Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Sokrates i Jezus to wybitni polemiści. Dziś są tylko pieniacze

Sokrates i Jezus to wybitni polemiści. Dziś są tylko pieniacze autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Debata nie umiera dlatego, że ludzie zaczęli się ze sobą ostro i emocjonalnie spierać. Przeciwnie – europejska kultura intelektualna wyrosła właśnie z intensywnego sporu. Sokrates i Jezus, jak pisał Leszek Kołakowski, to nie tylko twórcy kultury Zachodu, ale także wybitni polemiści. Problemem nie jest dyskutowanie „z wątroby”, problemem jest brak angażowania mózgu.

Spór stworzył europejską filozofię

Od debat popularniejsze są tylko utyskiwania na to, że prawdziwych debat już nie ma, ponieważ nikt już nie troszczy się o ich jakość. Nie ma poszukiwania prawdy, konsensusu, jakiegoś rozwiązania, ostało się tylko starcie na cięte riposty, przy aplauzie zwolenników. Przestało być ważne to, co kto mówi, gdyż znaczenie ma to, czy należy do „moich”, czy do „tamtych”. Dobrze, jeśli rzuci ciętą ripostą, którą łatwo będzie można podać dalej na platformach społecznościowych. Istotne jest to, że zostało „zaorane”, „słychać wycie”, „ale ich zapiekło”.

To bez wątpienia prawda. Żal może być tym większy, jeśli przypomnimy sobie, na czym opiera się nasza cywilizacja. Leszek Kołakowski uczył, że źródło Europy wypływa z dwóch postaci: Sokratesa i Jezusa. Oni nauczyli nas, że ciągłe dyskusje, wykuwanie prawdy w zażartych debatach, ciągłe zastanawianie się nad najważniejszymi pojęciami, to „seminarium duchowe Europy”. Tym właśnie jest u swych podstaw filozofia i teologia. Można tylko westchnąć i z nostalgią rzec: „kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów”. Ale, czy na pewno? Czy osiągnięcie prawdy jest faktycznie najważniejsze, a może liczy się sam proces?

Odpowiedzi na to, skąd wzięła się filozofia, jest tyle, ilu odpowiadających. Najpopularniejsza mówi o zdziwieniu nad światem z czym wiąże się próba odkrycia wszystkich jego tajemnic. Ale inna, równie ważna, wiąże się ze sprzeciwem. Wobec tego, co było wcześniej, wobec tego, kto twierdził inaczej. Greckim filozofom nie podobał się obraz świata stworzony przez Homera, forsowali też własną wizję w kontrze do mitycznego opisu rzeczywistości.

Bywały one lepsze bądź gorsze, co prowokowało ich następców do kolejnych poprawek i korekt. Nie ominęło to również największych spośród nich. Alfred North Whitehead napisał, że „Najbezpieczniejszym ogólnym określeniem europejskiej tradycji filozoficznej jest to, że składa się ona z serii przypisów do Platona”. Chodzi nie tylko o to, że Platon nakreślił wszystkie kluczowe pytania oraz problemy filozoficzne, lecz także o to, że jego następcy ciągle dopisywali do jego tez kolejne komentarze, rozwinięcia i polemiki.

I to napięcie jest tu kluczowe – szacunek do poprzednika, odwołanie się do jego koncepcji, pochwała najważniejszych wątków, ale też dodanie coś od siebie, pokazanie, że pewne kwestie można przedstawić lepiej, a w innych minął się z prawdą. Najciekawsze i najistotniejsze rzeczy rodziły się nie wtedy, gdy filozofowie we wszystkim się ze sobą zgadzali. Wręcz przeciwnie. To właśnie spór między nimi prowokował powstawanie kolejnych myśli.

Najlepsze idee rodzą się z polemiki

Ale na tym spór się nie kończy. Czy Arystoteles kontynuuje myśl Platona, czy też ją neguje? A to już zależy od interpretatorów. Plotyn uważał, że logika i fizyka Arystotelesa stanowią niezbędny wstęp do zrozumienia metafizyki Platona. Boecjusz za cel postawił sobie ukazanie, że w kluczowych kwestiach panuje między nimi zgoda (concordia). Dla Hegla arystotelizm to wyższe stadium platonizmu. Jednak to przecież nie zamyka sprawy, skoro John Locke i David Hume odrzucają platońską koncepcję pojęć wrodzonych i idą za arystotelesowską „niezapisaną tabliczką” (tabula rasa).

Friedrich Nietzsche widzi w Platonie źródło dekadencji, a Arystotelesa ceni za naukowe zacięcie (chociaż ostatecznie obu odrzuca). Czyli coś ich jednak różni. Tak twierdzi też wielu bardziej współczesnych badaczy (Zeller, Ross, a Berti wprost uznaje, że hylemorfizm to zaprzeczenie platonizmu).

Kto ma rację? Nie ma na to łatwej odpowiedzi. Spór toczy się nadal, każda strona ma swoje racje, i paradoksalnie dzięki tej krytyce i zmaganiom coraz lepiej rozumiemy myśl Platona i Arystotelesa. Jedne argumenty przepadają, ale zaraz pojawiają się nowe na rzecz dopiero co odrzuconej tezy.

Jednych przekonuje teza o kontynuacji, drugich o negacji. Konflikt między „my” a „oni” bywa niekiedy naprawdę gorący. Podziały trzymają się mocno. W tym tkwi największy szkopuł. Być może nasza cywilizacja chce dość do abstrakcyjnie rozumianej prawdy (bądź do jakiegoś pierwotnego, fundamentalnego punktu odniesienia) jedynie deklaratywnie, a tak naprawdę napędza ją nieustanny spór, dopisywanie nowych wątków do już raz zakończonych dyskusji. Najlepiej to działa wtedy, gdy nikt się ze sobą nie zgadza i można o tym podebatować, dodając swoje racje, argumenty i wątpliwości.

