Psychoterapia i chrześcijańska kontemplacja mają jeden cel. Jest nim miłość
Jon Frederickson, przedstawiciel krótkoterminowej terapii psychodynamicznej, nie waha się mówić, że tym, co leczy w psychoterapii, jest miłość. Dobra psychoterapia zawsze prowadzi do miłości. I to w przedziwny sposób okazuje się spójne z tym, do czego prowadzi duchowość. Z Marcinem Gajdą, diakonem, lekarzem, terapeutą, założycielem fundacji Theosis rozmawia Cezary Boryszewski.
Czym jest kontemplacja? To słowo zarówno w dyskursie wewnątrzkościelnym, jak i świeckim używane jest do opisania bardzo wielu praktyk. Czy istnieje jakaś zwięzła definicja?
Na to, jak obecnie rozumiemy te pojęcia, oddziałuje nie tylko tradycja chrześcijańska, ale także tradycja religijnego, niechrześcijańskiego Wschodu.
W buddyzmie czy w hinduizmie medytacja oznacza stan, postawę czy też rodzaj modlitwy, w którym ludzka uważność jest utrzymywana poza obszarem intelektu. Kontemplacja z kolei jest aktem intelektualnym – rozmyślaniem nad pięknem przyrody czy też nad światem i jego poznawalną intelektualnie strukturą.
Natomiast w tradycji chrześcijańskiej jest na odwrót. Przez medytację rozumie się taką formę modlitwy, która odbywa się z użyciem władz intelektualnych. Kontemplacja zaś jest pozadyskursywna, określa się ją współcześnie wyrażeniami takimi jak modlitwa serca, modlitwa ciszy czy też modlitwa głębi.
Często też traktuje się ją jako synonim tzw. modlitwy Jezusowej – jednej z bardziej obecnie popularnych, wypracowanych na chrześcijańskim Wschodzie rodzajów modlitwy kontemplacyjnej.
Nie chciałbym się przesadnie skupiać na definicji. Jeżeli ktoś by takiej szukał, to zachęcam do zajrzenia do Katechizmu Kościoła Katolickiego – w punktach 2709-2719 znajdują się próby zwięzłej definicji tego pojęcia. Jest tam m.in. krótkie określenie kontemplacji autorstwa św. Teresy z Avilla, która mówi, że kontemplacja jest „niczym innym jak głębokim związkiem przyjaźni, w którym rozmawiamy sam na sam z Bogiem, w przekonaniu, że On nas kocha”.
Dla mnie kontemplacja nie jest jedynie formą modlitwy. To raczej pewien styl bycia, sposób egzystencji. Coś, co obejmuje wszystkie obszary życia, a nie jest jedynie zarezerwowane do wąskiego obszaru modlitwy w ciszy.
Oczywiście, życie kontemplacyjne ogniskuje się w momentach całkowitego wyciszenia, kiedy poświęcam czas i siebie wyłącznie Jemu. Natomiast to, co się dzieje w tych momentach, promieniuje na całe moje życie, pozostaje niejako cały czas obecne.
Może zabrzmi to górnolotnie, ale dla mnie kontemplacja jest po prostu udziałem w wewnętrznym życiu Boga. Jest udziałem w Miłości, którą jest Ojciec, Syn i Duch, a więc ma relacyjny charakter.
Ten stan zjednoczenia z Bogiem – zwany w tradycji wschodniej przebóstwieniem (theosis) – wiąże się z uwolnieniem od władz, którymi na co dzień się posługujemy. Kontemplacja wycisza umysł. Wyobraźnia i słowa są niepotrzebne. Jest czystą miłością, trwaniem, udziałem w Miłującej Obecności.
Sądzę, że wielu współczesnych ludzi, ukształtowanych przez różnego rodzaju duchowe poradniki, zapytałoby: jakie techniki pozwalają to zjednoczenie z Bogiem osiągnąć? Co należy zrobić, aby się przebóstwić?
