Kontemplacji nie można się nauczyć. Doświadczą jej tylko bezinteresowni
Jeśli ktoś kontemplację traktuje jako pewne osiągnięcie, które może własnymi siłami wyrwać Bogu, wejść w to doświadczenie poprzez skrupulatne zachowywanie pewnych technik – to nie nauczy się kontemplować. Jeśli skupiasz się na tym, co rozumiesz, czego doświadczasz, co posiadasz – zatrzymujesz się na drodze do kontemplacji. Otworzy się ona dopiero wtedy, kiedy odważysz się wyjść poza to, co znane, oswojone, poza bezpieczny kokon cywilizacji. Kiedy pozwolisz sobie na bezinteresowność – i wejście w ciemność. Z o. Marcinem Wojnickim OCD, karmelitą bosym, dyrektorem Karmelitańskiego Instytutu Duchowości w Krakowie, prowadzącym podcast „Smak Karmelu”, rozmawia Przemysław Batorski.
Pracuję w korporacji. Ciągle powiadomienia, maile, multitasking. Jestem przebodźcowany. To może wezmę urlop, pojadę do klasztoru? Słyszałem, że ta kontemplacja to taki trochę mindfulness, tylko z jakimś elementem religijnym. Może mogę się tego nauczyć? Potem będę mógł wrzucić na Instagrama nietypowe relacje. Czy taki plan może zadziałać?
Od razu wrzucasz nas w sam środek zagadnienia. Chciałbym najpierw uporządkować przedpole. Co naprawdę mamy na myśli, myśląc o kontemplacji?
Dzisiaj bardzo często dyskutuje się o kontemplacji w kontekście pewnej techniki modlitwy, którą można wyćwiczyć. Kontemplacja jest pojęciem, które ma głęboką tradycję sięgającą jeszcze od starożytności, gdzie odnosi się z kolei – upraszczając – do pewnego sposobu poznania i podejścia do świata.
Oczywiście, te trzy znaczenia też się łączą. Ale jeśli ktoś pojechałby na jakieś warsztaty, czy chciał spędzić kilka dni w klasztorze z myślą, że poczyta św. Jana od Krzyża i tej kontemplacji, tak jak św. Jan o niej pisał, doświadczy – może się rozczarować.
Czy możesz przybliżyć źródła pojęcia kontemplacji? To słowo w łacinie oznacza „przyglądać się”, „oglądać”, „zwracać uwagę”. Ale znowu to pojęcie przetłumaczono z greckiego, więc jest to bardziej skomplikowane.
U Arystotelesa i Platona pojawia się pojęcie theoria. Dziś kojarzymy to słowo w zupełnie innym kontekście, chociażby teorii naukowych. Theoria oznacza spojrzenie pewnego konkretnego rodzaju.
Poznanie kontemplacyjne zwykle bywa przeciwstawiane poznaniu analitycznemu. Kiedy analizuję, rozkładam rzeczywistość na części. Staram się dojść zależności pomiędzy różnymi elementami.
Wykonuję pewną pracę intelektualną, żeby daną rzeczywistość zrozumieć, uchwycić w pojęcia, uporządkować. Kontemplacja byłaby tym rodzajem spojrzenia, które po prostu przyjmuje rzeczywistość, a także stanowi coś w rodzaju zwieńczenia poznania.
Mogę na przykład analizować jakiś problem naukowy, próbować wypracować jakieś kategorie, żeby dobrze go w głowie poukładać. Na końcu dochodzę do spojrzenia kontemplacyjnego, kiedy jest już przede mną ta gotowa, skończona idea i ja po prostu się jej przyglądam. Mam ją w umyśle i można powiedzieć, że jakoś w niej spoczywam.
Na studiach poznajemy różnych wykładowców. Młodzi doktorzy często przychodzą i starają się w ramach jednego wykładu wyłożyć to wszystko, czego się nauczyli, wszystkie książki, które przeczytali. Student jest przerażony całą wiedzą, którą musi posiąść. To tak skomplikowane, że nie wiadomo, jak to ugryźć.
A często zdarza się, że stary profesor po prostu przychodzi i w kilku zdaniach potrafi oddać istotę sprawy. Doświadczyłem tego na wykładzie ks. prof. Michała Hellera. O rzeczach najbardziej skomplikowanych mówił w tak prosty sposób, że to byłoby zrozumiałe dla, powiedzmy, ucznia szkoły średniej. Niesamowita umiejętność.
