Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Chrześcijańska medytacja, czyli proces nadawania życiu formy. Perspektywa osobista

Chrześcijańska medytacja, czyli proces nadawania życiu formy. Perspektywa osobista Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Praktyka chrześcijańskiej medytacji daje bezpośrednie doświadczenie tego, że – jak pisał Pierre Legendre – „człowiek jest istotą z góry mówioną”. Medytacja pozwala na przejście z bezładu własnych pragnień i chłonięcia zewnętrznych bodźców do doświadczania własnego życia jako logicznej narracji, historii zbawienia. Daje smak czegoś, co prof. Michał Łuczewski nazywa „obecnością bez niepokoju”. Nieegocentrycznym poczuciem zadomowienia w sobie.

Najważniejsza cząstka, o której mówi się za mało

Kilka lat temu brałem udział w integracji studentów I roku filozofii. Rozmawiając na różne tematy, a były to tematy głównie filozoficzne, nie mogło zabraknąć wątku Absolutu.

Gdy rozmawialiśmy o istnieniu lub nieistnieniu Boga, racjonalności lub jej całkowitym braku w religii chrześcijańskiej, postanowiłem podzielić się doświadczeniem, które uznaję za kluczowe, a z perspektywy osób spoza Kościoła potencjalnie najbardziej atrakcyjne – chrześcijańskiej modlitwy medytacyjnej i kontemplacyjnej.

Opowiedziałem więc o benedyktyńskiej tradycji Lectio divina, a także o wypracowanej przez ojców pustyni praktyce modlitwy serca, najbardziej znanej w wersji tzw. modlitwy Jezusowej. Pamiętam duże zdziwienie i zainteresowanie moich rozmówców.

Jedna z koleżanek – wówczas poszukująca, niewierząca, dziś już praktykująca katoliczka, co jednak niekoniecznie ma związek z tamtym wydarzeniem – powiedziała, że pierwszy raz słyszy o czymś takim jak medytacja chrześcijańska. „Sądziłam, że pojęcie medytacji dotyczy tylko buddyzmu albo hinduizmu” – stwierdziła.

Nic dziwnego. Nie przypominam sobie, bym sam kiedykolwiek z ambony w przeciętnym kościele parafialnym usłyszał o chrześcijańskiej tradycji modlitwy serca, Lectio Divina  itd. Jak zauważa Tomasz Samołyk w filmie Jak odnaleźć wewnętrzny pokój? Kontemplacja, uważność, mindfulness jest to poważna luka w praktyce nauczania.

Życie chrześcijanina to nie tylko zmagania moralne. Modlitwa jest – jak możemy przeczytać chociażby w Konstytucji Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów – oddechem życia chrześcijanina.

Jak uczy Kościół, ostatecznym celem chrześcijanina jest przebywanie z Bogiem. Modlitwa kontemplacyjna – jak powtarza za św. Teresą Wielką Katechizm Kościoła Katolickiego – jest „niczym innym jak głębokim związkiem przyjaźni, w którym rozmawiamy sam na sam z Bogiem, w przekonaniu, że On nas kocha”.

Nawet jeśli założymy, że większość wierzących znajduje się na pierwszym etapie życia duchowego – etapie oczyszczenia – a może nawet ich wiara, jak pisał niegdyś ks. Franciszek Blachnicki, jest w stanie uśpienia, to czy nie należy stawiać przed nimi ostatecznego celu, do którego mają dążyć?

Czy pogłębione życie modlitwy miałoby być zarezerwowane dla garstki zaangażowanych w duszpasterstwa i formację w ramach różnych wspólnot kościelnych?

Czy w ten sposób nie popadamy w swego rodzaju gnostycyzm? Podział na wtajemniczonych i szare masy, którym należy przede wszystkim głosić pouczenia moralne, praktyczne mądrościowe wskazówki życiowe i egzegetyczne ciekawostki biblijne?

Blachnicki, Oaza i Namiot Spotkania

Do pewnego momentu życia w ogóle nie wiedziałem o praktyce medytacji chrześcijańskiej. Jedyne narzędzia modlitewne, jakimi dysponowałem, to były wciąż te wyuczone w ramach przygotowań do pierwszej komunii.

