Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Egzystencjalny wymiar kontemplacji. Wokół twórczości Thomasa Mertona

Egzystencjalny wymiar kontemplacji. Wokół twórczości Thomasa Mertona Thomas Merton; CC BY-NC-SA 2.0; źródło: flickr.com

Lektura dzieł Thomasa Mertona miała charakter formacyjny dla wielu katolików poszukujących pogłębienia swego życia duchowego. I to zarówno tych z bardziej „konserwatywnej nawy”, jak i przedstawicieli tzw. „Kościoła otwartego”. Przekaz Mertona był prosty, a zarazem radykalny: chrześcijanin powinien być kontemplatykiem. Zaś sama kontemplacja nie jest wyizolowaną praktyką modlitewną. Kontemplacja to sposób egzystencji. Sposób bycia chrześcijanina w świecie.

Patchworkowa tożsamość i formacja literacka

Przyszły mnich urodził się w 1915 roku w Prades w Pirenejach Wschodnich. Był synem dwójki artystów – Owena Mertona i Ruth Jenkins, którzy poznali się w szkole malarstwa w Paryżu. Wychowanie w artystycznym domu miało niewątpliwy wpływ na Thomasa – już jako mnich pisał wiersze.

Tożsamość etniczno-religijna jego rodziców była skomplikowana. Ojciec urodził się w Nowej Zelandii, zaś z wyznania był anglikaninem. Matka należała natomiast do wspólnoty kwakrów, wyrosłego z anglikanizmu odłamu protestantyzmu. Sam Thomas – z woli ojca – został ochrzczony w Kościele anglikańskim.

Można zaryzykować twierdzenie, że narodziny w tak patchworkowej rodzinie pod względem tożsamości narodowej i religijnej mogły mieć wpływ na późniejsze tendencje Mertona do poglądów wyraźnie uniwersalistycznych. Dostrzegania w innych kulturach i religiach semina veritatis (ziaren prawdy).

Kilka miesięcy po jego narodzinach rodzina przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Gdy Thomas miał 6 lat, na raka żołądka zmarła jego matka. Po jej śmierci rodzina wróciła do Francji, zaś Thomas został zapisany do szkoły z internatem w miejscowości Montauban. Jednakże znów, nie zabawił tam długo – po dwóch latach ojciec postanowił zabrać go i jego młodszego brata i przeprowadzić się do Anglii.

W 1933 roku przyszły trapista rozpoczął studia języka francuskiego i włoskiego w kolegium Clare College w Cambridge. Był to czas młodzieńczej „burzy i naporu”. Według niektórych źródeł przyszły mnich miał wówczas… spłodzić dziecko.

Ta informacja miała znajdować się w pierwotnej wersji wydanej jeszcze w czasach jego życia zakonnego autobiografii zatytułowanej Siedmiopiętrowa góra, jednak informacja ta podobno została usunięta przez zakonnych cenzorów. Faktem jest, że w sensie prawnym nigdy za ojca uznany nie został, zaś swojego biologicznego syna prawdopodobnie nigdy nie poznał.

Być może czas młodości nie był okresem, w którym doświadczył tak głębokiej dekadencji i pustki, jak ta, która była udziałem pod wieloma względami podobnego do niego św. Karola de Foucauld. Z pewnością jednak nieobce mu były młodzieńcze namiętności, miłostki, bunt i poszukiwania.

W 1935 roku rozpoczął naukę na Uniwersytecie Columbia, gdzie ukończył w 1938 roku studia z języka angielskiego. W tym czasie zaprzyjaźnił się z wykładowcą XVIII-wiecznej literatury angielskiej, Markiem Van Dorenem, z którym kontakt utrzymywał już jako zakonnik aż do swojej śmierci.

Powyższa formacja intelektualna już z góry zdradza charakter późniejszej twórczości Mertona. Był to człowiek ukształtowany z jednej strony przez myślenie literackie – narracyjne, nastawione na widzenie życia jako opowieści, na pewnego rodzaju wczucie w egzystencjalne doświadczenie człowieka. Z drugiej zaś przez poetyckość – a więc metaforyzowanie, „myślenie erotyczne” – takie, które trochę odsłania, ale nie robi tego wprost – widzenie rzeczywistości jako spójnego systemu paradoksów.

