Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Żeby zdobyć taką dziewczynę, trzeba się dobrze przygotować”. Jak wygląda miłość w czasach performowania?

„Żeby zdobyć taką dziewczynę, trzeba się dobrze przygotować”. Jak wygląda miłość w czasach performowania? autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Z zewnątrz często wygląda to jak świadomy wybór. Zmiana poglądów, stylu ubierania się, języka czy zainteresowań może przecież być naturalnym etapem dorastania czy dojrzewania gustów. W pewnym momencie jednak bezpieczna granica zostaje przekroczona. „Dosłownie nie wiedziałem, kim jestem. Wszystko co mi przychodziło na myśl, było zasłyszane” – mówi Kacper. Reportaż Pauliny Szlenckiej.

Krzyżyk, który okazał się kłamstwem

Najpierw był krzyżyk. A w zasadzie na początku go nie było. To wie na pewno. Nie pamięta już, kiedy dokładnie zaczął go nosić. Pierwsze spotkania wspomina jako zwyczajne. Wielogodzinne spacery spędzone na rozmowach o książkach, polityce, planach na przyszłość. Nic, co mogłoby wzbudzić jej niepokój.

Wydawało się nawet, że po raz pierwszy od dawna spotkała kogoś, kto kieruje się w życiu podobnymi wartościami. Kogoś, komu nie trzeba tłumaczyć, dlaczego rodzina jest najważniejsza. Dlaczego akt małżeństwa nie jest tylko kawałkiem papieru, a wiara nie jest powodem do wstydu.

– Wszystko się układało sielankowo. Byłam taka zakochana. Potem pierwszy wyjazd, poznanie jego rodziców. Myślałam, że się przesłyszałam. Sposób, w jaki przy mnie zwracał się do swojej mamy, i to jej spojrzenie. Takie ciche kobiece porozumienie, jakby rozumiała, że dopiero teraz zrozumiałam.

Milknie, po czym kręci głową, jakby zażenowana tym, co zamierza powiedzieć.

– Wcale nie pochodził z katolickiej rodziny. Krzyżyk był ściemą noszoną dla mnie.

Najbardziej zapamiętała jednak nie krzyżyk, a jedno z wypowiedzianych przy stole zdań:

– O mojej pracy, która jest też moją pasją wypowiedział się przy ojcu jako o czymś tymczasowym. Powiedział, że to nie jest poważne, a na pewno nie kobiece.

Powroty do domu w takich przypadkach dłużą się za bardzo. Kiedy wrócili, zapytała go wprost. Pocieszała się, że może źle coś zrozumiała. Odpowiedział jej spokojnie, może i nawet z wyraźną satysfakcją.

– O twoich poglądach da się przeczytać w internecie, więc to zrobiłem. Żeby zdobyć taką dziewczynę, trzeba się dobrze przygotować.

Partner, który ma być jak ja

Coraz częściej słyszę podobne historie. Nie są identyczne. Zmieniają się nazwiska, miasta, popierane partie czy profile na portalach randkowych. Ale nieustannie powraca to samo wrażenie, że drugiego człowieka i uczucie poprzedził światopoglądowy wizerunek, skrojony właśnie pod okoliczność randkowania.

Prof. Michał Łuczewski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, zwraca uwagę, że samo performowanie nie jest nowym wynalazkiem ery aplikacji randkowych czy TikToka. Naśladownictwo, mimetyzm zawsze były jednymi ze sposobów budowania własnej tożsamości. Różnica polega jednak na tym, co z tego naśladowania ostatecznie wynikało.

– Kiedyś te performanse prowadziły do powstawania głębokich tożsamości, do powstawania naszego etosu, który zwykle był etosem grupowym – podkreśla.

W zachowaniach moich bohaterów niewiele jest z kreowania głębokiej tożsamości, które prof. Łuczewski nazywa etosem lub kapitałem moralnym. Zdecydowanie więcej jest w nich z cynicznie zakładanego płaszcza poglądów, który okrywa jedynie tymczasowo. Czy jest on zakładany z poczucia samotności, czy z pełnym wyrachowaniem?

