„Lalka” Netflixa to pasożyt. Nie dorasta książce Prusa do pięt
Cienkie żarty, pajacujący arystokraci, autystyczny dziwak Wokulski, panna Izabela, dla której szczytem marzeń jest napisanie artykułu do gazety i Warszawa XIX wieku, w której nie wiadomo skąd wzięli się Rosjanie. Lalka według Netfliksa to nie „odważna” reinterpretacja, ale skierowany do masowego odbiorcy produkt, który pasożytuje na sławie dzieła Bolesława Prusa. Gdyby nie nawiązania do oryginału, nikt nie interesowałby się nudnym, rozwleczonym serialem, który pokazuje tylko, jak bardzo jego twórcy są ograniczeni do płytkiej, zamerykanizowanej wyobraźni XXI wieku.
Lalka bez wyjątkowości
Cieszę się, że adaptacja Lalki według Netfliksa, jak zapowiadali twórcy, nie próbuje być wierna wobec oryginału, lecz jest jedynie – jak mówią napisy końcowe – utworem „na motywach” powieści Prusa. Dlatego nie ma sensu zbyt szczegółowo porównywać serialu z powieścią.
Nic w tym złego, że Ignacy Rzecki nie jest w tej adaptacji przyjacielem Wokulskiego, lecz raczej zaufanym służącym. Rozbudowano natomiast wątek Marianny, której Wokulski pomaga wyjść z prostytucji i znaleźć normalną pracę – jako służącej w mieszkaniu Łęckich, dostarczającej mu informacje o życiu panny Izabeli. Również Starski, kuzyn i kochanek Izabeli, jest zarazem agentem Wokulskiego. To nieźle pomyślane spięcie wątków powieści, której wierna ekranizacja wymagałaby serialu długiego na kilkanaście godzin.
Izabela momentami naprawdę interesuje się Wokulskim, który, co więcej – grany przez Tomasza Schuchardta – jest mężczyzną tęgim, nie stereotypowo atrakcyjnym. Tyle mogę pochwalić. Potem jest już tylko gorzej.
Izabela, co akcentowano w marketingu serialu, okazuje się emancypantką. Trudne słowo „emancypacja” – powtórzone kilka razy tak, żeby widzowie na pewno zrozumieli – przyciąga ją do redakcji magazynu dla kobiet „Bluszcz”.
Takie pismo rzeczywiście istniało w Warszawie od 1865 do 1918 roku, a także później. Współpracowała z nim m.in. Eliza Orzeszkowa, która zresztą pojawia się w serialu. Warto dodać, co zostało zupełnie pominięte w serialu: „Bluszcz” nie tylko zabiegał o prawa kobiet, lecz również o krzewienie ducha narodowego pod rosyjską okupacją. Ale powody obecności Rosjan w Warszawie pozostają niewyjaśnione. Dlaczego Wokulski i Izabela muszą z nimi załatwiać interesy? Może po prostu Rosjanie czasami w Polsce bywają?
Sam wątek emancypacji okazuje się kapiszonem. Izabela marzy o tym, żeby pojechać do Paryża i opublikować w „Bluszczu” krótki artykuł ze swojej podróży. To drugie nawet jej się udaje. Ale czy wtedy staje się kimś? Czy udowadnia, że jest nie tylko piękną – nieco już podstarzałą – panną na wydaniu? Wątek ten, jak większość scen w serialu, które mogłyby doprowadzić do jakieś konfrontacji – łącznie z tą, w której padają słowa „Farewell, miss Iza, farewell!” – nie zostaje dobrze rozegrany.
Chyba, że mamy traktować jako „mocną scenę” w kontekście sytuacji kobiet w XIX wieku akt przemocy seksualnej – to, kto padnie jej ofiarą, jest najzupełniej oczywiste. Tak jak nie obejdzie się bez „momentów” w polskim kinie, tak nie obędzie się bez sceny gwałtu, jeśli utwór ma mieć „społeczną” wymowę.
