Mogliśmy tworzyć z Ukraińcami jedno państwo. Dlaczego nie wyszło?
16 września 1658 roku przedstawiciele Rzeczpospolitej oraz Kozaczyzny zawarli porozumienie znane z historiografii pod nazwą unii hadziackiej. Zakładała ona zakończenie konfliktu państwa polsko-litewskiego z Kozakami i przebudowę go w Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Do Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego miało dołączyć na równych prawach Księstwo Ruskie. Niestety projekt zakończył się niepowodzeniem. Jakie lekcje dla współczesnych relacji Polski z Ukrainą płyną z polsko-kozackiego porozumienia?
Ruska szlachta – obywatele drugiej kategorii?
Zanim przejdziemy do meritum, warto odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy w 1658 roku rzeczywiście próbowano stworzyć Rzeczpospolitą Trojga Narodów jako zupełnie nowy byt państwowy? Choć unia lubelska mówiła o dwóch narodach – polskim i litewskim – w praktyce w granicach Rzeczypospolitej znalazł się również ogromny obszar zamieszkany przez Rusinów.
Inkorporacja Wołynia, Kijowszczyzny i innych ziem ruskich nie oznaczała ich prostego, czy wręcz kolonialnego wchłonięcia przez Koronę. Tamtejsza szlachta zachowała odrębność prawną, językową i religijną, a ruskie elity zaczęły uczestniczyć w polskim życiu politycznym, ciesząc się często jeszcze szerszymi przywilejami niż szlachta z reszty części Korony.
Szlachta ruska zagwarantowała sobie chociażby wyłączenie jej majątków z egzekucji dóbr (czyli zwrotu królewszczyzn po śmierci właściciela). Ponadto ruscy magnaci mogli zachować tytuły książęce, które były pozostałościami po czasach Księstw Ruskich.
Ruska szlachta, a następnie magnateria, bardzo szybko odnalazła się na politycznej scenie Rzeczpospolitej. Przedstawiciele tamtejszych rodów pokroju Wiśniowieckich, Tyszkiewiczów czy Ostrogskich rychło zaczęli dochodzić do najważniejszych urzędów i tytułów w państwie. Równo sto lat po zawarciu unii lubelskiej przedstawiciel starego ruskiego rodu – Michał Korybut Wiśniowiecki – zostanie nawet królem Rzeczpospolitej.
Mimo postępującej polonizacji szlachta ruska bardzo pilnowała tego, aby respektowano jej odrębność. W pierwszych dekadach XVII w. przedstawiciele elit Wołynia, Barcławszczyczny i Kijowszczyzny regularnie wysyłali na Sejm pisma przypominające królowi o poszanowaniu języka ruskiego w oficjalnej dokumentacji. Pod wpływem działalności Ostrogskich Rusini stworzyli również własną odmianę sarmatyzmu, która nawiązywała do czasów średniowiecznej Rusi.
Dlatego też ukraińska badaczka Natalia Jakowenko napisała przed laty, że włączenie w granice Korony Wołynia, Kijowszczyzny i Bracławszczyzny stanowiło spotkanie „Rusi z Rusią”, ponieważ potomkowie elit dawnego państwa ruskiego znowu tworzyli jedność, z tym że w ramach Rzeczpospolitej polsko-litewskiej.
Można więc mówić o tym, że Rzeczpospolita w praktyce rzeczywiście była państwem trialistycznym. Formalnie jednak składała się – jak wspomniałem wyżej – z dwóch członów.
Ten model integracji miał jednak pewne mankamenty. Postępująca polonizacja części elit, napięcia na tle religijnym między katolikami a prawosławnymi po ogłoszeniu unii brzeskiej w 1596 roku oraz rosnący konflikt między Kozaczyzną a władzami Rzeczypospolitej sprawiały, że część społeczeństwa ziem ukrainnych nie czuła się elementem tego systemu.
Unia brzeska, która miała zjednoczyć prawosławie z katolicyzmem w praktyce mocno zaogniła sytuację na ziemiach ruskich. Odtąd hierarchia prawosławna, która nie dołączyła do unii została zdelegalizowana.
