Pielgrzym czy turysta? Kim byłeś w te wakacje?
Na Camino – jednym z najważniejszych pielgrzymkowych szlaków prowadzących do Santiago de Compostela – wędrują obok siebie pątnicy i turyści. Na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie. Dźwigają ciężkie plecaki, noszą wygodne trekkingowe buty, wspomagają się kijkami do nordic walking albo drewnianymi kijami. Tym, co ich od siebie odróżnia, są ukryte dla oczu motywacje i intencje.
W powoli dobiegającym końca czasie wakacyjnych urlopów większość z nas zamieniła się w turystów. Oznacza to – jak głosi jedna z pierwszych i najprostszych definicji turystyki (spośród kilkuset innych cytowanych w literaturze naukowej), opublikowana już w 1811 roku w czasopiśmie „Sporting Magazine” – że udaliśmy się na wycieczkę lub odbyliśmy podróż do „miejsc atrakcyjnych zarówno pod względem krajobrazowym, jak i zabytków”.
Immanentną częścią wakacji jest chodzenie – maszerowanie, spacerowanie, dreptanie. Zwiedzamy miejscowości, w których na krótszą lub dłuższą chwilę się zatrzymaliśmy. Wędrujemy z plecakiem, co noc rozbijając namiot w innym miejscu. Wspinamy na szczyty gór albo przemierzamy tę samą trasę z hotelowego pokoju do leżaka zarezerwowanego zawczasu tuż przy basenie. Co do zasady, oczywiście z pewnymi wyjątkami, sporo chodzimy.
Chodzenie jako akt filozoficzny
Bycie piechurem – szczególnie w czasie naszego urlopu – daje nam poczucie wolności. Nawet jeśli jest to tylko zwykły spacer.
„Zrzucamy ciężar trosk, na chwilę zapominamy o swoich sprawach. Nie zabieramy ze sobą pracy: wychodzimy, wałęsamy się, myślimy o czymś innym. Dłuższe, kilkudniowe piesze wędrówki potęgują to poczucie oderwania […] uwalniamy się od kajdan przyzwyczajeń” – zauważa francuski filozof Frédéric Gros, autor książki Filozofia chodzenia.
Z kolei dla Rebeccy Solnit, amerykańskiej historyczki, feministki i autorki książki Zew włóczęgi chodzenie, w wersji idealnej, jest stanem, w którym świat, ciało i umysł spotykają się z sobą, tak jakby były trzema prowadzącymi rozmowę postaciami, trzema dźwiękami nieoczekiwanie łączącymi się w jeden akord.
„Wędrowanie pozwala nam na osadzenie się we własnym ciele i w świecie bez konieczności zajmowania się nimi. Daje swobodę myślenia bez niebezpieczeństwa całkowitego pogrążenia się i zatracenia we własnych myślach”.
Naszym turystycznym wyprawom towarzyszą różne cele i motywacje. Jedne mają wyłącznie wymiar rekreacyjny i rozrywkowy, inne estetyczny – podziwiamy otaczający nas krajobraz lub zabytkową architekturę. Udajemy się także w podróże i wędrówki o charakterze filozoficznym i egzystencjalnym.
Trochę jak Christopher McCandless – bohater filmu Into the Wild – wędrujemy, by wsłuchać się w siebie i zrozumieć otaczający świat. Czasem – podobnie jak Raynor i Moth Winn z The Salt Path – mamy nadzieję, że maszerowanie przyniesie odpowiedzi na trapiące nas problemy codzienności. Innym razem jak Cheryl Strayed z Wild ruszamy w pieszą wędrówkę, by uporać się ze stratą kogoś bliskiego.
Nieprzypadkowo wędrowanie rozumiane jako świadomy akt kulturowy, a nie wyłącznie środek służący do osiągnięcia konkretnego celu, stało się ważnym punktem odniesienia dla filozofów. „Chodzenie ma w sobie coś, bo pobudza i ożywia mą myśl; nie jestem prawie zdolny myśleć, kiedy siedzę w miejscu; trzeba, by ciało było w ruchu, aby pobudzić mój umysł” – zanotował Jean-Jacques Rousseau.
