Silny prezydent, JOW-y i niezależne sądy. Czy powinniśmy cofnąć się o 100 lat, żeby naprawić Polskę?
II Rzeczpospolita była państwem rozdzieranym przez gwałtowne spory w polityce wewnętrznej, które wydają się zaskakująco aktualne również dzisiaj. Kryzys niezależności sądów, dylemat między wprowadzeniem systemu prezydenckiego lub parlamentarnego oraz ostry konflikt na linii rząd-opozycja. Takie okoliczności od zawsze sprzyjały tworzeniu idei, których celem jest naprawa ustroju państwa. Swoje recepty przedstawiało także środowisko „Buntu Młodych” skupione wokół Jerzego Giedroycia, a część z nich z pewnością może stanowić dobrą inspirację dla współczesnych rozwiązań.
Jak zauważa prof. Maciej Zakrzewski, środowisko ruchu mocarstwowego (od nazwy organizacji Myśl Mocarstwowa), z którego wywodzi się „Bunt Młodych” Jerzego Giedroycia, powstało tuż po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego i miało stanowić piłsudczykowską konkurencję dla Młodzieży Wszechpolskiej na polskich uczelniach.
Jego działacze, którzy później utworzyli „Bunt Młodych”, z jednej strony czerpali z polskiej tradycji myśli konserwatywnej, z drugiej – pozytywnie odnosili się do zamachu stanu przeprowadzonego przez marszałka.
Jak 19-letni Adolf Bocheński proponował reformę państwa
Jako kontynuację konserwatywnego myślenia wśród działaczy „Buntu” wskazałbym dążenie do stworzenia takiego ustroju, który skutecznie realizowałby rację stanu państwa oraz gwarantował wolności obywatelskie.
Chcieli to osiągnąć poprzez wzmocnienie władzy wykonawczej, zapewniającej porządek i bezpieczeństwo, ale jednocześnie skutecznie kontrolowanej przez inne instytucje (przede wszystkim sądy).
Takie, a nie inne założenia miały swoje źródło w stańczykowskim spojrzeniu na upadek I Rzeczypospolitej, która padła ofiarą wewnętrznej anarchii i słabych rządów. Stąd konserwatyści, w tym środowisko „Buntu”, opowiadali się za silną władzą wykonawczą, bardzo ograniczoną z kolei w konstytucji marcowej z 1921 roku.
Dla młodych konserwatystów ta ustawa zasadnicza stanowiła źródło anarchizacji polskiego życia politycznego, co realizowało się poprzez oddanie ogromnego wpływu na państwo parlamentowi kosztem władz wykonawczej i sądowniczej.
Przewrót majowy, postrzegany jako wzmocnienie egzekutywy, był więc dla nich krokiem w dobrą stronę (choć należy przypomnieć, że nie wszystkie środowiska konserwatywne poparły działania marszałka Piłsudskiego).
Sprzeciw wobec konstytucji marcowej, władza wykonawcza gwarantująca realizację racji stanu państwa i ochronę wolności obywatelskich, ale kontrolowana przez inne niezależne organy oraz oddalenie scenariusza wewnętrznej anarchii, który miał unicestwić I Rzeczpospolitą – takie były fundamenty myślenia o ustroju państwa przedstawicieli „Buntu Młodych”.
Jako pierwszy z tego środowiska głos w tych sprawach zabrał dziewiętnastoletni zaledwie, bardzo utalentowany Adolf Bocheński, publikując w 1928 roku broszurę Ustrój a racja stanu.
Monarchia bez monarchii
Dzieło najmłodszego z rodzeństwa Bocheńskich było fundamentem, na którym oparła się późniejsza wizja ustrojowa całego przedwojennego środowiska Jerzego Giedroycia.
Bocheński postulował uczynienie polityki zagranicznej wolną od wpływów chwiejnej opinii publicznej, której emanacją był parlament. Dla Bocheńskiego był on siedliskiem partyjniactwa, które nie promowało właściwych osób do rządzenia państwem. Zdecydowanie opowiadał się więc za ograniczeniem roli parlamentu.
Takie myślenie o systemie parlamentarnym było, przypomnijmy, pokłosiem bardzo świeżych doświadczeń Polski okresu sprzed zamachu majowego, w której dominacja władzy ustawodawczej i niekończące się spory poszczególnych partii politycznych osłabiały skuteczność działania państwa, przede wszystkim na arenie międzynarodowej (jako oczywisty przykład tych niepowodzeń można podać chociażby traktat w Locarno z 1925 roku, który dawał Niemcom nadzieję na potencjalną rewizję granicy z Polską).
