Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Projekt nowej konstytucji. Jedna kadencja Prezydenta RP oraz zastąpienie Senatu izbą wybieraną częściowo przez losowanie

przeczytanie zajmie 20 min
Projekt nowej konstytucji. Jedna kadencja Prezydenta RP oraz zastąpienie Senatu izbą wybieraną częściowo przez losowanie Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Czas zrozumieć paradoksalne emocje, które stoją za „zwrotem populistycznym”. To z jednej strony tęsknota za silną władzą, a z drugiej – lęk przed jej nadużywaniem względem obywateli. Przyszła polska konstytucja powinna przekształcić te odruchy w pierwiastki twórcze: narodowo-państwową sprawczość i gwarancje wolności pozytywnej. Dlatego potrzebujemy silnej, jednokadencyjnej i odpartyjnionej prezydentury, słabszego weta i nowej prerogatywy głowy państwa. Proponujemy ustawy organiczne i zastąpienie Senatu nową izbą, która połączy żywioł demokratyczny z arystokratycznym. Przede wszystkim jednak powinniśmy sprawić, że instancją odwoławczą, która rozstrzyga konflikty między politykami lub organami władzy, będzie Naród.

Siła i wolność, czyli zaskakująco aktualne hasło

Gdy u schyłku II Rzeczypospolitej swój manifest programowy ogłaszał zespół redagowanej przez Jerzego Giedroycia „Polityki” za naczelną ambicję w zakresie ustroju politycznego uczynił hasło „pogodzenia ideałów siły i wolności”. Tamto wystąpienie programowe osadzone było w raczej ponurym kontekście.

Z jednej strony degenerował się autorytaryzm sanacyjny. „Ideowi realiści” skupieni wokół Giedroycia może go nie afirmowali, ale akceptowali jako zastaną rzeczywistość i chcieli dostrzegać w nim istotne, negatywnie zweryfikowane przez historię, przewagi.

Na gruncie konstytucji kwietniowej próbowali szukać ram do ucywilizowania dyktatury (po)piłsudczykowskiej, przestrzeni do otwarcia się aparatu państwowego na oddolną inicjatywę obywateli oraz możliwości zwiększenia podmiotowości młodego państwa.

Z drugiej strony sytuacja geopolityczna kazała kłaść największy nacisk na gwarantowanie suwerenności państwa. Z uwagi na czyhające zagrożenia sąsiednich, nabierających zuchwałości totalitaryzmów w dużym stopniu koncentrowano się na wyjęciu spod wpływów zmiennej opinii publicznej dwóch obszarów polityki państwa: polityki zagranicznej i armii.

Ówczesne konteksty, mimo pewnych podobieństw do dzisiejszych kryzysów i zagrożeń, trącą anachronizmem. Jednocześnie hasło je spinające wydaje się uderzająco aktualne, być może nawet  bardziej adekwatne niż wówczas.

Postulaty siły państwa i narodu rzeczywiście cieszyły się w ówczesnej Europie popularnością. Próżno szukać jednak satysfakcjonujących przykładów stawiania wolności w centrum refleksji politycznej i przedmiotu państwowej ambicji.

Dziś tymczasem „siła i wolność” brzmi niczym slogan międzynarodowego fenomenu, który zwykło nazywać się „zwrotem populistycznym”. Zbitka ta śmiało mogłaby robić za hasło ruchu MAGA i jego europejskich wariacji.

Podstawowym podłożem kryzysu zaufania do dzisiejszych demokracji liberalnych zdaje się, nieco podobnie jak w poprzednim dwudziestoleciu, tęsknota za silną, zdeterminowaną i skuteczną jednostką na czele wspólnoty politycznej.

Wyborcy odrzucają „rozmemłanie” deliberatywnych demokracji. Nie darzą estymą polityków oglądających się na opinie organów międzynarodowych i ciał pośredniczących. Oczekują od liderów zdolności do przeciwstawiania się zewnętrznym i wewnętrznym grupom interesu i przełamywania rozmaitych „imposybilizmów”. Chcą efektów: bez oglądania się na procedury, uwarunkowania międzynarodowe czy tzw. poprawność polityczną.

