Polska edukacja obniża loty od pandemii. Czego może nas nauczyć doświadczenie Anglii?
Polska znalazła się w „ścisłej czołówce UE” – tak premier Donald Tusk skomentował wyniki badania PISA 2025. Niestety, nasz dobry rezultat to iluzja: od wybuchu pandemii wypadamy coraz gorzej, osiągając najniższy poziom od czasów premiera Jerzego Buzka. Jak zatrzymać falę postępującego głupienia? Odpowiedzi powinniśmy szukać w Anglii.
Wczoraj opublikowano wyniki badania PISA 2025. Polska wypadła w nim stosunkowo dobrze. Nasi uczniowie zajęli piąte miejsce w Unii Europejskiej w naukach przyrodniczych i trzecie w czytaniu ze zrozumieniem. W matematyce z kolei ustąpiliśmy jedynie Estonii. Spośród 88 badanych krajów mieścimy się w czołowym kwintylu w każdym przedmiocie, wyprzedzając m.in. Niemcy i Francję.
Pochwały sypią się zewsząd. TVN24, chociażby, obwieścił w tytule, że Polska znalazła się w „ścisłej czołówce” UE, cytując premiera Donalda Tuska: „Mamy naprawdę powód, żeby się uśmiechnąć”.
Prawda jest jednak taka, że wypadliśmy gorzej niż w poprzedniej edycji badania, przekreślając dorobek ponad dwóch dekad postępu. Aby rozwiązać ten problem, powinniśmy przyjrzeć się krajom, które spadkowi się oparły.
Pandemia przerwała edukacyjny sen
PISA (Programme for International Student Assessment) to zdecydowanie najbardziej rygorystyczne badanie światowej oświaty. Co ok. trzy lata zbiera się w nim ogrom danych o piętnastolatkach z całego świata — a więc o młodzieży mniej więcej w wieku, w którym kończy się edukację na poziomie podstawowym — a sama analiza zebranych informacji zajmuje miesiące.
Gdyby Polska była uczniem, mogłaby tutaj liczyć na wyróżnienie za największe postępy. W latach 2000-2018 łączny wynik naszego państwa w PISA poprawił się bardziej niż w niemal jakimkolwiek innym kraju świata. Większy skok zanotowały tylko Peru i Albania — i to wyłącznie dlatego, że startowały z o wiele niższego poziomu.
A potem przyszła pandemia. W 2022 r. nasze wyniki runęły do poziomu nienotowanego od XX wieku.
Winowajca wydawał się oczywisty: zamknięte szkoły. Jak pisałem już wcześniej na łamach Dziennika Gazety Prawnej, w czasie pandemii wiele szkół działało wyłącznie zdalnie, nie prowadziło ewidencji, a części przedmiotów nie uczyło w ogóle. To zresztą tłumaczyłoby również, dlaczego podobne — choć nie aż tak dramatyczne — załamanie w wynikach dotknęło wtedy resztę świata.
Można by oczekiwać, że w 2025 r. wyniki się odbiją. Jest odwrotnie: są jeszcze gorsze niż w okresie lockdownu. Nie dość, że roztrwoniliśmy zyski z lat 2000-2018, to zakopaliśmy się w edukacyjnej zapaści jeszcze głębiej.
„Ścisła czołówka UE”? Nie jest tak kolorowo
Gdy zaczynał się lockdown, dzisiejsi piętnastolatkowie byli w czwartej i piątej klasie. Oczywiście jego dalekosiężne konsekwencje dla ich edukacji pozostały. Wypadałoby jednak przypuszczać, że przez lata, które minęły od jego zakończenia, uczniowie choć trochę nadrobią zaległości. Poza tym, utrzymujące się skutki pandemii w żaden sposób nie tłumaczą, dlaczego poziom naszej edukacji pogorszył się jeszcze bardziej już po zniesieniu obostrzeń.
Powód, dla którego wciąż jesteśmy, cytując Tuska, w „ścisłej czołówce” UE, jest taki, że niemal wszędzie indziej wyniki też się pogorszyły. Najdotkliwiej oberwała Łotwa: od 2022 r. łotewscy piętnastolatkowie stracili 93 punktów PISA, co odpowiada ponad półtora roku nauki.