Ani na katechezie, ani w Kościele, ani w ramach ministrantury czy przygotowań do sakramentu bierzmowania nikt nie powiedział mi, że w modlitwie chodzi o coś więcej. Gdy zaczął na poważnie interesować się sensem religii katolickiej, w odruchu gorliwości „neofity”, odmawiałem dzień w dzień jedyny znany mi zestaw: Ojcze nasz; „główne prawdy wiary”; akty żalu, nadziei, wiary i miłości etc. Tyle umiałem i w taki sposób próbowałem zwracać się do Absolutu.

Potem, gdy poznałem tzw. wspólnoty charyzmatyczne, modlitwę uwielbienia etc. dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak modlitwa spontaniczna i że do Boga można zwracać się skonstruowanymi przez siebie słowami w czterech metaformach: dziękczynienie, błaganie, akty żalu i akty uwielbienia.

Jednak miałem poczucie, że to nie wystarcza. Opierało się to bowiem na swego rodzaju „produkowaniu się”, wymyślaniu. Modlitwa zaś podobno jest dialogiem, a nie jedynie monologiem modlącego się człowieka.

Na przełomie 2013/2014 roku trafiłem do Ruchu Światło-Życie, czyli tzw. Oazy. Stereotypowo Ruch kojarzy się z przesłodzonymi śpiewami przy akompaniamencie gitar i pewną infantylnością. Moje doświadczenie temu przeczy.

W Oazie po raz pierwszy usłyszałem, że msza święta jest ofiarą oraz szczytem i źródłem życia Kościoła, a liturgia ma swoje określone przepisy, które należy respektować. Sprawy te z dzisiejszej perspektywy wydają mi się oczywiste i fundamentalne dla rozumienia chrześcijaństwa.

Przede wszystkim: w Ruchu po raz pierwszy zetknąłem się z medytacją chrześcijańską, która nosiła tam nazwę „Namiotu spotkania”.

„Mojżesz zaś wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem. Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał przy wejściu do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu.

Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy [Pan] rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu.

Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem” – czytamy w Księdze Wyjścia (33, 7-11).

Pierwsze doświadczenie z medytacją chrześcijańską

Idea była prosta, a zarazem dla mnie, 18-letniego wówczas chłopaka, odkrywcza. Po pierwsze, należało „wyjść poza obóz”. Znaleźć ustronne miejsce, gdzie będą dogodne warunki do skupienia.

Drugim krokiem było uświadomienie sobie obecności Boga. Staję rzeczywiście przed Bogiem. Niewyrażalnym, nieuchwytnym, tym, który przekracza każdą ludzką kategorię myślenia i pojmowania.

Zarazem Bogiem, który objawił się w Jezusie Chrystusie. Przyjął widzialną postać i mówił do nas. Będąc Nieuchwytnym, stał się Uchwytny; będąc Niewypowiadalnym stał się Wcielonym Słowem. Poznajemy Go jako Boga, o którym wiemy –wracając do słów św. Teresy Wielkiej – że nas kocha i który to – to już św. Augustyn – jest nam bliższy niż my jesteśmy blisko samych siebie.

Kolejny krok to modlitwa do Ducha Świętego. Człowiek sam z siebie nie jest w stanie wejść w dialog z Bogiem. To Duch Święty włącza człowieka w Życie Boże, w wewnętrzny dialog Trójcy.

Potem przyszedł czas uważnej lektury, najczęściej była to wybrana perykopa ewangeliczna. Chodziło najpierw o wstępne oswojenie z tekstem: o czym dosłownie opowiada ten fragment? Druga lektura to próba wyabstrahowania pewnych ogólnych prawd: Co Jezus chce powiedzieć człowiekowi?

Trzeci element to próba zderzenia własnej egzystencji z czytanym fragmentem. Co Bóg chce do mnie powiedzieć? Jak moje życie ma się do tego, co widzę i rozważam we fragmencie Ewangelii? Pomocne było też introspektywne badanie, czy dany fragment lub jakieś słowo z niego pochodzące wywołuje we mnie wewnętrzne poruszenie.