Równolegle jednak podglebiem „zwrotu populistycznego” jest indywidualistycznie pojmowana wolność negatywna. Obywatele Zachodu nie lubią regulacji, które dotyczą ich osobiście.

Szczególnie emocjonalnie odrzuca się to prawo, które wpływa na codzienne życie: zdrowie, transport, edukację, miejsce zamieszkania. Nieufnie patrzy się na wszelkie podatki, nawet gdy dotykać mają najbogatszych czy wielki biznes, a nie „klasę ludową”.

„Wolnościowe” podglebie „zwrotu populistycznego” nie sprowadza się jedynie do sprzeciwu względem konkretnych praw i danin. Przenika również głęboko narrację jego zwolenników, podszytą marzeniami o narodowym samostanowieniu i indywidualnym samodecydowaniu.

Tak rozumiana wolność pozwala zdefiniować wroga. Jest nim ten, kto próbuje narzucać swoją wizję świata i ograniczać prawo decyzji i wyboru. Tak wrogami buntujących wyborców stały się: rządy centralne; niepochodzący z demokratycznego wyboru aktorzy polityczni: agencje rządowe, organizacje międzynarodowe, sądy konstytucyjne; wpływowe grupy interesu; media; niektóre wielkie korporacje.

W skrócie – wrogiem są elity, które chcą innym narzucać sposób życia. Postrzegani jako populistyczni liderzy mają być silni właśnie po to, by chronić przed nimi wolność. To sprzężenie czyni „siłę i wolność” hasłem tak aktualnym.

Pogodzić trzy sprawczości, czyli jak przekroczyć „zwrot populistyczny”

Tak definiowane „siła i wolność” mają wektor negatywny. Wolność w tym ujęciu jest wyraźnie liberalnie definiowaną „wolnością od”, a nie republikańską i bazującą na cnocie „wolnością do”. Siła nie ma służyć określonej polityce i realizacji programu. Zwykle oznacza dyspozycję do skutecznego blokowania polityki i programu, które przez demosy są odrzucane.

Wnioski z tego wyciągnąć powinniśmy w debacie ustrojowej. Propozycje korekty polskiego systemu politycznego muszą bazować na realistycznym rozpoznaniu powyższych negatywnych intuicji. Jednocześnie powinny prowadzić do  przekształcenia żywiołów w siły twórcze, rozwojowe i ambitne.

Wolność negatywną powinna zastąpić ta pozytywna: do realizowania ambitnej polityki, dynamicznej gospodarki, budowy sprawnego państwa, żywotnego społeczeństwa. Siłę rozumianą jako zdolność do blokowania zakusów kwestionowanych elit – sprawczość narodu politycznego i rządzonego przez nie państwa do realizowania swoich ambicji i celów.

Słowo „sprawczość” niesłusznie bywa dziś w debacie politycznej utożsamiane z nagą siłą, gotowością „dowożenia” bez oglądania się na okoliczności i kontrargumenty, brakiem zależności od czynników zewnętrznych. Tymczasem, jak uświadamia nam lektura niedawnego eseju Rafała Matyi na łamach „Polityki Insight”, sprawczość to coś więcej niż proste przeciwieństwo „słabości”.

Autor Konserwatyzmu po komunizmie trafnie zwraca w nim uwagę na trzy równoległe, ale i poniekąd dopełniające się polityczne konteksty, w których dotąd „sprawczość” definiowano.

Pierwszym jest długa tradycja poszukiwania metod przezwyciężania słabości polskiego państwa i charakteru narodowego, który w naturalny sposób Matyja utożsamia ze szkołą polityczno-historyczną krakowskich Stańczyków. Do niej zresztą wprost odwoływali się najważniejsi myśliciele przedwojennego „Buntu Młodych” i „Polityki”.

Drugim – jest rozumienie jej w sposób analogiczny do siły w retoryce i praktyce „zwrotu populistycznego”, co omówiliśmy powyżej. Trzeci wymiar myślenia o sprawczości wedle Matyi „dotyczy pewnego technicznego namysłu nad skutecznością władzy publicznej i jej bezradnością wobec istotnych procesów i wyzwań”. W nim autor upatruje tego, co przekracza banalną siłę. Z tą wizją sprawczości w zrozumiały sposób Matyja  najbardziej sympatyzuje, dostrzegając w niej chęć przekroczenia półperyferyjnego statusu III RP.