Katolicy i unici, którzy na ziemiach ukrainnych stanowili mniejszość mieli więc swych duchownych w przeciwieństwie do prawosławnych, których była zdecydowana większość. W 1632 roku hierarchię prawosławną ponownie zalegalizował Władysław IV, jednak tarcia religijne były wówczas już zbyt głębokie.
Od momentu wprowadzenia unii brzeskiej według Wiktora Brechunenki w społeczeństwie ruskim pojawiły się dwa modele. Pierwszy to model spolonizowanego i katolickiego Rusina „gente Ruthenus, natione Poloniae” (z pochodzenia Rusin, z obywatelstwa/kultury Polak), a drugi to model prawosławnego Rusina, którego bardziej łączyła religia, a nie stan, do jakiego przynależał. I to właśnie prawosławna część ruskiej społeczności miała poważnie zachwiać stosunkami na ziemiach ruskich w czasie powstania Chmielnickiego.
Szczególnie istotny okazał się problem kozacki. Kozaczyzna zaporoska wykrystalizowała się w krainie zwanej Zaporożem (nad dolnym biegiem Dniepru) na przełomie XV i XVI wieku. Na początku była to przypadkowa zbieranina myśliwych, bartników i kłusowników z naddnieprzańskich miast.
Pod wpływem regularnych walk z Tatarami i działalności ukrainnych starostów, takich jak Przecław Lanckoroński czy Ostafij Daszkiewicz, którzy bardzo często wynajmowali Kozaków do swych prywatnych armii, Zaporożcy stali się poważną siłą militarną. W latach 90. XVI w. stworzyli oni na Zaporożu pierwszą stałą siedzibę nazwaną Siczą.
Od 1572 roku Państwo próbowało kontrolować Kozaków poprzez rejestr, który stanowił imienny spis Zaporożców wziętych na służbę państwową. Rejestr był jednocześnie jedyną dopuszczalną formą kozakowania w Rzeczypospolitej.
Jego ograniczony rozmiar pozostawiał jednak poza systemem ogromną liczbę Kozaków, która nielegalnie przebywała na Siczy – z punktu widzenia prawa byli oni przestępcami. W praktyce jednak Rzeczpospolita pozwalała im brać udział w różnych prowadzonych przez nią wojnach. Problem polegał natomiast na tym, kiedy tę ogromną masę wyćwiczonych w boju żołnierzy rozpuszczano do domu.
Od lat 20. XVII wieku Kozacy, wzniecając powstania przeciwko Rzeczpospolitej, do postulatów społecznych i politycznych coraz częściej dołączali żądania dotyczące obrony prawosławia.
W 1638 roku po stłumieniu powstania Ostranicy i Huni, które było ostatnim wielkim powstaniem kozackim przed powstaniem Chmielnickiego, Rzeczpospolita postanowiła autorytarnie rozwiązać problem.
Rejestr bardzo mocno ograniczono, Kozakom rejestrowym narzucono szlacheckich zwierzchników, którzy często w nieuzasadniony sposób dręczyli swych podwładnych, natomiast Kozacy spoza rejestru (tzw. wypiszczycy), którzy od drugiej dekady XVII w. cieszyli się pewnymi drobnymi przywilejami w królewszczyznach (wypiszczycy mieszkający w majątkach należących do króla nie mogli być sądzeni przez starostów) mieli być „w chłopy obróconym pospólstwem”.
Rzeczpospolita odbierała im wszystkie przywileje i zrównywała w prawach z chłopami. Władze zamiast załagodzić, jeszcze bardziej zaogniły sytuację.
Ponadto w latach 1638-1648 żywioł polski, coraz bardziej obecny na Ukrainie, bardzo często rugował drobną, prawosławną szlachtę ruską (która w przeciwieństwie do swych magnackich sąsiadów nie poddała się procesowi polonizacji) ze swych majątków, co rodziło w niej chęć zemsty.