Bocheński wprost stwierdził na łamach swojej broszury, że to monarchia, w której najwyższe władze byłyby dobierane na podstawie kompetencji, a nie podobania się ludowi, stanowiłaby najlepszy ustrój. Zdawał sobie jednak sprawę z małego prawdopodobieństwa jej wprowadzenia.
Stąd proponował ustrój niejako „półmonarchiczny”, w którym władzę sprawowałby dożywotnio jeden człowiek, mający możliwość wybrania swojego następcy. Tego typu rozwiązanie miało przede wszystkim umożliwiać skuteczne realizowanie racji stanu państwa, do czego służyć miały polityka zagraniczna, a także wojsko, wyjęte spod władzy parlamentarnej.
W swojej późniejszej publicystyce, już na łamach powstałego w 1931 roku „Buntu Młodych”, Adolf Bocheński określił ten system, charakteryzujący się pełną kontrolą dwóch sfer – dyplomatycznej i wojskowej – przez władzę wykonawczą mianem „modelu monarchii lipcowej” (od potocznej nazwy ustroju istniejącego we Francji w czasach panowania króla Ludwika Filipa I w latach 1830-1848).
„Nie” dla dyktatury
Stosunek Bocheńskiego, jak i całego środowiska Giedroycia, do ogólnego kształtu ustroju państwa i podziału kompetencji poszczególnych władz z czasem ulegał pewnej zmianie. Była ona efektem sytuacji w Polsce po kolejnych latach rządów sanacji i wejściu w życie nowej konstytucji kwietniowej w 1935 roku.
Przedmajowy system przewagi parlamentu został gwałtownie odwrócony na korzyść władzy wykonawczej, co dało początek rządom autorytarnym. W reakcji na to w 1937 roku Bocheński przekonywał w jednym ze swoich tekstów, że najlepszy ustrój nie jest ani dyktaturą, ani niestabilną demokracją (uosabianą przez Polskę sprzed przewrotu majowego).
Optymalny ustrój byłby czymś pomiędzy nimi i nie uległby łatwo stagnacji, tak jak rządy dyktatorskie, ani też korupcji, jak system parlamentarny. Taka zmiana narracji była podyktowana ponownym zachwianiem równowagi między poszczególnymi władzami.
„Bunt Młodych”, opowiadając się za silną władzą wykonawczą, jednocześnie nie negował, że musiałaby być kontrolowana, zarówno przez sądy, jak i parlament. Dominację egzekutywy postrzegał więc jako takie samo zagrożenie dla państwa, jak rządy legislatywy w okresie obowiązywania konstytucji marcowej.
Niezwykle istotnym elementem, który według „Buntu” miał czynić z parlamentu bezpiecznik przed dyktatorskimi zapędami władz, było zasiadanie w nim konstruktywnej, propaństwowej opozycji.
„Opozycja Jego Królewskiej Mości”
W konsekwencji procesu brzeskiego, skierowanego przeciwko ugrupowaniom centrolewicowym w latach 1931-1932 oraz stopniowego radykalizowania się obozu rządzącego, publicyści „Buntu” dostrzegli potrzebę opozycji, która jednak różniłaby się od tej istniejącej w II Rzeczypospolitej.
Mieczysław Pruszyński w tekście Opozycja Jego Królewskiej Mości (nawiązanie do oficjalnego określenia partii opozycyjnej w systemie brytyjskim, z którego środowisko „Buntu” chętnie czerpało niektóre wzorce) krytykował główne ugrupowania polskiej opozycji, wskazując, że ich krytyka rządu jest czysto personalna – skupia się całkowicie na politycznej rywalizacji o przejęcie władzy, a nie proponuje konstruktywnej alternatywy programowej.
Kwestionowano na łamach „Buntu” również taktykę, którą obrały główne polskie partie opozycyjne o profilu centrolewicowym (Stronnictwo Ludowe, PPS) i narodowym, polegającą na bojkotowaniu wyborów do parlamentu. Upatrywano w niej przyczyn dobrego wyniku obozu sanacyjnego w wyborach w 1938 roku przy jednocześnie zaskakująco wysokiej frekwencji (do urn poszło prawie 70% uprawnionych do głosowania).
„Bunt Młodych” postulował więc powstanie ideowej opozycji propaństwowej, z jednej strony krytykującej rząd, z drugiej – zdolnej jednak do współpracy z nim w kwestiach dotyczących bezpośrednio najważniejszych interesów państwa.