Pewnym jest, że pokolenie Z (roczniki 1995-2012) sięga po performans światopoglądu z prostej przyczyny – w celu poszukiwania relacji romantycznej. Poglądy polityczne dla tego pokolenia stały się najważniejszym kryterium przy wyborze partnera, co zmienia dotychczasową definicję kompatybilności. Obecnie to polityka jest randkowym dealbreakerem – warunkiem nie do przyjęcia.

W 2021 roku amerykański serwis randkowy OKCupid przeprowadził badania na 450 milionach swoich użytkowników z całego świata. Wynika z nich, że na czele kryteriów, którymi randkowicze kierują się przy wyborze potencjalnego partnera, są „wartości społeczne i polityczne”.

Odnosi się to również do szerzej obserwowanego w tym pokoleniu trendu nazywanego advodating – randkowania z osobami zaangażowanymi społecznie. Jest on, jak można przypuszczać, bezpośrednią odpowiedzią na charakter roku 2020 w USA, który przebiegł pod znakiem protestów po śmierci George’a Floyda czy ekologicznych manifestacji związanych z działalnością Grety Thunberg.

Również polskie badania potwierdzają tę tendencję. Jak wynika z danych Fundacji Nowej Wspólnoty i Instytutu Badań Pollster (pochodzących z grupy 1043 badanych), 77 proc. singli chce związku o osobą o zbliżonych poglądach, 73 proc. zgadza się z tezą, że o polityce powinno się rozmawiać już na pierwszej randce, a 38 proc. badanych kategorycznie nie wyobraża sobie trwałej relacji z kimś o odmiennych poglądach politycznych.

Co paradoksalne, to przecież właśnie o pokoleniu Z mówi się, że jest zmęczone polaryzacją i deklaruje otwartość wobec odmienności. Jednocześnie to ta sama grupa zdaje się być najbardziej selektywna politycznie przy wyborze partnera.

Pieniądze i kariera

Pierwszy raz Aniela usłyszała ten żart przy piwie ze wspólnymi znajomymi. Nie zapamiętała nawet puenty. Pamięta tylko, że prawie wszyscy się zaśmiali.

– Te dowcipy o przesolonej zupie były jeszcze zabawne. Potem coraz bardziej stawały się rzeczywiste i bardziej dosadne. Nie mogłam tego słuchać. Czułam, jakby ktoś na każdym kroku chciał mi uświadomić, że mnie nie szanuje jako osoby.

Jak mówi Aniela, nie przypomina sobie jednego momentu, który dotknąłby ją na tyle, by obróciła się na pięcie i uciekła. To było nagromadzenie setek drobnych sytuacji: wysłany wieczorem mem, komentarz przy znajomych, filmik z TikToka czy podcast puszczony w samochodzie.

– Myślałam, że to taki internetowy humor.

Po kilku miesiącach przestała mieć pewność.

– Im bardziej się radykalizował, tym bardziej pojawiał się mental: „I can fix her”. Takie narzucanie bez dyskusji, bez dochodzenia do wspólnych wniosków, tylko zmiana pod siebie. Jak już nie miałam siły zachęcać do dyskusji, to po prostu się zgadzałam, choć nie było to dobrą odpowiedzią.

Problemem nie były różnice, które nagle pojawiły się między nimi, ale zaprzestanie rozmów. Dyskusji, które kiedyś prowadzili wieczorami, debatując o wszystkim. Zmiana jego podejścia nadeszła powoli, stopniowo. Najpierw próbował ją przekonywać, potem zaczął wychowywać. Na końcu przyszło rozliczanie.

– Próbą zmiany poglądów był też szantaż finansowy. W tamtym momencie byłam bardziej skłonna do podejścia równościowego. Po poprzednich relacjach nie chciałam być zależna w jakikolwiek sposób od mężczyzny. A on im bardziej chciał iść w tę wizję tradycjonalistyczną, ale taką zasłyszaną w podcastach redpillowców, tym bardziej się upierał.

Teraz dopiero cała historia zaczyna jej się układać w całość. Bierze głębszy wdech i mówi rzeczowo:

– Upierał się, żeby uzależnić mnie od siebie i zmienić moje poglądy. Mówił, że jeśli chcę być taka równościowa, to mam mu płacić.