Nieszczęście sąsiadów trudno jednak uznać za powód do świętowania. Faktem pozostaje, że w ciągu ostatnich siedmiu lat nasi uczniowie wrócili do wyników, jakie widzieliśmy ostatnio, gdy premierem był Jerzy Buzek, a dziesięcioprocentowa inflacja wydawała się niska. Skutków tego będą doświadczać przez całe życie: z powodu niższej produktywności zarobią o ponad 70 tys. zł mniej.
Trudno zaradzić jednak problemowi, która dotyka uczniów na całym świecie. Wyniki spadają w Europie, w Azji Wschodniej i w obu Amerykach.
Social media i AI ogłupiają?
Na problem składa się parę zjawisk. Twierdzenie, że nowe trendy psują młode pokolenie, jest co prawda sztampą, ale otumaniający wpływ mediów społecznościowych, smartfonów i zwłaszcza rolek jest dobrze udokumentowany. Najmocniej uderza on w zdolność koncentracji: jestem pewien, że Czytelnik sam zna ludzi, którzy nie potrafią obejrzeć filmu bez sięgnięcia po telefon albo słyszał o studentach, którzy nie są w stanie przeczytać jednej książki.
Media społecznościowe nie są zresztą ograniczone do dzieci, więc ucierpiała także inteligencja pełnoletnich — w szczególności nad Wisłą. Wyniki polskich dorosłych w czytaniu i liczeniu załamały się w ciągu ostatniej dekady: teraz nasi dorośli są pod tym względem najgorsi w całym OECD wraz z Portugalczykami i Chilijczykami.
Pozostaje jeszcze problem sztucznej inteligencji. Efekt poznawczego odciążenia jest dobrze opisany: kiedy masz pod ręką kalkulator, słabiej liczysz w myślach. W idealnym świecie możesz sięgnąć po kalkulator, by wykonać swoją pracę, ale nie po to, by nauczyć się liczyć — wówczas kalkulator wynosi twoje i tak już niezłe umiejętności matematyczne na najwyższy możliwy poziom. Analogicznie działa AI. Owszem, pozwala ona uczniom wykonywać zadania szybciej i lepiej, ale sprawia zarazem, że ich własne umiejętności rozwijają się nieporównanie słabiej.
„The Washington Post” opisał niedawno rocznik studentów, których prace domowe nagle osiągnęły bezprecedensowy standard. Gdy egzamin końcowy przeniesiono na format offline, ci sami studenci znowu osiągnęli bezprecedensowy wynik — tym razem najgorszy w historii uniwersytetu.
Dla polskich uczniów będzie tylko gorzej. O ile nasi uczniowie szkół podstawowych plasują się blisko szczytu międzynarodowych rankingów — dzięki nieszczęściu zagranicznych kolegów — o tyle w przypadku polskich studentów sprawa ma się zupełnie inaczej. Ponad jedna piąta z nich czyta na poziomie dziesięciolatka lub gorszym — najgorszy wynik w OECD. W przypadku liczenia dotyczy to 15 proc.
Niewykluczone, że polski system szkolny jest po prostu wyjątkowo sprawny w ogrywaniu tego, w jaki sposób PISA mierzy czytanie i liczenie, a skala problemu ujawnia się dopiero na studiach.
Unia Europejska już wprowadza Digital Services Act, który ma między innymi odpowiedzieć na część powyższych problemów: zawiera przepisy ograniczające wpływ mediów społecznościowych na młodych, w tym możliwy zakaz korzystania z nich przez nastolatków. Podobne rozwiązanie okazało się jednak nieskuteczne w Australii — polski zakaz musiałby zostać zaprojektowany o wiele staranniej, tak by nie dało się go równie łatwo obejść.
Angielski sekret dobrej edukacji
W międzyczasie powinniśmy uczyć się od krajów, które oparły się globalnemu spadku w wynikach nauczania.
Jednym z nich jest Anglia. Angielskie wyniki PISA utrzymały się na dotychczasowym poziomie w matematyce i czytaniu, a w naukach przyrodniczych wyraźnie poprawiły się w porównaniu ze stanem sprzed trzech lat. Tym samym Anglia zanotowała w tym roku jedne z najlepszych wyników na świecie: pierwsza dziesiątka w każdej dziedzinie i rezultat znacznie lepszy od polskiego.