Magnaci nierzadko odbierali swoim sąsiadom ich dobra za pomocą zajazdów czy w wyniku długich procesów sądowych. To właśnie wtedy prawosławni Rusini zobaczyli w Kozakach sprzymierzeńców przeciwko katolickim i obcym dla nich „Lachom”.
Powstanie Chmielnickiego i jego konsekwencje
Napięcia narastające na ziemiach ruskich w latach 1638–1648 doprowadziły w końcu do wybuchu kolejnego powstania kozackiego. Na jego czele stanął Bohdan Chmielnicki, zaś bezpośrednim impulsem były plany Władysława IV, który chciał wykorzystać Kozaków do wojny z Turcją.
Chmielnicki od młodych lat związany był z rejestrowym Wojskiem Zaporoskim, gdzie doszedł do wysokiego stanowiska pisarza. Po 1638 roku został on jednak zdegradowany do roli setnika. Ponadto Chmielnicki doznał osobistej krzywdy od szlachcica Daniela Czaplińskiego, który odebrał mu majątek. Kozak był wtajemniczony w plany wojny tureckiej Władysława IV, co skrzętnie wykorzystał po ucieczce na Sicz.
Król obiecywał Zaporożcom, w zamian za udział w wojnie z Turcją, przywrócenie przywilejów ograniczonych w 1638 roku, tj. rozszerzenie rejestru o kolejne kilka tysięcy ludzi, powrót Kozaków do najwyższych urzędów w wojsku rejestrowym i wyjęcie spod jurysdykcji starościńskiej.
Król ponadto gwarantował Kozakom autonomię w granicach od Zaporoża po Białą Cerkiew (choć nie zostało to nigdy ostatecznie potwierdzone). Plany monarchy zostały zablokowane przez sejm. Rozczarowani Zaporożcy wiosną 1648 roku wystąpili przeciwko Rzeczypospolitej i szybko odnieśli serię spektakularnych zwycięstw.
W wyniku kolejnych walk i ugody zborowskiej z 1649 roku Kozacy uzyskali kontrolę nad województwami kijowskim, bracławskim i czernihowskim. Na tych terenach zaczęły powstawać struktury kozackiego państwa, gdzie wstępu nie miały wojska koronne, Żydzi i jezuici.
Kozacy wprowadzili własną administrację, bili własną monetę, a na czele Hetmanatu, bo tak nazwano to quasi-państwo, stanął sam hetman wojska zaporoskiego Bohdan Chmielnicki. Była to więc zasadnicza zmiana w stosunku do wcześniejszych powstań.
Kozacy przestali domagać się jedynie zwiększenia rejestru, rozszerzenia swoich przywilejów czy obrony prawosławia. Chmielnicki zaczął budować własny organizm polityczny, który miał być niezależny od Rzeczypospolitej.
Nie byłoby to możliwe bez masowego poparcia prawosławnej ludności – zarówno chłopów, jak i mieszczan oraz drobnej szlachty ruskiej, która w poprzedniej dekadzie coraz częściej czuła się zagrożona przez rosnące wpływy polskich magnatów. W ten sposób wcześniejsze napięcia społeczne, religijne i narodowościowe połączyły się z kozackim buntem generując w ten sposób konflikt o znacznie większej skali.
Wojna szybko przerodziła się w spiralę przemocy. Bitwy pod Beresteczkiem i Batohem, ekspedycje karne wojsk koronnych oraz działania kozackich oddziałów pozostawiły po sobie tysiące ofiar oraz zniszczone wsie i miasta. Szczególnie tragiczna była rzeź, jakiej dopuścili się Kozacy i Tatarzy po bitwie pod Batohem w 1652 roku, kiedy wymordowali oni kilka tysięcy polskich jeńców.
Kolejne lata wojny sprawiły, że między społeczeństwem Rzeczypospolitej a Kozaczyzną wyrósł mur wzajemnej nienawiści. W Warszawie coraz trudniej było znaleźć ludzi gotowych rozmawiać ze „zbuntowanym hultajstwem”, a wśród Kozaków zwolennicy porozumienia z „Lachami” również tracili wpływy.