Po pierwsze, pytanie o to „jak zrobić”, „jak osiągnąć” „jak się przebóstwić” jest o tyle nieadekwatne, że kontemplacji się nie osiąga. Kontemplację się przyjmuje.
Człowiek powinien stworzyć przestrzeń do tego, by kontemplacja – rozumiana jako udział w życiu Boga, jako samo to Życie – wlała się w jego życie. Oczywiście, jest w tym miejscu przestrzeń na udział naszej woli. Często potrzeba radykalnej decyzji na przyjęcie tego daru.
Nie chodzi o zdobywanie „duchowych zasług”, czy prężenie „duchowych muskułów”, ile raczej o coś, co nazwałbym „opróżnianiem się z siebie”. Mam na myśli drogę wyzbywania się swojego ego i napełniania się Bogiem. Kontemplacja – podobnie jak świętość – to raczej przyjęty dar niż samodzielne osiągnięcie.
W katolickiej teologii są pewne etapy życia wewnętrznego. Klasycznie określa się je następującymi terminami: oczyszczenie, oświecenie i zjednoczenie. W pierwszym okresie dominuje modlitwa przedkontemplacyjna, która jest w zasadzie tylko pewnym etapem przygotowania. Przeważają w niej słowne formuły, później może pojawić się także modlitwa spontaniczna.
Już na tym etapie człowiek zaczyna powoli wchodzić w praktykowanie medytacji, czytać i rozważać Pismo Święte. Jednak cały czas poruszamy się w obszarze naszych własnych zasobów intelektualnych. Umysł jest w tym momencie – jak mówi św. Jan od Krzyża – „naturalnym ograniczeniem”.
Nasz intelekt przypomina silnik samolotu, który dopiero rozpędza samolot na płycie lotniska. W pewnym momencie musi dojść do poderwania się. W tym momencie następuje oderwanie się od umysłu, przekroczenie go. Samoloty nie zostały przecież skonstruowane do tego, aby szybko jeździć po lotnisku, prawda?
Właściwy etap kontemplacyjny rozpoczyna się wraz z wejściem na drogę oświecenia, zaś swój szczyt osiąga w trakcie „nocy ciemnej ducha” i następującym po nim etapie zjednoczenia. Gdy wchodzimy coraz bardziej w etap stricte kontemplatywny, wówczas naszą jedyną aktywnością na modlitwie powinno być wchodzenie w swego rodzaju bierność.
Nie jest to jednak zwykła bierność. Paradoks tkwi w tym, że bierna modlitwa kontemplacyjna to szczyt ludzkiej aktywności. Z mojego punktu widzenia nie można robić w życiu nic bardziej wzniosłego niż jednoczyć się z Bogiem.
Nie należy więc mylić kontemplacji z potocznie rozumianym „nicnierobieniem”. Człowiek opróżnia się w kontemplacji „siebie” z własnych zasobów. Doświadcza kenozy, na wzór Chrystusa, o którego uniżeniu, wyzuciu się z siebie czytamy w słynnym hymnie z Listu św. Pawła do Filipian.
„On, istniejąc w postaci Bożej,
nie skorzystał ze sposobności
aby na równi być z Bogiem,
lecz ogołocił samego siebie,
przyjąwszy postać sługi,
stawszy się podobnym do ludzi.
A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka,
uniżył samego siebie,
stawszy się posłusznym aż do śmierci –
i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,6-11).
Na etapie kontemplatywnym człowiek podejmuje radykalną decyzję, by nie korzystać ze swoich naturalnych zasobów, takich jak intelekt, pamięć, wola. Dzięki woli jedynie podejmuje decyzję, by stworzyć w sobie przestrzeń na przyjęcie daru.
Jest to moment decydujący, w którym jesteśmy zaproszeni przez łaskę do swego rodzaju „przełączenia kontemplacyjnego”. Dokonuje się to właśnie w nocy ciemnej zmysłów, a potem pogłębia się w nocy ducha. Zazwyczaj wiąże się to z kryzysem, który ludzie bardzo różnie rozwiązują.