Dla innego filozofa-piechura Friedricha Nietzschego chodzenie było niezbywalnym składnikiem aktu twórczego: „Nie należymy do tych, którzy dopiero wśród książek, pod bodźcem książek do myśli swych dochodzą – zwyczajem naszym jest myśleć na wolnym powietrzu, idąc, skacząc, wspinając się, tańcząc, najchętniej na górach samotnych lub w pobliżu morza, tu, gdzie nawet drogi rozmyślają”.
Również dla Sørena Kierkegaarda wędrowanie, które akurat w jego przypadku przybrało formę spacerów po mieście, stało się nieodłączonym elementem filozoficznego warsztatu. Wsłuchany we wrzawę ulic, przyznawał: „Gwoli zniesienia umysłowego napięcia jak moje potrzebuję rozrywki, oderwania się, jakie dają przypadkowe spotkania na ulicach i w alejkach”.
Pielgrzymowanie to coś więcej niż wędrowanie
Pielgrzymowanie jest skodyfikowaną formą wędrowania; jak pisał Frédéric Gros – jedną z „wielkich form kulturowych”. Wędrowanie natomiast – przy wszystkich elementach wspólnych, nawet jeśli przybiera formę „podróży metafizycznej”, „wędrówki w głąb siebie”, „filozoficznych spacerów” – samo przez się nie jest pielgrzymowaniem.
Pielgrzymki bowiem – w postmodernistycznym duchu – nie da się zredukować wyłącznie do trekkingowego szlaku, czy – jak sugeruje Rebecca Solnit – pokojowych parad czy dobroczynnych marszów.
Bo, jak trafnie zauważa ks. Łukasz Skarżyński, autor książki Camino – jak to przeżyć?, choć „pojawiają się hybrydowe formy „turi-gringo”, łączące turystykę i pielgrzyma, to jednak punktem odniesienia jest peregrinus jako wędrowiec […] doświadczający przeobrażającej łaski”.
Za pielgrzymowaniem zawsze stoją motywy religijne i duchowe, ponieważ jest ono „jak sen wymykający się racjonalnym regułom porządkującym materialny świat. Tylko we śnie pozostawia się wszystko i rusza, nie potrafiąc nawet do końca odpowiedzieć dlaczego […].
Pielgrzymowanie jest jak wejście w świat ikony. Przechodzimy przez tajemne drzwi do innego wymiaru, ale najpierw musimy otrzymać do tego świata zaproszenie” – zanotował w swoim dzienniku pielgrzyma Z Gdańska do Asyżu na piechotę franciszkanin o. Tomasz Jank.
To wszystko, co odróżnia pielgrzyma od turysty, najłatwiej odnajdziemy sięgając do Pisma Świętego i historii. Pielgrzymowanie jest nierozerwalnie powiązane z biblijną opowieścią o spotkaniu Jezusa z uczniami w drodze do Emaus – właśnie to wydarzenie możemy uznać za pierwszą pielgrzymkę w historii chrześcijaństwa.
„Zatem dla chrześcijan wszystkie podróże do miejsc świętych mają swoje źródło w drodze do Emaus, właściwie każda pielgrzymka inspirowana jest tą samą nadzieją, że uda się spotkać po drodze zmartwychwstałego Chrystusa.
Pielgrzym powinien uważać, by nie przeoczyć spotkania z Chrystusem; nawrócenie dokonuje się nie samo przez siebie, ale właśnie za sprawą Boga. Trzeba też otworzyć się na innych, wsłuchać się, co mają nam do powiedzenia. Często spotkanie nieznajomych ludzi uświadamia człowiekowi, że jest na pielgrzymce” – podkreśla Paweł Różycki, autor książki Turystyka a pielgrzymowanie.
Peregrinato perpetua wskazuje na akt wyrzeczenia i moment odejścia. W taki właśnie sposób Jezus zachęcał swoich uczniów do drogi: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”, Mk 10, 21).
