Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Johnny Cash był wybitnym chrześcijańskim muzykiem. To już 23 lata od jego śmierci

przeczytanie zajmie 8 min
Johnny Cash był wybitnym chrześcijańskim muzykiem. To już 23 lata od jego śmierci źródło: Wikimedia Commons

Z jednej strony, człowiek przeorany przez walkę z własnymi słabościami – zdradami małżeńskimi, alkoholem i narkotykami. Z drugiej strony, chrześcijanin zaangażowany w ewangelizację i prawa więźniów. Johnny Cash to postać złożona. Muzyka, którą tworzył, była wybitnie chrześcijańska. Man in Black upominał się o margines. Swoją twórczością i działalnością publiczną realizował uczynki miłosierne względem ciała i duszy. Dziś, w 23 lata po jego śmierci, twórczość Casha pozostaje ciągle aktualna. 

„Bycie chrześcijaninem nie jest dla mięczaków. Potrzeba prawdziwej męskości, aby żyć dla Boga – o wiele więcej męskości niż do życia dla diabła”. Te słowa wypowiedział Johnny Cash, Man in Black, którego 23. rocznica śmierci przypada dziś – 12 września.

Postać niejednoznaczna. Chrześcijanin dręczony przez demony niemalże tak intensywnie jak doświadczył tego św. Antoni Eremita. Jednak w odróżnieniu od zwycięskiego pustelnika, przegrywający z nimi niejedną walkę. Zdrady małżeńskie, alkohol, amfetamina, barbiturany – oto przykłady licznych upadków ikony amerykańskiego country.

Jedno z najpopularniejszych zdjęć Johnny’ego Casha przedstawia go pokazującego środkowy palec naczelnikowi więzienia San Quentin, w którym Cash grał tego dnia koncert. Zrobił to, gdy fotograf Jim Marshall zagaił go słowami: „John, zróbmy zdjęcie dla naczelnika”.

Równocześnie muzyk był uczestnikiem Krucjat Ewangelizacyjnych Billy’ego Grahama (jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci amerykańskiego protestantyzmu XX wieku), śpiewał o Zbawicielu Jezusie Chrystusie. Sprzeczność? A może zobrazowanie walki duchowej, jaka toczyła się we wnętrzu artysty?

Będzie to truizm, lecz Cash kształtował całe amerykańskie pokolenia. Wpływ country na amerykańską przestrzeń społeczną jest niezaprzeczalny, co dobitnie pokazała niedawna śmierć innej ikony tej muzyki,  Dolly Parton – flagi opuszczone do połowy masztu na okres tygodnia i powszechne zjednoczenie narodowe w żałobie.

Można byłoby uznać, że to wszystko wynikało głównie z jej zaangażowania w działalność charytatywną. I pewnie w sporej części jest to prawda, lecz fundusze na tę działalność nie wzięły się znikąd. Ta sama Dolly mówiła o Cashu, że choć nie był świetnym wokalistą, to był cudownym tekściarzem z autorytetem i prezencją. Ciężko się z tą opinią autorki „Jolene” nie zgodzić.

Man in Black jest również dobrym przykładem tego, że w muzyce z mainstreamu i przestrzeni publicznej można promować chrześcijańskie wartości, niekoniecznie traktując biznes muzyczny, no właśnie, jak tylko biznes. Cash charakterystyczną prezencją oraz muzyką przekazywał słuchaczom troskę o najbardziej potrzebujących, wykluczonych. Głosił Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie i wierność zasadom, choć z tym ostatnim (przynajmniej do pewnego czasu) miał duże problemy. Warto zatem bliżej przyjrzeć się tej niezwykłej postaci.

Facet w Czerni

Pierwszym zagadnieniem wymagającym wyjaśnienia jest przydomek, z którym Cash jest nierozerwalnie związany. Oczywiście w sferze dosłownej źródło pseudonimu jest oczywiste – muzyk po prostu ubierał się na czarno. Jednak nie jest to wyczerpujące wytłumaczenie.