Ten kryzys dotyczy kształtu świata religijnego, który człowiek wytworzył w sobie w okresie przedkontemplacyjnym, a który to jest uszyty na miarę ludzkich umysłów. Na tym etapie – w pewnym sensie – Bóg był niejako tworzony – wyobrażany na obraz i podobieństwo człowieka, który się modli.
Ten moment kryzysu jest potrzebny, by przestać sobie tworzyć nieadekwatne obrazy Absolutu i otworzyć się na spotkanie z Bogiem Trójjedynym i prawdziwym. Jako że Bóg wykracza poza możliwość ludzkiego ujęcia umysłowego, zmysły i władze intelektualne doświadczają „zaciemnienia”.
Dzieje się tak dlatego, że tutaj nie dochodzi do zwykłego spotkania na linii podmiot-przedmiot; ja-ty. To nie jest spotkanie podobne do naszego spotkania, gdy udzielam panu wywiadu. Bóg nie jest ani przedmiotem, ani też zwykłym podmiotem pośród innych podmiotów.
Św. Jan od Krzyża postawił sprawę na ostrzu noża, twierdząc, że zjednoczenie z Bogiem nie będzie możliwe, jeśli dusza nie stanie się kontemplacyjna. Idąc za tą tradycją mistyczną: człowiek religijny nie zostanie chrześcijaninem, dopóki nie stanie się kontemplatykiem.
Jakie są najczęstsze pułapki i przeszkody na drodze życia kontemplacyjnego?
Przeszkoda zawsze jest ta sama, ale przyjmuje różne formy zewnętrzne: to zawsze ludzkie ego.
Wszyscy rozpoczynamy naszą egzystencję z poziomu naszego ego. Egzystencja na poziomie ego oznacza redukcję naszego życia do skupienia się wyłącznie na tym, co nietrwałe. Żyjemy w pewnym poznawczym złudzeniu oderwania od całej rzeczywistości, oderwania również od Boga, tak jakbyśmy sami siebie stwarzali.
Jest to obecne również w naszym języku, np. kiedy mówimy „przyszedłem na świat”, podajemy datę etc. Tak jakbyśmy zostali wrzuceni w świat nie wiadomo skąd. Podczas gdy – piszę o tym szerzej w książce Boskie DNA – jest oczywista ciągłość naszego istnienia. Sięga samego Wielkiego Wybuchu albo jeszcze dalej.
Można więc powiedzieć, że to nie my przyszliśmy na świat, ale to świat nas niejako zrodził czy też, że jesteśmy jego przejawem , tak jak jabłko przejawia jabłoń. Nie jesteśmy elementami wyizolowanymi spośród całości bytu.
Wnioski te nie są kwestią dogmatów wiary, tylko zwyczajnej racjonalności i spojrzenia na to, jak jesteśmy umocowani w kosmosie i w przyrodzie. Kosmos nami zakwitł.
To co mówię, może wydać się dziwne czy wręcz mistyczne w złym rozumieniu tego słowa, ale jestem głęboko przekonany, że jest to niesprzeczne z racjonalnością, z Objawieniem i z tym, co nazywamy dobrze rozumianą katolicką ortodoksją.
Ego ma oczy zamknięte na kontemplację. Skupia się na tym, co nietrwałe. Jest bardzo mocno uwarunkowane biologicznie. Stąd przede wszystkim wynika opór przed przebóstwieniem, przed drogą duchową.
Przejawia się to na przeróżne sposoby. Najprościej można to dostrzec w naszej niechęci do poważnego potraktowania życia duchowego. Wydaje nam się, że nie mamy na nie czasu. Uznajemy, że „Bóg Bogiem, ale żyć trzeba”. I to właśnie jest chyba najczęstszy argument, którym posługuje się ego, aby obronić swoją pozycję: duchowość nie jest czymś naprawdę rzeczywistym, podczas gdy „życie” jest konkretne i domaga się naszej uwagi.