Paradoks polegał na tym, że zarabiał znacznie więcej. Nie tylko pracował na wysokim stanowisku, ale również oszczędzał, mieszkając ze swoimi rodzicami. Ona z trudem opłacała mieszkanie w Krakowie.

– Przesiadywał u mnie cały czas. Korzystał z moich rzeczy. Nigdy nic nie wypominałam, dla mnie to było normalne. On za to, żeby ukarać jakąś – w jego oczach – zbytnią moją lewicowość, potrafił mi mówić, że mam zapłacić za paliwo, bo gdzieś jechaliśmy. Albo za każde wyjście na jedzenie. To był taki szantaż. Opróżniałam kieszenie dla kogoś, kto potem się do tego przyzwyczaił. Już nie musiałam wchodzić w rolę tradycyjnej kobiety, bo było mu tak wygodnie.

Gdy o tym opowiada, słychać w jej głosie nie tyle pretensje, co raczej niedowierzanie. Jak dodaje, dopiero po czasie zrozumiała, że pieniądze były tylko narzędziem.

Trad-wife

Mając w głowie wciąż słowa Anieli o „wizji tradycyjnej kobiety zasłyszanej z podcastów”, udaję się do kolejnej bohaterki – studentki filologii germańskiej. Nie opowiada mi o sobie, ale o bliskiej jej osobie.

– Moja przyjaciółka ze studiów miała ze mną zrezygnować z kierunku. To nie było widzimisię. Robiłyśmy analizę SWOT i wszystkie te inne bajery, żeby mieć pewność. Męczyła się na tych studiach bardziej niż ja. Mówiła, że się nie spełnia, miała dużo lepszą wizję na siebie.

Ona zrezygnowała. Przyjaciółka została. Ale wcale nie dlatego, że zmieniła zdanie.

– Została z powodu chłopaka. Powiedział jej, że nie może zrezygnować.

Pytam dlaczego.

– Wszystkie swoje byłe dobierał z tego samego klucza. Bardzo poważnie planuje wejść w politykę, więc jego żona, osoba u jego boku, musi mieć odpowiednie wykształcenie.

Na chwilę się uśmiecha. To nie jest jeden z tych wesołych uśmiechów.

– Ona powiedziała mi wprost: „Lepiej mieć u boku żonę socjolog niż po japonistyce czy sztukach pięknych. Kariera wymaga wyrzeczeń”. Szkoda tylko, że nie jego.

Po kilkunastu rozmowach decyduję się przestać pytać o poglądy. Zaczynam pytać o moment, w którym ktoś zorientował się, że nie rozmawia już z drugim człowiekiem, tylko z rolą.

– Kiedy ktoś opowiada ci kłamstwa na swój temat, to ty się o tym dowiadujesz dużo za późno. To zawsze jest dużo za późno. A jak już do tego dojdzie, to wszystko się wokół ciebie wali i czasami już się nie odbudowuje.

– „Za późno”? – drążę.

– Zakochanie to coś, co postępuje szybko i zawsze jest związane z planowaniem przyszłości. I jak już tak zaczniesz planować, a okazuje się, że nagle ktoś wcale nie jest taki, na jakiego się kreował, to zdajesz sobie sprawę, że oddałaś wszystko, łącznie z uczuciami i czasem, komuś, kto nie istnieje.

„Nie mam w co wierzyć”

– Performowanie nie jest takie trudne, szczególnie kiedy się ma podręcznik. Internet jest czymś takim. Oglądasz parę filmików, wpływają na ciebie gorzej bo jesteś smutna i samotna. Algorytm podpowiada ci kilka kolejnych i już spadasz w króliczą norę.

– Jak bardzo wpadłaś?

– Bardzo. Zawsze lubiłam nieco inne rzeczy niż moje koleżanki. A potem zobaczyłam filmik gdzie jedna z influencerek wyśmiewa takie zachowania jako przykład „pick me girl”. Zapewnianie o zdolnościach kulinarnych, przy czym interesowanie się motoryzacją, namiętne oglądanie sportu czy wyśmiewanie potrzeby noszenia makijażu – wszystko to było odbierane negatywnie.

Sara poczuła się odrzucona, niejako po raz kolejny. Tym razem w świecie wirtualnym przez osobę, której nawet nie kojarzyła.