Dlaczego to słowo czy zdanie budzi takie, a nie inne reakcje? Może ujawnia coś, z czym mam problem, ideał, do którego nie dorastam, osobiste zmaganie, które wypieram?

Na tym polega chrześcijańskie meditiatio (rozmyślanie) – na dokładnym, intelektualnym rozważaniu określonego fragmentu Słowa Bożego w celu głębszego poznania Boga z jednej strony, a z drugiej – badaniu swoich wewnętrznych reakcji na to Słowo.

Te poruszenia mogą ujawniać pewne „nieodkupione” miejsca w egzystencji, gdzie warto byłoby we współpracy z łaską Bożą wykonać pewną pracę lub też ujawniają wezwania, które Bóg kieruje do człowieka – są miejscem ujawnienia się woli Bożej.

Wszystkie metody medytacji, które poznałem później, opierały się na bardzo podobnym schemacie. Jezuicka medytacja dodatkowo proponowała pracę wyobraźni. W tym ujęciu rozważanie Ewangelii polegało na możliwie najdokładniejszym wyobrażaniu sobie danej sceny, a siebie samego jako świadka i uczestnika ewangelicznych wydarzeń.

Miało to doprowadzić do głębszego wejścia w medytację i ujawnić w ten sposób to, co tkwi w moim wnętrzu. Jednocześnie było to narzędzie mające umożliwić proces, który Jan Paweł II w adhortacji Vita consecrata nazwał nabywaniem uczuć, myśli i postaw Jezusa Chrystusa. Takie zaangażowanie uczuć i wyobraźni w medytację jest narzędziem formowania całego człowieka, a nie jedynie intelektu.

Meditatio, Oratio, Contemplatio

Najbardziej integralną formą medytacji chrześcijańskiej, z jaką się spotkałem, jest starożytna, wiązana z benedyktynami tradycja Lectio Divina. Wiele łączy ją z oazowym Namiotem Spotkania. Wyróżnia ją rozbicie poszczególnych punktów Lectio na różne pory dnia.

Oczywiście nie każdy będzie w stanie się do tego dostosować i czasami lepiej skondensować wszystkie punkty w jeden odcinek czasu. Jednak dzięki stosowaniu interwałów Lectio Divina może okazać się świetnym narzędziem integracji modlitwy z codziennym życiem.

W formie wzorcowej czas na Lectio przypada wieczorem, przed snem. Czyta się wtedy wybrany fragment – najczęściej Pisma Świętego.

Dobrym pomysłem jest wybranie do rozważania Ewangelii z dnia następnego. Podobnie jak było to w przypadku Namiotu Spotkania, rozważa się wstępne znaczenie tekstu. O czym opowiada? Jakich ogólnych prawd dotyczy? Warto też zapamiętać lub zanotować pierwsze zaobserwowane poruszenia, jakie Słowo wywołuje.

Następnego dnia rankiem czytamy fragment jeszcze raz. Następuje etap Meditatio. Zatrzymuję się na słowie, które mnie porusza i zastanawiam się, czy przez to słowo Bóg chce mi coś powiedzieć.

Jeżeli takiego słowa nie znajduję, cierpliwie rozważam Ewangelię jako taką, rozważam postawę Chrystusa, uczniów czy innych bohaterów. Cierpliwie, oczyma intelektu zbliżam się do danego fragmentu. Staram się – o ile to możliwe i rzeczywiście dany fragment do tego się nadaje – traktować przemedytowane Słowo jako wskazówkę na nadchodzący dzień.

Potem, najlepiej w tym samym odcinku czasowym, następuje etap Oratio, czyli modlitwy, która powinna być odpowiedzią na medytowane Słowo. Człowiek zwraca się wówczas do Boga zgodnie z tym, w jaki sposób rozważany fragment go poruszył.

Czwartym etapem – któremu również w miarę możliwości warto poświęcić oddzielny odcinek czasu – jest contemplatio. To moment, w którym spotykam się z Bogiem w skupieniu, z postawą świadomości jego obecności i staram się zwyczajnie, po prostu przed Bogiem być.