Lalka „na motywach” zawdzięcza swój rozgłos tylko rozmachowi dzieła, na którym pasożytuje. Drażni jednostajną tonacją (o tym za chwilę) i tym, że jako produkt amerykańskiej korporacji okazuje się – co było do przewidzenia – jeszcze jednym fast foodem dla mas. Ta opowieść mogłaby się rozgrywać w XIX-wiecznym Londynie, Paryżu, Oslo, Wiedniu czy Budapeszcie, bo skrojono ją pod gust odbiorcy, który mało wie o przeszłości, dla którego Europa to niezróżnicowana kraina starych miast.
Szkoda, że twórcy nie zrozumieli, że wyjątkowość książki pod tytułem Lalka wynika właśnie z tego, że nie jest to jeszcze jedna XIX-wieczna opowieść o ambitnym dorobkiewiczu. Jak pisał marksistowski krytyk Fredric Jameson, Lalka odróżnia się od międzynarodowej klasyki z tego okresu, bo „zakochany biznesmen” Wokulski – mężczyzna w sile wieku, a zarazem romantyk, awanturnik z polityczną przeszłością, inwestor i naukowiec w jednym – nie jest podobny do karierowiczów z utworów Zoli czy Maupassanta, nie ma w sobie nic z filozofujących postaci Tołstoja czy Dostojewskiego.
Prus wymyślił polskiego bohatera, więcej, superbohatera, i osadził go w świecie całkiem innym od światów literatury zachodniej i rosyjskiej. Jest inny choćby dlatego, że Polska nie była kolonialnym mocarstwem, lecz prowincją carskiego imperium, po nieudanych powstaniach już tylko skrycie marzącą o niepodległości.
To tylko jeden z przykładów wyjątkowego tła opowieści Prusa, z którego sześciogodzinny serial zachowuje zaledwie resztki, potrzebne do tego, by naświetlić relację Wokulskiego i panny Izabeli, chociaż ta relacja na koniec okazuje się nieistotna.
Zamiast rozmachu – cienki śmiech
Powieść Bolesława Prusa opowiada o namiętności, o marzeniach, o obsesji, o walce, o niesprawiedliwości, o przyzwoitości, o przyjaźni, o podłości. Nie jest zmurszałym pomnikiem, ale ironiczną machiną. Stawia pytanie: czy w życiu warto dążyć do ideałów? Czy też człowiek, który ma wielkie marzenia, jest skazany na porażkę – bo jego wysiłki zamienią się w parodię, w stawianie pustych kapliczek komuś lub czemuś: kobiecie, miłości, nauce, ojczyźnie, a nawet – sławie?
Nie oczekuję, by jakakolwiek wytwórnia filmowa czy serialowa w rodzaju Netfliksa interesowała się poważnymi tematami. Współcześnie powstaje bardzo mało dzieł o zasięgu intelektualnym czy duchowym choć zbliżonym do klasyki. Można było jednak spróbować. Ale dzieło Prusa zostało sprowadzone do nieśmiesznej farsy, do wąskiej, kpiarskiej tonacji.
Wszyscy bohaterowie są tu trochę żałośni: arystokraci zajmują się piciem, grą w karty i rojeniami o „arystokratycznej przedsiębiorczości” (to akurat niezły żart), Wokulski jest pospolitym dorobkiewiczem, który pragnie z Izabelą „mieć życie” i publicznie składa jej dość żenujące hołdy (w powieści niczego takiego nie było), na przykład deklamując w teatrze wiersz o romantycznej miłości.
Izabela to dorosłe dziecko, zajęte swoimi snami i wizjami, w których raz marzy o Wokulskim, raz się go boi. Emancypantki głównie gadają o emancypacji. Słowem, właściwie wszyscy pajacują.
