Niemcy chcą pisać nam historię? Nowy kształt sporu o sarmatyzm
Odnotowanie istnienia przemocy w dawnej Rzeczypospolitej nie jest ani obrazoburcze, ani odkrywcze. Dekonstrukcja mitu sarmatyzmu przypomina zaś walkę z chochołem. Czy dialektyczna wizja historii to tylko intelektualna moda, która niedługo przeminie?

Niemiecki Instytut Historyczny szersza publiczność może kojarzyć – po pierwsze – z głośnym wykładem Jana Grabowskiego o „polskim problemie z Holocaustem”, po drugie zaś – z jeszcze głośniejszą reakcją Grzegorza Brauna na to wystąpienie.
Niedawno rzeczona instytucja zapowiedziała organizację konferencji naukowej, zatytułowanej Violence in the Polish-Lithuanian Commonwealth (1569–1795): Empirical Research and Historiographical Perspectives. Nie wydaje się co prawda, by zaplanowane na listopad bieżącego roku wydarzenie miało wywołać emocje choćby podobne do wykładu Grabowskiego, ale z pewnych względów warto jednak zwrócić na nie uwagę.
Autorzy postulują daleko idącą reinterpretację dziejów państwa polsko-litewskiego. Jak czytamy w opisie zamieszczonym na stronie Instytutu, powszechnie panujący obraz wielokulturowej i tolerancyjnej Rzeczypospolitej wymaga znacznej korekty.
W istocie była ona państwem opartym na opresji stanowej, rozumianej w duchu ludowej historii Polski. Ponadto, ówczesne realia współtworzyła przemoc ze względu na płeć, wyznanie i pochodzenie etniczne. Badając te, zdaniem organizatorów, dotychczas pomijane w historiografii aspekty, należy więc dokonać dekonstrukcji mitu Rzeczypospolitej.
Nad programem tym warto się zastanowić, i nie chodzi tu bynajmniej tylko o podnoszenie larum, że „Niemiec pisze nam historię”. Ważniejsza kwestia zawiera się w pytaniu: w jakim miejscu znalazł się i jaka przyszłość czeka „spór o sarmatyzm”?
Dawna i nowa krytyka sarmatyzmu
Tekst ogłoszenia zdaje się sugerować, że dotychczasowa historiografia była niemal jednogłośnie wpatrzona w cukierkowy obraz sarmackiej Rzeczpospolitej, zaś dopiero najnowsze badania naukowe ten mit podważyły, niuansując dominujący obraz państwa pokojowego i tolerancyjnego.
Takie postawienie sprawy jest dość zaskakujące. Ocena sarmatyzmu – tak na niwie naukowej, jak i publicystycznej – od wieków naznaczona była sporem. W dyskusji tej szkice Ludwika Kubali przeplatały się z twórczością krakowskiej szkoły historycznej, a bohaterskie czyny postaci z Sienkiewiczowskiej Trylogii – z barwnymi opisami szlacheckiej anarchii (i wiejskiego wyzysku) pióra Władysława Łozińskiego.
Te dwa podejścia do sarmackiego dziedzictwa znalazły w połowie lat 90. syntetyczne, a zarazem poetyckie podsumowanie w programie „Dwie Sarmacje”, autorstwa Jacka Kaczmarskiego i Jacka Kowalskiego.
Przemoc w dawnej Rzeczypospolitej nie była w istocie traktowana jako temat tabu. Wręcz przeciwnie, powstało w tej sprawie wiele „czarnych legend”, następnie podważanych przez historyków. Niech za przykład posłuży wyobrażenie Zygmunta III Wazy jako prześladującego innowierców króla-fanatyka. Ta pokutująca do dziś wizja została (moim zdaniem przekonująco) zakwestionowana w pracach prof. Jana Dzięgielewskiego.
„Obrazoburcze” stwierdzenie o istnieniu przemocy w dawnej Rzeczpospolitej ma zatem doniosłość porównywalną do dokonanego przez pana Jourdain odkrycia, że mówi on prozą. Dekonstrukcja mitu sarmatyzmu przypomina zaś walkę z chochołem.