To jest przykład tego rodzaju poznania, które jest zwieńczeniem drogi, jej kresem i celem. Poprzez całą tę pracę, którą wykonuję, dochodzę do jakiegoś prostego ujęcia, w którym wszystkie elementy stanowią pewną całość. A wtedy mogę spocząć. Spoczynek jest czymś dla spojrzenia kontemplacyjnego bardzo charakterystycznym, co już nas trochę prowadzi do religijnego znaczenia kontemplacji.
W codziennym życiu teorię jednak oddzielamy od praktyki. Uniwersytet wydaje nam się wstępem do życia, ale nie życiem samym w sobie. Mówisz, że jest na odwrót, że to właśnie zwieńczenie. Tak mówiła cała tradycja, od Arystotelesa, który rozróżnił życie aktywne i kontemplatywne, później przez św. Augustyna i św. Tomasza. To wydaje się dziś mało zrozumiałe. Jak wytłumaczyć, że kontemplacja jest zwieńczeniem, a nie jakąś spekulacją?
W kontemplacji nie chodzi o jakieś dokonanie intelektualne. Przeniósłbym to na przestrzeń relacyjną. Kiedy poznaję kogoś, na początku zbieram o nim informacje: skąd pochodzi, czym się interesuje, czym się zajmuje, jakie ma cechy charakteru, jak jego historia na to wpłynęła. Mogę zebrać mnóstwo informacji i jakoś próbuję je porządkować.
Natomiast w przypadku osób, które już znamy dobrze – przyjaciół, ludzi, których znamy od lat – potrafimy uchwycić, kim jest ta osoba. Nie muszę tego rozkładać na jej historię i cechy charakteru, tylko mam pewien prosty ogląd, pewne proste pojęcie tej osoby. Myślę o kimś i w tym ogólnym obrazie wiem, jaki ten ktoś jest. Nie muszę tego rozkładać na czynniki pierwsze.
Chodzi o to proste ujęcie, które jest kresem drogi poznawania poprzez rzeczy cząstkowe. Wielkich filozofów, o których wspomniałeś, prowadziła intuicja czy też pragnienie dojścia do tego rodzaju poznania rzeczywistości, do uchwycenia fundamentalnych prawd, w którym można niejako spocząć. I nie jest to wyłącznie jakaś konstrukcja intelektualna. Odbieram to raczej jako próbę opowiedzenia o doświadczeniu, które było ich udziałem.
Często w opisach kontemplacji pojawiają się określenia takie jak utrata odrębności, zjednoczenie się ze światem. To nie musi być tylko doświadczenie religijne. Podobno można się tak łączyć z przyrodą czy z dziełem sztuki, czasami nawet z drugą osobą. Czy chodzi o jakiś inny stan? Jak należy go doświadczać?
Dzisiaj można łatwo potraktować kontemplację jako pewną umiejętność do zdobycia, coś, co można zaliczyć, uznać za kolejny „skill”. Kontemplacja bywa często komercjalizowana poprzez kursy czy książki.
Odwołam się do paradoksalnego tekstu św. Teresy od Jezusa, która o doświadczeniu modlitwy pisze do swoich sióstr karmelitanek bosych w jak gdyby inscenizowanym dialogu. „Jakim więc sposobem, zapytacie, osiągniemy te łaski, jeśli się nie będziemy o nie starać? Na to odpowiadam: najlepszy sposób otrzymania tych łask jest ten, który wam wskazałam. Najpewniej ich dostąpi ten, kto się o nie nie stara”. Na tym właśnie polega cała ta droga i całe to staranie: żeby się o to nie starać.
Jeśli ktoś kontemplację traktuje jako pewne osiągnięcie, które może własnymi siłami wyrwać Bogu, wejść w to doświadczenie poprzez skrupulatne zachowywanie pewnych technik – to nie nauczy się kontemplować. Bo cały czas chodzi mu o zagarnięcie, zawłaszczenie, posiadanie tego doświadczenia.
O koncentrację wokół swoich dążeń, pragnień, mówiąc językiem bardziej religijnym – pożądań. Dopóki kręcę się wokół mojego „ja”, nie potrafię wejść w kontemplację, która jest podejściem do świata z gruntu i z natury bezinteresownym.