– To było jak takie ostateczne zamknięcie bram do tej kobiecej wspólnoty, do której chciałam się dostać całe życie.

– Co z tym zrobiłaś? – dopytuję.

– Pomyślałam, że skoro całe dotychczasowe życie performowałam, a i tak nie zostanę przyjęta, to pozostaje mi wyłącznie dalej dostosowywać się, ale pod chłopaków.

Sara bez skrępowania pokazuje mi bibliotekę zapisanych podcastów, rolek i wywiadów, które traktują o tym, czego chcą mężczyźni, jakie poglądy zatruwają kobiety.

Jak się okazuje, problemem nie jest samo naśladowanie. Naśladownictwo wzorców – jak podpowiada prof. Łuczewski – powinno prowadzić do „zakorzenienia”. Bez tego wpadamy w nieustanną gonitwę za dopasowaniem się do kolejnych wzorców.

Socjolog uważa, że to media społecznościowe ten proces przyspieszyły: – Wszyscy performują tożsamości. Jesteśmy do tego zmuszeni, będąc w mediach społecznościowych. To prowadzi do tego, że nasze tożsamości stają się niestabilne.

Sara podsuwa mi dziennik. Strony, które mam przeczytać, znajdują się między jaskrawymi różowymi zakładkami. Są na nich listy wskazówek: czym się interesować, co mówić, a nawet jak się ubierać. Ostatnia strona to piramida pożądanych cech wymarzonego partnera.

– Wiem, że nie ma nic złego w preferencjach. Ale to co widzisz to checklista, którą filtruję mężczyzn.

Pytam, czy pomogła.

Oj tak! (śmiech) Mój chłopak to spełnienie tej listy. Naprawdę dobry chłopak. Jest katolikiem i dużo czyta o polskiej myśli patriotycznej. Nie jest fanatykiem, żadnym redpillem, których oglądałam. Jest słodki, bardzo wrażliwy i zakochany we mnie.

Boję się, że przekraczam pewne granice, ale i tak pytam ją. Czy jest zakochany naprawdę w niej czy w osobie, którą stworzyła na użytek tego związku?

– W tej drugiej. Jasne, przeszkadza mi to kłamstwo, ale z biegiem lat dochodzę do wniosków, że nie mam własnych przekonań, nie mam w co wierzyć. Więc z miłości do niego łatwiej mi jest wejść w ten format, a nawet mam nadzieję, że w końcu to stanie się częścią mnie.

Dziewczyna przekonuje mnie i siebie samą, że performowana przez nią tożsamość nikogo nie krzywdzi, a wręcz pozwala jej osadzić siebie w społecznej przestrzeni. Niewykluczone, że chęć obrony związku, który wydaje się spełnieniem jej marzeń, odwodzi ją skutecznie od choćby chwilowej myśli, że w istocie może posiadać własne przekonania, własne zdanie i unikalny sposób bycia.

Wystarczyłoby odszukać siebie pod warstwą internetowych klisz. Sara odmawia mi a w zasadzie i sobie takiej możliwości. Paweł Droździak, psycholog, tłumaczy mi przyczynę:

– Ludzie zwykle wybierają jedną z dwóch strategii: budują relacje martwe albo robią wszystko, żeby druga osoba ich nie zostawiła. Jeśli wierzymy, że nie przetrwamy utraty ukochanej osoby, utrata siebie staje się bardzo prawdopodobna.

Bezpieczeństwo polaryzacji

Kacper jest przeciwieństwem Sary. On również zatonął w swojej masce, ale wynurzył się z powrotem. Co prawda nie wyszedł z tego bez szwanku. Przyznaje, że od tamtego czasu chodzi na terapię. Liczy, że ta nowa metoda pozwoli mu zbudować kiedyś w przyszłości trwały związek.

– Upodabnianie się do facetów z instagramowej manosfery dawało mi poczucie sensu. Bycie sobą nie przynosiło rezultatów, a oni mieli wszystkie odpowiedzi gotowe.

Prof. Michał Łuczewski widzi w tym również poszukiwanie bezpieczeństwa:

– Szukamy miłości, ale zanim ją znajdziemy, to potrzebujemy bezpieczeństwa. I to bezpieczeństwo dają nam spolaryzowane grupy, które mają charakter coraz bardziej polityczny. Innego mieć nie mogą, skoro pozostałe tożsamości zniknęły.