Czy znaczy to, że w zaproponowanym podejściu nie ma nic nowego, jest tylko odgrzewaniem? Bynajmniej.
American sarmate
W 2014 roku miała miejsce głośna premiera Dziadów w reżyserii Radosława Rychcika. Jego pomysł na odczytanie dzieła Adama Mickiewicza zasadzał się na założeniu, że współczesne postrzeganie świata, także wolności, jest zdeterminowane przez popkulturę amerykańską. To przez jej pryzmat należy więc przetłumaczyć Dziady na język współczesny.
Widzowie mogli zobaczyć na scenie członków Ku-Klux-Klanu, Jockera jako Guślarza czy bliźniaczki z „Lśnienia” w charakterze Józia i Rózi. Pojawił się też znęcający się nad czarnymi niewolnikami plantator – widmo złego pana.
Wspomnienie przedstawienia sprzed dekady dobrze oddaje ducha nowej krytyki sarmatyzmu. W dużej mierze polega ona na przeszczepieniu na polski grunt pojęć i schematów, opracowanych w oparciu o doświadczenia zachodnie.
W ten sposób pańszczyzna staje się odpowiednikiem niewolnictwa czarnych w Ameryce, zaś relacje na wschodnich kresach Rzeczypospolitej odczytywane są przez pryzmat kolonializmu. Sztandarowym przykładem jest naturalnie ludowa historia Polski, przenoszącą na polski grunt rozwiązania Howarda Zinna.
Osobiście jestem wobec tego podejścia krytyczny. Uważam, że rodzi ryzyko anachronizmów i uproszczeń, niebezpiecznie rozmywając granice między historią a ideologią. Faktem jest jednak, że od kilku lat obserwujemy popularność takiej narracji na polu publicystyki historycznej. Proponowany kształt wileńskiej konferencji pokazuje zaś powolne jej przenikanie do debaty naukowej.
Sarmatyzm jako problem uniwersalny
Wyobraźnia historyczna obfituje w motywy służące przede wszystkim kształtowaniu narodowej tożsamości. Zaliczyć tu można przykładowo spór o ocenę powstań narodowych. Będący jego pochodną dylemat „bić się czy nie bić” stał się przez wieki nieodzownym rysem polskiej kultury. Emocja ta jest jednak mało czytelna dla zagranicznego odbiorcy. Można powiedzieć, że oddziałuje głównie „do wewnątrz”.
Są jednak także takie problemy historyczne, które oddziałują „na zewnątrz” – kształtują określony wizerunek narodu w oczach innych nacji. Podstawowym przykładem tej kategorii jest szeroko pojęty problem stosunku Polaków do Żydów podczas II wojny światowej. Przeważnie są to motywy, które (w sposób mniej lub bardziej uzasadniony) są wpisywane w pewną szerszą wizję historyczną, by nie powiedzieć – historiozoficzną.
Spór o dorobek I Rzeczypospolitej do tej pory należał zasadniczo do pierwszej kategorii. Jednak skutkiem nowego podejścia do sarmatyzmu jest jego przechodzenie do kategorii drugiej, swoista uniwersalizacja sprawy sarmackiej.
Nie chodzi bynajmniej o to, że tematem planuje zająć się zagraniczny ośrodek. Znacznie ważniejszy jest fakt, że proponowana w ogłoszeniu narracja wpisuje polską historię w schematy wypracowane i stosowane do oceny przeszłości w innych krajach. Schematy te wynikają jednocześnie z szerszej wizji dziejów, na pierwszym planie stawiającej dialektyczny podział na uprzywilejowanych i (w różny sposób) wyzyskiwanych.
Na nim opiera się założenie, że dotychczasowa historia była historią „uprzywilejowanych” (klas, kultur, narodów itd.) teraz zaś konieczne jest napisanie dziejów z perspektywy tych, którzy „uprzywilejowani” nie byli. Dzieje szlacheckiej Rzeczypospolitej są w ten schemat wpisywane, stając się kolejną historią „uprzywilejowanych”, którą należy zdekonstruować. Tak samo jak czyni się to przykładowo z legendą wielkich odkryć geograficznych.