Oczywiście istnieją również mechanizmy znacznie bardziej subtelne, związane z naszą psychiką i emocjonalnością. I muszę powiedzieć, że właśnie na nich w dużej mierze skupia się nasza – moja i mojej żony – praca terapeutyczna.
Wyobraźmy sobie, że jestem pracownikiem korporacji, pracuję w biurze, w open space znajduje się 16 osób, a wśród nich znajduje się jeden kontemplatyk. Jak go rozpoznam?
Nie chciałbym opisywać, czym charakteryzuje człowiek kontemplacyjny. Byłoby to ryzykowne, a nawet aroganckie.
Natomiast chrześcijańska tradycja kontemplacyjna wykształciła pewne sposoby weryfikacji tego, kiedy mamy do czynienia z autentyczną modlitwą kontemplacyjną i w jaki sposób przejawia się zjednoczenie z Bogiem, które – co warto podkreślić – nie jest jakimś punktowym momentem, lecz pewnym postępującym procesem.
Podstawowym weryfikatorem jest oczywiście miłość. Celem duchowości w ogóle jest udział w życiu wewnętrznym Boga, którym jest Miłość.
Św. Jan od Krzyża mówi o tym radykalnie: dusza staje się Bogiem przez uczestnictwo w Bogu. Katechizm w punkcie 460. mówi, że Bóg stał się człowiekiem po to, aby człowiek stał się Bogiem. A Bóg – jak pisze św. Jan – jest miłością.
Ale co to znaczy w praktyce? Jednym z pierwszych owoców życia kontemplacyjnego jest poszerzona świadomość, poszerzone serce. Nie mam tu na myśli świadomości w czysto intelektualnym tego słowa rozumieniu.
Chodzi mi o sytuację, w której w moim sercu zaczynają mieścić się bardzo odmienni ode mnie ludzie, którzy nieraz myślą i postępują radykalnie inaczej niż ja. Chodzi także o ludzi tak bardzo odmiennych ode mnie, że możnaby ich nawet nazwać nieprzyjaciółmi.
Człowiek z poszerzoną świadomością potrafi dostrzec wewnętrzne uwarunkowania i motywację swojego „wroga”. Potrafi objąć swoją świadomością perspektywy wykraczające poza jego własną. Można powiedzieć, że taki człowiek staje się katolicki – słowo „katolicyzm” pochodzi od greckich słów kat’hólou, które można przetłumaczyć jako „odnoszący się do całości” czy „odnoszący się do wszystkiego”.
Taki człowiek widzi siebie jako uczestnika życia, które obejmuje wszystkie przejawy religijne wszystkich ludzi całego świata. Rozpoznaje w innych religiach i duchowościach elementy prawdy i widzi, że właściwie wszystko, co na świecie przejawia się jako miłość, jest przejawem uobecniającego się w historii Chrystusa.
Za tym poszerzeniem świadomości opada lęk. Nie konstruujesz już więcej swojej tożsamości. Nie jesteś osobą, która rozpoznaje się w czymś nietrwałym. Centrum twojej tożsamości, twojej osobowości jest zakorzenione w Czymś (KIMŚ) wiecznym. Jako, że jest to wieczne, to nie może być odebrane. W związku z tym radykalnie opada lęk.
A kiedy opada lęk, to nie ma także agresji. Jeśli ludzie są agresywni, co zdarza się również osobom religijnym, wynika to z lęku.
Jeżeli już miałbym scharakteryzować kontemplatyka w korporacyjnym open space, to byłby to ktoś łagodny i stanowczy zarazem. Ktoś, kto potrafi z miłością postawić granice i wymagania. Jednak nie robi tego agresywnie.