„Nadal jednak nie umiemy tego, czego inni uczyli się 100-150 lat temu: długofalowego planowania, gromadzenia strategicznych zasobów, skutecznego definiowania własnego interesu, wytyczania hierarchii celów i trzymania się jej w obliczu presji doraźnych” – zwraca uwagę.

W swoim eseju Matyja sufluje potrzebę połączenia „pierwszej” – a więc historycznej, krytycznej, „stańczykowskiej” – tęsknoty za sprawczością z tą trzecią: umownie „technokratyczną”, osadzoną w poczuciu deficytu myślenia strategicznego i podmiotowego definiowania celów.

Rozważania podsumowuje wezwaniem, by „nie oddawać sprawczości populistom”. Przekonuje, że może być ona sensownym źródłem demokratycznej legitymizacji i, co w tym kontekście szczególnie istotne, „nie stawia krajów demokratycznych na przegranych pozycjach w światowej rywalizacji”.

Postulaty autora Wyjścia awaryjnego są słuszne, ale brakuje im postawienia „kropki nad i”. Kluczowe wydaje się takie opowiedzenie o sprawczości, które odpowie również na zapotrzebowanie stojące za jej umownie „populistycznym rozumieniem”, pragnieniem „siły i wolności”.

Tak rozumiana sprawczość oznaczać powinna system polityczny, który sprzyja i multiplikuje skuteczność władzy, gdy ta realizuje politykę o dużej społecznej legitymizacji, a chroni przed władzą, gdy ta przekracza demokratyczny mandat.

Dopiero w ten sposób sprawczość może stać się atrakcyjnym orężem w ręku tych, którym przychodzi konfrontować się z oczekiwaniami demosów w chwili „zwrotu populistycznego”, bez względu na to z której strony ideowego spektrum są z nimi konfrontowani.

W Konstytucji potrzebujemy innowacji, a nie jednostronnego rozstrzygnięcia starych sporów

W oparciu o tę diagnozę spróbujmy zaproponować cztery konkretne mechanizmy korekty polskiego ustroju politycznego, które pozwoliłyby „pogodzić ideały sprawczości i wolności”. Nie będzie to kompleksowa wizja nowego ustroju, ale raczej kilka mniej lub bardziej innowacyjnych propozycji, które przekraczają rytualne spory, jakie zwykło się w Polsce toczyć na gruncie debaty konstytucyjnej.

Pierwszą potrzebą refleksji ustrojowej w Polsce nie jest bowiem wybór między modelem prezydenckim lub kanclerskim, zmniejszenie liczby parlamentarzystów ani spór o Invocatio Dei. Najpilniejszym wyzwaniem jest zaproponowanie takich instytucji politycznych, które realnie odpowiadają na potrzeby wyborców, którzy buntują się przeciwko dotychczasowemu kształtowi zachodniej demokracji liberalnej.

Wszystkie zaproponowane rozwiązania odpowiadają na trzy podstawowe intuicje:

  1. Wzmacniają czynnik obywatelski względem partyjnych, medialnych i technokratycznych oligarchii. Dają obywatelom przestrzeń do zatwierdzania kluczowych decyzji i kierunków politycznych, ale też prawo weta, gdy władza chce wykroczyć poza otrzymany w wyborach mandat. Otwierają przestrzeń ku temu, by obywatele sami przedkładali swoje propozycje rozwiązań, kiedy nie są usatysfakcjonowani propozycjami swoich politycznych reprezentantów.
  2. Zachęcają do długoterminowego planowania i trwałości kluczowych rozwiązań. Tworzą ramy instytucjonalizacji politycznych konsensów ponad podziałami oraz umacniają mandat do realizowania polityki akceptowalnej przez opinię publiczną. Zniechęcają do praktykowania politycznego „dojutrkizmu” – tyranii polityki kreowanej z perspektywy jednej kadencji i najbliższych wyborów.
  3. Premiują współpracę organów władzy i środowisk politycznych. Tworzą mechanizmy polityczne oparte o rzeczywisty kompromis: sytuację, w której żadna ze stron nie jest w pełni usatysfakcjonowana, ale każda jest gotowa zaakceptować wynegocjowane porozumienie. Osłabiają dominujące dziś mechanizmy, które czynią konflikt partyjny czy instytucjonalny źródłem politycznej popularności.