Od dziesięcioleci przekonuje się nas, że polska kultura jest zbyt poważna. Ale dlaczego prawie nigdy nie mamy do czynienia z dojrzałą krytyką tej poważnej kultury? Dlaczego prawie nikt nie odrobił lekcji z Gombrowicza?
Reżyser serialu, Paweł Maślona, ma na koncie film Kos (2023) – przeróbkę historii Tadeusza Kościuszki, z mocną stylizacją na Quentina Tarantino, w której z inspiracją „ludowej historii Polski” dał krytyczną wizję epoki rozbiorów.
W Kosie szlachta została przedstawiona jako banda bezbronnych wobec Rosjan tchórzy i osobników oderwanych od rzeczywistości. Jedyną nadzieją na przetrwanie Polski – chociaż zadajemy sobie pytanie, czy kraj rządzony przez takich ludzi nie zasługuje na upadek – dają lekko szalony Kościuszko i jego czarnoskóry przyjaciel z Ameryki, wyborny strzelec.
Kos był jak zaskakująco sprawnie działający mechanizm. Gra miała swoją stawkę: od wyniku tarantinowskiej strzelaniny zależało, czy wybuchnie wojna z Rosją. Scenariusz, choć epigoński, był jak na polski film zadziwiająco gęsty. Wtedy było o czym dyskutować.
W serialu Netfliksa nieistotne, o co toczy się gra, bo nikt nie jest wyjątkowy. Każdy dba o swój interes, głównie polegający na tym, żeby mieć z czego żyć. Pomiatana służąca Marianna marzy o tym, by być jak panna Izabela. Długie i nudne sceny pokazują, że hasła o równości są naprawdę nieważne, bo wszyscy marzą, by przebić się do elity, być zamożniejszymi od innych. Cóż – w naszej epoce to jedyne naprawdę uniwersalne pragnienie.
Nawet Wokulski nie marzy o tym, by dokonać przełomu w nauce (co w oryginalnej Lalce tworzy kluczowy motyw, pokazujący, jak mało interesują go pieniądze jako takie, jak wielkie ma ambicje). Parę razy rozmawia z wynalazcą Ochockim, poza tym zajmuje go co najwyżej dochód z wydobycia ropy naftowej, której nie odkryto wtedy na Mazowszu, lecz w Galicji. Czy komuś pomyliły się pocztówki z XIX wieku? Serialowy Wokulski to tylko sprawny, lecz bezmyślny albo lekko autystyczny inwestor, który żarty rozumie później od pozostałych.
Nie ma tu alternatywnej, przekonującej wizji przeszłości. Przez serial Lalka prześwieca tylko teraźniejszość. Dlatego twórcy – licząc na sukces na rynkach zagranicznych, o czym świadczy pochwalny artykuł promocyjny w „New York Timesie” – tłumaczą nam wszystko w najprostszy sposób.
Krewni i przyjaciele wiele razy wprost mówią Izabeli, że powinna wyjść za mąż dla pieniędzy, bo inaczej zostanie odrzucona przez rodzinę i arystokratyczne środowisko. Czy z widzem trzeba komunikować się aż tak bezpośrednio? Jakież to nudne!
Wszyscy są chamami
Oglądając Lalkę (1968) Wojciecha Jerzego Hasa, naprawdę odczuwałem, że przed moimi oczami otwiera się perwersyjna wizja minionego świata, w którym zamożni podstarzali mężczyźni krążą za półobnażonymi młodymi kobietami po korytarzach olbrzymich, dusznych pałaców.
To była wyobraźnia! (Chociaż film Hasa, który z oryginalnej opowieści Prusa wiele powycinał, trudno uznać za całkiem udany). A w Lalce według Netfliksa raz oglądamy, jak w przeciętnej produkcji kostiumowej, trochę wirujących na balu par, innym razem słyszymy dialogi, w których wszystko tłumaczy się dosłownie, a potem mamy się uśmiechać do cieniutko komediowych scen podkreślanych niby to „wyrafinowanymi” bluzgami.