Opozycja taka powinna wywodzić się ze społeczeństwa, tj. być wybierana i zasiadać w parlamencie. W innym wypadku, gdy legalne drogi do władzy będą dla niej zablokowane, jedyną alternatywą pozostanie zamach stanu.
Umożliwienie opozycji dojścia do władzy w uczciwych wyborach było więc, według „Buntu”, kolejną gwarancją wewnętrznej stabilności państwa. Krytykowano tym samym zapędy sanacji, dążącej do ograniczenia możliwości działania ugrupowaniom opozycyjnym. W szczególności młodzi konserwatyści wzięli na cel dyskryminującą według nich ordynację wyborczą, wprowadzoną w konstytucji kwietniowej.
„Tak” dla jednomandatowych okręgów wyborczych
Konstytucja kwietniowa wprowadzała większościową ordynację wyborczą w wyborach do Sejmu, polegającą na dwumandatowych okręgach wyborczych, z których wybierano bezpośrednio posłów (ich liczbę zredukowano z 444 do 208).
Prawo do wysuwania kandydatów na członków izby niższej miały zgromadzenia okręgowe, w których zasiadali przedstawiciele samorządu terytorialnego, gospodarczego i zawodowego pod przewodnictwem komisarza rządowego.
Z kolei w przypadku Senatu, liczącego wówczas 96 senatorów (wcześniej 111), ustawa zasadnicza z 1935 roku zakładała, że 1/3 z nich mianować będzie prezydent. Pozostałych członków izby wyższej wybierać miano w sposób pośredni – obywatele głosowaliby na delegatów do wojewódzkich kolegiów wyborczych, którzy następnie decydowaliby o wyborze poszczególnych senatorów.
Samo czynne prawo wyborcze w wyborach do Senatu również zostało ograniczone do obywateli, którzy mogli pochwalić się zasługami wobec państwa (np. posiadacze orderów), wykształceniem lub zaufaniem innych obywateli (czego dowodem mogło być np. członkostwo we władzach poszczególnych samorządów).
Nie jest trudno zauważyć, że taka ordynacja była antydemokratyczna, stąd kolejne wybory były konsekwentnie bojkotowane przez ugrupowania opozycyjne. Na łamach „Buntu Młodych” również zdecydowanie sprzeciwiano się takim rozwiązaniom.
Adolf Bocheński, wypowiadając się bardzo negatywnie o wprowadzeniu kolegiów wyborczych czy dwumandatowych okręgów wyborczych, pozostawał wierny swoim wcześniejszym pomysłom na ordynację wyborczą.
Był przeciwnikiem systemu proporcjonalnego, który uważał za sprzyjający rozpowszechnianiu partyjniactwa. Opowiadał się więc za ordynacją większościową, ale opartą na jednomandatowych okręgach wyborczych. Taki system pozwalał, według publicysty, dobrze osadzić kandydatów w wyborach w ich lokalnych społecznościach i ograniczyć wpływy partii politycznych.
W opinii Bocheńskiego dwumandatowe okręgi zmniejszały szansę na „regionalizację” wyborów. Z kolei instytucje zgromadzeń i kolegiów wyborczych miały na celu, w jego ocenie, wypchnięcie opozycji z parlamentu.
Niezależne sądownictwo, niezależna biurokracja
Środowisko Jerzego Giedroycia krytykowało obóz sanacji również za poczynania w obszarach praworządności i biurokracji.
Aleksander Trzaska-Chrząszczewski w książce Od sejmowładztwa do dyktatury stwierdzał, że ważność prawa „nie jest zależna od legalności jego źródła, ale od stopnia przystosowania jego treści do warunków życiowych, które normuje i od stopnia przeświadczenia, że obowiązujące prawo jest ściśle przestrzegane”.
Taka narracja zbliżała środowisko do filozofii Carla Schmitta, co nie może dziwić, jeśli pamiętamy, że przyszli publicyści „Buntu” wywodzili się z ruchu mocarstwowego, popierającego zamach majowy.
Takie założenie jednak nie stało na przeszkodzie w krytyce działań władzy. Na łamach „Buntu” konsekwentnie krytykowano bowiem przerośniętą biurokrację i zepsute sądownictwo. Co ciekawe, często wskazywano na negatywne efekty nadużywania aresztu tymczasowego przez administrację i sądy, procedury, która również i dzisiaj, w III Rzeczypospolitej, jest przedmiotem wielu kontrowersji.