Jak niedoszły hinduista stał się katolikiem

Jak wspomniałem na początku, Merton został ochrzczony w Kościele anglikańskim. Jego droga do katolicyzmu była dość specyficzna. Został do niego bowiem pośrednio nakłoniony przez… hinduskiego mnicha.

Mahanambrata Brahmachari – bo o nim mowa – odwiedził w 1938 roku Nowy Jork. Przyjaciel Mertona zorganizował spotkanie z Brachmacharim. Thomas był zafascynowany osobowością i poglądami duchownego.

Podczas rozmowy z mnichem Merton, dzieląc się swoimi wrażeniami i świeżo odkrytymi w sobie inklinacjami do hinduizmu, w odpowiedzi usłyszał coś, czego się nie spodziewał. Brachmari bowiem niejako odradził mu hinduizm sugerując, że duchowość, którą powinien się zainteresować, to duchowość chrześcijańska.

Tak, jakby chciał mu powiedzieć: „po co masz szukać duchowej drogi gdzieś daleko na Wschodzie, skoro u was na Zachodzie macie wspaniałą i rozbudowaną tradycję?”. Brachmachari zasugerował Mertonowi przeczytanie dwóch książek: słynnego późnośredniowiecznego O naśladowaniu Chrystusa oraz Wyznań św. Augustyna.

Młody Thomas przeczytał obie książki. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dwa miesiące później Merton w kościele Corpus Christi wziął po raz pierwszy w życiu udział w katolickiej Mszy Świętej.

By dołączyć do Kościoła katolickiego nie potrzebował chrztu – ten został mu udzielony w obrządku Kościoła anglikańskiego i zgodnie z teologią katolicką jest jak najbardziej ważny. Aktem, który oficjalnie włączył go we wspólnotę Kościoła katolickiego, było bierzmowanie i przyjęcie Komunii Świętej. Stało się to 16 listopada 1938 roku.

Od św. Franciszka do św. Benedykta

W tym czasie zaczął odkrywać w sobie pragnienie życia zakonnego. Nie od razu jednak zainteresował się trapistami. Pierwszą tradycją, która zwróciła jego uwagę, był franciszkanizm. Patrząc na jego życiorys, nie jest to zaskoczenie.

Powszechne braterstwo z ludźmi i całym stworzeniem, życie raczej wędrowne niż zakorzenienie w jednym stałym miejscu, ubóstwo i wyrzeczenie się władzy oraz majątku – to wszystko Mertona, „obywatela świata”, literata-poetę musiało bardzo pociągać.

Jednakże jego wniosek o przyjęcie do nowicjatu został odrzucony. Przyszły trapista pomimo rozczarowania nie zniechęcił się i szukał dalej. Znalazł pracę na założonym przez franciszkanów Uniwersytecie Olean w stanie Nowy Jork.

Dołączył również do tzw. III Zakonu św. Franciszka – formy życia dedykowanej świeckim, którzy żyjąc „w świecie” jednocześnie żyją zasadami i regułą wypracowaną w ramach franciszkańskiej tradycji. Ostatecznie jednak z „syna św. Franciszka” stał się synem ojca Europy – św. Benedykta.

Zamiast zakonnikiem – a więc naśladowcą wędrownego styl życia Jezusa i apostołów – stał się mnichem – tym, który za wzór postawił sobie życie pierwszej gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie. I tak, 10 grudnia 1941 roku Merton przyjeżdża do położonego w stanie Kentucky, hrabstwie Nelson należącego do trapistów opactwa Matki Bożej z Gethsemani.

Prawdziwa wędrówka odbywa się w duchu

Zakon Cystersów Ściślejszej Obserwancji powstał jako jedna z wielu historycznych reform zakonu św. Benedykta. Jak to nieraz w historii bywało, po etapie pierwszej gorliwości radykalizm życia ulegał osłabieniu.

Nie wszyscy wyrażali pragnienie powrotu do pierwotnego ognia. Stąd zakony się dzieliły – co bardziej gorliwi reformatorzy w obliczu braku entuzjazmu części współbraci, chcąc reformować i powracać do benedyktyńskich źródeł, tworzyli nowe zakony.

Tak powstali cystersi, spośród których najsłynniejszym mnichem jest św. Bernard z Clairvaux. Tak też powstali trapiści (których początki sięgają XVI wieku, zaś przez papieża ostatecznie zostali zatwierdzeni jako oddzielny zakon w XIX wieku).

