Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Wydrążeni ludzie i brak fundamentów. Dlaczego uniwersytet nie ma dziś sensu?

przeczytanie zajmie 5 min
Wydrążeni ludzie i brak fundamentów. Dlaczego uniwersytet nie ma dziś sensu? Jan Matejko, „Wyjście żaków z Krakowa w roku 1549”; źródło: Wikimedia Commons

Konstanty Pilawa trafnie dostrzega punkt ciężkości sprawy: problemem nie jest doktorat Jakuba Wiecha, lecz uniwersytet, który stracił sens. Warto jednak zapytać, dlaczego go stracił. Uniwersytet jest instytucją metafizyczną, a żyjemy w świecie, który przestał traktować metafizykę poważnie.

Konstanty Pilawa konstatował, że za bardzo interesują nas ludzie, a „za mało system, który ich produkuje”. To celna i smutna diagnoza, którą przede wszystkim powinni zapamiętać akademicy: „Na uczelnię idzie się jak do urzędu – po papier”, a „za punktami biega się jak pies za patykiem”.

Chciałbym jednak pójść o krok dalej i piszę te słowa jako z wnętrza tego systemu. Uniwersytet umiera nie tyle od biurokracji, ile od tego, że świat, w którym działa, przestał traktować poważnie metafizykę – a akademia jest zjawiskiem na wskroś metafizycznym.

Dom osadzony na skale

Sytuację uczelni chyba najlepiej obrazuje Eliotowski obraz wydrążonych ludzi. Tabun postaci o głowach wypchanych słomą, którym pozostał zewnętrzny kształt, lecz nie pozostało wnętrze: kształt bez formy, gest bez ruchu. Rzecz wydrążona nie jest przecież rzeczą zniszczoną – skorupa pozostaje nietknięta, brakuje tylko rdzenia.

Z uniwersytetem jest podobnie. Przetrwały togi i birety, inauguracje i promocje, hierarchia stopni i łacińskie formuły; nie jest bynajmniej pewne, czy przetrwało to, czemu te formy miały służyć.

Trzeba więc powiedzieć, czym był ów rdzeń. Tytuł może wydawać się kuriozalny, bo gdzie metafizyka a gdzie uczelnia!? Otóż przekonanie, że istnieje prawda od nas niezależna, że warto jej szukać dla niej samej i że porządek bytu poprzedza porządek użyteczności, jest właśnie tym co powinno definiować Akademię.

Uniwersytet jak na dom na skale zasadza się na jednym fundamencie tak pięknie wyrażonym czy to przez św. Jana Henryka Newmana, który mówił, że mądrość może być celem samym w sobie; czy też przez Wilhelma von Humboldta zalecającego traktować naukę jako coś „jeszcze nie całkiem znalezionego i nigdy do końca nie do znalezienia”, a za zasady panujące w wyższych zakładach naukowych uznawał samotność i wolność. Czy może sięgając po Kazimierza Twardowskiego, którego trudno posądzać o skłonność do spekulacji, i jego „O dostojeństwie Uniwersytetu”, gdzie nauczyciela akademickiego określił „sługą prawdy obiektywnej”, a o uniwersytecie pisał jako o „świątyni wiedzy”. Żadnego z tych twierdzeń nie da się dowieść metodą, którą uniwersytet uprawia, bo każde z nich tę metodę poprzedza.

Nieprzypadkowo instytucja ta wyrosła w cieniu biskupich katedr i mniszych klasztorów. Choć akademia lubiła się z biskupami wykłócać, to zasadzała się na bardzo podobnych przekonaniach dotyczących rzeczywistości i miejsca człowieka w świecie. Paryscy mistrzowie otrzymywali prawo nauczania od kanclerza katedry Notre-Dame. W Bolonii już w 1219 roku Honoriusz III uczynił miejscowego archidiakona jedynym, kto mógł nadawać licentia docendi.

W krakowskim Collegium Maius profesorowie mieszkali razem i razem jadali, a wykładowców i studentów obowiązywał rygor niemal zakonny. W kolegiach Oksfordu i Cambridge wymóg bezżeństwa fellows zniosła dopiero rewizja statutów z 1882 roku. Celibat i styl życia dawnych uczonych nie był obyczajową osobliwością. Był śladem przekonania, że życie oddane prawdzie należy do niej tak, jak życie mnicha należy do Boga.

To jest właściwy fundament akademii. Spór zakłada, że jedna ze stron może się mylić co do czegoś, co naprawdę jest; bez tego założenia staje się wymianą opinii. Akwinata otwierał artykuły „Sumy teologicznej” zarzutami przeciw stanowisku, którego zamierzał bronić, bo prawda, o którą walczył, była wspólna jemu i jego intelektualnym adwersarzom. Tak samo wolność badań, zakłada z że prawda waży więcej niż poklask środowiska, moda i „poprawność”; bez tego staje się przywilejem korporacji.

Allan Bloom porównał uniwersytet do świątyni, która pozostaje sobą dzięki temu, ku czemu się zwraca. Gdy wiara wygasa, świątynia – choćby tętniła zajęciami – przestaje być świątynią i staje się pomnikiem zwiedzanym przez obojętnych turystów. Bloom zastrzegał, że to porównanie nie jest w pełni trafne. Sięgnął jednak po nie, jakby świecki język nie miał na tę rzecz własnego słowa.

Uniwersytet wydrążony

Współczesny liberalizm wynoszący neutralność wobec pytań o prawdę i dobro na piedestał, wypowiedział akademii wojnę, nie o jej kształt, lecz o jej sens. Jednocześnie jej metafizyczne fundamenty dopasował do swojego antymetafizycznego pojmowania rzeczywistości. Tak też prawda stała się „wiedzą”, wiedza – „wynikiem badań”, spór – debatą według ustalonych reguł, a wolność – autonomią rozumianą proceduralnie.