Chmielnicki w 1654 roku zawarł z carem ugodę perejasławską, oddając kontrolowane przez Kozaków ziemie pod jego protektorat. Był to moment przełomowy. Państwo Moskiewskie bezpośrednio wkroczyło do wojny o ziemie ruskie, a konflikt polsko-kozacki stał się częścią szerszej rywalizacji o charakterze już nie wewnętrznym, a międzynarodowym.
Paradoksalnie właśnie wejście Moskwy do gry stworzyło w przyszłości przestrzeń dla nowego porozumienia. W 1654 roku carskie wojska uderzyły na Rzeczpospolitą, a rok później państwo polsko-litewskie znalazło się w obliczu walki ze szwedzkim najazdem. Wydawało się, że Rzeczpospolita może nie przetrwać.
Od 1656 roku sytuacja zaczęła się jednak odwracać. Polska dyplomacja zdołała pozyskać Austrię, a w Niemieży doprowadziła do rozejmu z Moskwą.
Dla Chmielnickiego szczególnie bolesne było to, że w Niemieży zarówno Rzeczpospolita, jak i Moskwa rozmawiały ze sobą ponad głowami Kozaków. Fakt ten pokazał hetmanowi zaporoskiemu, że nie jest on traktowany jako równorzędny uczestnik gry międzynarodowej.
Niedługo później Chmielnicki próbował związać się ze Szwedami i Siedmiogrodem, licząc na stworzenie nowego układu, który pozwoliłby zachować niezależność Kozaczyzny. Plany te również zakończyły się fiaskiem.
W 1657 roku wojska kozacko-siedmiogrodzkie poniosły klęskę. Chmielnicki coraz wyraźniej dostrzegał, że ani Moskwa, ani wypierana przez wojska Rzeczpospolitej Szwecja nie są w stanie zagwarantować trwałego istnienia kozackiego państwa.
Wtedy jego polityka wobec dawnej ojczyzny zaczęła się zmieniać. Rozpoczęto rozmowy o przywróceniu Kozaków do funkcjonowania w ramach polsko-litewskiego organizmu. Śmierć hetmana w sierpniu 1657 roku na chwilę jednak zahamowała ten proces.
Próba stworzenia trójczłonowego państwa
Następcą Chmielnickiego został Iwan Wyhowski – człowiek znacznie bardziej skłonny do kompromisu z Warszawą. Wyhowski, co ciekawe, do 1648 roku nie miał żadnego związku z Kozaczyzną. Był to prawosławny szlachcic i pracownik kancelarii miasta Łucka, a następnie Kijowa. Na stronę Chmielnickiego przeszedł, kiedy wzięto go do niewoli po bitwie nad Żółtymi Wodami.
Z ramienia Rzeczypospolitej rozmowy prowadził kasztelan wołyński i uchodzący za eksperta w sprawach kozackich Stanisław Kazimierz Bieniawski, który partnera znalazł nie tylko w Wyhowskim, ale też w jego współpracowniku – Jerzym Niemiryczu. Była to jedna z ciekawszych postaci w otoczeniu Wyhowskiego. Niemirycz przez długie lata był protestantem (arianinem) i studiował w Europie Zachodniej (m.in. w Niderlandach). Około roku 1657 przeszedł na prawosławie i związał się z Wyhowskim.
Obie strony rozumiały, że po niemal dekadzie wojny powrót do świata sprzed 1648 roku jest już niemożliwy. Potrzebne było zupełnie nowe rozwiązanie.
Kozacy coraz bardziej odczuwali skutki carskiej „opieki”, a Rzeczpospolita pragnęła pozbawić Szwedów nowych sojuszników i jednocześnie wyrwać Kozaków spod wpływu Moskwy.
Wszystko to doprowadziło do tego, że 16 września 1658 roku przedstawiciele Rzeczypospolitej i Kozaczyzny zawarli ugodę. Zakładała ona stworzenie Księstwa Ruskiego jako trzeciego członu Rzeczypospolitej.