Prezydent RP: jedna kadencja, słabsze weto, nowa prerogatywa

W zakresie władzy wykonawczej proponujemy co do zasady utrzymanie dwugłowego charakteru polskiej egzekutywy. Podział kompetencji pomiędzy władzę Rady Ministrów i Prezydenta RP jest swoistym, oryginalnym polskim modelem checks and balances.

Odpowiada na specyficzną dla polskiej tradycji politycznej obawę przed absolutum dominium. By model ten był jednak nie tylko źródłem wzajemnego kontrolowania się organów władzy, ale i źródłem konsekwentnej i sprawczej polityki, powinniśmy uwolnić Prezydenta RP od czynników partyjnych.

Po pierwsze zatem należałoby wprowadzić prezydenturę jednokadencyjną, wydłużoną do 7 lub 8 lat. Prezydent wciąż pochodziłby z bezpośredniego wyboru obywateli.

Po drugie, kończący kadencję Prezydent powinien objęty być zakazem pełnienia wszelkich funkcji publicznych i partyjnych po zakończeniu urzędu przy jednoczesnym pełnieniu dożywotnio mandatu członka Izby Obywatelsko-Państwowej (szczegóły w jednym z kolejnych punktów).

Te dwie zmiany uwolniłyby głowę państwa od pokusy zaangażowania w bieżącą rywalizację partyjną, osłabiając potrzebę budowy kapitału politycznego na kolejne wybory prezydenckie lub dalszą karierę po zakończeniu pełnienia najwyższego urzędu w Rzeczypospolitej.

Po trzecie, w pewnym zakresie ograniczyć należy prawo prezydenckiego weta. W oczywisty sposób nie powinno przysługiwać względem ustaw organicznych (szczegóły w jednym z kolejnych punktów). Wymagana do ich uchwalenia większość byłaby wszak równa tej, która dziś potrzebna jest do odrzucenia prezydenckiego weta.

Co jednak bardziej rewolucyjne, Sejm powinien w przypadku „zwykłych ustaw” otrzymać – obok dzisiejszego prawa odrzucania weta większością 3/5 – prawo kierowania prezydenckiego weta pod referendum większością 231 posłów.

Po czwarte, proponujemy również „drugą stronę” tej samej monety, a więc nową prezydencką prerogatywę. Głowa państwa powinna otrzymać prawo kierowania ustaw – tak zwykłych, jak i organicznych – pod referendum.

Podsumowując: prezydent dysponowałby słabszą władzą wetowania. Weto nie mogłoby dotykać najważniejszych ustaw uchwalonych ponadstandardową większością oraz byłoby ograniczone perspektywą poddania go pod referendum. Jednocześnie także władza większości rządowej musiałaby obawiać się znacznie częstszego poddawania propozycji legislacyjnych pod obywatelską kontrolę.

W efekcie – główny obszar „konfrontacji” dwóch części władzy wykonawczej w procesie legislacyjnym pozostawiony zostałby do rozstrzygnięcia czynnikowi demokratycznemu. Ta perspektywa powinna skłonić obie strony do bardziej akceptowalnych społecznie posunięć.

Częstsze powinny być negocjacje pomiędzy ośrodkami władzy na etapie legislacyjnym, a co kluczowe: większa ich skłonność do poszukiwania akceptowalnego obustronnie kompromisu. Perspektywa „demokratycznej weryfikacji” powinna skłaniać tak Prezydenta, jak i większość sejmowo-rządową do znajdywania rozwiązań szeroko akceptowalnych – referendum bowiem zawsze jest ryzykiem. Polityczny koszt przegranego przez którąkolwiek ze stron referendum mógłby być zaś druzgocący.

Co zaś najważniejsze – oba centra władzy wykonawczej w mniejszym stopniu powinny koncentrować się na blokowaniu czy negowaniu poczynań ośrodka konkurencyjnego, a w większym na poszukiwanie politycznego modus vivendi.