Ostatnim przejawem wchodzenia w kontemplację jest zanik oporu wobec rzeczywistości. Oznacza to zgodę na proces, w którym znajduje się rodzina ludzka i Kościół. Taka zgoda byłaby urzeczywistnieniem modlitwy: „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”.
Gdy dzieją się rzeczy trudne, czy nawet straszne, ufasz, że wszystko jednak zmierza w dobrym kierunku. Patrzysz na rzeczywistość bardzo szeroko i z wielkim spokojem.
Praktykuje pan jako psychoterapeuta, współtworzy – razem z żoną – tzw. chrześcijańską terapię integralną. Jaka jest z pana perspektywy relacja życia kontemplacyjnego do terapii?
Sama psychoterapia to pewna sztuka i jej różne nurty podążają w kierunku coraz większego uwzględniania integralności osoby ludzkiej, czyli brania pod uwagę nie tylko tego, co się dzieje, w umyśle, ale również np. przejawów uczuć w ciele, w bardzo konkretnym somatycznym doświadczeniu.
Stopniowo dostrzegamy, jak nawet ortodoksyjne podejścia typu psychoanalitycznego czy psychodynamicznego w niektórych wariantach przesuwają się w stronę uwzględniania ciała i emocjonalności. Przede wszystkim, coraz częściej mówi się o miłości jako czynniku leczącym, przez co terapia coraz bardziej otwiera się również na jakiś rodzaj duchowości.
Oczywiście, nie oznacza to, że mówimy o modlitwie czy chrześcijaństwie. Ale np. Jon Frederickson, przedstawiciel krótkoterminowej terapii psychodynamicznej, nie waha się mówić, że tym, co leczy w psychoterapii, jest miłość.
Dobra psychoterapia zawsze prowadzi do miłości. To w przedziwny sposób okazuje się spójne z tym, do czego prowadzi duchowość.
U podstaw różnych podejść terapeutycznych mamy różne antropologie i światopoglądy. Niektóre uwzględniają istnienie Boga, inne nie. Ciekawym przykładem jest tzw. psychoterapia transpersonalna, która, wydaje mi się, może być w pewien sposób najbliższa chrześcijaństwu.
Terapia transpersonalna to podejście psychoterapeutyczne, które obejmuje nie tylko psychikę i osobowość człowieka, lecz także duchowy i transcendentny wymiar jego doświadczenia, traktując rozwój jako przekraczanie ograniczeń ego i otwieranie się na szerszy wymiar świadomości i istnienia.
Wydaje się więc, że w swojej chrześcijańskiej wersji terapia transpersonalna może być doskonałym odpowiednikiem słów: „Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus”, a także słynnej wypowiedzi z Areopagu: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.
Zatem mogę odnajdywać Boga w sobie, Chrystusa w sobie. Równocześnie mogę rozpoznawać siebie w Chrystusie, w którym ja sam się „wydarzam”.
Klasyczne podejścia psychoterapii są ograniczone do obszaru nietrwałego ludzkiej osoby. Kończą swoją drogę w momencie, w którym ktoś do pewnego stopnia uzdrowi swoją psychikę.
W Chrześcijańskiej Terapii Integralnej proponujemy de facto wyjście poza siebie, zjednoczenie z Bogiem. W tej terapii nie tyle leczymy psychikę co – zabrzmi to bardzo pewnie dziwnie – leczymy siebie z psychiki.
Z pewnego punktu widzenia można dostrzec, że źródłem cierpień ludzi jest ich utożsamianie się z… własną osobowością. Wymiar transpersonalny terapii z tego uwalnia.
Okazuje się, że człowiek może też utożsamić siebie z Chrystusem. Terapia ta prowadzi do patrzenia na siebie nie z własnej perspektywy, lecz z perspektywy Chrystusa, który „objawia człowieka samemu człowiekowi”, jak mówi konstytucja duszpasterska Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II. To jest przykład tej moim zdaniem pozytywnej transgresji psychoterapii w kierunku uwzględniania duchowości.