W tych tematach wyróżniał się Kazimierz Studentowicz. W sposób zdecydowany domagał się niezależności sądownictwa (problem wyjątkowo aktualny również dzisiaj), a niewydolność wymiaru sprawiedliwości wskazywał jako jedną z głównych przyczyn paraliżu państwa i ograniczenia wolności obywateli.
Oprócz tego Studentowicz był orędownikiem niezależnej od władzy biurokracji. Proponował m.in. wprowadzenie wolnych, publicznych konkursów na stanowiska w administracji, zakazu kumulowania stanowisk państwowych i kontrolę majątków wyższych urzędników i ich rodzin.
„Nie” dla centralizacji, „tak” dla Polski lokalnej
Postulaty niezależnej administracji państwowej i wymiaru sprawiedliwości współwystępowały na łamach „Buntu” z postulatem wzmacniania niezależności również trzeciego czynnika: samorządu.
Dla konserwatystów samorząd był miejscem, gdzie obywatele są aktywni na rzecz swojej lokalnej społeczności. Dlatego też popierali ordynację z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
Publicyści „Buntu” podkreślali, że większa rola samorządu oznacza większe zaangażowanie obywateli we własne sprawy na szczeblu lokalnym, a to z kolei wzmacnia spoistość wewnętrzną państwa. Stąd również i w tej kwestii konsekwentnie krytykowali dążenia obozu sanacyjnego, który zmierzał do ograniczenia roli władz samorządowych.
Wizja ustroju w Polskiej idei imperialnej
Powyższe rozważania na temat ustroju zostały zebrane przez publicystów czasopisma „Polityka” (tak nazywał się nowy tytuł, dla którego pisali wcześniejsi autorzy „Buntu Młodych”) i przedstawione w jednym manifeście programowym, ogłoszonym w 1938 roku pt. Polska idea imperialna, której zredagowane rozdziały publikujemy na portalu Klubu Jagiellońskiego.
Polska idea imperialna, w której rozdział na temat ustroju opracował Kazimierz Studentowicz, stanowi dobre podsumowanie dotychczasowej linii przedwojennego pisma Giedroycia. W dużej mierze powtarzała ona wcześniejsze postulaty jego publicystów.
Podkreślona została więc konieczność silnych rządów, gwarantujących wolność. Jednocześnie postulowano potrzebę zachowania równowagi między parlamentem a władzą wykonawczą, niezależności sądów, ograniczenia wpływów biurokracji na niższą administrację i samorząd oraz reformy ordynacji wyborczej (chodziło m.in. o przeprowadzanie wyborów senackich na tych samych zasadach co sejmowych oraz ograniczenie liczby nominatów prezydenta do Senatu).
Co więcej, „Polityka” domagała się stworzenia sądu, który sprawdzałby zgodność ustaw z konstytucją (czyli po prostu trybunału konstytucyjnego), oddzielenia wyborów parlamentarnych od wyborów samorządowych oraz niezależności i rozszerzenia uprawnień Najwyższej Izby Kontroli.
Dokąd nam iść wypada? Powrót sporów politycznych z lat 30.
Publicystyka „Buntu Młodych” i „Polityki” z okresu rządów sanacji ukazuje pewne analogie do czasów obecnych.
Przedwojenne środowisko Giedroycia często mierzyło się z problemami i dylematami podobnymi do tych, które i dzisiaj potrafią nawiedzać polskich polityków i publicystów.
Od wielu lat rozdarci jesteśmy konfliktem o wymiar sprawiedliwości. Przeszliśmy także przez spór Najwyższej Izby Kontroli z rządem i dyskusję o jednomandatowych okręgach wyborczych (być może ktoś pamięta słynny postulat ugrupowania Pawła Kukiza z 2015 roku). Pojawiają się w naszej debacie również pytania o rolę opozycji oraz uprawnienia Senatu.
Wreszcie – niedawno powróciła do nas kwestia absolutnie fundamentalna, dotycząca systemu politycznego, w jakim chcemy żyć. Chodzi o potencjalną zmianę konstytucji i zwiększenie władzy prezydenckiej kosztem uprawnień rządu i parlamentu.
Na wszystkie powyższe problemy rozwiązań szukali już publicyści „Buntu Młodych” Jerzego Giedroycia. Wystarczy po nie sięgnąć i zastanowić się, czy nasza rodzima myśl polityczna nie oferuje inspiracji dla dobrych rozwiązań na współczesne ustrojowe bolączki.
Publikacja jest częścią projektu „Mocarstwo idei – Jerzy Giedroyc przedwojenny” dofinansowanego ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra. Wielkie Rocznice – edycja 2026”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.