Polityczna skuteczność mierzona byłaby zdolnością do przeprowadzenia kompromisowych rozwiązań i osiągnięcia swoich celów w dialogu, a nie licytacją na weta – bez względu na to, czy wyrażają „negatywną sprawczość” prezydenta, czy mają być usprawiedliwieniem jej braku w obozie rządzącym.      

Sejm: ustawy organiczne, ponadpartyjne strategie i nominacje większością 3/5

Drugą kluczową korektą dzisiejszego porządku ustrojowego byłoby wprowadzenie do porządku prawnego ustaw organicznych.

To ustawy, do których uchwalenia niezbędna byłaby większość kwalifikowana 3/5 głosów, a następnie zgoda – bez poprawek – Izby Obywatelsko-Państwowej (opisana dalej). Jak już wspomniano ustaw takich nie mógłby wetować Prezydent RP, ale mogłyby one zostać na jego wniosek poddawane pod referendum.

Konstytucja powinna jasno określić typ przepisów, które musiałyby być uchwalane tą drogą. Proponujemy, by wymóg ów ograniczał się głównie do ustaw o charakterze ustrojowym i politycznym. Katalog objąć powinien prawo regulujące:

  1. zasady rywalizacji politycznej (np. ordynacja wyborcza; prawo o partiach politycznych; prawo o finansowaniu polityki; prawo o referendach i obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej;)
  2. funkcjonowanie władzy sądowniczej (ustrój sądów powszechnych i wojskowych; ustawy o KRS, TK, SN, NSA;)
  3. podstawowe zasady funkcjonowania mediów (prawo prasowe i teleinformatyczne; ustawy o Radzie Mediów Narodowych / Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji; przepisy karne i cywilne dot. wolności słowa;)
  4. podstawowe zasady aktywności obywatelskiej (w szczególności przepisy o stowarzyszeniach i fundacjach;),
  5. funkcjonowanie najważniejszych organów konstytucyjnych takich jak Rzecznik Praw Obywatelskich, Najwyższa Izba Kontroli czy Narodowy Bank Polski.

Do rozważenia i dyskusji pozostawmy, czy podobnymi wymogami nie należałoby objąć jeszcze trzech nieco innych, choć równie fundamentalnych obszarów rzeczywistości. Po pierwsze, to obszar kodeksów: cywilnych, karnych, proceduralnych etc.

Po drugie, to obszar podatkowy. Po trzecie – zagadnienia związane z organizacją funkcjonowania edukacji. To w tym obszarze polityki publicznej rewolucje „co kadencje” wydają się być najbardziej szkodliwe i dotkliwe dla milionów uczniów, ich rodziców i pracowników oświaty.

Zmiana taka powinna przynieść większą stabilność podstawowych ram funkcjonowania państwa. Wymuszałaby ich regulowanie w szerszym niż standardowy konsensie politycznym. Obszary objęte wymogiem sankcjonowania ustawami organicznymi poniekąd wyjęte zostałyby z typowego, partyjnego sporu, bo nie mogłyby być zmieniane co kadencję, przez zwykłą większość parlamentarną.

Zaproponować można by również pewne dodatkowe gwarancje trwałości takich kompromisów. Przykładowo mogłoby nim być uznanie, że ustawy organiczne nie powinny być, poza wyjątkowymi sytuacjami wymagającymi osobnych zasad (np. jeszcze większej większości kwalifikowanej) zmieniane częściej niż przed dekadę. W efekcie w najważniejszych tematach energia rządzących skierowana zostałaby na skuteczną egzekucję obowiązującego prawa i działanie w ramach rozpisanych na dłuższy czas strategii, a nie poszukiwaniu rozwiązań przez nieustanne próby zmiany prawa.

Dodatkowo rozważyć należy konstytucjonalizację pewnego rodzaju pozaustawowych porozumień ponadpartyjnych, na wzór stosowanych choćby w części państw skandynawskich i bałtyckich. Mogłyby one przybierać kształt ponadpartyjnych sejmowych uchwał zatwierdzających wybrane strategie państwowe wiążące kolejne rządy w kluczowych tematach: takich jak choćby realizacja najważniejszych inwestycji infrastrukturalnych, scenariusza transformacji energetycznej ku energetyce jądrowej czy programu zbrojeń.