Czym się charakteryzuje życie zakonu trapistów? Przede wszystkim – jak głosi konstytucja zakonu – ścisłym przestrzeganiem reguły św. Benedykta. To zaś, w kontekście biograficznego tła Mertona, może zaskakiwać.

Przyszły mnich, obieżyświat i obywatel świata zdecydował się bowiem przyjąć styl życia, którego jedną z naczelnych zasad jest stabilitas loci – stabilność miejsca. Chodzi o zasadę, według której mnich powinien całe życie przebywać w jednym klasztorze.

Prawdziwa bowiem wędrówka odbywa się w duchu. Ta zaś zewnętrzna może okazać się w istocie włóczęgostwem, chaotycznym poszukiwaniem wrażeń i bodźców, które odciągają od głębi życia wewnętrznego.

Trapiści uchodzą też za – po kartuzach i kamedułach – najsurowszy zakon istniejący w ramach Kościoła katolickiego. Mówienie jest ograniczone do minimum. Trapiści wykształcili nawet w tym celu swój własny monastyczny język migowy.

Milczenie jest tworzeniem przestrzeni na głos Boga dobywający się z najgłębszych pokładów wnętrza. Milczenie jest także tworzeniem przestrzeni dla brata, wycofywaniem swojego ego po to, by zrobić miejsce bliźniemu.

Dzień trapisty jest porządkowany modlitwą – liturgii godzin i Eucharystii. Momenty modlitwy są zaś przerywane czasem pracy fizycznej, osobistej modlitwy w ciszy oraz czytaniem i studiowaniem budujących wiarę lektur. To wszystko zaś – o czym więcej za chwilę – ma stanowić jedno, harmonijne, kontemplatywne życie „przeżywane w Bogu”.

Merton, pokazując swoją gorliwość i zdecydowanie, spędził aż trzy dni w klasztornym pokoju gościnnym. Zasadą bowiem benedyktyńskiego sprawdzania prawdziwości powołania kandydata jest w pierwszej kolejności odradzanie wstępowania do zakonu.

Życie mnisze jest zbyt surowe, wymagające i poważne, by bawić się w jakikolwiek nachalny marketing. Jeżeli powołanie jest autentyczne, zaś kandydat zdecydowany by na nie odpowiedzieć, to żadne zniechęcanie tu nie pomoże.

W końcu 13 grudnia 1941 roku zostaje przyjęty do klasztornego postulatu – pierwszego etapu formacji zakonnej. Pełnoprawnym mnichem został 19 lipca 1947 roku, kiedy złożył uroczyste śluby wieczyste. Aż do samej śmierci był członkiem opactwa Matki Bożej z Gethsemani.

Sednem jest kontemplacja

W tym czasie bardzo dużo pisał – poezję, książki poświęcone duchowości, jak i listy (m.in. z Czesławem Miłoszem) – stając się w ten sposób jednym z większych autorytetów i promotorów chrześcijańskiej mistyki w latach powojennych.

Rekonstruując wizję duchowości Mertona oprę się przede wszystkim na dwóch dziełach, które jak sądzę dobrze syntetyzują wizję mnicha, zwłaszcza jeżeli chodzi o egzystencjalny status człowieka i chrześcijanina w świecie.

Jest to z jednej strony wydana w 1955 roku książka Nikt nie jest samotną wyspą – będąca zbiorem wykładów, które Merton napisał dla przygotowujących się do życia mniszego trapistowskich nowicjuszy – oraz stworzona krótko przed śmiercią, a wydana już po niej Modlitwa kontemplacyjna, będąca niejako wyrazem dojrzałej refleksji Mertona nad istotą życia kontemplacyjnego.

Główną myślą Mertona, obecną w całej jego twórczości, jest bardzo mocne przekonanie, że kontemplacja nie jest po prostu jednym spośród wielu elementów życia chrześcijańskiego. Nie jest to po prostu wyizolowana praktyka modlitewna.

Choć oczywiście kontemplacja jest doświadczeniem specyficznie modlitewnym, to ma ono taki charakter, że domaga się przeniesienia go na inne obszary życia. To, co się dzieje w „modlitwie serca”, powinno jednoczyć życie w jedną całość i stanowić rdzeń obecny w działaniu.

„Ja” nie istnieje bez boskiego „Ty”

Merton co do zasady przyjmuje dość klasycznie pojmowaną strukturę osoby ludzkiej uzupełnioną o refleksję najważniejszych i największych mistyków w dziejach chrześcijańskiego Zachodu – św. Teresy z Avili czy św. Jana od Krzyża.

