Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Nie przez dżihad islam zmienił Europę. Szokujące dane z Wiednia i Francji

Kary śmierci za apostazję, ograniczenie wolności słowa i religijne regulowanie małżeństw. Nie tylko fundamentalistyczny, ale i „pokojowy” islam jest nie do pogodzenia z normami panującymi w Europie. Co więcej, w alarmujących statystykach z Francji i Wiednia widać, że Zachód już w istotny zmienił się pod wpływem muzułmanów.

Islam ma problem z demokracją liberalną

Jednym z najbardziej uspokajających zdań powtarzanych w europejskiej debacie o islamie jest stwierdzenie, że przytłaczająca większość muzułmanów to ludzie pokojowi, a terroryzm stanowi domenę niewielkiego marginesu fundamentalistów. Zdanie to może być jednocześnie prawdziwe i zarazem głęboko mylące. Pokojowe usposobienie człowieka nie przesądza bowiem o jego stosunku do demokracji liberalnej.

Można zdecydowanie odrzucać terroryzm, a jednocześnie uważać, że prawo religijne powinno mieć pierwszeństwo przed prawem stanowionym, apostazja nie jest prawem człowieka, krytyka religii powinna podlegać ograniczeniom, a małżeństwo kobiety z człowiekiem innej wiary powinno być zakazane. Słowem, nie trzeba być terrorystą, aby odrzucać aksjonormatywne ramy demokracji liberalnej.

To rozróżnienie jest fundamentalne, ponieważ demokracja liberalna składa się z dwóch elementów, które można określić jako „moment demokratyczny” i „moment liberalny”. Zazwyczaj te dwa „momenty” są traktowane jako nierozerwalna jedność. Takie podejście jest jednak zdecydowanie błędne.

Pierwszy dotyczy sposobu wyłaniania władzy: cykliczności wyborów, reprezentacji, zasady większości. Drugi wyznacza granice tego, czego nawet demokratyczna większość nie powinna móc zrobić jednostce: chroni jej wolność sumienia, słowa, religii, własności czy życia prywatnego.

Islam nie musi pozostawać w zasadniczej sprzeczności z „momentem demokratycznym”. Partie islamskie mogą uczestniczyć w wyborach, uznawać zasadę reprezentacji i zabiegać o większość parlamentarną. Problem pojawia się przy pytaniu, czy suwerenna decyzja człowieka może być ostateczna również wtedy, gdy pozostaje w sprzeczności z normą uznawaną za objawioną przez Boga.

Wolność religijna – bilet w jedną stronę

Najbardziej przejrzystym testem, swoistym papierkiem lakmusowym, jest wolność religijna. Państwo liberalne gwarantuje muzułmaninowi prawo do bycia muzułmaninem, praktykowania islamu, wychowywania w nim dzieci i zmiany religii na islam. Zapewnia mu jednak również coś, czego sama klasyczna doktryna prawa islamskiego mu nie gwarantuje: prawo do przestania bycia muzułmaninem.

Wszystkie klasyczne szkoły sunnickie i szyickie przewidywały doczesną karę za apostazję; zasadniczo była nią śmierć, choć różniły się m.in. w traktowaniu kobiet i procedurze poprzedzającej wykonanie kary. Do dzisiaj w kilkunastu państwach muzułmańskich za apostazję przewidziana jest kara śmierci.

Współcześnie istnieją oczywiście muzułmańscy autorzy interpretujący te normy inaczej i postulujący pełną wolność zmiany religii. Nie zmienia to jednak historycznego faktu dotyczącego klasycznej islamskiej jurysprudencji. Liberalna demokracja mówi zatem człowiekowi: możesz wejść do wspólnoty religijnej i możesz z niej wyjść. Klasyczna norma islamska takiej symetrii nie zna. To bilet w jedną stronę.

Małżeństwa – wehikuł integracji czy zamknięcia?

Podobny problem pojawia się w jednej z najbardziej prywatnych sfer życia, a więc przy wyborze małżonka. Klasyczne prawo islamskie dopuszcza małżeństwo muzułmanina z chrześcijanką lub żydówką, lecz nie dopuszcza małżeństwa muzułmanki z niemuzułmaninem. Stanowisko to podtrzymują główne tradycyjne autorytety islamskie. Powstaje więc kolejna asymetria, ponieważ granica wspólnoty muzułmańskiej jest przepuszczalna, ale nie jednakowo w obu kierunkach.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy muzułmanin żyjący w Europie przestrzega tej normy (chociaż należy zauważyć niemieckie badania wskazują, że blisko 90% muzułmanów ma partnera tej samej religii). Ma ona jednak znaczenie dla procesu integracji, ponieważ małżeństwo należy do najważniejszych sposobów przekraczania granic między grupami.