Można na początku kontemplacji wyjść od przypomnienia sobie słowa, które najbardziej poruszyło nas w trakcie medytacji jako pewien punkt zaczepienia. Jednak istotą tego czasu jest po prostu proste bycie ze świadomością, że przebywa się w obecności Boga. Tyle, nic więcej.

Ostatnim punktem Lectio Divina było włączenie do wieczornego rachunku sumienia refleksji nad tym, w jaki sposób przemedytowane słowo pracowało we mnie w ciągu dnia.

Metody pogłębionej modlitwy medytacyjno-kontemplacyjnej są przeważnie oparte właśnie na Lectio Divina. W przeszłości sam stosowałem Lectio Divina w skróconej do 30 minut wersji św. Piotra z Alcantary – franciszkanina, a przez pewien czas także spowiednika św. Teresy Wielkiej.

Polegało to na tym, że etap lectio/meditatio/oratio mieściłem w 15 minutach (wymagało to wstępnego zapoznania się z tekstem nieco wcześniej), zaś ostatnie 15 minut poświęcałem na kontemplację, modlitwę serca, proste przebywanie z Bogiem.

Mój ówczesny kierownik duchowy podkreślał, żeby nie przedłużać działania refleksyjnego – medytacji – na cały czas trwania modlitwy. To kontemplacja jest najważniejsza – mówił.

Wtedy człowiek przestaje działać, a zaczyna działać Bóg. Cokolwiek by się działo, choćbyś miał poczucie, że można by dalej medytować, zgłębiać, ostatnie 15 minut poświęć na kontemplację – powtarzał mi kierownik.

Skrutacja, czyli wnikanie w Słowo Boże

Inną metodą, której się nauczyłem jest tzw. skrutacja Pisma Świętego. Potrzebujemy do niej tzw. Biblii Jerozolimskiej, która w odróżnieniu od np. Biblii Tysiąclecia posiada obok tekstu odnośniki do fragmentów poruszających analogiczną czy też uzupełniającą tematykę. Warto też przy tej praktyce zaopatrzyć się kartkę i długopis.

Zaczynamy tę „podróż ze Słowem” od jakiegoś wybranego fragmentu wyjściowego. Znów, najoczywistszym wyborem jest fragment Ewangelii czytany w ramach liturgii danego dnia w Kościele lub Ewangelia niedzielna. Czytamy fragment, badamy poruszenia, pytamy siebie, czy Bóg mówi do nas.

Na kartce zapisujemy pod fragmentem myśli i poruszenia, które dany fragment w nas wywołuje. Następnie otwieramy kolejny fragment, jeden z tych wskazanych obok fragmentu wyjściowego.

Jeżeli coś nas porusza, zapisujemy i idziemy od aktualnego fragmentu do kolejnego, wskazanego na marginesie przez Biblię Jerozolimską. Jeżeli nic wyraźniej na nas nie działa, to wracamy do fragmentu oryginalnego i wybieramy drugi w kolejności przypisany, boczny fragment.

Na ten rodzaj medytacji przeznaczamy albo z góry określony odcinek czasu, albo podróżujemy aż do poczucia pewnego nasycenia słowem. Na początku praktykowania warto jdnak ustalić sobie minimalny limit czasu skrutacji. Przebodźcowany, niecierpliwy człowiek XXI wieku nosi w sobie skłonność do skracania czasu poświęconego na skupienie w ramach jednego ciągłego działania.

Uczynić ze swojego życia spójną narrację

Gdy tak po latach patrzę na te wszystkie praktyki, bogatszy o nowe narzędzia intelektualne, widzę, jak z perspektywy natury ludzkiej są to praktyki zasadne i konieczne. Człowiek bowiem – jak uczy często przeze mnie cytowany Pierre Legendre, francuski antropolog, historyk prawa i psychoanalityk – jest rozpięty między dwoma skrajnościami.

Jedną z nich są nasze własne popędy, pragnienia. Ich ślepa realizacja prowadzi często do chaosu, uzależnień czy innego rodzaju zła. Drugą skrajnością jest całkowita zależność od spojrzenia innego. Jestem takim, jakim postrzegają mnie inni. Dobre jest to, co w moim zachowaniu akceptują inni.