Człowiek w ujęciu powyższym jest – cytując Shreka – jak cebula. Posiada warstwy, zaś najistotniejsza jego część znajduje się najgłębiej. W egzystencjalnym punkcie wyjścia człowiek do tej ukrytej w nim głębi istoty nie ma dostępu. Jest to w gruncie rzeczy prawdziwa przyczyna jego nieszczęścia.

Posiadamy ciało i związane z nim fizjologiczno-instynktowne odruchy. Głębiej znajdują się uczucia i sfera afektywna. Jeszcze głębiej jest nasz intelekt i wola. Jednakże jest w nas też coś więcej. Coś głębszego. Najbardziej intymna, ukryta nawet przed oczami intelektu sfera.

To w niej – zgodnie ze słowami świętej Teresy Wielkiej – zamieszkuje Bóg. To w niej, zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża, „substancjalnie” (takiego wyrażenia używa mistrz zachodniej mistyki) Bóg jest zjednoczony z bytem ludzkim.

Nic bowiem nie może istnieć bez swojej przyczyny. Nic nie może być zrozumiałe bez swojej przyczyny. Przyczyną zaś istoty człowieka jest Bóg. Zatem człowiek bez Boga ani nie istnieje, ani ma żadnego treściowego sensu.

„Można byłoby tu omówić samo pojęcie «serca». Odnosi się ono do najgłębszej psychicznej podstawy naszej osobowości, do wewnętrznego sanktuarium, gdzie samoświadomość wykracza poza analityczną refleksję oraz otwiera się na metafizyczne i teologiczne spotkanie z Przepaścią, jaką jest Nieznany, a jednak Obecny, «Ten, który jest bliższy nam, niż my sami sobie»” – pisze Merton w Modlitwie kontemplacyjnej.

Bóg tkwi w naszej głębi. To zaś w punkcie wyjścia wyznacza sens naszej egzystencji, jak i samej modlitwy kontemplacyjnej – trzeba udać się w podróż w głąb. Zejść w siebie. Nie oznacza to jednak – o czym za chwilę szerzej napiszę – wbrew pozorom wsobnego sposobu życia czy egocentryzmu.

„W «modlitwie serca» szukamy przede wszystkim najgłębszej podstawy naszej tożsamości w Bo­gu. Nie rozważamy dogmatów wiary ani jej «tajemnic». Staramy się raczej osiągnąć bezpośrednie egzystencjalne pochwycenie, osobiście doświadczyć najgłębszych prawd życia i wiary, odnaleźć siebie w prawdzie w Bogu” – czytamy w Modlitwie kontemplacyjnej. „Chrystus objawia człowieka samemu człowiekowi” – echa tych słów z Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II są wyraźnie słyszalne w antropologicznej wizji Mertona.

Człowiek wobec trwogi oddzielenia od Stwórcy

Jednak nasze „ja” znajduje się w punkcie wyjścia naszej egzystencji w trudnej, by nie powiedzieć tragicznej sytuacji. Jest wygnane z siebie – gdzie przez „siebie” rozumiemy „ja” zjednoczone z Bogiem.

„Ja” wygnane z siebie ma doświadczenie siebie jako „ja” osamotnionego, wsobnego, a przede wszystkim winnego. Ucieczka w rzeczy zewnętrzne, rzeczy zmysłowe, nadmierny aktywizm jest – w ujęciu Mertona – próbą ucieczki przed doświadczeniem prawdy o tragiczności naszej egzystencji.

Prawdy o tym, że jesteśmy oddzieleni od źródła naszego życia i że tak naprawdę nie mamy żadnych naturalnych narzędzi, by to naprawić. Punkt wyjścia to odkrycie własnego potępienia i pierwotnej, apriorycznej winy.

„Prawdziwego źródła trwogi należy szukać w nie­wierności wobec osobistych wymagań, które czło­wiek – przynajmniej niejasno – sobie uświadamia, w unikaniu zmierzenia się z wyzwaniem, niewykorzystaniu możliwości, jaką powinno się było podjąć i zrealizować. Ceną niewierności wobec egzystencjalnego wymagania, jakie stawia przed nami życie, jest poczucie całkowitego niepowodzenia i winy.