Jak sam przekonywał w utworze „Man in Black”, ubierał się na czarno dla biednych i pokrzywdzonych, dla mieszkających w dzielnicach nędzy, dla więźniów, którzy są ofiarami swych czasów. Nosił czarny strój dla niemających nigdy styczności z naukami Jezusa Chrystusa, dla chorych i samotnych seniorów, dla nierozważnych, których zabił bad trip, dla tych, którzy zginęli, wierząc w to, że Bóg był po ich stronie.

Nosił go także jako znak żałoby po życiach zakończonych przez wojnę w Wietnamie i to warto zaznaczyć – utwór „Man in Black” został opublikowany w 1971 r. jako protest song m.in. przeciwko powyższej wojnie. Teraz proszę zamienić słowo „dla” na „za”. Czyż nie brzmi, to jak modlitwa powszechna, którą znamy ze Mszy świętej?

W samym utworze Man in Black wyśpiewywał, że choć wiedzie się nam w życiu dobrze, mamy szybkie samochody i wymyślne stroje, to warto abyśmy my, zwyczajni ludzie, pamiętali o pozostających z tyłu. By ta pamięć nie osłabła na przedzie musi kroczyć Man in Black, który odzieje się w inny kolor dopiero wówczas, gdy życie tych z marginesów ulegnie poprawie. Dopóki to się nie zmieni, będzie stanowił żywy symbol, nie pozwalający tzw. normalnym ludziom tanio uspokoić sumienia.

Więźniów pocieszać

Z osadzonymi w więzieniach związana jest niezwykle ważna część kariery Casha. W 1957 r. Johnny Cash zagrał swój pierwszy więzienny koncert w teksańskim więzieniu stanowym Huntsville – dwa lata po wydaniu jednego ze swoich największych przebojów, „Folsom Prison Blues”. Nie był to jego jedyny występ dla więźniów, czego potwierdzeniem są dwa albumy „At Folsom Prison” z 1968 r. oraz „At San Quentin” z 1969 r. nagrane na żywo podczas koncertów w tytułowych zakładach karnych.

Co charakterystyczne, jak wskazywał Danny Robins w artykule dla BBC: „Dla przeciętnego odbiorcy słuchanie jednego z więziennych albumów Casha, z utworami o więziennym życiu, przeplatanymi krzykami osadzonych, komunikatami strażników oraz stukaniem kluczy, było przeniesieniem do świata, który przedtem był szerzej nieznany lub ignorowany”.

W tamtym czasie system więziennictwa w USA był w złym stanie, szczególnie w Arkansas, co przytacza Robins we wspomnianym artykule. Więzienia nie służyły resocjalizacji, lecz były treningami w stawaniu się „lepszym” kryminalistą. Nad więźniami znęcano się fizycznie i seksualnie, torturowano ich, żyli w złych warunkach, a co więcej system przewidywał, że nadzorem nad osadzonymi zajmowali się…inni osadzeni. I do tego świata wszedł Johnny Cash, cały na czarno.

Na konieczność reformy penitencjarnej zwracał uwagę nie tylko swą działalność muzyczną, choć ta pozostawała kluczowa. Podczas jednego z koncertów więziennych zapowiedział, że przekaże 5000$ na budowę kaplicy tamże. Jednocześnie w sprawie kaplicy zwrócił się publicznie do ówczesnego gubernatora Arkansas Winthropa Rockefellera, aby ten także dołożył się do inwestycji.

W sprawie reformy systemu więziennictwa wystąpił przed Senatem USA, a po wygłoszeniu swego stanowiska spotkał się z ówczesnym Prezydentem USA Nixonem.  Skupiał się głównie na poprawie warunków życia więźniów oraz położeniu większego nacisku na resocjalizację.

W 2000 r. w adaptacji utworu Nicka Cave’a i Micka Harveya „The Mercy Seat” odnajdujemy jego sprzeciw wobec kary śmierci opierający się na możliwości skazania niewinnej osoby na niemającą odwrotu karę. Jak wskazuje David K. Johnson, autor tekstu „Johnny Cash, Prison Reform and Capital Punishment”, Cash miał potwierdzić w wywiadzie, że był to jego sposób uderzenia w karę śmierci.

