Donald Tusk wciska dzieciom kotlety sojowe? Już nasze babki wiedziały, że dieta musi być różnorodna
Krytyka nowego jadłospisu w szkolnych stołówkach przybrała nieoczekiwany obrót. Okazuje się, że dzień bez schabowego to ideologiczny pomysł narażający dzieci na niedobory. Tymczasem polska kuchnia nie (tylko) mięsem stoi. „W tym kraju nie ma takich zwierząt. Jest żubr, bóbr, k***a, łoś […] – to są zwierzęta, które żyją w Polsce”. Parafrazując Pazurę z filmu „Chłopaki nie płaczą”, odpowiedziałbym krytykom zmian: pierogi ruskie, fasolka szparagowa, jajka sadzone z ziemniakami, k***a, gołąbki z kaszą – to są dania, które się jada w Polsce.
Wracając naście lat temu ze studiów do rodzinnego domu na weekend autobusem, rozmarzyliśmy się z kolegą, za jakimi obiadami mamy się stęskniliśmy. Bigos, schabowy, rolada…
W rozmowę wtrąciła się starsza pani i wyłożyła nam, jak to za jej czasów mięso jadało się z rzadka. Rozbierała na czynniki pierwsze trafiającą raz w tygodniu pod nóż kurę, z której mięsa, kości i podrobów gotowało się obiad dla całej rodziny przez 3 dni, z niedzielnym rosołem w centrum uwagi kubków smakowych.
W pozostałe dni na talerzu lądowały warzywa, produkty zbożowe i nabiały. „Nie było codziennie mięsa, a jakoś mniej chorowici byliśmy niż dzisiaj młodzież” – stwierdziła.
Pomijając nostalgiczne romantyzowanie czasów z całą pewnością zdrowych i silnych ludzi (choć nie jest ono zupełnie pozbawione sensu, patrząc na statystyki otyłości dzieci), jedna prawda z tego wywodu jest niezmienna – mięso na polskich stołach było raczej uroczystością niż codziennością. Zresztą i dzisiaj stoły uginają się od mięsa na weselach, wakacyjnych grillach i w podobnych biesiadnych okolicznościach, ale już w codziennej diecie niekoniecznie.
A jednak jedzenie mięsa weszło w logikę polaryzacyjnej wojny ideologicznej. Lewica nachalnie promowała wegetarianizm dla ratowania planety i sprzedawała go jako prawie tak cool jak homoseksualizm (tyle że bardziej inkluzywnie, z mniejszym progiem wejścia), prawica zaś, w kontrze do wegemiędzynarodówki, zaczęła obnosić się z jedzeniem mięsa.
Już sama nazwa diety, przyswojona i przeszczepiona bezrefleksyjnie do szkolnych jadłospisów – „planetarna”, w naiwny sposób wpisuje się w ten spór. Z trzech jej głównych założeń jeden ma ochronić ludzkość, drugi planetę, a tylko trzeci z nich mówi o zdrowiu jednostki. W tym względzie zarzuty prawicy o ideologizowanie diety są w jakimś sensie trafne.
Czym innym jest jednak obrona codziennego mięsa na talerzach w szkole jak ostatniego bastionu polskości. Mateusz Morawiecki zdążył rzucić w rządzących kotletem sojowym, kaszą i fasolą. Czy naprawdę rośliny strączkowe i nasiona są ciałem obcym w polskiej kuchni? W żadnym razie.
Za moich czasów (kiedyś to było!) uczono nas, że podstawą zdrowego odżywiania się jest zbilansowana dieta. I kiedy w stołówce albo na wycieczce szkolnej ktoś narzekał na drugie danie bez mięsa, nauczycielki z reguły odpowiadały, że to zdrowo i warzywa też nam są potrzebne.
Niewiele jest dań, które wspominam z dzieciństwa z takim rozrzewnieniem, jak rosół i nóżkę z kurczaka z kluskami w niedzielny obiad u babci. W wakacyjne miesiące kłóciliśmy się z kuzynami przy stole, kto zje ze wspólnej michy ostatnią kluskę na parze z sosem truskawkowym.