Jeżeli religia sprzyja zawieraniu małżeństw we własnej wspólnocie i przekazywaniu jej tożsamości kolejnym pokoleniom, wspólnota łatwiej zachowuje swoją odrębność kulturową i wartości nawet po wielu pokoleniach życia w społeczeństwie zachodnim. Może to utrudniać pełną integrację i sprzyjać powstawaniu społeczeństw równoległych.

Nie wolno obrażać Mahometa

Trzecim testem jest wolność słowa. Liberalizm nie gwarantuje człowiekowi prawa do tego, aby jego religia nie była krytykowana, ośmieszana ani nawet obrażana. Chroni człowieka, lecz nie chroni jego przekonań przed krytyką. To rozróżnienie okazuje się wyjątkowo trudne w zderzeniu z religijną normą zakazującą bluźnierstwa i znieważania proroka.

Spór o karykatury Mahometa nie jest zatem jedynie konfliktem dobrego i złego smaku. Dotyka samego pytania o granice wolności: czy granicę tę wyznaczają prawa drugiego człowieka, czy również religijne sacrum? W tym sensie napięcie między islamem a liberalizmem nie jest abstrakcyjnym „zderzeniem kultur”, lecz konfliktem dającym się wskazać na poziomie konkretnych praw.

Muzułmanie inaczej niż chrześcijanie rozumieją przemoc

Jeszcze wyraźniej różnica między islamem i chrześcijaństwem ujawnia się w stosunku religii do władzy i przemocy. Nie chodzi o absurdalną tezę, że chrześcijanie w historii nie stosowali przemocy. Toczyli wojny, organizowali krucjaty, prześladowali heretyków, a chrześcijańska refleksja stworzyła rozwiniętą teorię wojny sprawiedliwej. Różnica leży jednak głębiej i dotyka samego modelu założycielskiego obu religii.

Jezus nie był wodzem, nie dowodził armią, nie organizował państwa, nie wydawał politycznego kodeksu karnego i nie prowadził wojen. Mahomet był natomiast jednocześnie prorokiem, przywódcą wspólnoty politycznej, prawodawcą i dowódcą wojskowym.

Po powstaniu wspólnoty medyńskiej sam toczył wojny z nieprzyjaciółmi – politeistami i żydami, a późniejsza jurysprudencja islamska stworzyła rozbudowaną doktrynę dżihadu obejmującą również walkę zbrojną.

W chrześcijaństwie przemoc polityczna musiała więc zostać teologicznie uzasadniona mimo modelu założycielskiego opartego na postaci Chrystusa, który nakazuje miłość nieprzyjaciół i sam poddaje się przemocy. Stąd ogromny wysiłek św. Augustyna czy św. Tomasza z Akwinu i kolejnych pokoleń myślicieli, aby wskazać warunki, w których użycie siły może być moralnie dopuszczalne.

W islamie polityczna i militarna zgoda na przemoc znajduje się już wewnątrz biografii normatywnego założyciela wspólnoty. Nie sprawia to, że każdy muzułmanin jest skłonny do przemocy, ani że dżihad można sprowadzić wyłącznie do wojny. Oznacza natomiast, że nie można uznać przemocy dokonywanej w imię islamu za zjawisko całkowicie zewnętrzne wobec jego tradycji religijnej. W tym ograniczonym, ale fundamentalnym znaczeniu chrześcijański i islamski model założycielski pozostają zasadniczo odmienne.

Daltonizm kulturowy Zachodu

Dlaczego Zachód ma tak wielki problem z dostrzeżeniem tych różnic; skąd ten swoisty daltonizm kulturowy Zachodu? Po pierwsze dlatego, że uznał kwestię religii za element przeszłości. W modernizującym się świecie religia „rozwodni się” w przestrzeni społecznej i politycznej, by ostatecznie stanowić jedynie ewentualny ornament, a nie realne źródło aksjonormatywności.

Po drugie, własną historię uznał za historię uniwersalną. Europejski model relacji religii i polityki powstał w bardzo specyficznych warunkach: na gruncie chrześcijańskiego rozróżnienia między tym, co boskie, i tym, co cesarskie, następnie doświadczenia wojen religijnych, oświecenia, rewolucji francuskiej i wielkiej fali sekularyzacji. W nowoczesnej Europie religia była stopniowo wypychana z centrum polityki, a Zachód zaczął traktować jej prywatyzację jako niemal nieunikniony etap rozwoju wszystkich społeczeństw.

José Casanova już dawno wskazywał, że przekonanie o koniecznej prywatyzacji i zaniku religii nie wytrzymało konfrontacji z rzeczywistością. Tym bardziej ryzykowne jest zakładanie, że islam musi przejść drogę, którą wcześniej przeszła Europa. Islam nie jest chrześcijaństwem „oczekującym” na swoją reformację czy rewolucję francuską, jak mniemają niektórzy utopijni intelektualiści.