Ważne jest dostrzeżenie, że owa wina jest rzeczywista i że nie musi to być jedynie neurotyczny lęk. To poczucie niepowodzenia i zdrady, które dotyka człowieka sprzeciwiającego się swej wewnętrznej prawdzie i nie odwzajemniającego się odpowiednio Bogu i bliźnim za wszystko, co sam otrzymał” – pisze w Modlitwie kontemplacyjnej.

I dalej: „Badanie samego siebie nie jest pozbawione pewnej egzystencjalnej «trwogi» – braku bezpieczeństwa, «zagubienia», wygnania, grzechu, poczucia, że w pewien sposób było się niewiernym, nie tyle wobec abstrakcyjnych norm moralnych lub społecznych, lecz wobec własnej najgłębszej prawdy.

W tym sensie «trwoga» nie jest zwykłym dziecięcym lękiem przed karą ani naiwnym poczuciem winy, czy obawą przed pogwałceniem tabu. To głęboka świadomość, że jest się zdolnym do krańcowej niewierności wobec siebie i wobec innych, że żyje się w kłamstwie”.

Człowiek jest zatem niezdolny w wierności sumienia, w związku z czym nieuchronnie popada w poczucie winy, którego nie da się tanio uleczyć za pomocą psychoterapii leczącej z opresji agresywnego superego.

Pojęcie trwogi, jak sam przyznaje Merton, zaczerpnął z filozofii Martina Heideggera. I choć używają go w podobnym znaczeniu, to w kontekście całości wyznawanych przez obydwu myślicieli światopoglądów nabiera zupełnie innego znaczenia.

U Heideggera bowiem trwoga wiąże się z uświadomieniem sobie własnej śmiertelności, ale bez nadziei na coś więcej. Człowiek jest rozpięty pomiędzy nicościami – narodzinami i śmiercią.

Uświadomienie sobie tego jest szansą na przewartościowanie życia. Czy wobec tego, że przestanę istnieć, to jak żyję jest tym sposobem życia, który chcę kontynuować?

Jest to jednak świadomość ateisty, a co najmniej agnostyka. Św. Teresa Benedykta od Krzyża – znana szerzej jako Edyta Stein, uczennica Edmunda Husserla – polemizowała z Heideggerem, pokazując, że obok pewności śmierci jest w nas – dana a priori – jeszcze inna pewność – trwałości naszego bytu.

Zerkając głęboko w siebie, mamy doświadczenie bycia podtrzymywanym w naszym istnieniu. Dlaczego tak się dzieje? Co sprawia, że mamy w sobie tę pewność? – zapytuje Stein. To zaś może – choć niekoniecznie musi – prowadzić do odkrycia Boga – jako tego, który podtrzymuje i daje doświadczenie bycia podtrzymywanym.

Merton – wobec powyższych opcji – zajmuje w pewnym sensie stanowisko uzupełniające. Rację ma Stein, że śmierć nie jest jedynym pewnikiem determinującym naszą egzystencję. Racją jest, że jesteśmy podtrzymywani. Ale cały nasz dramat polega na tym, że w punkcie wyjścia jesteśmy z tego miejsca oparcia i podtrzymywania – jakim jest Bóg – wygnani.

Tym jest fenomenologicznie opisane doświadczenie człowieka po grzechu pierworodnym. Niemożliwe do przełamania i przekroczenia poczucie wygnania i winy. Wina jest czymś danym pierwotnie.

Jako że jesteśmy oddzieleni od naszej Przyczyny, nasze życie jest nieusprawiedliwione, nieuzasadnione. Droga duchowa, kontemplacja jest więc drogą, w której Bóg swoją łaską poprzez nieraz bolesny proces doprowadza do ponownego zjednoczenia.

Trwoga zaś jako uświadomienie sobie swojej sytuacji jest warunkiem postępu na drodze życia duchowego. I pozwala zrozumieć, że sam z siebie człowiek nic nie może, jeżeli nie zostanie pociągnięty przez Boga.

Odpowiada to logice chrześcijańskiego Wcielenia – wszakże to Bóg wstąpił do nas i przyjął naszą naturę, nie zaś my do Boga, próbując budować Wieżę Babel.

„Droga modlitwy monastycznej nie jest wyrafinowaną ucieczką od chrześcijańskiej ekonomii Wcielenia i Odkupienia. To szczególna dro­ga podążania za Chrystusem, uczestniczenia w Jego męce i zmartwychwstaniu, oraz w Jego dziele odkupienia świata. Z tej przyczyny wymiarami modlitwy w samotności są zwykłe ludzkie udręki, szukanie samego siebie, chwile wstrętu do własnej próżności, zakłamania i zdolności do zdrady.

