Osiedle Maltańskie. Kościół zachował się legalnie, ale nieprzyzwoicie
Sprawa Osiedla Maltańskiego w Poznaniu jest bulwersująca. Nie dlatego, że Kościół złamał prawo albo całkowicie zlekceważył ludzką krzywdę. Problem polega na czymś innym: niemal 100 lat zaniedbań władz i kolejnych prób uporządkowania tego miejsca kończy się sprzedażą terenu deweloperowi za ponad 421 mln zł, inwestycją w nowe osiedle dla klasy średniej i eksmisjami części dotychczasowych, najczęściej ubogich mieszkańców. Miasto może zasłaniać się planem zagospodarowania przestrzennego, deweloper umową, a kuria prawem własności. Wszystko jest legalne. Tyle że ze zgodności z prawem nie wynika jeszcze przyzwoitość. Od polityków można oczekiwać więcej niż ścisłego trzymania się procedur, od biznesu – trudno wymagać miłosierdzia. Ale od Kościoła można i trzeba wymagać więcej.
100 lat prowizorki na Osiedlu Maltańskim
Był sobie kryzys gospodarczy w latach 30. XX w. Dobry ksiądz postanawia wydzielić z terytorium parafii przestrzeń, którą można udostępnić ubogim mieszkańcom. Miało to być rozwiązanie tymczasowe – pomoc dla ludzi, którzy nie mieli, gdzie mieszkać.
W czasach PRL-u zrobiono z tej przestrzeni formalnie ogródki działkowe z zakazem meldunku i trwałego zamieszkania. Mieszkań tam nie było, więc ludzie z prowizorycznych altan zrobili pełnoprawne domy, choć bez nowoczesnej infrastruktury i tak podstawowych udogodnień jak kanalizacja. Państwo przez dziesięciolecia tolerowało stan, który formalnie nie powinien istnieć.
Nie było i nie ma tam nadal spójnej zabudowy, kanalizacji z prawdziwego zdarzenia zresztą też nie. Kiedy ludzie nie mają gdzie mieszkać, tworzy się prowizorkę. A ta, jak wiadomo, często okazuje się najtrwalsza. Poznańska trzyma się już prawie 100 lat.
Po upadku komunizmu, w 1994 r. Pracownicze Ogródki Działkowe „Wolność” kończą swój żywot. Żywota nie kończą zaś rodziny, które wtedy już od kilku pokoleń tam mieszkają.
Przychodzi kapitalizm i Rada Miasta zaczyna przyglądać się temu osiedlu. W 2004 r. przyjęto miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który zakładał uporządkowanie tego terenu.
W dokumencie pada stwierdzenie: „Istniejąca substancja mieszkaniowo-gospodarcza nie da się zaadaptować w jakimkolwiek przyszłym zagospodarowaniu, z uwagi na niespełnienie przepisów prawa budowlanego i tych, które dotyczą dróg publicznych”.
Substancji się nie da zaadaptować, ale co z ludźmi? Przez kolejne lata problem pozostawał nierozwiązany. Ostatecznie teren trafia pod zarząd archidiecezji poznańskiej, a w 2026 r. zostaje sprzedany spółce JHM Development za ponad 421 mln zł. W jego miejscu ma powstać nowoczesne osiedle mieszkaniowe dla około dwóch tysięcy osób.
Państwo i Kościół zawiedli
I tu trzeba uczciwie powiedzieć rzeczy, których nie wolno pomijać, jeśli chce się tę historię opisać sprawiedliwie.
Po pierwsze, mieszkańcy osiedla nie są właścicielami gruntu. To Kościół był właścicielem nieruchomości i miał prawo nią rozporządzać. Po drugie, nie jest tak, że Kościół nic tym ludziom nie zaproponował.
Zarządca deklaruje, że ponad 100 rodzin zostało objętych pomocą. Część mieszkańców otrzymała lokale komunalne, część pomoc przy remontach, a część – wsparcie przy przeprowadzce. W niektórych przypadkach proponowano także finansowanie najmu mieszkania.
Po trzecie, miasto również nie pozostawiło wszystkich tych ludzi samym sobie. Część mieszkań socjalnych czy komunalnych została przygotowana właśnie po to, aby mieszkańcy osiedla mogli się przeprowadzić.
I po czwarte, przymusowe eksmisje, które już się odbyły, nie były samowolą Kościoła. Były wykonywane przez komornika na podstawie prawomocnych rozstrzygnięć.
To wszystko jest prawdą. Tylko co z tego? Legalność nie jest jeszcze synonimem przyzwoitości.
Można mieć prawo własności i jednocześnie zachować się wobec człowieka podle. Można wykonać prawomocny wyrok i jednocześnie zadać sobie pytanie, czy naprawdę nie było żadnego innego sposobu, żeby człowieka, który przez kilkadziesiąt lat mieszkał w tym samym miejscu, nie wyrzucać z domu przy pomocy komornika i policji.
