Liberalne elity odsuwają się od Tuska, a koalicjanci przed nim klęczą
Maciej Berek został wybrany na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jakkolwiek pewnie swoich obowiązków pełnić mu nie przyjdzie, to polityczne wnioski pozostają jednoznaczne. Szczególnie bolesne są one dla koalicjantów Donalda Tuska.
Mimo tego, że z początku koalicjanci Donalda Tuska byli niechętni kandydaturze byłego ministra ds. wdrażania polityki rządu – wszak nikt jej z nimi nie konsultował – to ostatecznie wszystkie wątpliwości „pięknoduchów” schowali do kieszeni i poza drobnymi wyjątkami (które nie wzięły udziału w głosowaniu, wyjmując karty) poparli Berka.
W różnych sprawach można przyjąć wyjaśnienia, dlaczego Lewica czy Polska 2050 nie mają sprawczości. Premier Tusk, mówiąc oględnie, nie słynie z państwowej ambicji, a projekty koalicjantów często są kosztowne lub wzajemnie sprzeczne na niwie ideowej.
Tyle tylko, że wywalczenie rezygnacji z wysłania do TK akurat Macieja Berka na rzecz – na przykład – któregoś z protestujących w obronie praworządności profesorów (tych przecież jest na pęczki) nie jest kosztowne. Nie wymaga gimnastyki finansowej Andrzeja Domańskiego ani kompromisu liberałów z socjaldemokratami.
Niewiele byłoby prostszych sytuacji, w których można byłoby pokazać – i zebrać z tego tytułu jakieś polityczne punkty – że „oto my, Nowa Lewica/Polska 2050 strzeżemy standardów, jakie obiecaliśmy wyborcom w 2023 roku”. Koalicjanci z okazji jednak nie skorzystali, czym udowodnili, że bliżej im do partii satelickich Koalicji Obywatelskiej niż ugrupowań z jakąkolwiek widoczną podmiotowością.
W przypadku Nowej Lewicy czy – szczególnie – autoryzowanej przez Tuska Unii Centrum trudno było mieć poważne złudzenia, że jest inaczej, ale formacja Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i tak pozostaje w dość chłodnych stosunkach z otoczeniem premiera. Być może nie poszła za ciosem z uwagi na wewnętrzny konflikt, który – jak donoszą media – toczy się za kulisami tego niewielkiego już środowiska.
Paradoks polega na tym, że Donald Tusk udowodnił swoje jednoznaczne panowanie nad obozem politycznym w momencie, gdy na zapleczu medialno-eksperckim ma – być może rekordowo – niełatwo. „Nie spodziewaliśmy się takiego oporu wokół tej kandydatury” – mówi Tomaszowi Żółciakowi i Grzegorzowi Osieckiemu człowiek z kręgów rządowych.
Zdecydowana większość liberalnych autorytetów prawniczych i publicystów skrytykowała kandydaturę Macieja Berka na sędziego TK, w tym zwykle przychylni premierowi prof. Ewa Łętowska czy nawet prof. Marek Safjan.
Jeśli dodajmy do tego afery z ostatnich paru miesięcy – Szpital Południowy, mafię śmieciową czy pomoc dla powodzian – to wyraźnie zauważymy, że na teflonie władzy pojawiają się rysy. Media, które w teorii zapisać można do coraz bardziej rozmytego „mainstreamu”, ujawniają afery partii, którą w myśl prawicowych legend kryją i popierają.
Przyszłość rysuje się dla premiera w jeszcze czarniejszych barwach. Mimo formalnego wyboru można założyć, że Karol Nawrocki nie będzie chciał odebrać od Berka ślubowania. A wtedy cały plan „koordynacji zadań” i odbicia TK z rąk Bogdana Święczkowskiego spali na panewce. Umiarkowani już dziś czują niesmak, a twardogłowi – będą rozczarowani.
Jakaś forma „Trybunału na uchodźstwie”, którą proponowali niektórzy życzliwi KO prawnicy, doszczętnie pogrzebie szanse na jakieś uzdrowienie tej instytucji. A premier? Cnotę już stracił, a rubelka raczej nie zarobi.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

