Turystyka aborcyjna i ucieczka do rajów podatkowych. Jak omijamy prawo?
Chcesz przerwać ciążę? Jedziesz do Czech lub zamawiasz z Holandii odpowiednie leki. Chcesz zawrzeć związek lub ślub z partnerem tej samej płci? Jedziesz do Niemiec i wracasz do polskiego urzędu po wpis. Chcesz płacić niższy podatek? Rejestrujesz spółkę tam, gdzie stawka jest łaskawsza. Na naszych oczach rośnie zjawisko dotychczas marginalne. Nomadzi moralni korzystają z praw i przywilejów polskiego obywatelstwa, jednak z obowiązkami poszanowania wspólnego prawa jest już problem. Spór jest dużo poważniejszy niż się pozornie wydaje i odsłania brzydką prawdę o współczesności i naszej wspólnocie.
Transkrypcja, aborcja i raje podatkowe – ta sama zasada
Zacznijmy od sprawy najświeższej, transkrypcji małżeństw osób tej samej płci zawartych za granicą. TSUE orzekł, że państwo członkowskie ma obowiązek uznać małżeństwo obywateli Unii tej samej płci zawarte w innym państwie członkowskim, a jeżeli transkrypcja jest jedynym narzędziem uznania, jakim dysponuje, ma jej dokonać.
Kilka lat wcześniej Naczelny Sąd Administracyjny, zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem, konsekwentnie odmawiał takich transkrypcji. W maju 2026 r. podpisano rozporządzenie z odrębnymi wzorami aktu małżeństwa dla par jednopłciowych, w lipcu Prezydent zawetował ustawę o statusie osoby najbliższej. Prawo krajowe instytucji nie zna, a urząd stanu cywilnego wpisuje jej skutki.
Przypadek drugi, w 2024 r. w polskich szpitalach wykonano 896 legalnych zabiegów przerwania ciąży. W tym samym roku, według Aborcji Bez Granic, ciążę w klinikach zagranicznych przerwało 1147 kobiet, wyjazdów było więc więcej niż zabiegów legalnych w kraju.
Wobec szacowanych – przez organizacje feministyczne – stu do stu pięćdziesięciu tysięcy aborcji rocznie jedno i drugie pozostaje marginesem, niemniej trzeba pamiętać, że to nie masowość wyjazdów aborcyjnych uprawomocnia tezę o moralnym nomadyzmie. Nie jest problemem nieszczelność fizycznej granicy, lecz jurysdykcja. Bilet lotniczy jest tylko najbardziej widowiskową postacią, przesyłka z lekami poronnymi jest znacznie tańsza.
Przypadek trzeci jest najmniej głośny i chyba najbardziej prozaiczny: raje podatkowe i optymalizacja. Sprytny przedsiębiorca tworzący holding, gdzie główna spółka posiadająca wszystkie prawa majątkowe i niemajątkowe ma siedzibę na Cyprze czy Luksemburgu, a wszystkie koszty są scedowane na spółki polskie. Minister finansów prowadzi listę, na której obecnie znajduje się kilkadziesiąt krajów i terytoriów stosujących szkodliwą konkurencję podatkową – od Hongkongu i Monako po Panamę i Seszele.
Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego szacowało już w raporcie z 2015 r., że samo przerzucanie dochodu za granicę kosztuje budżet co najmniej dziesięć miliardów złotych rocznie. Nie twierdzę bynajmniej, że cypryjska spółka waży tyle samo, co przerwana ciąża, ciężary tych czynów są bowiem nieporównywalne i tylko głupiec by to zrównywał.
Jednakże te trzy sprawy są połączone wspólnym mianownikiem: sprawdzam, gdzie coś wolno, gdzie jest wygodniej i tam idę, po czym wracam i żądam, żeby moja wspólnota uznała prawnie i uszanowała społecznie mój wybór. Paradoksalnie bardziej niż spór o aborcję czy o małżeństwo, jest to pytanie, czy traktujemy naszą wspólnotę i jej prawo serio?
Obywatelstwo jest niczym, jeśli wiele nie kosztuje
„[…] pozwalamy każdemu Ateńczykowi, który tylko zechce i uzyska prawa obywatelskie, przyjrzy się stosunkom w państwie i nam, prawom, a my mu się nie spodobamy, to wolno mu zabrać manatki i iść, dokąd zechce. Żadne z nas, żadne prawo mu nie stoi na przeszkodzie i nie zabrania […]”. Sokrates odmawia. W uporze, który dzisiejszemu obywatelowi musi wydać się szaleństwem, woli zostać w więzieniu i wypić truciznę.
Wierność obywatelska każe mu trwać przy swoim zdaniu, ale i uszanować wyrok Aten. Tą odmową jeden z najwybitniejszych Greków położył fundament pod naszą tożsamość, która dziś jest poddawana dekonstrukcji.