Choć Cash katolikiem nie był, to jego podejście do osadzonych, systemu więziennictwa i dopuszczalności kary śmierci wydaje się na wskroś katolickie. Zwrócenie uwagi na zdarzenia mające miejsce w zakładach karnych, warunki, w jakich więźniowie żyją, ale także, a może przede wszystkim, odwiedzanie ich i koncertowanie dla nich, znakomicie wpisuje się w tzw. piąty uczynek miłosierny względem ciała.

Natomiast, występując przeciwko karze śmierci, podążał za nauczaniem podjętym przez papieża Jana Pawła II, nawet jeśli robił nieświadomie i argumentował swój sprzeciw w inny sposób.

Grzeszących upominać

Jednym z największych szlagierów Casha jest niewątpliwie piosenka „Cry, Cry, Cry”. Jej koncept sprawia, że nie wiadomo, czy to my słuchamy piosenki, czy ona słucha naszych czasów.

Cash w utworze tym zwracał szczególną uwagę na rozpacz, która prędzej czy później musi pojawić się u osoby prowadzącej się rozwiąźle w etapach życia poprzedzających starość. Nieumiejętność zachowania wierności w związku dającym prawdziwą miłość i troskę, a zamiast tego oddawanie się krótkoterminowym uciechom i żądzom, wchodzenie w liczne relacje ze „sponsorami”, skończy się w wieku dojrzałym nieuniknioną samotnością.

Gdy nadejdzie refleksja, że warto byłoby wrócić do osoby dającej stabilność i opiekę, będzie już za późno. Na starość trzeba będzie ponieść brzemię hedonizmu i kłamstw skazujących na „płacz, płacz, płacz”. Współcześnie, gdy rozpad więzi społecznych oraz romantycznych jest tak wszechogarniający, utwór ten musimy potraktować jako niewysłuchaną przestrogę sprzed 70 lat.

Pomimo tego, zejście ze złej drogi dostatecznie wcześnie, najlepiej jak najszybciej, zwiększa szansę na starość z ukochaną osobą. Pokazuje to sama historia Casha, który ze swoją (drugą) żoną, June pozostawał w małżeństwie, aż do jej śmierci, przez 35 lat. I choć bezpośrednią przyczyną śmierci Man in Black były powikłania związane z cukrzycą, to fakt, że zmarł cztery miesiące po June, nie wydaje się bez znaczenia.

Jak podaje portal „People”, córka Casha z pierwszego związku, Rosseanne, stwierdziła, że Cash był zdruzgotany po śmierci żony i razem z pozostałymi jego potomkami zgodnie uznali, że „długo bez niej nie wytrzyma” – mieli rację.

Wydany już po jego śmierci teledysk „God’s Gonna Cut You Down”, w którym wystąpili m.in. Johnny Depp, Sheryl Crow, Sharon Stone, Bono, Jay-Z, czy Ye, jest swego rodzaju podwójnym upomnieniem. Nie dość, że wskazuje na nieuchronność Sądu Bożego i ukrócenie przez Niego występków, to również wzywa nas do upominania innych błądzących. „Idź powiedzieć temu kłamcy, idź powiedzieć temu nocnemu jeźdźcowi, idź powiedzieć wędrowcowi, hazardziście, obmówcy – prędzej czy później Bóg cię ukróci”[tłumaczenie własne].

Jest w tym utworze coś, co przypomina o nieuchronnej śmierci czy końcu czasów. Wezwanie, że mamy przygotowywać siebie i innych na apokalipsę, w zasadzie już teraz, może wprowadzać niepokój. Mimo tego utwór nie pozostawia słuchacza jedynie ze strachem, lecz zapewnia o obecności Boga. Rozmawiając z „Mężczyzną z Galilei”, wsłuchując się w Jego słodki głos, w zasadzie każdy może usłyszeć, ten sam przekaz: „Idź i czyń Moją wolę”.

Strapionych pocieszać

Niezwykle ważne dla twórczości Casha jest zwrócenie uwagi na możliwość nawrócenia, którego sam doświadczył. I tak nadzieję na osobistą relację z Jezusem w doczesnym życiu pozostawił nam w interpretacji utworu Depeche Mode „Personal Jesus”, gdzie Jezus jest Kimś jak najbardziej osobowym, czy wręcz osobistym.