„Sprawa sarmacka” jawi się przez to odcinkiem uniwersalnego sporu o historię, konfliktu czytelnego nie tylko w Polsce.
Na nowym froncie
Nie ukrywam, że osobiście uważam sarmackie dziedzictwo za ostatecznie jeden z bardziej wartościowych elementów polskiego dziedzictwa. Wychodząc z tych pozycji, chciałbym postawić pytanie, czy mimo wszystko ma ono szanse stać się, w dającej się przewidzieć przyszłości, polską „marką eksportową”?
Jest to trudne o tyle, że nowa perspektywa narzuca pewne ramy dyskusji, a częściowo też stosowaną w niej siatkę pojęciową. Daleko idąca koncentracja na tematyce historii społecznej marginalizuje ponadto szereg innych aspektów dziejów Rzeczypospolitej, w tym jej osiągnięcia na tych polach.
Realna obrona znaczenia sarmackiego dziedzictwa nie może sprowadzać się tylko do odpierania zarzutów, przekonując, że relacje na XVII wiecznej Rusi trudno uznać za „kolonialne”. Kluczowe jest wyjście poza granice opisanego wyżej postrzegania historii, w które dziedzictwo to jest wtłaczane; przedstawienie pozytywnej kontrpropozycji i nakreślenie szerszej perspektywy przełamującej logikę schematu uciskani-uciskający.
Szlachta jak Ateńczycy
Pewną ścieżkę może wskazywać przykład demokracji ateńskiej. Z punktu widzenia omawianego wcześniej podejścia jawiłaby się jako mroczna karta greckich dziejów, widmo ciążące nad potomkami dawnych Hellenów. System oparty na wyzysku dokonywanym w interesie niewielkiej liczby obywateli, wykluczenie kobiet z udziału w życiu publicznym, wreszcie imperialna („kolonialna”!) polityka narzucania swojej woli innym poleis.
Oczywiście, również legenda czasów Peryklesa bywa poddawana „dekonstrukcji”. Mimo to, jak się wydaje, w powszechnej świadomości nie doszło do zasadniczej zmiany optyki. Największy nacisk kładzie się (słusznie) na jej dorobek instytucjonalny i kulturalny.
Jest to perspektywa, w której bardziej liczy się to jakie rozwiązania (ustrojowe, artystyczne itd.) udało się w danym okresie wypracować, niż to kto (jaka klasa, warstwa społeczna, etnos itd.) tego dokonał.
Podobnie dorobek sarmacki w dużej mierze dotyczy sfery ustroju oraz myśli politycznej i prawnej. Marginalizowany w logice „uciskani – uciskający”, rozkwita po jej odrzuceniu. Specyfika nowej, „uniwersalnej” odsłony sporu o sarmatyzm polega więc na tym, że jest on nie tylko dyskusją o historii Polski, ale też przeciwstawieniem odmiennych sposobów patrzenia na rolę i metodologię historii.
Trudno przewidzieć, jak się ta dyskusja potoczy. Być może dialektyczną wizję historii, tak dla sarmatyzmu niekorzystną, należy traktować jako modę intelektualną, która prędzej czy później przeminie. Ma ona dość licznych przeciwników, daje się odczuć pewne zmęczenie tym podejściem. Pomimo popularności podejść krytycznych, są w Europie tradycje, które zdają się być w znacznym stopniu nieczułe na stawiane w ich duchu zarzuty (Konstanty Pilawa zwrócił niedawno uwagę na przykład Wikingów).
Wtedy zaś „uniwersalizacja sprawy sarmackiej”, choć dokonująca się obecnie w duchu krytycznym, może w przyszłości okazać się dla entuzjastów dziedzictwa Polski szlacheckiej procesem pożytecznym, prowadząc do wzrostu ciekawości u zagranicznego odbiorcy. Ta zaś docelowo może stać się fundamentem pod budowę nowego, bardziej pozytywnego wizerunku Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