„Człowiek może się zapaść w pierwotnym chaosie (psychiatria nazywa to schizofreniczną dezintegracją) albo utonąć we własnych obrazach i wyobrażeniach o sobie (to jest z kolei paranoiczna hiperintegracja)” – mówił prof. Wawrzyniec Rymkiewicz, rekapitulując myśl Legendre’a.

Tym, co spaja i przekracza te dwa bieguny jest to, co inny psychoanalityk Jacques Lacan nazwał Symbolicznym – zestawem wartości, praw, punktów odniesienia. Te zaś są przekazywane przez opowieści o charakterze mitycznym, które z kolei wymagają nieustannej egzegezy, wyjaśniania, otwierania przed kolejnymi odbiorcami i pokoleniami.

Dziś cierpimy na kryzys obecności takich narracji. Jak powiedział na debacie premierowej 63. Teki czasopisma idei Pressje psychoterapeuta Paweł Droździak, za czasów Freuda ludzie przychodzili do psychoanalityka, bo mieli problem ze zbyt agresywną strukturą superego.

Dziś, gdy młodzi ludzie przychodzą do gabinetów, najczęściej tego superego w ogóle nie mają, zaś praca terapeutyczna polega na konstruowaniu figury ojca. Mit o samodecydującej i samokształtującej się jednostce okazuje się mrzonką. Człowiek pozbawiony opowieści, pozbawiony tradycji gubi hermeneutyczny klucz do interpretacji własnego życia.

„Literatura grecka, łacińska i biblijna stanowiły kiedyś część przeciętnej edukacji. Kiedy je z niej usunięto, zagubiona została cała zachodnia tradycja informacji mitologicznej. W przeszłości było tak, że te historie tkwiły w umysłach ludzi. Kiedy nosisz w umyśle taką bądź inną historię, spostrzegasz jej związek z tym, co przytrafia ci się w życiu.

Daje ci ona pewną perspektywę, w której umieszczasz to, co ci się przydarza. Ze stratą takiej historii utraciliśmy coś istotnego, bo nie mamy na jej miejsce żadnej porównywalnej z nią literatury.

Te fragmenty informacji z dawnych czasów, związane ze sprawami, które pomagały ludziom żyć, budowały cywilizacje i przez całe tysiąclecia kształtowały religie, mają też ścisły związek z głębokimi problemami wewnętrznymi, z duchowymi tajemnicami i progami, jaki musimy forsować, i jeśli nie masz na tej drodze żadnych drogowskazów, musisz wypracować je sobie sam.

Kiedy jednak ten temat jakoś cię pochwyci, kontakt z tą bądź inną tradycją rodzi w tobie odczucie, iż poznajesz coś tak istotnego, głębokiego i ożywczego, że nie chcesz już z tego zrezygnować” – mówił Joseph Campbell w wywiadzie-rzece wydanej w języku polskim pod nazwą Potęga mitu.

Codzienne rozważanie Słowa Bożego, jego cierpliwa medytacja na poziomie psychologii jednostki działa tak, jak o tym mówił Campbell. Pozwala interpretować własne życie.

Wprowadza w nasz umysł Symboliczne, nadaje naszemu życiu określoną formę, podaje punkty odniesienia pozwalające zdystansować się zarówno od naszego wnętrza, jak i od otoczenia.

Czyni z życia spójną narrację, historię zbawienia. Niezależnie od tego, czy jesteśmy chrześcijanami, codzienna medytacja Słowa Bożego ma swoje głębokie uzasadnienie psychologiczne i antropologiczne.

Ja sam wobec poczucia chaosu i nadmiaru życiowych możliwości niemal wszystkie najważniejsze decyzje podejmowałem w konfrontacji ze Słowem, przy pomocy powyższych praktyk medytacyjnych.

Mam przekonanie, że chrześcijańska medytacja jest rzeczywiście narzędziem wprowadzania w chaos życia spójnej formy. Nie ciasnego gorsetu, ale miejsca zakorzenienia, dzięki któremu można wzrastać.