Taka droga modlitwy nie utwierdza człowieka w jego nienaruszalnym i narcystycznym poczuciu bezpieczeństwa, lecz – wręcz przeciwnie – stawia go twarzą w twarz z hańbą i zniewagą fałszywego «ja», które pragnie żyć jedynie dla siebie i rozkoszować się «pociechą płynącą z modlitwy» wyłącznie dla niej samej. To «ja» jest czystą iluzją i w końcu ten, kto żyje dla niej i przez nią, musi skończyć albo we wstydzie, albo w obłędzie» – czytamy w Modlitwie kontemplacyjnej.

Człowiek nie jest samotną wyspą

Po powyższych cytatach ktoś mógłby pomyśleć, że Merton jest kimś w rodzaju chrześcijańskiego liberała. Cały czas bowiem kręcimy się wokół „ja”. Mamy albo „prawdziwe ja”, albo „fałszywe ja”, zaś człowiek walkę pomiędzy jednym a drugim zdaje się rozgrywać w moralnych zmaganiach i modlitewnych czuwaniach jedynie przed Bogiem.

Nic bardziej mylnego. Jak pisze Merton: „Człowiek nie jest w stanie odnaleźć siebie jedynie w sobie […] musi odnajdywać się w innych i przez innych. Można by wreszcie streścić te twierdzenia w dwóch zdaniach z Ewangelii:

«Kto by chciał życie swe zachować, straci je» i «Miłujcie się wzajemnie, jakom i Ja was umiłował», zawarte są również w powiedzeniu św. Pawła: «Jesteśmy jedni drugich członkami»”.

Tak z kolei Merton w Modlitwie kontemplacyjnej krytykuje chorobę indywidualizmu w jaką może popaść osoba, która fałszywie mniema o sobie, że weszła na ścieżkę pogłębionego życia kontemplacyjnego:

„Indywidualizm jest oporny wobec wezwania do wspólnotowego dawania świadectwa i zbiorowego udzielania odpowiedzi Bogu. Zamyka się i uodparnia na wszystko, co mogłoby go wyrwać z niego samego […].

Niestety, aż nazbyt prawdziwe jest to, że udawane życie wewnętrzne pozwala zachować pozory pobożności tym mężczyznom i kobietom, którzy w ten sposób unikają uznania swojej całkowitej miernoty. Wyobrazili sobie, że są zdolni do miłości właśnie dlatego, że są zdolni do wzbudzenia w sobie pobożnych sentymentów.

Jednym z aspek­tów tej wygodnej choroby duchowej jest jej uporczywe trzymanie się ideałów i zamiarów w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości, czynu i zaangażowania społecznego. Czegokolwiek pragną we­wnętrznie, o czymkolwiek marzą, cokolwiek sobie wyobrażają – to jest piękne, pobożne i prawdziwe. Wystarczą piękne myśli. One mogą wszystko zastąpić, włącznie z miłością, włącznie z samym życiem”.

Życie kontemplacyjne nie jest więc ucieczką od życia i miłości braci. Tak jak Chrystus wychodził niejednokrotnie nocą na górę, aby samotnie się modlić, a następnie schodził do ludzi, by głosić im „słowo, które daje życie” i uzdrawiać z chorób, tak czynić ma także kontemplatyk.

Chrześcijaństwa to religia paradoksów

Merton pokazuje, że chrześcijaństwo jest religią paradoksów, a próba usunięcia ich musi nieuchronnie prowadzić do zubożenia czy wprost herezji. Z jednej strony „ja” jest indywidualnie odpowiedzialne przed Bogiem, zaś szczytem życia jest kontemplacja Boga ukrytego głęboko na dnie duszy. Z drugiej zaś, jesteśmy „wszyscy członkami jednego ciała”, zaś na końcu będziemy sądzeni z miłości wobec braci – „bo byłem głodny a daliście (lub nie daliście) mi pić”.

Doskonale Merton ujął tę prawdę w następującym fragmencie Nikt nie jest samotną wyspą: „Sprawa zbawienia, ujęta intuicyjnie, jest niezmiernie prosta. Gdy jednak zaczniemy ją analizować, przemienia się w skomplikowany węzeł paradoksów.