Co więcej, angielskie osiągnięcia edukacyjne poprawiły się podczas gdy reszta Zjednoczonego Królestwa — Szkocja, Walia i Irlandia Północna —dotkliwie podupadła. O ile w 2006 r. szkoccy piętnastolatkowie wyprzedzali angielskich w matematyce o mniej więcej pół roku nauki, to dziś to Anglicy są o rok przed swoimi szkockimi rówieśnikami.
Angielski sekret to reformy edukacyjne przeprowadzone w latach 2010–2014 przez ówczesnego ministra edukacji Michaela Gove’a. Postawił on na nowo na naukę klasyków i wiedzę zamiast „kompetencji” — kompetencje przychodzą i odchodzą, klasyki zaś są ponadczasowe. Lord Byron, Thomas Hardy i John Keats wrócili na lekcje literatury, na egzaminach zaczęto obniżać oceny za nieskładność wywodu oraz błędy ortograficzne i gramatyczne, a wymagane minimum na obowiązkowych lekcjach matematyki, angielskiego i przyrody podniesiono. Krytycy nazywali wówczas reformy Gove’a „wiktoriańskimi”.
W tym samym czasie Szkocja i Walia poszły inną drogą. Szkocka podstawa programowa skupiła się na „doświadczeniach”, Walijczycy zaś jako ustawowy cel edukacji postanowili, że uczniowie mają się stawać „ambitni”, „etyczni” czy „pewni siebie” bez jakiejkolwiek listy obowiązkowych tematów. W matematyce m.in. walijski program proponuje „twórcze wkłady” i „elastyczność w podejściu do problemów matematycznych”. Walijski wynik PISA w matematyce spadł od 2018 roku o 31 punktów.
Jednocześnie Gove ogromnie rozbudował sieć angielskich akademii — szkół, które muszą przystępować do tych samych egzaminów, co inne, ale poza tym mają swobodę eksperymentowania. Ceną tej wolności jest brak wsparcia (i nadzoru) ze strony samorządu. Gdy Gove obejmował ministerstwo, akademii — wprowadzonych pierwotnie za rządów premiera Tony’ego Blaira — było około 200. Dziś w Anglii jest ich ponad 11 tys. i stanowią cztery piąte tamtejszych odpowiedników naszych gimnazjów.
Akademie pozwoliły szkołom eksperymentować w poszukiwaniu sukcesu. Dobrym przykładem jest Michaela Community School w londyńskim Wembley. Leżąca w ubogiej, robotniczej okolicy, jest ona najlepsza w całej Wielkiej Brytanii w poprawie wyników swoich uczniów. Nie ma tam egzaminów wstępnych ani żadnych kryteriów selekcyjnych, a mimo to 32 proc. jej uczniów otrzymuje najwyższą możliwą ocenę na angielskim odpowiedniku matury — ponad trzy razy więcej niż średnia krajowa. W prawie każdym wskaźniku wyprzedza elitarne angielskie szkoły prywatne, które kosztują dziesiątki tysięcy funtów rocznie.
Dowodem na to, że reformy edukacyjne Gove’a zadziałały, jest fakt, że dzieci imigrantów w Anglii radzą sobie równie dobrze jak rodowici Anglicy. Nie da się tego powiedzieć w zasadzie o żadnym innym europejskim kraju. To system edukacji, a nie różnice kulturowe czy ekonomiczne, odpowiada za angielską przewagą.
***
Radykalne ekspertymenty takie jak Michaela pozwalają angielskiej edukacji rozkwitać, a angielskim uczniom opierać się globalnej fali postępującego głupienia. Propozycja Klubu Jagiellońskiego na edukacyjne laboratoria zresztą pozwoliłaby polskiemu systemowi odtworzyć podobny model: szkoły prywatne pełniłyby rolę analogiczną do tej, jaką w systemie angielskim odgrywają akademie. Mając swobodę eksperymentowania, dobre rozwiązania można by skopiować i wdrożyć w całym systemie, zaś te słabe zduszone są przy źródle.
Nasz system oświaty walczy z globalnym i potężnym problemem. Ta walka nie jest jednak beznadziejna — przykład Anglii pokazuje, jak można ją zwyciężyć.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

