marazm, bezrobocie, pamiętające PRL ośrodki wczasowe – uchodzi teraz za bursztyn znaleziony w błocie. Nie ma końca zachwytom nad gównianym barem, do którego wtedy nikt nie chciał chodzić, marząc, by było „zachodnio”.

Wyobrażona przeszłość – że było lepiej niż naprawdę było – pełni funkcję kojącą. Sekunduje jej w tym internet, w którego błocie faktycznie można znaleźć całkiem spore bursztyny: właśnie dlatego, że ktoś zadał sobie trud ich dokumentowania wtedy, gdy nie znaczyły zupełnie nic. W tym sensie takie cmentarzyska kont, jak flickr czy nasza-klasa, stanowią „nieprzebrany sezam” realnych wspomnień, które prawie pachną latem 2007 roku.

Internet z całą pewnością – wraz z upowszechnieniem aparatów cyfrowych, a potem telefonów komórkowych z aparatami – pozwolił robić zupełnie przypadkowym ludziom zupełnie przypadkowe zdjęcia, które gdzieś tam, na krańcach tego naszego wspólnego mózgu, czekają na odkrycie. Albo i nie czekają, i nie doczekają się go nigdy.

***

Gigabajty cyfrowych pseudofaktów i metafor, które przepływają przez nasze feedy, trzymają nas w szponach zainteresowania i ekscytacji. Brniemy przez nie pomimo zmęczenie, podtrzymywani pewnością, że co chwilę będzie tam coś nowego.

Feed rządzi się swoimi prawami – niby kurtuazyjnie pyta, co lubisz, ale już za chwilę proponuje ci tańczącego kraba albo inną rzecz, której w najmniejszym stopniu nie masz ochoty oglądać. Jest coraz mniej na twoich usługach, a coraz bardziej na usługach kapitału. Ma za zadanie przykuć twój wzrok, by ci coś sprzedać. Najgorsze, że czasem faktycznie coś kupisz, a nawet jeśli nie, to zapłatą jest uwaga. Skacząca, wątła, pofragmentaryzowana.

Może znamy ciszę dźwiękową, ale nie znamy już ciszy informacyjnej. Zupełnie zwyczajnym zjawiskiem jest obecnie double screening, czyli korzystanie z telefonu z internetem podczas oglądania telewizji, pobytu w kinie czy używania laptopa.

Płyniemy na tej fali kiczu, tarzamy się w tym śmietnisku, bo to nasze królestwo, nasz świat. Innego obecnie nie znamy. Coś, co miało służyć szybkiemu przekazywaniu informacji, służy też przekazywaniu wszystkiego innego – całego spektrum emocji, fałszu, półprawd, fantazji, i zbędnych obrazów.

Potrzebujemy tego, choć nie umiemy już w tym przebierać, zresztą chyba się nie da… Wraz z bursztynami łykamy szlam, który je niesie. Nie ma na to odtrutki, no bo co? Budzisz się rano i nie masz telefonu? Dobrowolnie zrzekasz się oglądania tańczącego pelikana, gołej baby i ataku na Gazę?

Jakim prawem ktoś zakręca kurek, zatrzymuje karuzelę? Żyjemy jak w fotoplastykonie, który bardzo szybko podmienia obrazki, steruje naszymi uczuciami, by wywołać strach, szok, zachwyt. Nie ma opamiętania – chyba przegrywamy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.