Zawsze jest jakieś wyjście, choćby coś co nasi przodkowie nazywali ius emigrandi znane już u Greków i Rzymian, a potem także i Europejczyków. Jako wolny człowiek mogę odejść i osiedlić się tam, gdzie będę czuł się bardziej u siebie. Lecz jeśli zdecydowałeś się zostać, miałeś obowiązek być wiernym swemu suwerenowi, obyczajom, wspólnocie i prawom.
W naszej epoce stworzono inny wariant, w którym obywatel zostaje dalej we wspólnocie, korzysta z opieki państwa, a jednocześnie odmawia stosowania jego praw. Niezgoda na dane prawo nie wymaga już nawet odwagi ucieczki, a jedynie biletu lotniczego.
Turystyka aborcyjna jest tego najlepszym przykładem, kobieta mówi „chcę usunąć ciążę”, gdy słyszy, że nie może, to wyjeżdżając za granicę lub kupując odpowiednie środki pokazuje gest Kozakiewicza całej wspólnocie, albo jak wolą feministki „patriarchatowi”, a potem mówi „i widzicie, i nic się nie stało, i nic mi nie zrobicie, a zrobiłam co chciałam”.
Ateńskie prawa stawiają Sokratesowi alternatywę: „zawsze zostawiamy jedno z dwojga: albo nas przekonaj, albo rób”. Nie jest to żądanie posłuszeństwa bezwarunkowego, typowe dla państw totalitarnych, lecz żądanie, by spór toczył się wewnątrz wspólnoty i na jej koszt. Antygona i Sokrates różnią się co do tego, które prawo stoi wyżej, obydwoje jednak zostają w sporze i obydwoje zań płacą. Nomada moralny nie spiera się wcale. Odrzuca oba człony alternatywy naraz i wybiera drogę łatwą i jałową – wyjście angielskie.
Tak jak osoby, które wyjeżdżają zawrzeć związek z osobą tej samej płci za granicą, a potem wracają do Polski żądając, aby uznano ich wybór i zalegalizowano, narzekając jak bardzo ten kraj jest opresyjny i nie pozwala się im realizować. Właściwym działaniem takich osób byłby wyjazd permanentny i budowa swego szczęścia w miejscu, które im to umożliwia, a nie trwanie w „domu umarłych”.
Jakie jest ideowe źródło nomadyzmu moralnego?
Odpowiedzi na tak zadane pytanie trzeba szukać we współczesnym politycznym liberalizmie. John Rawls w Teorii sprawiedliwości wskazuje, że w warunkach trwałego pluralizmu żadna koncepcja dobrego życia nie zdobędzie powszechnej zgody. Państwo, które opowie się za jedną z nich, będzie musiało narzucać ją innym. Jedyną formą współżycia, którą wszyscy mogą zaakceptować, pozostaje więc procedura.
Relatywizmem to nie jest: jest to wniosek z wojen religijnych i z doświadczeń XX wieku, które wciąż rzutują na nasze dyskusje moralne i polityczne. Parafrazując Michaela Sandela, można powiedzieć, że ta współczesna republika proceduralna, zamieszkana przez jaźń nieobciążoną, czyni normą dokładnie to, co Prawa Aten Sokratesowi jedynie ofiarowały, czyli prawo wyjścia.
Rawlsowskie założenie jest prawdziwe pod warunkiem, który zostało wyartykułowane przez samego autora. Otóż w drugim paragrafie Teorii sprawiedliwości Rawls zastrzega, że wystarczy mu koncepcja sprawiedliwości „dla podstawowej struktury społeczeństwa, pojmowanego na razie jako zamknięty system odizolowany od innych społeczeństw”.
Republika proceduralna została więc zaprojektowana niejako w próżni bez wszystkich niuansów rzeczywistości, innych wspólnot i wzajemnego przenikania się poszczególnych porządków prawnych i społecznych. Innymi słowy cała konstrukcja – bezstronność, neutralność wobec koncepcji dobra, pierwszeństwo słuszności przed dobrem – jest sztuczna i ma rację bytu, jeśli nie istniałby żadne interakcje pomiędzy poszczególnymi wspólnotami.
Moralność nie kończy się tam, gdzie granice Polski
Wydaje się, że dla większości ludzi sprawa jest przesądzona. Współczesna kultura uczy nas, że nie warto się narażać się na prawdziwe nieprzyjemności i realne zagrożenie. Nie ma nawet sensu się spierać o złe prawo, skoro i tak można je obejść i zająć się swoimi sprawami. Erozja wspólnoty – w tym wypadku – zaczyna się nie od złamania normy, tylko od zaniku sporu o nią. Moralny nomadyzm zaś jest wyjściem, które nic nie kosztuje, a więc znosi głos w sporze. Wspólnota obywatelska nie zużywa się przez konflikt, lecz przez jego zanik.