Na przejście ze świata drogi ciężkiej i stromej, przez Jordan, do miejsca spotkania z bliskimi, gdzie nie ma chorób, muzyk wskazywał w utworze „Wayfaring Stranger”. Na zmartwychwstanie w utworze „Ain’t No Grave”, gdzie Cash oznajmia, że nie ma takiego grobu, który może „utrzymać jego ciało”, gdyż śmierć ciała jest zjawiskiem tymczasowym.

Balansując na granicy śmierci 

Jak blisko Man in Black był dołączenia do Klubu 27 i sytuacji, kiedy to jego najbliżsi nosiliby czerń dla niego, możemy jedynie domniemywać Choć stwierdzenie, że Cash był o krok od śmierci, nie jest przesadą. Jak sam wspomina w swojej autobiografii: „Ktoś zaczyna brać prochy, lecz potem prochy zaczynają brać jego. To właśnie przytrafiło się mnie”.

Muzyk podzielił się także typowymi dla osób uzależnionych racjonalizacjami zażywania środków odurzających, które sam stosował. Skoro człowiek czuje się po nich dobrze, to jak mogę być złe? Pojawia się też wątek religijny: „Bóg je stworzył; muszą być najlepszą rzeczą na świecie”.

Pierwszy raz Cash dostał zastrzyk z morfiny, gdy trafił do szpitala w wieku około jedenastu lat. Choć wspominał, że wrażenie natychmiastowo odjętego bólu zrobiło na nim ogromne wrażenie, to przez kolejne lata nie miał z takimi środkami kontaktu. Amfetaminę pierwszy raz wziął w 1957 r. podczas trasy koncertowej.  Od tamtego momentu  zaczęło toczyć się błędne koło zażywania „pigułek”, które ciągnęło się przez dekady – z okresami trzeźwości – aż po lata dziewięćdziesiąte.

Jak wspominał syn Casha: „Jest takie przeświadczenie, że moja matka (June) ratuje ojca w 1968 i po tym wszystko jest usłane różami. A to nieprawda. W latach 80. i 90. było tyle samo zmagań, co w 60.. Były po prostu inne używki”.

Zażywanie amfetaminy garściami powodowało u Casha drgawki. , Żeby je wyeliminować, brał barbiturany. Zabijało to wszelkie dziedziny jego życia. Przez narkotyki tracił głos, który był jego głównym narzędziem pracy. Odwoływał koncerty i nagrania w studiu.

W końcu podjął próbę samobójczą w jaskini Nickajack w 1967 r. – chciał celowo zgubić się w niej, jak wielu wcześniejszych amatorów przygód, do których szczątków zamierzał dołączyć. Jednak czołgając się po jaskini, jak pisał przyszła do niego następująca refleksja: „Myślałem, że Go opuściłem, ale On nie opuścił mnie. […] spłynęły na mnie absolutny spokój, jasność i trzeźwość […] mój umysł zaczął skupiać się na Bogu”.

Można powiedzieć, że to historia, jak wiele innych dotyczących osób uzależnionych – Bóg pomógł mu wyjść z dna, dosłownie i w przenośni, człowiekowi, który zrozumiał w tej ciemnej jaskini, że „miałem umrzeć w czasie wyznaczonym przez Boga, nie przeze mnie”.

***

O Cashu można powiedzieć wiele, także złego, lecz nie to, że wstydził się swojej wiary. Nawet jeżeli dla przemysłu muzycznego lat 70. południowy baptyzm, w którym został wychowany, był, jak to ujął „The Guardian”, „żenujący”, a jego chrześcijańskie albumy były postrzegane jako „pełne domowych kazań i prowincjonalnych banialuk”.

Nie zniechęcało to pewnie przesadnie Casha, który od lat 70. pojawił się na Krucjatach Ewangelizacyjnych aż 30 razy. Warto dodać, że krucjaty odbywały się na ogromną skalę – łącznie pastor Graham zorganizował ich 417, a liczbę słuchaczy jego kazań szacuje się na 2,2 miliarda.

Johnny Cash może więc być obecnie symbolem tego, że w zlaicyzowanej przestrzeni publicznej nadal można być wiernym swoim chrześcijańskim wartościom, nie wstydzić się ich, a co więcej, promować je i aktywnie o ich realizację zabiegać.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.