Cena, jaką za to pozorne bezpieczeństwo polaryzacji płacimy, jest jednak wysoka.

– Ludzie są coraz bardziej lewicowi, coraz bardziej prawicowi, nie dostrzegając, że uczestniczą w systemie ofiarniczym stworzonym przez media i algorytmy. Te same, które podpowiedziały nam, jak przetrwać w polaryzacji. Przy czym będąc spolaryzowanymi stajemy się coraz bardziej oddzieleni, osobni – podsumowuje socjolog.

Rozumiejąc już mechanizm stojący za odpływaniem młodego człowieka w manosferę, wracam do Kacpra i pytam go, co stało się, kiedy sięgnął po proponowane przez nią odpowiedzi?

– Kierował mną ktoś inny i czułem, że jest mi łatwiej. Potem okazało się, że nie umiem już normalnie rozmawiać z kobietami. Zamiast widzieć ciekawe osoby, zacząłem dostrzegać obiekty do podrywania. To było jak nabijanie licznika. Potem doszło też porno. Chciałem być dobry w rzeczach, w których należało być dobrym.

– Kiedy pierwszy raz pomyślałeś, że coś jest nie tak?

– Było wiele sygnałów, ale je wypierałem. „Prawdziwy alfa nie przejmuje się problemami” czy jakoś tak (śmiech). Stawałem się coraz gorszy, aż popełniłem ogromne świństwo. Mój dobry przyjaciel znalazł sobie dziewczynę. Jako że bardzo mu zależało, chciał poznać ją ze mną i resztą naszych kumpli. Przez ten wyuczony sposób bycia nawet nieświadomie zacząłem z nią flirtować.

– Co na to kolega?

– Szczerze? Jego reakcji nie pamiętam. Wyraźnie sobie przypominam jednak obrzydzenie i odrzucenie tej dziewczyny. Jak przystało na ego-top incela, żeby sobie poradzić z byciem „obśmianym”, postanowiłem obśmiać i ją. Starałem się udowodnić kumplowi, że to nie jest partnerka dla niego. Byłem totalnym chamem.

Pytam o to, jak wyglądały wspomniane konsekwencje.

– Dla kolegi – bolesne zerwanie. Dla dziewczyny pewnie również złamane serce, no i trauma po tym przeżyciu.

– A dla ciebie?

– Kumpel odciął się ode mnie, ale najpierw wprost powiedział mi, jak obrzydliwą osobą stałem się w tamtym czasie. Wrzucił mi wszystkie swoje obserwacje z tamtego okresu. Gdy to usłyszałem, to w końcu przejrzałem na oczy. Nie miałem już do kogo pójść, więc psycholog był ostatnim wyjściem. Niedługo stukną już dwa lata od pierwszej wizyty. Dużo czasu poświęciliśmy na rozłożenie na czynniki pierwsze przekazów, którymi się kierowałem i tego, jak na mnie wpływały. Etap inspirowania się rolkami z toksycznej manosfery już za mną.

Jest z siebie dumny. Opowiada jeszcze o terapii. Wspomina moment, w którym poczuł, że dochodzi do przełomu. Wszystko zaczęło się od doskonale zadanego pytania jego terapeutki:

– „Cały ten język internetowy opadł. Kim teraz jesteś?”. Wow! To mnie po prostu wbiło w ścianę. Zastanawiałem się długo, ale odpowiedział brzmiała: „nie wiem”. Dosłownie nie wiedziałem, kim jestem. Wszystko co mi przychodziło na myśl, było zasłyszane. Wcale nie moje. Odnajdywanie normalności trochę mi zajęło.

– Co było dla ciebie trudniejsze: wejście w tę rolę czy wyjście z niej?

– Wyjście, zdecydowanie. Łatwo jest naśladować coś, do czego ma się tak wiele instrukcji. Wystarczy odpalić jeden z miliona filmików i to się zaczyna dziać samo z siebie. Ale oduczenie się tego wymaga autorytetu, który nie dość, że rozumie, w czym rzecz, to jeszcze chce ci faktycznie pomóc. Z tym jest w naszym świecie dużo gorzej.