Bo w serialu Lalka, ahistorycznie, przeklinają wszyscy, co chyba ma pobudzać do śmiechu (nie pobudza) albo świadczyć o jakiejś męskości czy sile bohaterów (nie świadczy). Wbrew pozorom w przeszłości zdarzało się, że ktoś inteligentnie z kogoś zakpił, a nie tylko rzucał przekleństwami.
Przy okazji twórcy niechcący pomijają coś, co mogło być najciekawszym wątkiem tej adaptacji. W czwartym odcinku Izabela pyta Wokulskiego o jego opinię na temat „Bluszczu” i „nowoczesnych kobiet”. „Dla mężczyzny takiego jak ja, jak ja wychowanego, są to rzeczy nowe i dziwne. Rodzaj nowoczesności innej niż moja” – mówi Wokulski z łagodną aprobatą.
Ciśnie się pytanie: czy wszystkie rodzaje postępu są do siebie podobne? Ten naukowo-techniczny, ten kojarzony z kapitalizmem, wreszcie ten społeczny czy obyczajowy? Czy wszystkie przynoszą wyłącznie pozytywne zmiany?
Szkoda, że ten dialog jest tylko elementem flirtu (Izabela w tym okresie interesuje się Wokulskim) – i żadnego przewrotnego komentarza na temat postępu nie usłyszymy. Wystarczą nam trochę zbyt oczywiste słowa „Orzeszkowej” z szóstego odcinka, że chodzi o walkę „o świat, w którym kobiety nie muszą się bać, nie muszą o nic prosić, nie muszą o nic żądać. Tylko mają prawo do samostanowienia. Mają prawo do decydowania o własnym życiu, o własnej przyszłości i o własnym ciele. Nie z racji urodzenia czy majątku, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi”. Twórcy wpadli tu w pułapkę własnej cienkiej ironii.
XXI wiek „prześwieca” w Lalce Netfliksa na każdym kroku. W jednej z najważniejszych scen pijana i odurzona narkotykami Izabela mówi coś do Wokulskiego podczas głośnej imprezy w majątku swojej ciotki (którą twórcy dla wygody usunęli z tego wydarzenia: gdzie zniknęła starsza pani?). Nie przeszkadzają mi używki, lecz wizja, która prześwieca przez kadry. To przecież jakaś zwyczajna impreza 30-latków.
Wszyscy, nawet arystokraci – taki „sekret” przemycają nam twórcy – tak samo piją i używają, mówią tym samym językiem i mają te same, niskie, banalne pragnienia. Wszyscy są chamami i pajacami. (Ale twórcy nie pamiętają, że „lalka” z tytułu Prusa to nie tylko Izabela Łęcka: bohaterowie powieści są też marionetkami, podobnymi do tych, które można kupić w sklepie Wokulskiego). Gdzie tu „odważna adaptacja”? To tylko uboga, upraszczająca wyobraźnia, która upodabnia wszystkich ludzi przeszłości do dzisiejszych „normików”, a wszystkie epoki do naszej.
Wokulski pomniejszony
Od paru lat w sieci krąży opinia, jakoby Wokulski był podstarzałym „stalkerem” gnębiącym znacznie od siebie młodszą Izabelę. Lecz w powieści różnica wieku między nimi wcale nie jest zbyt duża, zaś bogaty kupiec nie przekracza pod tym względem konwencji epoki. „Creep” Wokulski to tylko tania internetowa pasta, coś, z czym nie warto dyskutować, ale też coś, co ujawnia, jak powierzchownie odbieramy kulturę przeszłości. Jak słabą mamy dziś wyobraźnię.