W sierpniu dochodzi do pierwszej przymusowej eksmisji, a 2 września do kolejnej. Argument Sandry, kobiety mieszkającej w jednym z domów, był racjonalny – nie chciała wyprowadzać się z dotychczasowego mieszkania do czasu otrzymania wyremontowanego mieszkania z miasta. Ostatecznie jednak zapukał komornik i policja. I zrobiła się awantura na całą Polskę.
Kościelna argumentacja
Ile z tych ponad 421 mln zł Kościół przeznaczy na szczególną pomoc dla tych ludzi – swoich dawnych mieszkańców i, w wielu przypadkach, parafian?
Owszem, arcybiskup Zbigniew Zieliński zapowiedział, że środki ze sprzedaży zostaną przeznaczone na cele statutowe Kościoła, wymieniając między innymi utrzymanie kościołów i Caritas. To jednak bardzo ogólna odpowiedź. Czy wśród tych wydatków znajdzie się również szczególna pomoc dla ludzi, którzy przez dziesięciolecia mieszkali na kościelnym terenie?
Argumentacja Kościoła jest taka, że nie był on w stanie samodzielnie przystosować tego terenu do wymogów planu zagospodarowania przestrzennego i prawa budowlanego. Można to zrozumieć. Można też zrozumieć, że Kościół nie jest właścicielem miasta i nie może za samorząd rozwiązać jego problemów mieszkaniowych.
Ale czy można zrozumieć, że po tych wszystkich latach rozwiązaniem problemu jest sprzedaż terenu za ponad 421 mln zł, a ludzie, którzy mieszkali tam przez 30, 40 czy 70 lat, muszą znaleźć sobie nowe miejsce do życia?
Czy można zrozumieć, że Kościół – zamiast występować wobec tych ludzi przede wszystkim jako duszpasterz i wspólnota – wchodzi z nimi w spór jako właściciel dochodzący swoich praw, za pośrednictwem prawników i postępowań egzekucyjnych?
„Osoby trzecie”
Dlaczego miasto razem z kurią nie postarało się, aby na tych terenach zbudować dobrej jakości domy, razem z całą potrzebną infrastrukturą? Dlaczego nie potraktowano tego jako okazji do rozwiązania trwającego prawie 100 lat problemu społecznego? Dlaczego jedynym możliwym rozwiązaniem okazało się wyburzenie starej zabudowy, sprzedaż terenu i budowa nowego osiedla?
Oczywiście, można powiedzieć: tak działa rynek. Tak działa własność. Tak działa prawo. Tylko że Kościół nie jest przedsiębiorstwem deweloperskim.
Dlaczego wśród protestujących znaleźli się lewicowi aktywiści, a nie było – jak się wydaje – bardziej zdecydowanego zaangażowania parafian czy proboszcza, który stanąłby po stronie ludzi zagrożonych eksmisją? Dlaczego Kościół, który przez dziesięciolecia był dla tych ludzi gospodarzem tego miejsca, rozwiązuje konflikt przede wszystkim za pomocą prawników?
Rozbawił mnie też oficjalny komunikat ze strony dewelopera: „W związku z faktem, iż na terenie nieruchomości przebywają obecnie osoby trzecie, będziemy prowadzić działania zmierzające do zapewnienia im możliwości przeniesienia we właściwym horyzoncie czasowym”.
Osoby trzecie? Sformułowanie godne papugi na zlecenie. To są ludzie, którzy mieszkają w tym miejscu czasem od 1949 r., a nie żadne „osoby trzecie”. „To jest mój dom, moja historia i moja tożsamość. Miejsce, o które dbam i które kocham. Wiążą się z nim wszystkie moje wspomnienia. Nie dość, że tracimy domy, to jeszcze poczucie bezpieczeństwa. Zawiodło również zaufanie, a to wszystko dla ogromnych pieniędzy” – mówi Radiu Meteor Patrycja Bartoszewska, której rodzina mieszka na osiedlu od 1949 roku.
Pewnie od razu odezwą się głosy, że tam mieszkała patologia, która z powodu nieróbstwa i życia na zasiłku państwa po prostu pasożytowała przez dekady w miejscu, które nie nadawało się do życia. I że to roszczeniowe towarzystwo, „pięćset plusy”, a właściwie to się słabo myją i piją alkohol. Naprawdę można uznać taką postawę za katolicką? To jest ta wyobraźnia miłosierdzia, o której czytam w encyklikach i słucham na kazaniach?
Zaangażowanie polityczne i antyklerykalizm
Wiem, że sprawę tę nagłaśniają dziś przede wszystkim politycy Razem. To jednak nie oznacza, że każda krytyka Kościoła jest przez to automatycznie antykościelna czy lewicowa. Można być katolikiem i uznać, że w tej sprawie Kościół popełnił poważny błąd.
Z oskarżeniem wobec całego Kościoła należy uważać, bo już roznosi się w internecie jazgot tych, którzy będą przekonywać, że cały Kościół to czarna mafia dojąca ludzi, a i pewnie odezwą się inni wzmożeńcy – ci, co zrównują cały Kościół z pedofilami w sutannach. Nie o to tutaj chodzi.