Średniowieczna teologia pielgrzyma
Jak pisała Aleksandra Witkowska OSU, badaczka specjalizująca się w historii kultury średniowiecza, terminu peregrinatio odnoszącego się do praktyki religijnej używano aż do XII wieku w podwójnym znaczeniu.
Po pierwsze, dla nazwania formy życia ascetycznego w postaci samotnej, nigdy nie kończącej się wędrówki (stabilitas in peregrinatione), połączonej ze stanem dobrowolnego wyrzeczenia się wszystkich dóbr materialnych i ustabilizowanego życia. W drugim znaczeniu słowo peregrinatio rozumiano jako nawiedzanie miejsc świętych (loca sacra).
„A zatem termin peregrinatio nie oznaczał ciągłego przemieszczania lub wędrowania, ale raczej wskazywał na stałe oddalenie od kraju rodzinnego, od swoich. W języku ascetycznym wyrażenie to posiadało jednak sens poszerzony i mogło również oznaczać człowieka w marszu, w drodze, bez bliżej określonego celu lub też ku miejscu, które stanowiło punkt docelowy jego pielgrzymki […].
Poza tym od początku IX w. coraz częściej peregrinatio ascetica wiązała się także z innym celem: pragnieniem odwiedzenia miejsc świętych, znanych i sławnych ośrodków kultu” – wskazywała s. Aleksandra Witkowska w artykule Z zagadnień „peregrinationis religiosae” w średniowiecznej Europie.
Pielgrzymki ad limina sanctorum rozpowszechniły się dzięki wypracowaniu teorii o orędownictwie świętych. W ten sposób, na co zwracał uwagę archeolog i muzealnik profesor Henryk Paner, celem pielgrzymki jako aktu religijnego stało się spotkanie z sacrum.
Mogło ono ujawniać swoją moc i znaczenie w takich miejscach jak groby świętych, przestrzenie przechowywania relikwii i cudownych wizerunków (w postaci rzeźb bądź obrazów z towarzyszącymi im księgami cudów), a z czasem nawet w miejscach cudownych objawień.
„Można by rzec, że to właśnie doktryna o uczestnictwie świętych i ich pośredniczeniu w kontaktach między grzesznym człowiekiem a Bogiem, mogącym te grzechy odpuścić, miała – oprócz odpustów – zasadnicze znaczenie w powstawaniu i rozkwicie nowych sanktuariów, które powstawały wszędzie tam, gdzie pojawiły się święte relikwie lub nawet tylko ich partykuły” – podkreśla Henryk Paner w publikacji Gdańsk na pielgrzymkowych szlakach średniowiecznej Europy.
W średniowieczu bycie pielgrzymem miało swój szczególny status prawny. W „stan pielgrzymowania” wkraczało się publicznie i rytualnie podczas uroczystej Mszy św., po której biskup błogosławił tradycyjne atrybuty wędrowca.
Były to m.in.: pielgrzymi kij z metalową końcówką służący jako podpora w czasie wędrówki oraz do obrony przed psami i dzikimi zwierzętami, sakwę na chleb i niezbędne dokumenty, kapelusz o szerokim rondzie, do którego niekiedy przyczepiano muszlę znalezioną na drodze świętego Jakuba, krótką tunikę i płaszcz.
Pielgrzym otrzymywał również od hierarchy (lub proboszcza) specjalny list protekcyjny, który pozwalał mu zatrzymywać się w klasztorach i przytułkach rozsianych na pątniczym szlaku. Biskupie pismo miało także inną funkcję: chroniło przed bandytami, którzy niechętnie atakowali pielgrzymów – nie tylko dlatego, że stanowiło to grzech ciężki, ale także skutkowało poważnymi sankcjami.
Pochodzące z pierwszej połowy VII w. Lex Baiuvariorum głosiło, że wędrujący proper Deum albo proper necessitatem „nie powinien być napadany, ani ponieść żadnej szkody”. Jeżeli jednak ktoś dokonał takich czynów przeciw pielgrzymowi, musiał zapłacić karę do królewskiego skarbca i zwrócić dwukrotność zagrabionego pątnikowi majątku.