Jest bezinteresownym przyjęciem Boga takim, jaki jest. Boga, którego nie jestem w stanie uchwycić, ogarnąć, kontrolować przez moje pojęcia i techniki. Św. Jan od Krzyża konsekwentnie podkreśla, że cokolwiek jesteś w stanie pojąć, to nie jest Bogiem, to są tylko twoje pojęcia o Bogu. Czegokolwiek doświadczasz na modlitwie, to nie jest Bogiem. To są twoje odczucia, które rodzą się na modlitwie.
Więc jeśli skupiasz się na tym, co rozumiesz, czego doświadczasz, co posiadasz – zatrzymujesz się na drodze do kontemplacji. Ta droga wiedzie poprzez to, czego nie rozumiesz, nie posiadasz, nie doświadczasz, ku całkowitej bezinteresowności przyjęcia Boga takim, jakim jest, pośród nocy kontemplacji.
Nie chcę demonizować kursów mindfulness czy różnych rodzajów medytacji. Dla osoby, która żyje rozproszona, przytłoczona nadmiarem zadań, to może być wartościowe ćwiczenie, sposób osiągnięcia wewnętrznego spokoju, uporządkowania myśli. Ale jeśli chodzi o kontemplację w znaczeniu religijnym, chodzi o coś zupełnie innego.
Czy oddzielałbyś kontemplację naturalną od nadprzyrodzonej? Idę do galerii sztuki albo oglądam film, który ma dla mnie taką wartość, tak go chłonę, że zapominam o sobie – czy to doświadczenie jest podobne do tego, czego może doświadczać mnich? Czy jednak kontemplacja religijna to coś zupełnie innego, wyższego?
Nie chciałbym ich rozdzielać, natomiast na pewno chciałbym je rozróżnić. Kiedy stoję przed obrazem i tracę poczucie czasu albo słucham symfonii w filharmonii i w pewnym momencie mogę nawet stracić poczucie swojej odrębności – to jest właśnie to doświadczenie, o którym pisali Arystoteles czy św. Tomasz z Akwinu.
Już nie mam poczucia, że przebywam w tym konkretnym miejscu i że upłynęło piętnaście minut, tylko ta muzyka płynie, a się w nią wtapiam. Jestem obecny w tej symfonii. To jest coś głęboko ludzkiego i jak najbardziej ma odniesienie do rzeczywistości religijnej.
Takie opisy utraty poczucia czasu znajdujemy też w tradycji karmelitańskiej: czasami wydaje się, że modlitwa trwa bardzo krótko, czasami – że bardzo długo. Czas staje się względny.
Te doświadczenia są podobne. Odwołują się do spotkania z czymś większym od nas, z czymś, co mnie przekracza i czemu ja się w tym doświadczeniu całkowicie oddaję. Fundamentalna różnica dotyczy źródła.
Jestem w stanie nauczyć się w pewien sposób patrzeć na dzieła sztuki, ale nie jestem w stanie zagwarantować, że zawsze idąc do filharmonii w taki właśnie sposób będę tę symfonię przeżywał – to są przebłyski.
Natomiast tego rodzaju kontrola poprzez technikę jest zupełnie niemożliwa w przypadku Boga. Jemu nie można narzucić własnych warunków. Sedno kontemplacji mistycznej to kontakt z Bogiem, który udziela się nam w sposób tajemniczy i ciemny.
W potocznym rozumieniu mistycyzm to coś dostępnego dla bardzo nielicznych, wybranych ludzi, w pewnych tradycjach nawet szalonych. Ale czy mistycyzm, który odsłania kontemplacja w sensie religijnym, jest dostępny dla każdego?
To samo pytanie stawia sobie św. Jan od Krzyża: dlaczego nie wszyscy dochodzą do kontemplacji? W Drodze na Górę Karmel stwierdza: właściwie to nie wiadomo. Bóg jednych wprowadza w kontemplację, innych nie. To Jego tajemnica.
W Żywym płomieniu miłości, który jest dziełem najpóźniejszym i najdojrzalszym, już z perspektywy całego doświadczenia św. Jana i towarzyszenia innym ludziom, stwierdza, że Bóg każdego chce wprowadzić w kontemplację. Ale nie każdy jest na to gotowy, nie każdy podejmuje tę aktywność, czy raczej godzi się na pasywność, która jest do tego potrzebna.