Francja – reislamizacja muzułmanów

Skutki tego błędu widać coraz wyraźniej. Badanie IFOP z 2025 r. pokazuje we Francji, państwie UE o największej liczbie muzułmanów (szacuje się, że ok. 6,5 mln) obraz znacznie bardziej skomplikowany niż wygodne przeciwstawienie „pokojowej większości” i „garstki terrorystów”.

Szczególnie istotne w tej materii jest rola najmłodszej grupy wiekowej muzułmanów. Zaledwie kilka procent badanych deklarowało sympatię do dżihadyzmu. Jednocześnie aż 44% francuskich muzułmanów stwierdziło, że w przypadku konfliktu dotyczącego takich spraw jak małżeństwo, ubój rytualny czy dziedziczenie wybrałoby normy islamu zamiast prawa francuskiego.

Jeszcze w 1995 r. „tylko” 28% badanych opowiedziało się za prymatem szariatu. Jeszcze trudniejsza sytuacja jest w grupie respondentów 18-24 lata, gdzie prymat szariatu poparło aż 52% muzułmanów. 46% muzułmanów uważało, że szariat powinien być w jakiejś formie stosowany również w państwach niemuzułmańskich, przy czym 15% chciało jego pełnego stosowania niezależnie od kraju zamieszkania.

31% muzułmanek nosi hijab i jest to wzrost z poziomu 19% w 2003 r. W najmłodszej grupie wzrost jest jeszcze bardziej radyklany w tym okresie: z 16% do 45%. Do sympatię wobec Bractwa Muzułmańskiego, a więc kluczowej we Francji organizacji propagującej tzw. islam polityczny, poczuwa się 24% badanych, natomiast w najmłodszej grupie wiekowej jest to już blisko co trzeci respondent.

To nie są liczby pozwalające powiedzieć, że większość francuskich muzułmanów to islamiści. Dowodzą jednak, że marginalność dżihadyzmu nie oznacza marginalności konfliktu aksjonormatywnego. To nie prawicowi radykałowie, ale centrowy rząd Macrona wydał w maju zeszłego roku raport wskazujący na zagrożenia spoistości państwa przez takie organizacje jak Bractwo Muzułmańskie.

Francja – zmiana klimatu bez zmiany prawa

Jeszcze ciekawsze jest to, co dzieje się po drugiej stronie tej relacji. Liberalna demokracja może pozostawić swoje ustawy i konstytucję nietknięte, a mimo to zacząć zmieniać się w codziennej praktyce. W badaniu francuskich nauczycieli przeprowadzonym w 2022 r. ponad połowa przyznawała, że zdarzyło jej się autocenzurować przy omawianiu kwestii religijnych, aby uniknąć możliwych konsekwencji.

Wśród nauczycieli historii i geografii odsetek ten sięgał 64%. W szkołach średnich wśród nauczycieli wyniósł on zaś 56%, wzrastając o 20 punktów proc. w zaledwie cztery lata. Wzrost te nie jest przypadkowy. W 2020 r. za pokazywanie karykatur Mahometa na zajęciach poświęconych wolności słowa w ramach przedmiotu „edukacja moralna i obywatelska” zamordowany został nauczyciel Samuel Paty.

Wolność słowa formalnie nie została zniesiona. Nauczyciel nadal może mówić o wolności słowa i przekonań. Problem zaczyna się wtedy, gdy sam uznaje, że rozsądniej będzie nie korzystać z przysługującej mu wolności. Demokracja liberalna może więc tracić swoje substancjalne cechy bez zmiany choćby jednego artykułu konstytucji.

Oddziaływanie jest zatem dwustronne. Islam i migracja z państw muzułmańskich nie zmieniają demokracji liberalnej jedynie poprzez wprowadzanie do niej grup o odmiennych wartościach. Wywołują także reakcję społeczeństwa przyjmującego.

Integracja – ale kogo z kim?

Pozostaje jeszcze pytanie o integrację. Przez dziesięciolecia zakładaliśmy, że migrant oraz jego dzieci wchodzą w społeczeństwo większościowe i w kolejnych pokoleniach przyswajają jego język, instytucje i podstawowe normy.

Ale integracja nie zachodzi z abstrakcyjną konstytucją. Zachodzi w klasie, na podwórku, wśród przyjaciół, w małżeństwie i rodzinie. Właśnie dlatego znaczenie mają zarówno normy sprzyjające religijnej endogamii, jak i proporcje demograficzne.