Z kolei Kapitularz z lat 782-786 wymieniał surowe kary dla tych, którzy „uczynią jakiekolwiek krzywdy lub zabiją pielgrzymów. Sprawca nie tylko będzie ukarany za takie morderstwo zgodnie z prawem, ale niezależnie od tego musi zapłacić karę 60 solidów”.
Pokutny charakter pielgrzymki
Chociaż na przestrzeni stuleci niebezpieczeństwa związane z pielgrzymkami w znacznym stopniu zostały ograniczone, nie zmienił się ich zasadniczy charakter i cel – devotionis causa.
Pielgrzym – zarówno ten średniowieczny, jak i współczesny, wyrusza na pielgrzymkowy szlak chcąc dać dowód swojej wiary. Marszowi do miejsc świętych w Rzymie, Santiago de Compostela, Jerozolimie, Tours, Częstochowie, Gietrzwałdzie itd. towarzyszą formy ascezy – posty i częste modlitwy.
Pielgrzymka – dawniej i dziś może być związana z odkupieniem win. W średniowieczu, jeśli zasądzano wędrowanie do miejsca świętego jako karę, kazano pątnikowi przejść całą trasę na boso, z zawiązanymi stopami, metalowymi obręczami na rękach lub szyi, nierzadko ze stali wykutej z narzędzia zbrodni.
Chociaż dzisiaj nikt nie zmusza pielgrzymów do skrajnych form cierpienia, nierzadko dobrowolnie pokonują oni ostatnie etapy pielgrzymki bez butów. To się akurat nie zmieniło – w wiekach średnich i obecnie stopy pielgrzyma, a właściwie pojawiające się na nich bąble i ropiejące rany, stanowią źródło cierpienia, które można ofiarować jako zadośćuczynienie za grzechy.
Choć przecież nie tylko. Wielu pielgrzymów wyrusza na szlak modląc się we własnej lub cudzej intencji, prosząc na przykład o uzdrowienie – zarówno duchowe, jak fizycznie. Pielgrzymka była i wciąż jest też formą dziękczynienia za otrzymywane od Boga łaski, talenty, dary, zdrowie.
„Zmęczenie oczyszcza, łamie pychę. Modlitwa staje się bardziej przejrzysta. Docierając jak najbliżej świętego miejsca, pielgrzym wyraża swoją prośbę z pokorą, o której świadczą zniszczone stopy i ubrania przeżarte pyłem” – pisze Frédéric Gros.
***
Franciszkanin o. Tomasz Jank latem 2024 r. w osiemdziesiąt dni przeszedł pieszo przez sześć krajów, pokonując ponad dwa tysiące kilometrów – na trasie z Gdańska do Asyżu postawił 3 730 374 tysięcy kroków.
W trakcie pielgrzymki nocował w jedenastu klasztorach franciszkańskich, jedenastu klasztorach i domach innych zgromadzeń męskich, w dziesięciu klasztorach żeńskich, dziewięć razy na plebaniach, siedem razy w domach parafialnych, cztery razy w schroniskach dla pielgrzymów, cztery razy w namiocie, dwa razy u znajomych, raz był gościem u miejscowego biskupa, czternaście razy korzystał z hosteli lub agroturystyki.
Na ostatnim etapie pielgrzymki został okradziony – złodzieje zabrali mu plecak z całą zawartością. Zostawili namiot, kije, kurtkę i latarkę. Franciszkanin ruszył dalej z niewielkim pakunkiem przytroczonym do dwóch kijów przerzuconych przez ramię.
W pewnym momencie mijający go rowerzysta, biorąc franciszkanina za zwykłego turystę, rzucił życzliwie: buona passeggiata!, co znaczy „dobrej przechadzki”. W swoim dzienniku pielgrzyma o. Jank zanotował: „Zabolało! Dotąd pozdrawiano mnie we Włoszech buon cammino! (»dobrego pielgrzymowania«), a tu: »dobrej przechadzki«. Bolało”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
