Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dlaczego Polska nie ma wpływu na politykę międzynarodową?

Dlaczego Polska nie ma wpływu na politykę międzynarodową? Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski. Źródło: commons.wki

Polska nie ma praktycznie nic do powiedzenia na forach międzynarodowych. W sprawach istotnych nikt nie liczy się z naszym zdaniem, niezależnie od tego, który rząd jest u władzy. Nie jesteśmy nawet półperyferium – siedzimy w trzecim rzędzie, kiedy państwa z realnym wpływem układają scenariusze gry.

Polska znowu „przypadkiem” pominięta

Po raz kolejny Polska została „przypadkiem” pominięta w międzynarodowej inicjatywie. Tym razem chodzi o Grupę Reńską pod wodzą Mario Draghiego, która ma wypracować rekomendacje dla rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej i jej konkurencyjności.

Raport Draghiego sprzed dwóch lat w podobnej tematyce poniósł się szerokim echem po dyplomatycznych i medialnych korytarzach, a niektóre pomysły Ursula von der Leyen wzięła pod uwagę i wdrażała w pracach Komisji Europejskiej do 2029 roku. Można więc śmiało założyć, że i tym razem nie jest to niszowa grupa robocza o znikomym znaczeniu, a grono wpływowych ekspertów, których wyniki prac przełożą się na legislacyjne prace w Brukseli.

Po nagłośnieniu sprawy przez kilka istotnych osób, jak prof. Marcin Piątkowski czy prof. Aleksandra Przegalińska, a potem włączeniu się w nią wiceministra Jana Szyszki, twórcy grupy zreflektowali się i być może uda się mimo wszystko odzapomnieć o Polsce. Z listy 50 ekspertów Grupy Reńskiej tylko jeden (były prezydent Estonii) pochodzi z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Niemcy i Francja mają w niej po 12 przedstawicieli. Sam Piątkowski podsumował zabawnie, że włączenie polskich ekonomistów do grupy „jest ryzykownym ruchem, ale kto wie – w zasadzie mogą mieć coś do powiedzenia”.

Jako lider wzrostu w Europie ostatniego 30-lecia musimy dopominać się o uwzględnienie naszego zdania w kreowaniu pomysłów na dalszy wzrost UE obok gospodarek, które drepczą w miejscu od dekady, z wzrostem na poziomie pół procenta. Cóż, być może znajdzie się dodatkowe rozkładane krzesło kempingowe dla Polaka na rogu okrągłego stołu, gdzieś między dwunastym Francuzem a jedenastym Niemcem.

To nie jest wypadek przy pracy

Fakt, że o nas „zapomniano”, może wydawać się wypadkiem przy pracy. Prawda jest inna i dużo smutniejsza. Niecałe dwa tygodnie temu SpaceX Elona Muska planował wyłączyć Polskę z usługi Starlink Roam, co podniosłoby koszty dla polskich użytkowników. Dopiero po reakcji Radosława Sikorskiego zmieniono decyzję.

Głośniejsze oburzenie towarzyszyło półtora roku temu wrzuceniu Polski przez USA do drugiego koszyka państw wraz z całą „nową” UE (czyli regionem Europy Środkowo-Wschodniej) w restrykcjach dotyczących importu chipów Nvidii.

Wracając na regionalne podwórko, zaledwie rok temu premier Tusk został wysłany przez Ukraińców do innego wagonu niż prezydent Francji, kanclerz Niemiec i premier Wielkiej Brytanii podczas istotnej podróży na Ukrainę. Kiedy zachodni przywódcy dogadywali stanowiska, polski premier podziwiał pola na zielonej Ukrainie.

Fakt, że takie sytuacje zdarzają się regularnie, na różnych forach międzynarodowych i niezależnie od politycznej konstelacji (jesteśmy pomijani i za Bidena, i za Trumpa w USA; i przez europejskie mocarstwa, i przez niebędącą w UE Ukrainę; i z Nawrockim, i Tuskiem u władzy w Polsce), powinien nam jasno uświadomić, że nie są to wypadki przy pracy ani nawet trolling. Polska po prostu mało obchodzi Zachód, jeśli chodzi o wypracowywanie konkretnych decyzji w istotnych międzynarodowo kwestiach.

Nie jesteśmy na radarze

Reagujemy dopiero, kiedy sprawa staje się głośna medialnie. Brakuje nas przy stole, kiedy trwa giełda pomysłów, a potem tworzy się listę zaproszeń na imprezę. Nie jesteśmy na radarze, jesteśmy zbyt mali. Jesteśmy na peryferiach UE i daleko dalej, jeśli chodzi o światowy układ sił. Nie przychodzimy nikomu na myśl, kiedy ważą się twarde interesy. Kiedy zachodnie potęgi dzielą między swoje kraje realne wpływy, Polska siedzi w drugiej klasie.

Nawet jeśli zamówimy obiad z Warsu i za niego zapłacimy, to jemy go sami, lekko obrażeni, na rozkładanym stoliku obok korytarza, gdzie co chwilę mijają nas pasażerowie w drodze do sąsiedniej toalety. Tymczasem decydenci obiad mają w cenie, w wagonie ze strefą ciszy, do której polski pasażer drugiej klasy nie ma wstępu, nawet kiedy założy najlepszy garnitur po 30 latach inspirującego (jak się powinno wydawać) wzrostu gospodarczego.

Możemy trąbić o przeskakiwaniu Hiszpanii, a wkrótce Wielkiej Brytanii w PKB na mieszkańca, ale dzieli nas wiele dekad, żeby zgromadzić kapitał chociaż rzędem zbliżony do tych państw, a lata świetlne, żeby wypracować porównywalne wpływy polityczne.