Rozwiązanie takie pozwalałoby realizować strategiczne cele, które przekraczają horyzont jednej parlamentarnej kadencji. Jednocześnie zwiększałyby wiarygodność Polski w relacjach z partnerami międzynarodowymi, ale i redukowały podatność klasy politycznej do bycia rozgrywanym np. przez lobbing zagranicznych koncernów.  

Dopełniając pakiet „konsensualny” w Sejmie ustanowić należałoby jako zasadę, że funkcje kreacyjne Sejmu realizowane są również większością 3/5. Ten wymóg powinien dotyczyć w szczególności: prezesów NIK i NBP, członków Krajowej Rady Sądownictwa i Trybunału Konstytucyjnego, Rzecznika Praw Obywatelskich i ew. pozostałych rzeczników, członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji etc.

Izba Obywatelsko-Państwowa: demokratyczno-arystokratyczny wentyl bezpieczeństwa  

Kolejny postulat przewiduje zastąpienie dzisiejszego Senatu Izbą Obywatelsko-Państwową. Powinna składać się z dwóch grup: demokratycznej i arystokratycznej. Grupa „demokratyczna” nie ma pochodzić z wyboru, lecz zgodnie z antyczną tradycją demokracji ateńskiej i dzisiejszą praktyką zyskujących popularność paneli obywatelskich… z losowania.

Byłoby to grono 100 osób wylosowanych na cztery lata spośród wszystkich obywateli, w sposób odzwierciedlający demograficzny kształt polskiej wspólnoty politycznej,. Pełniliby rolę „Polski w pigułce”, stałego i zinstytucjonalizowanego pierwiastka „zwykłych ludzi” w systemie politycznym.

Grupa „arystokratyczna” byłaby znacznie mniejsza. Składać powinna się w logice wirylistycznej z byłych Prezydentów RP, Rzeczników Praw Obywatelskich, prezesów Najwyższej Izby Kontroli i prezesów Narodowego Banku Polskiego. Grono to nie będzie zapewne w praktyce przekraczać kilkunastu lub dwudziestu kilku osób.

Rolą tych członków Izby byłoby prezentowanie w jej pracach bardziej państwowo-politycznej optyki mniej doświadczonym obywatelom. Jednocześnie waga głosu każdego z jej reprezentantów w decyzjach izby byłaby identyczna, jak członków z klucza demokratycznego (losowego).

Tak ułożona Izba miałaby inne funkcje, niż dzisiejszy Senat RP. Nie byłoby jej zadaniem przegłosowywanie lub korygowanie wszystkich ustaw, ale zatwierdzanie najważniejszych z nich i ingerowanie, gdy naturalne mechanizmy ustawodawcze, decyzyjne i polityczne nie działają.

Po pierwsze, rolą Izby byłoby zatwierdzanie lub odrzucanie, zwykłą większością głosów i bez możliwości zgłaszania poprawek, ustaw organicznych opisanych w poprzednim punkcie.

Po drugie, jej zadaniem byłoby podejmowanie – na podstawie kandydatur zgłoszonych wcześniej na szczeblu sejmowym – wyborów na funkcje państwowe, w których nie udało się w Sejmie zbudować kompromisu obejmującego 3/5 posłów. Tym samym uniknęlibyśmy ryzyka obstrukcji przy poszukiwaniu wymaganej w Sejmie większości.

Po trzecie, rolą izby byłoby rozpatrywanie wniosków o referendum (innych niż te w drodze procesu legislacyjnego: odnośnie do ustawy przedłożonej Prezydentowi lub poddania przez Sejm pod głosowanie prezydenckiego weta) Prezydenta RP, Rady Ministrów i Sejmu.

A następnie, na podstawie wskazanych przez nich (a także przez obywateli, choć takie referendum po zebraniu 1 000 000 elektronicznych podpisów powinno być obligatoryjne, bez dodatkowej zgody) opracowywania dosłownego brzmienia pytań i kształtu karty referendalnej.