Jak znaleźć sens

Psycholog Paweł Droździak w odniesieniu do historii Kacpra mówi o potrzebie, którą jedynie posiada człowiek.

– To jest potrzeba sensu. Żeby dało się zrozumieć, czemu rzeczy się dzieją i żeby było wiadomo, co należy robić. Ideologia jest zawsze rodzajem protezy tam, gdzie prawdziwe poszukiwanie sensu zawiodło, bo człowiek nie wytrzymał niepokoju.

Nie mógł znieść, że odpowiedzi się nie pojawiają i że po prostu nie wie, co powiedzieć. I ideologia dostarcza gotowych fraz, które można wypowiadać. Czemu jest wojna? Czemu nie są razem? Czemu odeszła?

Kiedy przyjmiesz ideę, ona kompleksowo wyjaśnia to wszystko i człowiek na takie tematy mówi już jak z nut. To wielka ulga. Ale i wielka pułapka, bo ideologia, absolutnie każda, to tylko pewien model świata, a nie cały świat. I w prawdziwym życiu to wychodzi.

Na wiecu te recytacje działają, ale kiedy ktoś próbuje stosować to w realnym świecie, to jest mniej więcej tak, jakby się próbowało polecieć samolotem zrobionym z klocków Lego – tłumaczy.

Ulgę tę odczuł Kacper, który z początku nie dostrzegł zagrożenia, które czyhało tuż za rogiem. Ideologiczna proteza miała być rozwiązaniem na bycie sobą. Nieudanym.

Dopytuję eksperta o to, co psychologicznie daje człowiekowi odgrywanie cudzej tożsamości.

– Jeśli powtarzają nam się jakieś sytuacje, w których sobie nie radzimy, może pojawić się fantazja o jakiejś postaci, która poradziłaby sobie z nimi doskonale. Przykładowo, możemy uznać że „samiec alfa” poradziłby sobie z odrzuceniem albo by mu nie podlegał.

Jeśli te porażki były niszczące dla „ja”, przyjęcie takiej nowej tożsamości niekoniecznie sprawi, że np. kobiety przestaną odrzucać. Mogą nawet odrzucać jeszcze mocniej. Ale taki człowiek tego nie zauważa, bo tego nowego „ja” to doświadczenie już jakby nie dotyczy.

Psycholog pozwala mi zrozumieć źródło takich przekonań, jak również ich skutki.

– Po bolesnym rozczarowaniu człowiek przestaje postrzegać drugą osobę jako osobę, a zaczyna widzieć przedstawiciela jakiejś kategorii. To porządkuje chaos emocjonalny, ale zamyka drogę do kolejnej prawdziwej relacji.

Myślę, że za wieloma historiami o manosferze kryje się złamane serce. Im większa porażka w miłości, tym większa pokusa zastąpienia tej tragicznej miłości na przykład przez nienawiść albo pogardę.

W teorii mówi się o przechodzeniu od „pozycji paranoidalno-schizoidalnej” do „pozycji depresyjnej” jako o ważnym kroku rozwojowym. Oznacza on zgodę na to, że drugi człowiek jest jednocześnie dobry i zły, że miłość zawsze wiąże się z ryzykiem straty i rozczarowania – mówi.

– W wielu nieudanych historiach miłosnych dzieje się jednak coś odwrotnego. Człowiek nie wytrzymuje bólu i wraca do prostszego sposobu myślenia. Dawna ukochana przestaje być osobą, a staje się przedstawicielką jakiejś kategorii: „kobiety są takie”, „wszystkie wykorzystują”, „nie da się im ufać”. To przynosi ulgę, bo porządkuje chaos emocjonalny, ale jednocześnie zamyka drogę do kolejnej prawdziwej relacji – dodaje Paweł Droździak.

Gdzie kończy się performance?

Pojęcie performowania wydaje się podatne na rozmycie, ale prof. Łuczewski ujmuje to bardzo prosto:

– To jest dobra definicja performatywności: nie wiem, kim jestem i nie wiem, co czynię.