Możemy chełpić się nominalnym wejściem do G20 i zaproszeniami na szczyty, ale o udziale w decyzyjnych gronach nie mamy co myśleć, dopóki nie przeprowadzimy mentalnej orki w politycznej świadomości w zakresie wizji pozycji Polski na arenie międzynarodowej.

Kopnąć drzwi

Na dziś stoimy na wycieraczce przy lekko uchylonych drzwiach, rozmawiając z portierem o pogodzie i licząc, że w przerwie na lunch (tutaj miewamy już zaproszenia) „przypadkiem” nie zabraknie dla nas talerza. Tymczasem w sali bankietowej już trwają poważne rozmowy i jedyną drogą, żeby dorzucić w nich swoje trzy grosze, jest aroganckie kopnięcie drzwi, przepchnięcie się łokciami przez hol między kelnerami, wygarnięcie siłą kieliszka szampana od podstarzałego dżentelmena i bezczelne wejście w słowo z własnym pomysłem.

Może to brzmieć jak dyzmowskie chamstwo na salonach, ale dobijanie się do elity przez grzeczne czekanie pod drzwiami, włożenie najbielszych rękawiczek i wykazywanie się dobrymi, cywilizowanymi manierami lepiej niż ktokolwiek z już obecnych w tej elicie nic nam dotąd nie dało i nie da.

Trzy kroki do większej podmiotowości

W tej mentalnej ewolucji potrzebne są trzy kroki. Pierwszy to uświadomienie sobie, jaką rolę chcemy jako Polska odgrywać w międzynarodowej układance – czy oparcie się o udzielanie poparcia utartym już stanowiskom silniejszych, a więc opowiadanie się po danej stronie sporu, czy o większą podmiotowość.

Tu wyobrażenie i świadomość gotowości do odgrywania aktywniejszej roli wiążą się nieodłącznie z dyplomatycznym aparatem narzędziowym i przejściem od dowodzenia ogłady i przewidywalności do bardziej asertywnej postawy w relacjach z zachodnimi sojusznikami: wyraźniejszym werbalizowaniem własnych interesów, odwagą w kreowaniu własnych pomysłów i reagowaniu na spychanie na margines decyzyjności w unijnych gremiach.

I to nie tylko ćwierkaniem w socjalach i kładzeniem po sobie uszu („Jeśli Europa Zachodnia chce bazować na swoich własnych doświadczeniach, to dyskusje i potencjalne wnioski będą uboższe” – tak gołębio zareagował minister Domański), ale konkretnymi decyzjami i groźbami, jak miało to miejsce w niedawnym sporze dyplomatycznym z Ukrainą, co wyszło nam na dobre.

Dziś Ukraińcy znowu potrzebują lądowych korytarzy transportowych dla swojego zboża po powrocie zagrożeń na Morzu Czarnym. Proszę bardzo, zaraz wystawimy rachunek za tranzyt, tym razem już bez rabatów, jak to bywało do niedawna.

Taka strategia będzie wiązała się z politycznymi kosztami, o czym przekonuje się każda aspirująca regionalna potęga. Np. substytucja importu przez Turcję w zakresie przemysłu obronnego spotkała się z sankcjami ze strony USA, tymczasowym ostracyzmem i ostrą krytyką (a nawet oskarżeniami o nielojalność) ze strony natowskich sojuszników przy okazji podkreślania swojej niezależności decyzyjnej w czasie wojny Rosji z Ukrainą. Pozwoliła jednak zbudować Ankarze silne rodzime przedsiębiorstwa zbrojeniowe, które dzisiaj z dużymi sukcesami zdobywają kolejne rynki eksportowe, w tym polski.

Po skonceptualizowaniu, a następnie określeniu narzędzi trzecim krokiem jest zaakceptowanie finansowych kosztów ponoszenia ww. ryzyka, a więc dokapitalizowanie placówek dyplomatycznych, służb wywiadowczych, izb gospodarczych czy związków branżowych wspierających polski eksport, żeby w jakikolwiek sposób mogły podjąć rękawicę przynajmniej w niektórych sektorach.

Od symboli do transakcyjności

Na poziomie dyplomatycznym wiąże się to również z odejściem od polityki symboli w stronę wyraźniejszej transakcyjności. Mogłoby to pozwolić choć czasem reagować, zanim konkretne decyzje zostaną podjęte, nie tylko w sferze przygotowywania raportów i rekomendacji, ale tak istotnej jak obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce.

Raptem trzy miesiące temu pod znakiem zapytania stała rotacja do Polski 4 tysięcy amerykańskich żołnierzy. „Ulegamy złudzeniu: dla Amerykanów, narodu transakcyjnego, opartego o materialne korzyści w każdym aspekcie życia, to, jak bardzo my tego (żołnierzy) potrzebujemy, jest najmniejszym argumentem” – tak komentował tamtą sytuację były szef BBN, Jacek Siewiera.

Obnoszenie się z największą lojalnością wobec USA, oddawanie wielomiliardowych projektów (jak elektrownie jądrowe) za mgliste obietnice włączenia polskich firm jako poddostawców czy gigantyczne zakupy z półki amerykańskich firm zbrojeniowych nie wystarcza. Oczywiście nie mamy możliwości odwrócenia się na pięcie od naszego gwaranta bezpieczeństwa, ale nie znaczy to, że nie powinniśmy szukać sojuszniczych lewarów na kontynencie. A już w żadnym razie Polsce nie jest na rękę ciągłe uzależnianie się od rodzica zza oceanu.

Amerykanie wręcz naciskają na sojuszników, żeby wzięli na siebie większą odpowiedzialność za sprawy regionu – tak stało się i ze wspomnianą wyżej Turcją. Wciąż wygląda jednak na to, że nie dojrzeliśmy do tej roli.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.