Województwa kijowskie, bracławskie i czernihowskie miały otrzymać własne urzędy, administrację i wojsko, na czele z hetmanem Wojska Zaporoskiego. Prawosławni mieli otrzymać gwarancje polityczne i religijne, a metropolita kijowski miał zasiąść w senacie. Przewidziano również 30-tysięczny rejestr kozacki oraz masowe nadawanie Kozakom szlachectwa.
Hadziacz nie był więc próbą prostego „powrotu Ukrainy do Polski”. Był próbą dokończenia procesu formalnego przekształcenia Rzeczpospolitej w państwo trialistyczne.
Przyczyny klęski ugody hadziackiej
Przed niemal osiemdziesięciu laty prof. Zbigniew Wójcik w swojej popularnej pracy Dzikie Pola w ogniu stwierdził, że ugoda hadziacka została zawarta o kilkadziesiąt lat za późno. Sęk jednak w tym, że warszawski historyk się mylił.
Aby doszło do ugody hadziackiej, Kozacy musieli najpierw zintegrować się z prawosławną, ruską szlachtą, która wykazywała aspiracje państwowotwórcze. Przed powstaniem Chmielnickiego żaden z przywódców kozackich nie myślał w takich kategoriach. Chodziło wyłącznie o obronę praw nadanych w ramach kozackich rejestrów.
Poza tym, jak pisałem wyżej, ziemie ukrainne w praktyce, ale nie prawnie, stanowiły już trzeci człon Rzeczpospolitej.
Jak pisał znawca tematu prof. Henryk Litwin: „Idea Rzeczpospolitej Trzech Narodów realizowała się z wolna nie tyle poprzez jednorazową ustrojową przebudowę, ile dzięki nieustannym »rekolekcjom« urządzanym posłom koronnym i litewskim na każdym niemal sejmie przez Wołynian i Kijowian. […]
Tak było na przykład w 1645 roku, kiedy Wołynianie zagrozili, iż jeśli nie zostaną uwzględnione ich autonomistyczne postulaty w kwestii funkcjonowania Trybunału Koronnego, to odtworzą całkowicie odrębny Trybunał Łucki”. Dalej historyk dodaje:
„Kształtowanie się trialistycznego modelu zostało jednak zahamowane, a właściwie zdekonstruowane, przez powstanie Chmielnickiego. […] Wspólna Rzeczpospolita szlachty polskiej, szlachty litewskiej i kozaków ukraińskich była bytem niemożliwym, dlatego eksperyment unii hadziackiej musiał zakończyć się kompletnym fiaskiem.
Kozacka rewolta mimo podejmowanych prób nie zdołała skonstruować »własnej Rusi« w oparciu o nowy porządek społeczny i polityczny i w efekcie przyczyniła się do rozszerzenia zasięgu Rusi »moskiewskiej«, uniemożliwiając przez to realizację koncepcji trialistycznej Rzeczypospolitej, która w latach czterdziestych XVII wieku już funkcjonowała”.
Ugoda z 1658 roku nie powoływała zatem do życia „od zera” Rzeczpospolitej Trojga Narodów, jak się powszechnie uważa, a stanowiła w głównej mierze prawne zabezpieczenie interesów Kozaczyzny i wymianę elit ruskich.
Wymiana ta polegała na tym, że Kozacy i drobna szlachta, reprezentująca prawosławny model ruskiej tożsamości, miała zastąpić dotychczasowe stare ruskie elity, które w latach 1569-1648 spolonizowały się i porzuciły prawosławie na rzecz katolicyzmu.
Unia z Kozakami nie miała jednak szans na powodzenie i przekształcenie jej w trwałe porozumienie, dlatego że – jak zauważył Janusz Kaczmarczyk – nie została wprowadzona za późno, ale… za wcześnie.
Wśród Kozaków wielu było ludzi uczonych i znających meandry dyplomacji. Jednak w większości Zaporożcy stanowili społeczność biedną, słabo wykształconą i podatną na manipulację. Wyhowski miał poparcie kozackiej, bogatej mniejszości, ale kompletnie obca była dla niego tzw. czerń i kozacka biedota.