Człowiek naprawdę jest „istotą z góry mówioną”, jak twierdził Pierre Legendre. Nie jesteśmy na tyle wyjątkowi, byśmy nie mogli przejrzeć się w wielkich opowieściach naszej tradycji i odnaleźć tam klucza do zrozumienia naszego własnego, jednostkowego istnienia.

Kontemplacja jako obecność bez niepokoju

Na koniec chciałbym wrócić do contemplatio – miłosnego, prostego skupienia na obecności Boga. Jedną z moich ulubionych form modlitwy serca, która zaczyna ostatnio zyskiwać coraz większą popularność, jest tzw. modlitwa Jezusowa. Polega ona przede wszystkim na powtarzaniu w rytm oddechu słów Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem.

Ja sam, odmawiam ją bardzo powoli. Na jeden wdech i na jeden wydech przypada jedno słowo modlitwy. Pomaga to wejść w pewien rytm. Jeżeli mam taką możliwość, lubię połączyć tę modlitwę z Adoracją Najświętszego Sakramentu.

Niejednokrotnie miałem doświadczenie, gdy przytłoczony stresami, nerwami, przemęczeniem i zamętem związanym z obowiązkami w pracy, szedłem do jednego z warszawskich kościołów, gdzie odbywa się całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu,  siadałem przed monstrancją i zaczynałem się modlić.

Pierwsza faza modlitwy to było najzwyczajniejsze w świecie pozwolenie, by rozedrgany umysł się wykrzyczał. Czasami, gdy byłem szczególnie zestresowany, musiałem użyć stosowanych w psychoterapii technik uważnościowych, polegających się na wczuciu w miejsce w ciele, w którym ten stres, lęk albo inne silne uczucie się ogniskuje.

Wtedy najczęściej w umyśle zaczynały pojawiać się różne myśli. Moim zadaniem było odpuszczenie próby ich interpretowania i kontroli, a jedynie ich obserwowanie – a nawet próba wysłuchania, co mają do powiedzenia. W zdecydowanej większości przypadków stres czy lęk mnie opuszczał, a w umyśle i w ciele pojawiała się przestrzeń na kontemplatywne skupienie.

Następnie, gdy wpatrując się w Najświętszy Sakrament powtarzałem słowa Modlitwy Jezusowej, doświadczałem czegoś, co można nazwać poczuciem zadomowienia. Miałem wrażenie spokojnego zakorzenienia się w swoim wnętrzu, pewnego rodzaju integracji, uspokojenia zmysłów, integracji różnych poziomów mojego bytu.

Najbliżej to doświadczenie przypomina coś, co prof. Michał Łuczewski nazwał obecnością bez niepokoju. „Mam na myśli raczej kogoś, kto ma jasność co do swoich celów życiowych, a zatem jest mniej skłonny do zagubienia się w wirujących procesach emocjonalnych generujących niepokój. Mam na myśli kogoś, kto może być osobny, jednocześnie pozostając w kontakcie […]

Czuwanie – tłumaczył dalej – to jasność własnych celów, umiejętność odróżnienia dobra od zła. To zakorzenienie w sumieniu, w naszym «Ja», które sprawia, że jesteśmy (w języku Bowena i Friedmana) samowyróżnicowani” – pisze Łuczewski.

Gdy wychodziłem z takiej modlitwy to tak niejednokrotnie się właśnie czułem – zakorzeniony. Osobny, a jednocześnie bliski. Różnice zdań z bliskimi i współpracownikami nie powodowały we mnie poczucia zagrożenia czy walki. Emocje i instynkty były wyciszone.

Oczywiście nie jest to dane raz na zawsze Trzeba długofalowo stosować tę praktykę, łącząc ją z poważną moralną pracą nad samym sobą.

Natomiast wiem jedno. Medytacja i kontemplacja są możliwe. Na początek nie trzeba aż tak wiele. Zamiast scrollować rolki na Instagramie, usiądź – mówię to również do siebie – na 30 minut w ciszy. I zacznij recytować: Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.