Russell Kirk pierwszym kanonem myśli konserwatywnej uczynił wiarę w ład transcendentny, rządzący społeczeństwem tak samo jak sumieniem, a rzeczy, na których ten ład się wspiera, nazywał – przejmując wyrażenie od Eliota – Permanent Things – elementami kondycji ludzkiej, które nadają nam naszą naturę.
Jeżeli ład moralny zależy od jurysdykcji, to nie jest ładem, tylko przepisem, jeżeli zaś jest ładem, to czyn niszczący tkankę społeczną w jednym miejscu nie staje się moralnie dobry lub przynajmniej neutralny w innym. Nie oznacza to, że prawo ma być wszędzie jednakowe, rozmaitość rozstrzygnięć szczegółowych jest bowiem konieczna. Znaczy to tylko, że rozmaitość ta ma granicę, a granicy tej nie wyznacza mapa.
Liberalizm zawiódł, ale prawica nie ma odpowiedzi
Lekarstwem na nomadyzm i erozję nie jest prawo, jak sądzi większość współczesnej prawicy. Polskie prawo karne już dziś ściga niektóre czyny popełnione za granicą, i to bez pytania, czy w tamtym państwie były zabronione. Teza mówiąca, że pewnych rzeczy nie usprawiedliwia przekroczenie granicy, jest więc u nas obecna od dawna.
Ktoś powie: rozciągnijmy ją dalej. No i dobrze, rozciągnijmy, ale rodzi to jednak zasadniczą trudność. Jeżeli wspólnota musi ścigać własnych obywateli za to, że próbują obchodzić normy, których nie akceptują, to znaczy, że mówimy raczej o więzieniu i kontrolowaniu poprzez strach.
Tego typu kryminalizacja jest przyznaniem się do własnej niemocy, a nie lekarstwem na moralny indyferentyzm i dość powszechny dziś bambinizm, polegający na pojmowaniu świata przez pryzmat bajek, filmów i memów.
Z drugiej strony, jeśli uznajemy, że aborcja to zło moralne i morderstwo, to jakże tak można puszczać to płazem? Ustawa karna potrafi wymusić pewne zachowanie, ale czy wytworzy wspólny język moralny wolnych ludzi? Cóż chyba pozostaje tylko stare chrześcijańskie sumienie.
Czy zatem liberalizm zawiódł? Odpowiedź musi być podwójna. Jako technika rządzenia – rządy prawa, równość wobec prawa, osłona jednostki przed samowolą władzy – liberalizm zdał egzamin i daje nam podstawy do budowania wspólnoty. Jako filozofia publiczna, to jest jako odpowiedź na pytanie, co trzyma wspólnotę razem i w którym kierunku podążać – zawiódł.
Choć trzeba uczciwie dodać zdobycze liberalizmu jako techniki zrządzenia, nie są z nim koniecznie związane i jako Europejczycy moglibyśmy do nich dojść i bez niego. Chyba największa trudność liberalizmu przejawia się tym, że aby mógł funkcjonować, musi posilać się zasobami odziedziczonymi po antyku i chrześcijaństwie, których liberalizm sam z siebie wytworzyć nie umie: zastanym ładem moralnym, tradycyjną rodziną, tradycją polityczną, wspólnym językiem, nawykiem wierności, cnotą osobistą i obywatelską. Procedura potrafi te zasoby chronić, wytworzyć ich nie potrafi.
Nie rozumiemy, czym jest wspólnota polityczna
Wspólnota obywatelska nie wymaga jednomyślności w sprawach ostatecznych, wymaga natomiast wspólnego ładu moralnego – takiego, którego uczestnicy sporu nie mogą dowolnie wymienić, bo nie oni go ustanowili.
Stałość woli i akceptacja istnienia tego nad czym nie mamy pełni władzy są warunkiem istnienia wspólnoty i bycia obywatelem, a nie pozłotkiem. Wspólnota, która nie ma nic poza procedurą, jest zbiorem ludzi o zbieżnym rozkładzie jazdy.
Prawa Aten na dowód zgody Sokratesa przytoczyły szczegół, którego długo nie umiałem strawić: „nigdyś żadnej podróży nie odbywał, jak inni ludzie, i nie brała cię chętka poznania innych państw i innych praw”. Nie jest to bynajmniej pochwała ciasnoty, lecz opis człowieka, dla którego prawo własnej wspólnoty było czymś, co umiłował najbardziej na świecie, o co się spiera i za co może zginąć, a nie ofertą na bazarze idei.
Sokrates mógł udać się na wygnanie i nawet mógł uciec z więzienia, odmówił i zapłacił za tę odmowę cenę, jakiej dzisiaj nikt od nas nawet nie śmie żądać. Wspólnota, z której wychodzi się bez kosztu, przestaje być wspólnotą. Wiedziały to wszystkie pokolenia przed nami, a my chyba o tym zapomnieliśmy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