Jeśli mówimy o kontemplacji w sensie religijnym, jej fundamentem, istotą jest udział w życiu Boga, dążenie do przebóstwienia. Kiedy czytamy Pismo Święte, a zwłaszcza teksty św. Pawła, okazuje się, że to powołanie dotyczy każdego człowieka. Każdy jest wezwany do takiego życia.
Czy kontemplacja polega na tym, że trzeba sobie coś wyobrażać albo powtarzać jakieś słowa? W kontemplacji naturalnej zazwyczaj mamy do czynienia z jakimś obiektem. A jak to wygląda na szczeblu duchowym?
Patrzenie jest dla nas najbardziej naturalnym sposobem poznawania świata. Natomiast ta metafora widzenia jest również stosowana do rzeczywistości zupełnie niewidzialnych.
Mogę komuś tłumaczyć dowód matematyczny, zupełnie abstrakcyjną zależność pomiędzy liczbami. I mój słuchacz w pewnej chwili dochodzi do momentu zrozumienia i mówi: „OK, widzę to”. Naprawdę nic nie widzi, ale zrozumiał, o co chodzi. W jakiś sposób ujawniła mu się prawdziwość tego twierdzenia, ale na sposób niewizualny, niezmysłowy.
Jeśli chodzi o doświadczenie kontemplacyjne w odniesieniu do modlitwy, absolutnie nie musi ono dotyczyć jakiegoś obrazu. Wręcz przeciwnie – im dalej w kontemplację, tym bardziej zanikają konkretne wyobrażenia, stwierdzenia, pojęcia, którymi się posługuję.
To droga, na której odpadają kolejne „podpórki” i zostaje to, co jest samym zupełnie niepojęciowym sednem, czyli świadomość obecności Kogoś, kto przekracza mnie w sposób absolutny, kto jest mi dostępny przez wiarę, jako źródło mojego istnienia.
Pisze o tym św. Augustyn: coś, co jest bliżej mnie niż ja sam, a jednocześnie w sposób totalny wymyka się mojemu poznaniu na poziomie pojęć. Św. Jan od Krzyża w Nocy ciemnej i Drodze na Górę Karmel podaje dwa zestawy znaków, które pokazują, że modlitwa kontemplacyjna zaczyna kiełkować.
Pierwszy – to poczucie niezaspokojenia, niemożność znalezienia spełnienia ani w rzeczach ziemskich, ani w rzeczach duchowych. Można powiedzieć, że ktoś, kto doznaje nawrócenia, orientuje się, że to, w czym dotychczas znajdował sens życia – pogoń za pieniędzmi, za karierą, podróże w różne krańce świata – zaczyna postrzegać jako względne, nie mogące odpowiedzieć na pragnienia, które nosi w sobie najgłębiej. Odkrywa nowy, duchowy świat.
Często przychodzi też etap w życiu duchowym, kiedy ktoś jeździ z jednych rekolekcji na drugie; tutaj książka religijna, tutaj czuwanie, tam spotkanie z jakimś charyzmatykiem. Nie chodzi o jakiś konkretny typ duchowości, a raczej o pochłanianie w każdych ilościach tej nowej rzeczywistości duchowej, która się odsłania.
Św. Jan od Krzyża pisze, że przychodzi moment zorientowania się, że to też nie jest wszystko. Przeżywam dużo ciekawych rzeczy, ale to się kończy, wypala. To nie jest sam Bóg, to są moje przeżycia, moje pojęcia.
A jednak znowu otwiera się we mnie jakaś głębia, pragnienie. I znajduję się w dość dziwnym momencie, gdzie ani w tym, co było wcześniej, ani w tym, co nowe, nie znajduję pełnego zaspokojenia.
Stąd rodzi się pytanie: może robię coś źle? Przecież kiedyś potrafiłem się modlić. Musiałem gdzieś popełnić błąd. Może są jakieś grzechy, których nie widzę, które sprawiają, że Bóg się na mnie obraził i muszę coś naprawić, żeby powróciło to wspaniałe, oceaniczne doświadczenie.? Ale nie widzę w sobie tego problemu, który miałbym usunąć.
Kolejny znak, który Jan od Krzyża podaje, to właśnie niezdolność do rozmyślania. Wcześniej modliłem się głównie przez obrazy i rozważania. Otwierałem Ewangelię i zaczynałem tworzyć pewne obrazy.
