Problemem nie jest doktorat Jakuba Wiecha, ale uniwersytet, który stracił sens
W sieci pojawiła się krytyka doktoratu Jakuba Wiecha, popularnego dziennikarza i eksperta ds. energetyki, który niebawem przystąpi do obrony swojej pracy. Na portalu X rośnie atmosfera linczu podobna do tej, której doświadczył całkiem niedawno Jacek Bartosiak, a wcześniej Sławomir Mentzen. Emocje te, abstrahując od powagi stawianych zarzutów, zasłaniają nam jednak dużo poważniejszy problem – śmierć uniwersytetu.
Niektóre z zarzutów opisanych przez Tomasza Swaczynę na portalu X wyglądają poważnie, inne mniej. Pierwszy dotyczy obietnicy stworzenia modelu analitycznego, którego w pracy nie ma. Drugi – przetłumaczenia fragmentu zagranicznego raportu bez odpowiedniego przypisu, co jest niezgodne ze sztuką i może prowadzić do przywłaszczenia sobie autorstwa cudzych słów.
Wpis mecenasa na portalu X wskazuje również na wykorzystanie sztucznej inteligencji. Z drugiej strony jednak recenzenci dobrze ocenili tę pracę. Ostatecznie o tym, czy spełnia ona wymagania, zdecyduje postępowanie doktorskie.
Doktorat @jakubwiech. Wstęp: „autorski model analityczny” z „mierzalnymi wskaźnikami”. 222 strony: 0 tabel, 0 wskaźników. Rozdz. 6.3-raport Bankwatch przełożony zdanie po zdaniu,bez przypisu.Trzy recenzje pozytywne. Recenzenci chwalą model, którego nie ma. https://t.co/hDgXkezJ2y
— Tomasz Swaczyna | BIP-420 🧙🏿♂️ (@tomasz_swaczyna) September 15, 2026
Nie to interesuje mnie w tej sprawie najbardziej. Ostatnio cały czas emocjonujemy się mniejszymi lub większymi skandalami związanymi z polskim uniwersytetem. Najpierw była sprawa Barbary Mróz-Gorgoń, następnie polityczna nominacja na stanowisko rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości Sławomira Cudaka w miejsce politycznej nominacji Michała Sopińskiego. O tlącej się wciąż aferze z Collegium Humanum nawet nie wspominając.
Te wszystkie dyskusje jednak zawsze zatrzymują się na personaliach, tymczasem problem jest zupełnie gdzie indziej.
Smutna prawda o polskim uniwersytecie jest taka, że zostaje tam garstka pasjonatów, sfrustrowanych wypłatą podobną do tej, którą otrzymuje kasjer w Biedronce z kilkuletnim stażem, zasiedziana kadra profesorska oraz cała masa ludzi, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć – zarówno jeśli chodzi o kadrę akademicką, jak i studentów. Na większości polskich uczelni życie intelektualne jest cieniem tego, czym powinno być. Wszędzie jest natomiast biurokracja, a za punktami biega się jak pies za patykiem.
Są granty dla tych, którzy pojęli tajemną sztukę korpo-science-mowy, i raz na jakiś czas sensowna konferencja naukowa, po której powstaje publikacja nieczytana przez nikogo. Starsza kadra profesorska żyje dniem wczorajszym, kiedy ludzie traktowali akademię serio, ale dziś coraz trudniej znaleźć odpowiedź na pytanie, po co właściwie uniwersytet istnieje.
Współczesna akademia to kraina wiecznej depresji i braku sensu pracy. Spójrzcie tylko na wskaźniki problemów ze zdrowiem psychicznym wśród polskich doktorantów. Według raportu PhD Mental Health 73 proc. badanych deklaruje objawy depresji w różnym nasileniu. To nie jest normalne środowisko pracy dla ludzi, którzy mają zajmować się myśleniem.
Ogromna część tego, co powstaje na polskiej uczelni, jest wtórna, przyczynkarska, niepotrzebna lub zwyczajnie niepoważna. Nikt już niemal nie wierzy w misję Akademii jako serca i źródła cywilizacji. Na uczelnię idzie się jak do urzędu – po papier.
Nie ma sztuk wyzwolonych, są te zniewolone nowomową, tępym naśladownictwem i cytowaniem. O tak, cytowanie jest kluczowe. Przypisy od przypisów odnoszące się do innych przypisów. Wytresowany humanista to człowiek z cytatem na każdą okazję, który rzadko pozwala sobie na własne zdanie.
Są osobistości wybitne, archipelagi normalności, herosi przeciwko systemowi, ludzie z misją, genialni dydaktycy, prawdziwi naukowcy i humaniści z powołania – to jasne. Problem w tym, że cały system coraz bardziej przypomina instytucję, która sama nie wie, po co istnieje. Śmierdzi marnotrawstwem publicznych pieniędzy oraz ludźmi, którzy sami przed sobą udają, że wiedzą, kim są i co robią w życiu.