Nie przepadałem za racuchami z jabłkami ani knedlami, więc jadłem większe talerze wyśmienitych zup – pomidorowej, ogórkowej, jarzynowej czy koperkowej. Składniki z własnego ogródka i od któregoś sąsiada, zależnie co kto uprawiał i ile miał warzyw na zbyciu do sprzedania.
Dzisiaj nic nie przebije na jesieni zupy grzybowej mojej mamy, chyba że dania z przepisów śp. babć. Pierogi ruskie, jajka sadzone z ziemniakami z masłem i koperkiem, zapiekanka z ziemniaków, sera białego, żółtego i pomidorów, fasolka szparagowa albo kalafior z bułką tartą, placki ziemniaczane ze śmietaną, w krótkim sezonie bób, a czasem leczo.
Dla niektórych redakcyjnych kolegów żaden burger z podwójnym boczkiem w centrum Krakowa nie umywa się do panierowanych kani z patelni. Piotr Kaszczyszyn swego czasu wysmażył nomen omen o nich cały artykuł.
Cóż, chyba jednak nie tak niewiele.
Zdaję sobie sprawę, że część z tych potraw składa się też z produktów odzwierzęcych i raz w tygodniu kucharki w szkołach muszą polegać nie na jajkach i białym serze, ale na gołąbkach z kaszą. Czy to zrujnuje zdrowie polskich dzieci? Nie sądzę.
Dzisiaj od dietetycznych ekspertów więcej jest tylko wciąż trenerów piłkarskich, więc nie stawiam tej tezy z pozycji naukowca, a przeciętnego zjadacza schabowego, ale odstawienie na dwa dni w tygodniu taniego mięsa z supermarketu z masowej produkcji zapakowanego w folię na rzecz warzyw strączkowych i produktów zbożowych to krok w stronę zbilansowanej (nie mylić z planeterną) diety, a nie zbliżający się horyzont weganizmu. A to takie mięso jest najczęściej sprzedawane większości Polaków.
Przekonanie, że każdy obiad musi składać się też z mięsa, nie jest sprzymierzeńcem biedniejszych polskich domów. Nie dlatego, że ich na nie nie stać – w Polsce mięso jest relatywnie tanie w porównaniu do innych państw – ale dlatego, że dostępność świeżego, prawdziwego mięsa jest bardzo ograniczona.
Mięso z supermarketów może i przeszło testy jakości, ale jego droga przez wieloetapową przemysłową obróbkę sprawia, że z prawdziwym mięsem od zaufanego rzeźnika albo sąsiada na wsi nie ma wiele wspólnego. Wystarczy spróbować i porównać.
Dla dzieci różnicowanie posiłków zwiększa wyobraźnię na temat tego, jak można je ciekawie komponować. Pomaga uświadomić, co lubią, a co niekoniecznie. I zrozumieć, że zmienność dostępnych składników i sezonowość w kuchni jest dla człowieka naturalna.
Dobrze zaprojektowany system może budować świadomość regionalnej tradycji kulinarnej i wspierać lokalnych producentów jedzenia, jeśli wytyczne dla szkół umiejętnie promowałyby sezonowe produkty, podkreślały ich świeżość i skracałyby łańcuch dostaw. W lecie nie brakuje soczystych polskich pomidorów, w zimie zostają te kompletnie bez smaku z holenderskich szklarni.
Nie każdy obiad musi się składać z mięsa. Nie bez powodu w każdej cywilizacji i dużej religii post i umiarkowanie odgrywają dużą rolę, a obok samego czasu poświęconego dla odpoczynku organizmu to wstrzemięźliwość w spożyciu tłustego jedzenia często jest, z różnym naciskiem, w centrum diety postnej.
Można pogodzić żurek i niedzielny rosół z lekkimi zupami warzywnymi w tygodniu. Pierogi ruskie, zapiekanki, fasolka szparagowa, jajka sadzone z ziemniakami, kapusta kiszona, gołąbki z kaszą – to są dania, które się jada w Polsce. Schabowy, bigos, rolada i bitki wołowe od tego nie ucierpią, a już na pewno ani nasze zdrowie, ani tradycyjne polskie potrawy. Czołem wielkiej polskiej kuchni roślinnej!
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