Stajemy się sobą, umierając dla siebie. Zyskujemy jedynie to, czego się wyrzekamy, a jeżeli oddamy wszystko, wszystko też zostaje nam dane. Nie możemy się odnaleźć w sobie, ale jedynie w bliźnich, a jednocześnie przed wyjściem ku innym musimy wpierw odkryć siebie. Trzeba nam zapomnieć o sobie po to, aby dobrze poznać, kim jesteśmy.

Najlepszy sposób kochania siebie to miłowanie innych, lecz nie możemy ich miłować, jeśli nie miłujemy samych siebie, przecież napisano: «Kochaj bliźniego twego jak siebie samego». Jeżeli kochamy siebie w sposób niewłaściwy, tracimy zdolność kochania kogokolwiek. Bo nie kochając siebie należycie, w istocie nienawidzimy siebie, a wtedy nie możemy też nie odczuwać nienawiści do innych.

A jednak w pewnym znaczeniu powinniśmy ich właśnie nienawidzić i opuścić ich dla znalezienia Boga. Jezus powiedział przecież: «Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki […] a nadto i życia swego, nie może być uczniem moim» (Łk 14, 26).

Co do tego «znalezienia» Boga, to znów nie możemy Go nawet szukać, jeśli Go już nie znaleźliśmy, a nie możemy Go znaleźć, jeśli On sam nas wpierw nie odszukał. Nie możemy zacząć Go szukać bez szczególnego daru Jego Łaski, ale jeśli będziemy czekać na jej impulsy, ażeby rozpocząć to szukanie, prawdopodobnie nigdy się do tego nie zabierzemy.

Jedyne zadowalające rozwiązanie problemu naszego zbawienia powinno więc być tak szerokie, żeby móc objąć oba bieguny wszystkich tych antynomii. Dlatego też musi być nadprzyrodzone.

Z tego powodu wszystkie inne odpowiedzi na to zagadnienie są niedoskonałe; obejmują one jedno tylko z przeciwstawnych twierdzeń, z których drugie może być zawsze jego zaprzeczeniem”.

Chrześcijaństwo jawi się więc jak spacer po wąskiej i bujającej się linie ortodoksji. Nierozważne ruchy w jedną lub drugą stronę, próba sprowadzania wszystko do jednego mianownika, analiza jednoczynnikowa – to wszystko nieuchronnie prowadzi do herezji.

Myślenie chrześcijanina musi być prawdziwie katolickie, zgodnie z etymologią tego słowa. Greckie kat’hólou – etymologiczne źródło wyrażenia „katolicki” – oznacza bowiem „odnoszący się do całości”. Tak też powinien patrzyć katolik – całościowo, syntetycznie. Bez prób jakiejkolwiek redukcji czy naiwnie rozumianej quasi-heglowskiej syntezy, która próbuje na siłę rozwiązać paradoksy przez tworzenie sztucznych meta jedności.

Podobnie rzecz się ma, jeżeli chodzi o napięcie pomiędzy życiem modlitwy a życiem czynnym. Czy są to aby na pewno sprzeczne ze sobą modele życia? Czy nie możemy być w naszych miejscach pracy czy zajęciach życia codziennego kontemplatykami?

„Usłyszawszy raz ten głos Wszechmocnego, wypełniającego własne nakazy w głębi naszego serca, zdajemy sobie już sprawę, że kontemplacja nie może być tylko poszukiwaniem ani prostym widzeniem: powinna być także działaniem i wykonaniem. W ten sposób dochodzi do rozwiązania antynomii pomiędzy działaniem a kontemplacją.

«Życie czynne» nie polega już na podjęciu z rezygnacją prac, które wydają się obce naszemu zatopieniu się w Bogu, gdyż Pan umieszcza nas tam, gdzie nas chce mieć, i On sam pracuje w nas. «Życie kontemplacyjne» także nie jest już krótkim, szczęśliwym okresem przejściowym, nagradzającym nasze czynności pokojem i skupieniem […].

Działanie i kontemplacja zrastają się teraz w jedno życie i jedną całość. Stają się dwoma aspektami jednej i tej samej rzeczy. Działanie jest miłością wychodzącą na zewnątrz do innych ludzi, kontemplacja jest tą samą miłością wracającą do wewnątrz, do swego boskiego źródła. Działanie jest strumieniem, a kontemplacja jego źródłem.