Niestety Kościół poznański sam jest sobie winny. Bo jak niby reagować na takie wypowiedzi rzecznika kurii: „Zarówno działania miasta, jak i kurii są wzorcowe. Liczba mieszkań, które uzyskali mieszkańcy, jest absolutnie ponadprzeciętna. Gdyby nie chodziło o Kościół, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej”.
Wzorcowe zachowanie? Brakuje tylko tego, żeby kuria wręczyła order prezydentowi Jackowi Jaśkowiakowi, a ten – arcybiskupowi poznańskiemu. Dobrze będzie wyglądać na zdjęciu.
Inna wspaniała wypowiedź pana rzecznika kurii, który odpowiadał na pytanie, dlaczego mieszkańcy osiedla dowiedzieli się o sprzedaży z mediów, a nie z Kościoła czy miasta:
„Dlaczego mieszkańcy mieliby mieć wpływ na sprzedaż nieruchomości?” – pyta Jacek Masiota.
Oczywiście, że mieszkańcy nie musieli mieć wpływu na sprzedaż nieruchomości. Nie byli jej właścicielami. Ale chyba można oczekiwać od instytucji, która przez dziesięciolecia była gospodarzem miejsca, że poinformuje ludzi, których życia ta sprzedaż dotyczy, zanim przeczytają o niej w mediach.
Można mieć prawo własności i jednocześnie mieć obowiązek zachować się wobec człowieka przyzwoicie. I piszę to jako katolik, który bardzo uważa w swojej publicystyce na rzucanie oskarżeniami, bo już sporo było takich, które okazywały się medialną nagonką. Nie chcę dołączać do tych, którzy każdą historię dotyczącą Kościoła traktują jako dowód na jego moralne zepsucie. Ale właśnie dlatego ta sprawa tak mnie bulwersuje. Bo od Kościoła można wymagać więcej.
Poczytajcie Wyszyńskiego i wróćcie do Poznania
Warto dziś przypomnieć słowa Stefana Kardynała Wyszyńskiego, które zapewne wielokrotnie gościły w parafii obok Osiedla Maltańskiego, jak i w ustach arcybiskupa metropolity poznańskiego:
„Człowiek rządzący się duchem kapitalistycznym wszystkie kamienie chce w chleb zamienić, cały cel swego życia, prac, trudów widzi w osiąganiu zysku. W oczach jego upadają wszystkie związki naturalne między ludźmi: wspólnota rodzinna, zawodowa, narodowa, religijna – pozostaje tylko związek pieniądza i umowa odpłatna.
Człowiek taki ma przywiązanie tylko do tego, co przynosi zysk. Wszystkie dzieła rąk Bożych nikną mu sprzed oczu: przyroda to już nie piękno, ale surowce, to dochody z gleby i hodowli. Ba, nawet człowiek przestał być dlań bliźnim, a został tylko siłą najemną, rękoma roboczymi lub też właścicielem pakietu akcji”.
Jeżeli przyjąć język kardynała Wyszyńskiego, trudno nie zadać pytania, czy w tej historii człowiek nie został podporządkowany logice własności, prawa i ekonomicznego rachunku.
Nie twierdzę, że Kościół nie miał prawa sprzedać tej nieruchomości. Miał. Nie twierdzę, że mieszkańcy byli właścicielami ziemi. Nie byli. Nie twierdzę, że miasto nie miało prawa uporządkować terenu, którego zabudowa przez lata pozostawała w konflikcie z prawem i planowaniem przestrzennym. Miało. Twierdzę coś innego. Duchem kapitalistycznym, o którym mówił Wyszyński, można owładnąć także wtedy, kiedy wszystko odbywa się zgodnie z prawem.
Miasto rozwiąże problem zabudowy, którą przez lata uznawało za substandardową. Kościół sprzeda nieruchomość za ponad 421 mln zł. Deweloper zbuduje nowe osiedle. A ludzi, którzy przez dekady byli częścią tego miejsca, trzeba będzie gdzieś przenieść.
Kuria zakryje się prawnikami, samorząd zakryje się uchwałami, deweloper pokaże legalną umowę. A ludzi, których życia nie da się wpisać w miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, po prostu trzeba będzie przesunąć gdzie indziej.
Wszyscy zadowoleni, prawda?
Na jednym z płotów tego osiedla widnieje baner – „Na bruk. W imię Boże”. Nie. W imię Boże jest zrobić wszystko, co możliwe, żeby człowiek nie stał się kosztem ubocznym wielkiej transakcji.
Nie interesuje mnie odpowiedź, że to gmina jest zobowiązana do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych. Owszem, jest. Ale Kościół nie jest tylko właścicielem nieruchomości, który może zrobić z nią to, na co pozwala mu prawo.
Jest także wspólnotą, która przez dziesięciolecia była związana z tym miejscem i która głosi, że człowiek ma swoją godność, swoją rodzinę i swoje domostwo, nawet jeśli głównie z powodu zaniedbań władz, formalnie nie ma do tej ziemi prawa.
Gmina może mówić językiem paragrafów. Kościół powinien mieć coś więcej. Wyobraźnię miłosierdzia.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.