To, co nazywamy performowaniem, nie zaczyna się w chwili, gdy zakładamy maskę, by zmaksymalizować własne szanse na miłość. Rozpoczyna się w momencie, gdy człowiek dochodzi do bolesnego przekonania, że taki, jaki jest, nie zasługuje na to, by zostać pokochanym.

W świecie, w którym samotność staje się tak powszechna, że część środowisk nazywa ją „epidemią” – kolejne odrzucenie, złamane serce czy poczucie bycia niewystarczającym sprawiają, że gotowe odpowiedzi stają się tak kuszące.

Z zewnątrz często wygląda to jak świadomy wybór. Zmiana poglądów, stylu ubierania się, języka czy zainteresowań może przecież być naturalnym etapem dorastania czy dojrzewania gustów. Warto jednak czasem przyjrzeć się, czy za nimi nie stoi bezradność, która popycha ku ekstremalnym środkom.

W trakcie rozmów z ekspertami coraz wyraźniej dostrzegałam, że performowanie nie jest niewinną grą z własnym wizerunkiem. Psychologiczna cena tego zjawiska jest przerażająco wysoka.

Ofiarami nie są wyłącznie osoby, które zostały oszukane i wchodzą w kolejne relacje z bagażem nieufności. Zaliczać do nich musimy bowiem także tych, którzy przez lata odgrywają rolę tak skutecznie, że z czasem sami przestają wiedzieć, kiedy zniknął ślad ich samych, a pozostała jedynie wykreowana persona.

Wraca do mnie zdanie jednej z bohaterek:

– Nie zakochałam się w człowieku. Zakochałam się w tym, za kogo chciałam go mieć.

To właśnie to zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że niemal każdy mój rozmówca próbował zakochać się bardziej w wyobrażeniu niż w drugim człowieku. Jedni zakładali krzyżyki. Inni uczyli się języka podcastów, cytatów i politycznych sloganów. Ktoś budował listę cech idealnego partnera, a ktoś inny – własną osobowość według algorytmu.

Wszyscy szukali miłości i akceptacji, a zaczynali od stworzenia postaci, która miała na tę miłość zasłużyć.

Być może największym problemem tego pokolenia nie jest wcale to, że dzielą je poglądy polityczne. Coraz bardziej myślę, że problem zaczyna się wcześniej – w chwili, kiedy zanim pokażemy drugiej osobie, kim naprawdę jesteśmy, próbujemy odgadnąć, kim powinniśmy być, żeby została.

Internet nie daje nam odpowiedzi na to, jak kochać. Zamiast tego podsuwa gotowe role: konserwatyści, feministki, „tradycyjne żony” czy „samce alfa”. Role – jak mówią eksperci – są wygodne, bo mają instrukcję obsługi.

Ostrzeganie młodych przed dezinformacją czy niebezpiecznymi ideologiami to za mało. W erze cyfrowej edukacja emocjonalna i medialna staje się równie ważna (a może i ważniejsza) jak nauka korzystania z nowych technologii.

Młodzi powinni wiedzieć, że internet będzie podsuwał im nie tylko treści, lecz także wzory kobiecości, męskości i miłości – i że nie każdy z nich prowadzi do budowania autentycznych relacji.

Prof. Michał Łuczewski widzi w tym bolesny paradoks. Im bardziej próbujemy zdobyć sobie bezpieczeństwo poprzez przynależność do określonej grupy, tym bardziej oddalamy się od relacji, która mogłaby nam zapewnić spokój niezależny od przyjętej roli.

– Oddalamy się od ludzi, którzy mogliby nam dać poprzez swoją miłość prawdziwą legitymizację, niezależną od poglądów politycznych – mówi. – Prawdziwa miłość daje nam bezpieczeństwo ontologiczne, dlatego, że kiedy nas ktoś kocha, to kocha niezależnie od tego, kim jesteśmy, w szczególności od tego, za jaką partią się opowiadamy.

Bo z rolą można się zgodzić albo się z nią pokłócić. Można ją polubić, odrzucić albo uznać za własną. Pokochać można jednak dopiero człowieka.

Jak przekonuje prof. Łuczewski, z czym trudno mi się nie zgodzić:

– To w duszy można się zakochać. Kiedy odkrywamy duszę innych, odkrywamy i swoją. To już nie jest performance. To jest po prostu prawdziwe życie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.