Chodzi o to, by uwolnić istotniejsze niż dotąd inicjatywy referendalne od ryzyka nadto sugestywnych, plebicyscytarnych lub manipulacyjnych, ale też potencjalnie niezrozumiałych dla szeregowych obywateli pytań. Przy okazji wyeliminujemy absurd dzisiejszej ścieżki rozpisywania referendów.

Obecnie co do zasady są one możliwe jedynie w sytuacji, w której z jakiegoś powodu Sejm chce pozbawić się swej domniemanej kompetencji do rozstrzygnięcia danej kwestii drogą ustawową. Niestety, żadna władza naturalnie i samoistnie się nie ogranicza.

Dlatego właśnie dzisiejsza niechęć do rozpisywania referendów lub ewentualnie traktowanie ich jedynie jako utylitarnego „wyborczego gadżetu” nie może dziwić. Jest skutkiem, a nie wypaczeniem przyjętych przez ustrojodawcę rozwiązań.

Tymczasem nowa Izba, poza ustawami organicznymi, nie będzie posiadać istotnej roli w procesie legislacyjnym. Jej decyzja o rozpisaniu referendum nie będzie wymagała od jej członków cnoty samoograniczenia.

Jednocześnie członkowie Izby nie będą reprezentowali punktu widzenia partyjnego, ale raczej „milczącą większość” pozostających poza radykalną polaryzacją Polaków. Będzie więc idealnym gremium, by pomysły referendalne oceniać bezstronnie i dopracowywać je bez ukrytych intencji.

Po czwarte, Izba wyposażona powinna być w inicjatywę ustawodawczą zarówno w obszarze ustaw zwykłych, jak i organicznych. W naturalny sposób to ona powinna wypełniać rolę inicjatorów kompromisu w imię dobra wspólnego, gdy determinacji do budowy kompromisu brakować będzie w upartyjnionym Sejmie.

Dodatkowo, Izba łącząca walory oddolności i doświadczenia państwowego powinna też być naturalnym pasem transmisyjnym dla zewnętrznych inicjatyw legislacyjnych, wywodzących się wprost od obywateli, środowisk eksperckich czy organizacji społecznych. Powinna stać się gospodarzem konstytucyjnego prawa do petycji w zakresie prawodawstwa, które w praktyce dzisiejszego parlamentu bliskie jest pozorności.

Taki wentyl bezpieczeństwa zwiększałby podmiotowość społeczeństwa obywatelskiego w kreowaniu polityki państwowej i nie pozwalał na tak proste ignorowanie artykułowanych oczekiwań, jakie jest możliwe w dzisiejszym kształcie polskiej demokracji przedstawicielskiej.

Oczywiście przyjęte przez Izbę projekty trafiałyby, podobnie jak dziś przedłożenia Senatu, do Sejmu, na dalszą standardową ścieżkę legislacyjną.

Ostatnie zdanie należy do Narodu

Każda z wyżej proponowanych korekt w jakimś trybie prowadzi do instytucji referendum. W przypadku Prezydenta – proponujemy wyposażyć go w nową prerogatywę w postaci kierowania ustaw pod głosowanie obywateli.

W przypadku Sejmu – miałby on prawo kierować prezydenckie weta pod bezpośredni demokratyczny osąd. Jedną z kluczowych ról Izby Obywatelsko-Państwowej byłoby z kolei rozpatrywanie wniosków o referendum i formułowanie brzmienia pytań w materii, która powinna zostać poddana rozstrzygnięciu.

To w oczywisty sposób wskazuje na kluczowy kierunek proponowanej korekty – potraktowania prawa obywateli do bezpośredniej decyzji w sposób co najmniej równorzędny z instytucjami demokracji przedstawicielskiej. Wbrew pozorom to nie rewolucja, ale wypełnienie ducha dzisiejszej Konstytucji na czele z jej art. 4.

Nie oznacza to jednak przekształcenia polskiego ustroju w państwo plebiscytarne. W proponowanym modelu referendum pełni kluczową rolę wówczas, gdy pozostałe kluczowe organy nie potrafią wypracować punktu równowagi. Najważniejszą konsekwencją proponowanych reform byłoby zatem zwiększenie skłonności tradycyjnej klasy politycznej do wypracowywania społecznie akceptowalnych kompromisów, a nie radykalna demokracja bezpośrednia na wzór szwajcarski.