Na wieść o tym, że Wyhowski dogadał się z „Lachami” zwykli Kozacy podnieśli przeciwko niemu bunt – w dodatku wsparty przez Moskwę. Mołojcy w ogóle nie rozumieli wagi tego porozumienia i zrozumieć go nie chcieli. Mentalność kozacka była bardzo prosta – wrogiem był „Lach, Żyd i papista”, a żywicielką i przyjaciółką wojna.
Wymowny jest fakt, że to właśnie Zaporożcy zabili jednego z architektów tego porozumienia – Jerzego Niemirycza, który był przecież jednym z nich. Wyhowski podpisał zatem porozumienie, do którego nie przygotował zdecydowanej większości jego ludzi.
Rzeczpospolita również nie uniknęła błędów. Elity polskie zacietrzewione w swym kontrreformacyjnym zapale absolutnie nie chciały zgodzić się na danie prawosławnym oraz metropolicie kijowskiemu miejsca w senacie. Dlatego też sejm ratyfikował ugodę hadziacką po uprzednim wykreśleniu punktów dotyczących zniesienia unii brzeskiej i zrównania prawosławia z katolicyzmem.
Ponadto Rzeczpospolita, prowadząca wówczas wojnę na kilku frontach, nie potrafiła zagwarantować Wyhowskiemu wystarczającej pomocy militarnej, przez co wojska kozackie w walce z Moskwa w kampanii 1659 roku zostały wsparte tylko przez nieliczne polskie chorągwie.
Grzechem elit Rzeczpospolitej był również fakt, iż nie zauważyły one bardzo ważnej zmiany, jaka przez ostatnie niemal dwie dekady zaszła na Ukrainie. A mianowicie tego, że prawosławna ruska szlachta, a za nimi Kozacy, chcą czegoś więcej niż tylko respektowania ich przywilejów stanowych – chcą mieć namiastkę własnego państwa.
Rzeczpospolita w Kozakach widziała nadal tylko „zbuntowane hultajstwo”, które należy spacyfikować za pomocą „batogów”. Nie widziała w nich natomiast równorzędnego partnera. Fakt, Kozaczyznę nadal stanowiły w większości doły i biedota, jednak na jej czele stanęli nie półdzicy Pawło Pawluk czy Jacko Ostranica, a ludzie wykształceni i znający dyplomację – tacy jak Iwan Wyhowski czy Niemirycz. Tego Warszawa niestety w 1658 roku nie doceniła i nie zamierzała respektować zawartej umowy.
Ponadto ugoda hadziacka nie była jakimś wielkim i przemyślanym projektem geopolitycznym, jak często przedstawia się ją w publicystyce, a po prostu porozumieniem wynikającym z potrzeby chwili.
Wyhowski zabiegał o wsparcie Rzeczpospolitej aby móc prowadzić wojnę z Moskwą. Z kolei Rzeczpospolita potrzebowała Kozaków, aby rozbić koalicję szwedzko-siedmiogrodzką, a następnie osłabić Moskwę. Były to jednak bardzo kruche podstawy do budowy trwalszego sojuszu.
Podzielona wewnętrznie Kozaczyzna popierała cara, a część pułkowników nie tylko akceptowała, ale też wspierała umocnienie moskiewskiej władzy na Ukrainie. Rzeczpospolita natomiast poradziła sobie z wojskami szwedzkimi, w czym Kozacy nie mieli żadnego udziału, i kiedy po zawarciu pokoju z północnymi sąsiadami w 1660 roku przystępowała do ofensywy przeciwko Moskwie, nie miało dla niej znaczenia to, co ustalono z kozackimi sojusznikami dwa lata wcześniej.
Unia Hadziacka jest historią martwą
Czy historia ugody hadziackiej stanowi dla Polski i Ukrainy lekcję na przyszłość? Jestem bardzo sceptyczny.
Powód jest dość prosty: w obu krajach pamięć o tym wydarzeniu nie przebija się do mainstreamowych mediów. Nie jest częścią oficjalnej narracji historycznej. Nie odwołują się do niej ani politycy z Kijowa ani z Warszawy.