Idealnym, przykładem niech będą słowa Maxa Webera, który u progu XX wieku, mówił o odczarowaniu świata i zauważał, że wielkie instytuty medyczne i przyrodnicze są przedsiębiorstwami „państwowo-kapitalistycznymi”. W XXI wieku uczelnie są firmami z jednej strony, a z drugiej wyrazem struktur politycznych liberalnej demokracji.

Akademiccy ekscentrycy – od wieków nieodłączny element uczelni i wolności myśli – dziś niechciani i tępieni są ostatnimi Mohikanami, pomnikami starej akademii. Świat, który nie uznaje prawdy za cel, może instytucję, która ją za cel podstawowy uznała, uznać za śmieszną.

Stąd biurokracja, ewaluacje i punkty. W końcu uniwersytet ma być podporą demokracji liberalnej, a więc musi być poważny i szanowany. Rozumiem ich genezę: masowe kształcenie i publiczne pieniądze domagają się rozliczenia, a rozliczyć można tylko to, co policzalne. Kłopot polega nie na tym, że mierzymy, lecz na tym, że staramy się zmierzyć coś, co mierzalne nie jest.

Wykazy ministerialne czasopism z wycenami na 20, 40, 70, 100, 140 albo 200 punktów, są fetyszem zarówno akademików jak i redakcji, a ministerstwo radośnie opowiada, że kończymy z „punktozą”. Poszukiwania prawdy dla niej samej nie da się wyrazić w żadnej tabeli, a to, czego wyrazić się nie da, z czasem przestaje być widoczne – najpierw dla urzędnika, potem dla uczonego. Miara, która zapomniała o celu, sama staje się celem i to na uniwersytecie niestety widać.

Podwójnie wypalony grunt

W Polsce ta choroba ma przebieg podwójny. Liberalizm metafizykę zamilcza; komunizm ją zwalczał, podsuwając w zamian własną, materialistyczną i dialektyczną namiastkę prawideł dziejów. Na studia wprowadzono marksizm-leninizm. Usuwano profesurę za „nieoprawny idealizm”, docenci marcowi szturmem zdobywali katedry i instytuty. Wyrzucano teologię poza mury poważnych instytucji.

Mateusz Matyszkowicz w „Śmierci rycerza na uniwersytecie” pytał o ówczesnych intelektualistów: „Skoro obalili Boga, to dlaczego bali się państwa?”. I odpowiadał, że Europa była zdolna do wolnej refleksji, dopóki prowadziła ją z pozycji religijnych.

Transformacja przyszła więc na spaloną ziemię. Legutko zauważa, że w krajach postkomunistycznych niewiele zostało do podważenia, resztę dokończył nowy liberalny porządek. Zachód dochodził do swojego stanu stopniowo; my przyjęliśmy go gotowy „produkt” – i to w latach, w których liczba studentów wzrastała lawinowo.

Na papierze zatem wszystko wyglądało wspaniale, nowe czasy zdawały się uzdrowić przegniłe mury akademii. Uniwersytet nie zdążył odzyskać duszy po PRL, a już musiał stać się usługodawcą usług edukacyjnych i badawczych w nowym systemie. Gdzie w tym wszystkim miejsce na niemodny prawdziwy namysł nad rzeczywistością?

Dlatego spór o doktorat Wiecha jest tak jałowy, choć rozumiem, że jego liczni wrogowie czerpią z tego satysfakcję. Zarzuty do obrony dotyczą tego, czy praca spełnia wymogi: czy jest w niej zapowiadany model, czy są przypisy etc. To pytania słuszne, lecz urzędnicze; rzadko kto pyta, co stopień miałby poświadczać. Pilawa trafnie odnotowuje, że część osób robiących karierę poza uniwersytetem zaczyna traktować doktorat jako „urzędowo przyznany certyfikat prestiżu”, tak Polacy muszą mieć erzac tytułów szlacheckich, uczelnia przez analogię do dawnych czasów dobrze spełnia te oczekiwania.

W mojej ocenie – takie traktowanie uniwersytetu – nie jest moralną ułomnością jednostek, lecz najzupełniej racjonalną oceną rzeczywistości w świecie, który zapomniał, że doktorat czy licentia docendi, to raczej posłanie niż uprawnienie. Student, który przychodzi po papier, nie jest cynikiem czy nihilistą; on tylko rozsądnie odpowiada na pytanie, które postawił mu świat.

Nie sposób jednak traktować poważnie instytucji, której istoty się nie rozumie, tym bardziej nie sposób poważnie traktować instytucji, która sama siebie nie traktuje poważnie. A nie sposób jej zrozumieć i potraktować poważnie, nie przyjmując – choćby na próbę – założeń, na których ją zbudowano.

***

Albo uniwersytet odzyska przekonanie, że prawda istnieje i warto jej szukać dla niej samej – co jest przekonaniem metafizycznym, bez względu na to, czy jego wyznawcy zechcą je tak nazwać – albo pozostanie pomnikiem, obok którego przechodzą turyści.

Świat wydrążonych ludzi Eliota kończy się nie hukiem, lecz skomleniem. Uniwersytet także nie upada z hukiem; nikt go nie zamknie. Będzie trwał, z togami, punktami i inauguracjami – i tylko coraz trudniej będzie komukolwiek powiedzieć, po co i nie uśmiechnąć się ironicznie widząc kompromitację kolejnego profesora.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.