W roku szkolnym 2025/26 muzułmanie stanowili już 42% uczniów szkół publicznych w Wiedniu i byli największą grupą religijną. Chrześcijanie stanowili około 33%, zaś bezwyznaniowi 23%. W wiedeńskich gimnazjach udział muzułmanów wynosił już około 49%. I tutaj można zadać pytanie, które jeszcze dwie dekady temu brzmiałoby absurdalnie: z kim właściwie mają integrować się ci uczniowie?

Formalna odpowiedź jest oczywista: ze społeczeństwem austriackim, jego językiem, prawem i instytucjami. Tyle że socjalizacja nie zachodzi poprzez codzienne spotkania z „państwem austriackim”, lecz z konkretnymi ludźmi. Kiedy grupa, która miała się integrować, staje się w szkole grupą najliczniejszą, zmienia się samo środowisko integracji.

Wynika z tego konieczność porzucenia modelu myślenia, który zakłada stałe społeczeństwo przyjmujące i niewielką mniejszość stopniowo upodabniającą się do większości. Ten etap w wielu europejskich szkołach już dawno minął.

Niemcy – akcja rodzi reakcje

Niemcy są tu przykładem szczególnie wymownym. W 2016 r., analizując polityczne konsekwencje kryzysu migracyjnego, wskazywałem, że polityka Angeli Merkel może pogłębiać dezintegrację społeczną, wzmacniać AfD i uruchamiać dodatnie sprzężenie zwrotne między radykalizmem islamskim a radykalizmem prawicowym.

Wówczas AfD dopiero walczyła o trwałe miejsce w niemieckim systemie partyjnym. Jednak już w wyborach federalnych w 2025 r. zdobyła już 20,8% głosów, dwukrotnie więcej niż cztery lata wcześniej. 6 września 2026 r. w wyborach w Saksonii-Anhalt uzyskała niemal 44% głosów i zdecydowanie wygrała. Kryzys migracyjny 2015 r. stał się jednym z najważniejszych momentów politycznej transformacji całego niemieckiego systemu partyjnego.

Obawy związane z migracją stały się motorem napędowym tego przekształcenia, ponieważ dotychczasowe siły polityczne, przede wszystkim CDU i SPD, nie potrafiły sprostać zarówno oczekiwaniom części społeczeństwa, jak i wyzwaniom.

W konsekwencji, podważany jest dotychczasowy konsens, na którym opiera się demokracja liberalna. W tym przewrotnym sensie Angela Merkel jest matką chrzestną dzisiejszej AfD i jej portret powinien wisieć w każdym biurze tej partii.

Czego właściwie broni dziś Europa?

I właśnie tutaj znajduje się sedno europejskiego problemu. Pytanie nie brzmi już wyłącznie: czy islam dostosuje się do demokracji liberalnej? Coraz bardziej zasadne jest pytanie odwrotne: jak demokracja liberalna zmienia się pod wpływem wielopokoleniowego spotkania z islamem?

We Francji widzimy nauczyciela, który posiada wolność słowa, ale zaczyna bać się z niej korzystać. W Niemczech widzimy społeczeństwo reagujące na doświadczenie masowej migracji gwałtownym wzrostem poparcia dla radykalnej prawicy.

W Wiedniu zmienia się demograficzne środowisko, w którym miał przebiegać proces integracji. Równocześnie badania młodych muzułmanów nie potwierdzają prostego oczekiwania, że kolejne pokolenia muszą automatycznie stawać się bardziej świeckie i liberalne.

Najpoważniejszym błędem Zachodu byłoby wobec tego dalsze przekonywanie samego siebie, że problem zaczyna się dopiero w chwili, gdy ktoś sięga po bombę lub karabin. Terrorysta jest dla państwa liberalnego przeciwnikiem paradoksalnie łatwym do rozpoznania.

Istnieją kodeksy karne, policja, służby specjalne i więzienia. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pokojową odmowę uznania części liberalnych norm, bo liberalizm z samej swojej natury chroni prawo człowieka do posiadania nieliberalnych przekonań. Nie chodzi o to, by tego prawa mu z definicji odmówić. Chodzi o to, by przynajmniej umieć nazwać ten konflikt.

Europa nie stanie się silniejsza przez udawanie, że wszystkie systemy aksjonormatywne są ze sobą zgodne. Nie stanie się też bezpieczniejsza przez traktowanie każdego krytycznego pytania o islam jako przejawu islamofobii. Potrzebuje czegoś znacznie trudniejszego: pewności własnych zasad, zdolności rozróżniania ludzi od idei i doktryn oraz odwagi oceniania tych ostatnich i wyciągania z tego wniosków.

Liberalna demokracja staje się bezbronna nie wtedy, gdy przestaje mieć policję, lecz wtedy, gdy przestaje rozumieć, czego właściwie ma bronić. W dłuższej perspektywie tego stress testu demokracja liberalna może nie przetrwać. „Moment liberalny” na naszych oczach wchodzi w stan poważnej awarii.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.