Czasy I Rzeczpospolitej są już zbyt odległe. Cieniem na stosunkach polsko-ukraińskich położyło się to, co działo się w dwudziestym stuleciu. Kwestia rzezi wołyńskiej, mordów w trakcie II wojny światowej, czy Akcji „Wisła” po dziś dzień dzieli oba nasze kraje i społeczeństwa.
W tym kontekście Hadziacz jawi się tylko jako bardzo dalekie wspomnienie. Coś, o czym jeżeli już, to z rzadka przebąkuje się w momencie zbliżenia i odwilży w stosunkach Polski i Ukrainy. Potem, cyklicznie, ktoś przypomina o tym, co działo się osiemdziesiąt lat temu i tak koło się zamyka.
Ugoda hadziacka w pewnym sensie przypomina pakt Piłsudski-Petlura z 1920 roku. Wtedy Ukraińcy i Polacy także prowadzili ze sobą wojnę. Zagrożenie bolszewickie sprawiło jednak, że nasze kraje na chwilę zakopały topór wojenny i ramię w ramię walczyły z Moskwą.
Porozumienie to również było kruche, ponieważ Petlura, podobnie jak Wyhowski, miał znikome poparcie wśród Ukraińców. Tak jak w 1658 roku znaczna część Kozaków walczyła razem z Moskalami przeciwko Polakom, tak i w roku 1920 większość Ukraińców znalazła się w szeregach Armii Czerwonej, a nie petlurowskiej i sojuszniczej armii Ukraińskiej Republiki Ludowej.
W 1658 roku Rzeczpospolita, ratyfikując ugodę hadziacką, wykreśliła z niej zapisy mówiące o zniesieniu unii brzeskiej i zagwarantowaniu równych praw prawosławnym, a w 1920 roku podczas negocjacji z Bolszewikami w Rydze de facto porzuciła swych ukraińskich sojuszników.
Dziś, w roku 2026, znowu łączy nas z Ukraińcami zagrożenie ze strony Rosji. Niepodległa Ukraina od pięciu lat walczy z nią przy wydatnym wsparciu Polski. Jednakowoż wizja trwałego sojuszu polsko-ukraińskiego na chwilę obecną wydaje się być mrzonką.
Przez pięć lat wojny rosyjsko-ukraińskiej nasze stosunki z Kijowem przypominały istną sinusoidę – od wielkiego wzmożenia i miłości do Ukrainy w latach 2022-2023, do ochłodzenia, wspólnych oskarżeń i nierzadko jawnej wręcz wrogości okazywanej Polsce przez ukraińskich polityków.
Jedyna nauka, jaka płynie z ugody hadziackiej i tego co działo się przez ostatnie 368 lat jest taka, że rosyjskie zagrożenie to za mało, aby zbudować głębszy sojusz polsko-ukraiński, jak chcieli tego niektórzy polscy publicyści.
Rosja może być katalizatorem do współpracy między naszymi państwami, ale – jak się okazuje – jej ekspansyjna polityka nie powoduje, że elity polskie i ukraińskie zaczynają myśleć o wzajemnych stosunkach w kategoriach strategicznego, długotrwałego sojuszu.
Dopóki Ukraina będzie powracać do kultu UPA i oddawać cześć osobom odpowiedzialnym za ludobójstwo Polaków, a zarazem prowadzić otwarcie konfrontacyjną politykę wobec Polski, dopóty będzie skutecznie zrażać do siebie kolejne środowiska polityczne nad Wisłą.
Z kolei Polska jeśli nadal będzie traktować Ukrainę jak słabszego młodszego kuzyna, a w dialogu z Kijowem prezentować serwilizm zamiast asertywności, o trwałym sojuszu nie może być mowy, ponieważ skończy się on kolejnym Hadziaczem.
Bez przepracowania tych problemów przez oba państwa relacje polsko-ukraińskie będą wciąż pozostawać zakładnikiem wzajemnych pretensji, sporów i historycznych zaszłości. Nie zmieni tego nawet wspólne zagrożenie ze strony Rosji.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