Netfliks idzie w tej słabości o wiele dalej. Wokulski jest tu inwestorem-aferzystą (to, powiedzmy, zgadza się z oryginałem), chamem (nie orientuje się w obyczajach arystokratów, przegrywa z nimi pojedynki słowne i w kółko bluzga), człowiekiem zapijającym smutki (w powieści nie ulega żadnym słabościom do używek), nieuczciwym przedsiębiorcą (zamiast godnie wynagradzać robotników, każe im rywalizować między sobą; powieściowy Wokulski był zupełnie inny, godnie traktował nawet pracownika, którym pogardzał).
Nie wiemy nic o przeszłości Wokulskiego, o jego tożsamości, tajemnicach. Marianna musi mu tłumaczyć, że to nie jego wygląd zewnętrzny ma pociągać, ale on sam ma być interesujący dla Izabeli. Powieściowy Wokulski miał siłę, indywidualność i wyrafinowanie, serialowy ma tylko prefreudowskie kompleksy.
Mamy przed oczami co najwyżej obrotnego przeciętniaka. Frustrata, który pod wpływem alkoholu pyta kelnera w restauracji, dlaczego nie czuje się źle ze swoją pracą, nie pragnie być kimś innym. Widzimy człowieka, który nie wyrasta ponad poziom otoczenia – zupełnie inaczej, niż w książce. Ten zubożony mentalnie Wokulski albo nie wie, czego chce, albo po prostu chodzi mu o awans społeczny i jakąś bliżej nieokreśloną, zapewne naiwnie romantyczną miłość z Izabelą.
Nie ma tu cienia Wokulskiego – nadczłowieka. A tak właśnie przedstawia go Prus w Lalce. Nie przypadkiem, bo (jak pokazuje Umberto Eco w książce Superman w literaturze masowej) to wzorce bohaterów z popularnych powieści XIX wieku poprzedziły nadczłowieka wymyślonego przez Fryderyka Nietzschego. Klasyczna powieść jest areną fantazji, na której człowiek przekracza swoje granice.
Lalka według Netfliksa – czyli przykład kultury popularnej XXI wieku – zmierza w przeciwną stronę. Nie widzimy, jak ktoś przekracza tu samego siebie. Wybierać można co najwyżej pomiędzy ograniczonymi i narzuconymi możliwościami – jak panna Izabela, która może poślubić Wokulskiego, dać się zamknąć w klasztorze albo zostać morfinistką. Ale postaci nie zmieniają się, nie ewoluują.
Czy to duży problem? Tak. U Prusa Wokulski jest ciekawy dlatego, że jest Wokulskim, a nie jeszcze jednym przeciętniakiem z miałkimi problemami osobistymi. Jego postać ma w sobie coś fascynującego, bo drąży go niewyjaśniona tajemnica. Przekracza ramy „małej stabilizacji”, wygodnego życia, schematów społecznych. W adaptacji Netfliksa Wokulski nie jest nikim wyjątkowym.
Emancypacja? Ale jaka emancypacja?
Zakończenie przynosi niby jakąś reinterpretację losów Izabeli, ale całkowicie mglistą. W momencie, w którym mogłaby przedsięwziąć coś samodzielnie, zacząć żyć własnym życiem, serial się kończy. Emancypacja ma stanowić happy end, a happy endu wszakże nie daje się opowiedzieć.
Niezbyt to uczciwe, bo serial zawdzięcza zainteresowanie, jakim się cieszy, tylko legendzie Lalki, ale ani trochę nie próbuje tej legendzie rzucić wyzwania. Z drugiej strony – cieszę się, że to nie Netflix buduje nasze legendy. Byłoby to zbyt ironiczne nawet wobec powieści Prusa.
Pod tym względem Prus miał rację. W Polsce – gdzie dzisiaj, jak na całym świecie, warunki gry w kulturze popularnej dyktują najsilniejsze platformy – nie może przebić się wizja człowieka, który wyrasta ponad swój poziom, a na dodatek, jak Wokulski, posiada fantazję i cechuje się nieskazitelnością. Od pewnych rzeczy nie umiemy się uwolnić. Mamy za mało wyobraźni.