Jak ta scena może wyglądać, jakie wnioski mogę z niej wyciągnąć, jak to się odnosi do mojego życia. Przez kwadrans czy przez godzinę to prowadziło mnie w modlitwie. Wychodziłem z poczuciem: to była dobra modlitwa. Byłem skupiony, wyciągnąłem konkretne wnioski.
Byłeś produktywny.
Moja modlitwa przyniosła efekt. I dlatego to była dobra modlitwa. Taka mentalność korporacyjna jak najbardziej może się pojawiać. Św. Jan od Krzyża opisuje to doświadczenie: przecież wiem, jak się modlić, znam te techniki, tyle razy przez to przechodziłem.
Przez lata rozważałem Pismo Święte, a pewnego dnia na modlitwie otwieram Ewangelię, czytam tekst, rozumiem, o czym jest, ale nie mogę poskładać myśli. Nic. Tak jakbym próbował wyciskać suchą gąbkę.
Ostatni znak, który według św. Jana od Krzyża jest kluczowy, to pojawiające się pragnienie, żeby po prostu trwać w prostej świadomości obecności Boga. Określa to jako miłosną uwagę. Moment, kiedy już totalnie zniechęcam się do wysilania mojego mózgu, rozważania.
Jestem zmęczony próbami wyobrażenia sobie na przykład jakiejś sceny i stwierdzam: chciałbym po prostu przebywać. Po prostu posiedziałbym w kaplicy czy w lesie. Nawet tego nie odczuwam, ale wierzę, że Bóg jest i chciałbym po prostu pobyć w tej obecności.
Wtedy, kiedy wypalają się różne aktywne techniki, zaczyna kiełkować modlitwa kontemplacyjna. To nie musi być jeden konkretny moment. To raczej coś, co się wyłania – w takim wewnętrznym rozstrojeniu, w poczuciu frustracji.
Często potrzebne jest spojrzenie kogoś z zewnątrz, kto powie: „Wszystko jest w porządku. Nie próbuj z tym walczyć. Pozwól sobie trwać w tym doświadczeniu”. Dla św. Jana od Krzyża etap ten przychodzi nie wtedy, kiedy próbujemy go wywołać, tylko wtedy, kiedy czas jest właściwy.
Stąd zachowuję dystans do takiego podejścia, że teraz przejdziesz jakiś kurs i w 30 dni nauczysz się kontemplacji. Wcześniej nie miałeś żadnego doświadczenia z modlitwą, a za trzy dni będziesz się modlił kontemplacyjnie.
Ostrożnie. To trochę tak, jakby próbować wejść w bliską zażyłość, o której mówiliśmy, takie intuicyjne wyczucie drugiej osoby, zanim odbędzie się wieloletni proces poznawania się. Są pewne etapy, których nie da się przeskoczyć.
Widzę dzisiaj narastającą potrzebę prostej modlitwy kontemplacyjnej. Myślę, że właśnie stąd się to bierze, że jesteśmy tak bardzo przebodźcowani. Kiedy cały dzień jestem bombardowany powiadomieniami, treściami, jeszcze dorzucam sobie podcasty, artykuły, to ostatnie, czego chcę, rozpoczynając modlitwę, to jeszcze więcej rozważać, być aktywnym, coś produkować.
Św. Jan od Krzyża pisze o „nocy ciemnej”. Czy kontemplacja łączy się z doświadczeniem straty, może nawet grozy?
Najpierw wyszedłbym od samego symbolu nocy. Św. Jan od Krzyża, poza tym, że był karmelitą i mistykiem, był też genialnym poetą. Do dzisiaj w Hiszpanii jest czytany tak jak u nas czyta się klasyków literatury polskiej.
Symbol nocy jest również symbolem poetyckim, metaforą niezwykle nośną. W poematach św. Jana od Krzyża ta noc nabiera bardzo różnych wymiarów. Po pierwsze, noc jest czasem, kiedy pewne wrażenia zmysłowe się wyciszają. Jest cicho, mniej widać, mówiąc współczesnym językiem – mniej bodźców mnie bombarduje. To czas uspokojenia, ukojenia.
Ale noc jest też czasem, kiedy pojawiają się strachy. Wiele osób boi się ciemności. To w nas bardzo głęboko zakorzenione, że noc jest czasem pewnego zagrożenia, zagubienia. Nie widzę, co się zbliża, co tam wyjdzie zza załomu w jaskini. Nie wiem, czego się spodziewać.