W jakimś momencie mojego szkolenia zawodowego zdałem sobie sprawę, że jeśli mam pracować jako terapeuta, to nie mogę wyłączyć jakiegoś elementu, który uznaję za istotny w postrzeganiu osoby ludzkiej i samego siebie. Bo to byłoby tak, jakbym przestał być sobą.
Zadawałem sobie pytanie: jak zintegrować duchowe doświadczenie z praktyką terapeutyczną tak, żeby pozostać w sztuce psychoterapeutycznej i nie pozwolić sobie na naiwność religijną?
Gdy ktoś mówi, że dla niego terapia odbywa się w neutralności światopoglądowej, to nie zdaje sobie sprawy, że to jest też pewien rodzaj światopoglądu.
Razem z moją żoną Moniką próbujemy używać w pracy terapeutycznej narzędzi wprost zaczerpniętych z chrześcijańskiej tradycji kontemplacyjnej. Przy czym nie należy mylić procesu psychoterapii z nakładaniem rąk w gabinecie, jak na modlitwach o uzdrowienie (śmiech).
W gabinecie nie ewangelizujemy ani nie prowadzimy katechezy. Po prostu uwzględniamy wymiar transcendentny i zapraszamy naszych klientów do tego, by zaczęli tego doświadczać. Jesteśmy przekonani, że ma to ogromną wartość leczącą.
Transcendencja jest miłością. Kontemplacja jest doświadczeniem miłości. Zapraszamy klienta na tę drogę jednak bardzo delikatnie i tylko za jego zgodą. Jeżeli jest otwarty, proponujemy pewne techniki medytacyjne oraz kontemplacyjne.
Czy z Pana perspektywy tradycja psychoterapeutyczna rzuciła jakieś światło na chrześcijańską tradycję kontemplacyjną i na chrześcijaństwo w ogóle?
Relacje między Kościołem a psychoterapią były i nadal są skomplikowane. Na początku była wielka nieufność.
Freud w dużej mierze upatrywał w samej religii potężnego czynnika represyjnego – niejednokrotnie zresztą miał rację. Jako niereligijny Żyd widział religię jako coś, co toksycznie wpływa na życie jego klientów, którzy prawdopodobnie nie chorowaliby, gdyby nie doświadczali tak potężnej represji ze strony religijnego superego.
Jednak duchowość w pewnym momencie weszła do terapii, tyle że tylnymi drzwiami. Chodzi tu głównie o duchowość niechrześcijańskiego Wschodu. Było tak ze względu na to, że ona jest łatwiejsza do zaadaptowania w gabinecie, gdyż nie posługuje się wprost religijnym językiem. Buddyzm ma bardzo dobrze rozwiniętą psychologię i jest bardzo mocno skupiony na psychologii, dlatego jest łatwiejszy do zaaplikowania w ramach terapii.
Z drugiej strony, w samej religii katolickiej przez lata panowała duża nieufność do psychoterapii jako dziedziny, która wchodzi w kompetencje przez wieki należące do jurysdykcji świata religijnego.
Uważam, że nie tylko psychologia czy psychoterapia, lecz również nauka w ogóle silnie wpływa na rozwój teologii. Mówiąc trochę żartem, mamy do czynienia z czymś takim jak „objawienie naukowe”.
Mamy pełne Objawienie historyczne, które się dokonało w Jezusie Chrystusie i które będziemy asymilowali przez wieki. Natomiast rozwój nauki sprawia, że zaczynamy głębiej rozumieć tajemnicę Chrystusa. Psychologia, fizyka, biologia, nauki ewolucyjne, neurobiologia – te dziedziny wpływają na nasze zrozumienie Objawienia.
Na pana pytanie mogę więc odpowiedzieć przede wszystkim odwołując się do swojego osobistego punktu widzenia. Myślę, że jestem lepszym psychoterapeutą przez to, że angażuję się w duchowość.