Kiedy życie czynne i kontemplacja współistnieją tak zgodnie z sobą, wypełniając całe nasze życie, w którym wszystko jest kierowane Duchem Bożym – wtedy dopiero stajemy się duchowo dojrzali […].

Mając prostą intencję, spoczywamy w Bogu, wykonując przy tym najróżnorodniejsze prace. Bierzemy w rachubę wszystkie ich poszczególne cele, ażeby móc je dla Boga osiągnąć, ale nie zatrzymujemy się na nich.

Nie potrzebując zatrzymywać się na żadnym poszczególnym celu, osiągamy swój właściwy cel już zaraz na początku naszej pracy. Bo celem naszej prostej intencji jest pracować dla Boga i z Bogiem – zapuszczać głębokie korzenie w Jego woli i wzrastać w niej przy jakiejkolwiek pogodzie” – czytamy w Człowiek nie jest samotną wyspą.

Jest to więc możliwe. Źródłem jednak i narzędziem, które nas do tego doprowadza, jest modlitwa. Nieraz wyszarpywana z próbujących zagarnąć nam wolny czas nadgodzin i dodatkowych prac.

Jednak przede wszystkim – nie oszukujmy się – smartfonów, poprzez które marnujemy godzinami czas scrollując rolki na mediach społecznościowych. Kontemplacja, modlitwa w ciszy, wejście na tę drogę nie jest czymś dla większości nieosiągalnym. Wystarczy chcieć i podjąć decyzję, by wejść na tę drogę. Resztę zrobi łaska.

Inspiracja dla poszukujących sensu

Thomas Merton zmarł w tajemniczych okolicznościach 10 grudnia 1968 roku w Bangkoku, w ośrodku rekolekcyjnym należącym do Czerwonego Krzyża. Stało się to w trakcie jednej z jego podróży – tak, ostatecznie jego przełożeni dali mu przestrzeń na realizację jego przedzakonnego, ruchliwego charakteru – do Azji, gdzie zgłębiał religie Wschodu i szukał podobieństw pomiędzy nimi a chrześcijaństwem.

Jego śmierć przez lata budziła kontrowersje, został bowiem znaleziony martwy leżąc na plecach, z wentylatorem położonym w poprzek jego ciała. Z tyłu jego głowy znajdowała się rana. Nie było jednak żadnych przesłanek za udziałem osób trzecich.

Pierwszą wersją co do przyczyn jego śmierci było porażenie prądem wynikające z wad konstrukcyjnych wentylatora. Ostatecznie jednak – po publikacji z 2024 roku w The Catholic Historical Review – w oparciu o oficjalnie raporty tajskiej policji, okazuje się, że Merton zmarł z powodu nagłej niewydolności serca.

Merton nie został ogłoszony świętym ani beatyfikowanym. Choć był uznawany za mistyka, miał – także w swoim życiu zakonnym – chwile słabości i walki z namiętnościami. Toczył spory z opatami Gethsemani, którzy nie pozwalali mu opuszczać swobodnie klasztoru, pomimo międzynarodowej sławy.

W latach 50. cierpiał z powodu przewlekłego stresu i samotności. Prawdopodobnie doświadczył także napadu stanu maniakalnego, w trakcie którego jadąc rozpędzonym jeepem po terenie opactwa o mało co nie spowodował bardzo groźnego wypadku.

Dwa lata przed śmiercią przeżył poważny kryzys powołania, kiedy, przebywając na kuracji w szpitalu, zakochał się w młodej pielęgniarce, z którą później utrzymywał kontakt listowny. Ich relacja prawdopodobnie nie przekroczyła „materialnie” zasad zakonnego celibatu. Niemniej pokazuje to dobrze, że nic co ludzkie nie było Mertonowi-mnichowi obce.

I choć nie został – i pewnie nie zostanie – wyniesiony na ołtarze, to sądzę, że postacie takie jak Merton czy św. Karol de Foucauld – kontemplatycy, którzy doświadczyli pułapek i bezdroży współczesnego świata – mogą być dla współczesnych wielką inspiracją.

Przede wszystkim sądzę, że współczesny, szukający duchowości człowiek – podobnie jak młody, zagubiony Thomas Merton – powinien pójść za radą owego hinduskiego mnicha, który zamiast kierować go na ścieżkę medytacji wschodnich, polecił czytać św. Augustyna. Zachodnia tradycja duchowości jest bowiem przebogata. I Thomas Merton ma ogromne zasługi w upartym przypominaniu tego faktu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.