W poemacie Noc ciemna, który jest niejako fundamentem dzieła św. Jana od Krzyża, noc jest przede wszystkim czasem spotkania zakochanych. W potocznym ujęciu „nocy ciemnej” jako czasu duchowego kryzysu ten element nam umyka. A noc okazuje się właśnie tym czasem, w którym ukochany z ukochaną, oblubieniec z oblubienicą, dusza z Bogiem się spotykają.
Noc jest również czasem tajemniczym. Jeśli mieliście okazję być kiedyś w nocy w lesie, to nawet jeśli w ciągu dnia przechodziliście ten las dziesiątki razy, nocą on się wydaje zupełnie inny, w jakiś sposób magiczny.
I wreszcie – św. Jan od Krzyża bezpośrednio o tym nie pisze, ale kiedyś to do mnie dotarło – noc paradoksalnie jest właśnie tym czasem, kiedy widać dalej, widać więcej. W ciągu dnia widzimy nad sobą niebo jako niebieską pokrywę gdzieś wysoko nad nami.
Ale dopiero kiedy zajdzie słońce, kiedy nastaje noc, zaczynam dostrzegać przestrzeń. Paradoksalnie w nocy, w bezchmurnej i jeszcze najlepiej bezksiężycowej nocy, otwierają się nowe przestrzenie.
Uświadamiam sobie, że kosmos to nie jest coś, co oglądam w atlasie nieba, ale coś, co bezpośrednio przede mną się rozpościera. Nieskończone przestrzenie – to jest moment, kiedy zaczynam odczuwać trwogę i drżenie wobec ogromu i wielkości – wtedy, kiedy światło gaśnie.
W nocy uczę się, że moje pojęcia o Bogu, które wyniosłem z katechezy i wypielęgnowałem, mogą o Nim przekazywać pewną prawdę. Natomiast nie mówią mi o Nim takim, jaki On jest naprawdę, bo On nie da się zamknąć w żadnych pojęciach.
Moje wypracowane techniki duchowe nie sprawiają, że jestem w stanie kontrolować Boga, że uzyskuję do Niego jakiś uprzywilejowany dostęp i że On musi teraz spełnić moje żądania. To jest jak najbardziej doświadczenie straty, doświadczenie lęku.
Jeden z wersetów poematu Noc ciemna brzmi: „Bezpieczna pośród ciemności”. Św. Jan od Krzyża komentuje, że dusza, idąc w ciemności, jest bezpieczna – paradoksalnie, bo właśnie w tej ciemności, idąc drogą kontemplacji, która się pośród nocy dokonuje, jest przekonana, że idzie na stratę i na zgubę.
Ale to właśnie jest właściwa droga, bo porzuca to, co znane i oswojone. To jest jedyny sposób, żeby zbliżyć się do Boga, który jest nieznany, tajemniczy i przekracza wszystko, co jestem w stanie o Nim pomyśleć.
Obecnie widzimy w nocy coraz mniej gwiazd. Badania mówią, że to wpływa na nas psychologicznie, bo nie widzimy inności, którą reprezentują gwiazdy – nasze oczy są zanieczyszczone sztucznym światłem. Dziś trudno uprawiać kontemplację. Fryderyk Nietzsche – którego przywołuje Byung-Chul Han w jednej ze swoich książek – pisał, że „zostaliśmy całkowicie porzuceni przez geniusza kontemplacji”, a „rolników ducha” zastąpili „kaznodzieje nowości”. Dziś jednym z ideałów człowieka jest ktoś, kto ciągle dostarcza nowych treści. Człowiek niezwykle aktywny, z milionami subskrybentów na YouTube’ie, kto wydaje się nieustannie obecny. Nietzsche mówił, że ludzie aktywni mają większy wpływ na rzeczywistość niż kiedykolwiek w historii. Czy jako karmelici doświadczacie tego wzorca gorączkowej aktywności? Czy sami też się rozpraszacie?
Oczywiście, że tak. Jesteśmy dziećmi swojej epoki. Tak samo jesteśmy w to uwikłani. Kiedy pracujemy nad naszym podcastem, chcemy dzielić się naszą duchowością, ale wraca do mnie pytanie, czy nie dokładamy się trochę do tego zalewu propozycji i informacji.