Podsumujmy, jak działałoby to w praktyce. Jeśli między Prezydentem RP a większością rządową nie ma porozumienia w zakresie stanowienia prawa – rozstrzyga referendum. Gdy obywatele chcą sami oddolnie zaproponować rozstrzygnięcie jakiegoś problemu proponując referendum lub obywatelską ustawę – „gate keeperem” nie jest upartyjniony i spolaryzowany Sejm, ale nowa Izba łącząca pierwiastki reprezentacji zwykłych obywateli i doświadczonych państwowców. Również jeśli któraś z władz postuluje referendum w innej sprawie – o rozpisaniu nie decyduje ta władza, lecz postulowana nowa Izba.

Dla spójności systemu potrzebujemy jeszcze kilku korekt. Po pierwsze, dorocznego dnia referendalnego, by wszelkie głosowania kumulowane były jednorazowo, przy zredukowanych kosztach i szansie na kompleksową debatę. Po drugie, likwidacji progu ważności w referendum zgodnie z rekomendacjami Komisji Weneckiej.

Po trzecie, obligatoryjności referendum z inicjatywy obywateli, jeżeli podpisze się pod nim (z dopuszczeniem ścieżki elektronicznej) milion obywateli. Po czwarte, możliwości poddawania pod zatwierdzenie lub odrzucenie w referendum orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego – zarówno w zakresie zgodności ustaw z Konstytucją, jak i rozstrzygania sporów kompetencyjnych między organami władzy.

Ostatni z mechanizmów, dotyczący demokratycznej kontroli nad decyzjami TK, jakkolwiek wymaga osobnego gruntownego omówienia i dopracowania, nie jest wbrew pozorom obcy polskiej tradycji ustrojowej. W praktyce byłby nie tylko kolejną zachętą do konsensualnego rozwiązywania przez polityków najgorętszych konfliktów, ale i realną ścieżką wyjścia z kryzysu ustrojowego trwającego i pogłębiającego się od 2015 roku.

Momentu ustrojowego nie ma. To nie znaczy, że go nie będzie

Cztery powyższe korekty, przy wszystkich kontrowersjach związanych z ich mocno innowacyjnym i odstającym od dotychczasowej praktyki charakterem, aspirują do odbudowy republikańskiego charakteru polskiego ustroju.

Propozycja premiuje mechanizmy konsensualne. Pozwala koncentrować się władzy wykonawczej na realizowaniu długofalowych i zaakceptowanych ponadpartyjnie strategii, a nie na nieustannym zmienianiu legislacji i „wojnach pałaców”. Włącza obywateli w najważniejsze procesy decyzyjne. Upodmiotawia tę część opinii publicznej, która nie dała się wtłoczyć w plemienny charakter partyjnej polityki.

Finalnie prowadzić ma do ustroju, który odpowie na aspiracje, lęki i troski wyborców podważających dziś demoliberalne status quo. Tworzy ramy dla władzy silnej, sprawczej i konsekwentnej, gdy posiada demokratyczny mandat, ale też ograniczonej i kontrolowalnej, gdy próbuje go przekraczać. 

Niestety, radykalna polaryzacja polityczna, krytyczny poziom braku zaufania pomiędzy głównymi aktorami politycznymi i ustrojowymi oraz nakręcająca się spirala pogłębiania kryzysu ustrojowego czyni marzenia o resecie ustrojowym lub nowej Konstytucji coraz bardziej płonnymi.

W żadnym stopniu nie może to jednak zwalniać z obowiązku intelektualnej refleksji i merytorycznej pracy nad potencjalnymi ścieżkami budowy rządnej i demokratycznej Rzeczypospolitej. Rolą środowisk obywatelskich i propaństwowych jest tę refleksję animować i konkretyzować – w oczekiwaniu na niespodziewane okno możliwości.

Publikacja jest częścią projektu „Mocarstwo idei – Jerzy Giedroyc przedwojenny”  dofinansowanego ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra. Wielkie Rocznice”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich  przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.