Kontemplacja dała mi bardzo dużo, jeśli chodzi o wgląd w problemy moich rozmówców w gabinecie. W pewnym sensie wszyscy mają kłopot z obroną ego przed miłością, przed zjednoczeniem z Bogiem. Ludzie religijni czy niereligijni – to nie ma znaczenia.
W gabinecie widzę, że rzeczywiście „stworzenie w bólach rodzenia oczekuje na objawienie się synów Bożych” (Rz 8,22) i że tak naprawdę każdy klient jeśli oczywiście nie mówimy o zaburzeniach jakichś biochemicznych, psychotycznych – tak naprawdę ma jakiś kłopot z miłością. Albo z przyjmowaniem miłości, albo z dawaniem miłości.
Załóżmy, że czytelnik tej rozmowy zastanawia się, jak wejść na ścieżkę życia kontemplacyjnego. Co by mu pan doradził?
Samo pragnienie z pewnością nie wystarczy. Potrzebna jest bardzo konkretna decyzja. Jak powiedziała mi niegdyś moja mistrzyni życia duchowego, siostra Miriam od Krzyża, pustelniczka ze Szczecina, tylko decyzje zmieniają życie.
Pamiętam, jak przed wielu laty, po przeczytaniu jakiejś książki dotyczącej kontemplacji, stwierdziłem, że ja naprawdę chcę, pragnę i decyduję się na wejście na ścieżkę życia kontemplacyjnego.
Pierwszą decyzją było podjęcie modlitwy w ciszy. Nie umiałem tego robić. W tej książce przeczytałem, że jeśli ktoś podejmie każdego dnia 15 minut modlitwy w ciszy, to nie ma możliwości, by nie stał się świętym. Tak tam było napisane, a ja w to uwierzyłem (śmiech). Autor twierdził, że albo staniesz się święty, albo będziesz musiał w pewnym momencie porzucić tę modlitwę. Tertium non datur.
Po pewnym okresie praktykowania modlitwy w ciszy zdałem sobie sprawę, że samo zamilknięcie na modlitwie jeszcze ciszą nie jest. To jest rzeczywiście pierwszy krok – stworzyć pewną przestrzeń, zacząć się po prostu modlić. Bez zastanawiania się, czy umiem, czy nie umiem, bez czekania na zestaw skutecznych technik. Po prostu – 15 minut w milczeniu w próbie skupienia na obecności Boga.
Gdy podjąłem ten krok, zaczęły wyłaniać się przede mną dalsze możliwości. Chodzi przede wszystkim o kolejne lektury oraz środowiska, które w polskim Kościele są obecne. Aktualnie tych środowisk jest całkiem sporo.
Myślę tutaj o tym, co robi „Pogłębiarka”, co robi ojciec Maksymilian Nawarra ze swoimi wspólnotami. Myślę o szkołach jezuickich, gdzie się uczy modlitwy Jezusowej. Także nasza Fundacja Theosis istnieje właściwie tylko po to, żeby uczyć modlitwy kontemplacyjnej.
Co do tej obietnicy świętości: jeśli rozumiemy świętość jako bezgrzeszność, to pewnie tutaj nikt tego nie osiągnie. Ale jeśli rozumiemy świętość jako pokorę i przyjęcie siebie w własnej biedzie, ale i pięknie i prawdzie, oraz stawanie się prawdziwie sobą to mogę zaświadczyć, że te słowa książki się sprawdziły.
Na początku trzeba się trochę zmuszać do modlitwy. Potem jest zachwyt. Jeszcze później, kiedy zaczyna się „umieranie ego”, okazuje się, że nie jest to łatwy proces. Od pewnego momentu nie można już żyć bez modlitwy.
Życie staje się modlitwą, a modlitwa staje się życiem. Nie mówię o niczym wzniosłym, ale o czymś bardzo zwyczajnym.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Marcin Gajda
Cezary Boryszewski