Pojawia się ryzyko duchowego konsumpcjonizmu. Jeśli zbieram znaczki czy samochody, to jest „światowe”. Ale jak już zbieram różańce papieskie, to wydaje mi się, że to mnie jakoś jednoczy z Bogiem. Dopóki pozostaję w logice zbierania, posiadania, kontrolowania Boga, schemat jest ten sam.
Św. Jan od Krzyża pisze w szkicu Góry doskonałości o drodze, która biegnie przez środek. Jest tam napisane: „Nic, nic, nic, nic, nic”. To się wydaje bardzo pesymistyczne, związane z totalnym okrojeniem wszystkiego, co ludzkie. Ale naprawdę chodzi o bezinteresowność, o to, by nie zatrzymywać się na tym, co jest tylko częściowe, względne, relatywne.
W wielu bajkach ludowych, baśniach, legendach pojawia się motyw wody żywej, do której człowiek dąży. Żeby dotrzeć do jej źródła, często trzeba pokonać jakąś daleką drogę. Pojawiają się na niej różne pokusy, żeby się zatrzymać: różne bogactwa czy małżeństwo z księżniczką.
Ale ci, którzy się zatrzymują, nie docierają do wody żywej. Udaje się tylko tym, którzy nie poprzestali na tym, co jest częściowe. Nie wiem, na ile św. Jan od Krzyża świadomie nawiązuje do tego motywu, ale ta idea jest mu bardzo bliska.
Współcześnie zarówno cały sekularny przemysł szczęścia, jak i przemysł duchowy, który daje obietnicę uprzywilejowanego dostępu do Boga, mogą być jednakowo zwodnicze. Bardzo podoba mi się ten obraz zanieczyszczenia światłem, który zaproponowałeś. Światło miasta, które nie jest światłem gwiazd, zasłania przestrzenie, które rozciągają się nad nami.
Otworzą się one dopiero wtedy, kiedy odważę się wyjść poza miasto, czyli poza to, co znane, oswojone, poza bezpieczny kokon cywilizacji. Kiedy pozwolę sobie wejść w ciemność, w las, w którym odczuwam lęk. Wtedy będę mógł zobaczyć gwiazdy.
Czy kontemplacja powinna być „ucieczką od ja”, od swojej psychologii, od zaglądania w swoje wnętrze? Czy zakłada, że powinniśmy dążyć ku czemuś albo ku komuś innemu niż „ja”, czyli zapewne – ku Bogu?
Na pewno nie stosowałbym określenia: ucieczka od „ja”. Po pierwsze dlatego, że to kojarzy się z lękiem, wyparciem. Po drugie dlatego, że kładzie akcent na pewien cel, który ja sobie wyznaczam, pewną aktywność, którą wykonuję. „Uwolnienie” wydaje mi się dużo lepszym słowem, ponieważ zdejmuje ze mnie ciężar, że to jest coś, czego „ja” muszę dokonać.
Można wytrenować różne techniki uważności, medytacji, skupienia. Ale pozytywne efekty pojawiają się wtedy, kiedy nie ma wewnętrznej presji: muszę, chcę, to jest moim celem – tylko kiedy pozwalam sobie medytować w sposób bezinteresowny.
W mistyce chrześcijańskiej nigdy nie chodzi o pozbycie się indywidualności, o takie zatopienie w Bogu, żeby się w Nim rozpuścić. Chodzi o uwolnienie od fałszywego „ja”, od toksycznego egoizmu, który sprawia, że chcę zagarniać, kontrolować i w sposób autonomiczny wdzierać się w życie Boga.
Nawiązałeś do Nietzschego, który jako wzór stawia nadczłowieka: ośrodek kreacji wartości i ogromnej sprawczości. Tymczasem tylko uwolnienie się od egoizmu sprawia, że mogę być naprawdę sobą, znaleźć pokój, szczęście. One nie przychodzą wtedy, kiedy kompulsywnie chcę je osiągnąć, ale dzięki temu, że uczę się przyjmować siebie i rzeczywistość taką, jaka jest.
Tekst jest skróconym zapisem rozmowy, która odbyła się podczas panelu na Festiwalu Dobrych Relacji – Czerwcówce Klubu Jagiellońskiego, 5 czerwca 2026 r.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
o. Marcin Wojnicki OCD
Przemysław Batorski