I właśnie z tych powodów część ludzi, którzy robią dziś karierę intelektualną poza uniwersytetem, zaczyna traktować doktorat nie jako zwieńczenie formacji naukowej, ale jako urzędowo przyznany certyfikat prestiżu człowieka obytego ze słowem pisanym w danej dziedzinie. Wszak nadal stopień doktora to w imaginarium społecznym wstęp do intelektualnej elity narodu.
Kiedy pojawia się podejrzenie o kiepski doktorat, natychmiast szukamy winnego. Czy Jakub Wiech oszukiwał? Czy Jacek Bartosiak powinien mieć doktorat? Czy Sławomir Mentzen napisał dobrą pracę? Urządzamy publiczny sąd nad konkretnym człowiekiem, najlepiej takim, którego i tak nie lubimy.
To jest zresztą bardzo wygodne. Znacznie trudniej zadać pytanie, dlaczego system akademicki w ogóle pozwala, żeby doktorat stał się dla części ludzi czymś w rodzaju urzędowo przyznanego prestiżu, a nie zwieńczeniem poważnej pracy intelektualnej.
Tak jak dziś nie interesuje mnie szczególnie przypadek intelektualnej uczciwości Jakuba Wiecha, tak wcześniej nie interesowały mnie perypetie Jacka Bartosiaka czy Sławomira Mentzena. Nie dlatego, że uważam takie pytania za nieistotne. Po prostu za bardzo interesują nas ludzie, a za mało system, który ich produkuje.
Bierze się to między innymi z tego, że świat pędzi w takim tempie, że zamykanie się w gabinecie i dłubanie przez kilka lat pracy naukowej, której później nikt nie przeczyta, coraz częściej mija się z celem.
Człowiek, który chce coś zrobić w świecie, ma dziś tysiąc innych możliwości. Może pisać dla szerokiej publiczności, prowadzić podcast, budować firmę, wejść do polityki, robić media, tworzyć własne środowisko intelektualne. Uniwersytet coraz częściej nie jest już jedynym miejscem, w którym można stać się kimś.
A jednak jest coś paradoksalnego. Polski uniwersytet coraz częściej jest ostatnim miejscem, w którym można poznać jakiś temat od podszewki. Znam profesorów, którzy nie śledzą rozwoju swoich dyscyplin od lat, ale znam też wybitnych ekspertów, którzy formalnie nie posiadają nawet licencjatu. Coraz częściej okazuje się, że wiedzę można zdobyć poza akademią, a formalny tytuł nie jest już koniecznym warunkiem intelektualnej kompetencji.
Studentów dotyczy to samo. Kto ma czas czytać Fenomenologię ducha, gdy Titanic tonie? No ale mieć wypada. To robią – z takim samym niechlujstwem podchodząc do licencjatu, magisterium, a nawet dysertacji doktorskiej. System zaś na to pozwala, bo z tego żyje. Z tych ton papieru mielonych przez szacowne komisje.
Pisałem doktorat z filozofii sześć długich lat, łącząc to z pracą zawodową. Nie była to fanaberia pracoholika. Chciałem zachować jedno i drugie: normalne życie i możliwość zajęcia się przez kilka lat czymś, co naprawdę intelektualnie mnie pasjonuje.
Na prawdziwy podziw zasługują jednak ci, którzy stawiają wszystko na kartę pracy na uczelni, żeby dostać się do szlachetnego zawodu za małe pieniądze i w instytucji, która po prostu umiera.
Niedawno rozmawiałem z wybitnym historykiem ze świeżo obronionym doktoratem. Gość ma ponad 30 lat i udało mu się zdobyć stanowisko adiunkta na jednej z uczelni, bo akurat rozpisali konkurs od razu po jego obronie. Granty, prestiżowe stypendia za granicą, poważna i potrzebna, wieloletnia praca w archiwach.
Wiecie, ile zarabia ten wybitny młody naukowiec po 10 latach intensywnej i specjalistycznej edukacji? Lekko ponad 6 tys. na rękę. Trochę więcej, niż zarobiłby w Biedronce i trochę mniej, niż gdyby jeździł tramwajem.
I potem dziwimy się, że ludzie nie chcą całego życia spędzać na uniwersytecie, a w rankingach wypadamy słabo.
Dlatego naprawdę nie wiem, czy doktorat Jakuba Wiecha jest dobry. Być może jest słaby, być może nie. Być może krytyka jego pracy jest w części zasadna, być może nie. To wszystko można i należy rozstrzygnąć w normalnym postępowaniu akademickim.
Ale jeśli po raz kolejny cała debata skończy się na tym, czy jeden konkretny człowiek napisał dobry doktorat, to przegapimy znacznie ważniejszy problem. Za bardzo interesują nas ludzie. Za mało system, który ich produkuje.
To właśnie o nim powinniśmy rozmawiać.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