Widać to wyraźnie, jeśli przyjrzymy się tzw. filozoficznym marginaliom, czyli drobnych wtrąceniach od autorów, które nie mają zbyt wielkiego znaczenia dla ich koncepcji, ale za to dają nam wgląd w to, jak dawniej wyglądała debata. Kartezjusz w „Zarzutach i odpowiedziach późniejszych” szlifuje swoje tezy, ale skupia się przede wszystkim na odpowiadaniu oponentom.

Kiedy indziej stwierdza, że nie uda mu się już ukończyć systemu etycznego opartego na jego założeniach, ale z pewnością zrobią to jego uczniowie i następcy (w końcu najważniejsze konieczne do tego elementy po sobie zostawił). Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło – kto po nim poprawiał i dopisywał, kończył zazwyczaj ze swoją własną koncepcją bądź systemem (co jeszcze nie oznacza, że lepszym). A ci co chcieli iść za nim wiernie, choćby Claude Clerselier, otrzymywali łatkę tłumaczy i archiwistów (w tym przypadku co bardziej życzliwi dają mu jeszcze wkład w rozwój wczesnego okazjonalizmu).

Ale to nie była jakaś złośliwość dziejów, że do Claude’a mało kto się odnosił. Jego zasługi tkwią właśnie w tym, że rozpowszechnił myśl Kartezjusza. Od siebie nic znaczącego nie dodał, o czym tu się z nim spierać. Wychodzi na to, że jak ktoś jest wierny, to i w pewnym sensie nudny. Serca rozgrzewa proces dochodzenia do prawdy, zmiany w dochodzeniu do niej, nowe drogi i kierunki, a nie stateczne podążanie za raz wygłoszoną tezą. Spór napędza debatę, a jej wyniki dochodzą do potomnych. Oraz czekają na kolejnych polemistów. I to wcale nie było tak, że liczył się w nich wyłącznie naukowy ciężar dowodu, w tle tliły się też całkiem ludzkie namiętności.

Wielcy myśliciele też mieli swoje „prztyczki” 

David Hume w „Badaniach dotyczących rozumu ludzkiego” wypowiada się nieprzychylnie o Johnie Locke’u przewidując, że jego system szybko straci na znaczeniu i odejdzie w zapomnienie. Co innego inni popularni pisarze i eseiści, których skrzętnie wymienia. Nie ma co ich wymieniać teraz, bowiem mało kto ich pamięta, wielkiego szumu w filozofii też nie zrobili. Trudno przypuszczać, że tak wnikliwy, nieprzeciętny myśliciel jak Hume nie dostrzegał wagi i znaczenia tego, co napisał John Locke (tak przedstawiony empiryzm to była jednak rewolucja). Ale nie za bardzo go lubił, zaliczał go do reprezentantów popularnej w jego czasach filozofii, którą nie za bardzo cenił.

A i pewnie pełen był jeszcze goryczy przez znikomą popularność jego „Traktatu o naturze ludzkiej”. Przerobienie go na bardziej przystępną formę (owe „Badania…) z pewnością nie było mu w smak. Filozofia jest pełna historii o niecytowaniu osobiście nielubianych autorów, maskowaniu ich obecności w danych dziełach, a nawet organizowaniu wykładów w tym samym czasie, co oponent, aby udowodnić, kto cieszy się większą estymą. Wraz z biegiem lat te prztyczki w nos stawały się coraz bardziej dosadne. Wszystkie te marginalia pozostają nie bez znaczenia dla jakości debaty.

I też nie zawsze było tak, że dawni myśliciele nie chuchali na wszystkie słowa, które pisali, żeby dostarczyć je czytelnikom w idealnej formie, aby przypadkiem czegoś źle nie zrozumieli. Wspominany John Locke we wstępie do swych „Rozważań dotyczących poznania ludzkiego” pisze wprost, że ma świadomość, że mógłby popracować więcej nad niektórymi pojęciami, coś jeszcze doszlifować, ale po prostu już więcej mu się nie chciało (oddajmy mu jednak zadość, że pracował nad nimi przez blisko 20 lat, więc mogło mu się już nie chcieć).

Popadali w podobne do nas złudzenia. John Stuart Mill, obserwując rozwój prasy i popularność odczytów naukowych, przewidywał, że w jego czasach prawda ostatecznie zwycięży. Brak cenzury, mnogość możliwości wypowiadania się, ścierania swoich poglądów z innymi doprowadzi do tego, że wiedza w końcu zatriumfuje. Nie może być inaczej, bo ludzie zawsze wybiorą rzetelne, dobrze przemyślane argumenty, a nie fałsz lub dobrze brzmiące błędy, nieprawdaż?

Szybko wyszło na jaw, że ludzie wolą czytać i popierać to, co już wcześniej uznali za prawdę, a nie korygować swój światopogląd ze względu na kontrargumenty jego przeciwników. A kto bardziej efektownie coś napisał, tym większy poklask znajdował (także w naukowych lub filozoficznych kwestiach). Ostatecznie skończyło się na tym, że ludzie zaczęli się wyzywać od idiotów (albo jeszcze gorzej, wystarczy zajrzeć do XIX-wiecznej prasy, a kto potrzebuje naprawdę mocnych wrażeń musi przejrzeć periodyki z lat 20. i 30. XX wieku), nawet przy okazji omawiania ważkich tematów.

Internet nie wymyślił jałowej debaty. Tylko ją przyspieszył

Internet nie zmienił tych tendencji, lecz jedynie je wzmocnił. Jeżeli dodamy do tego algorytmy i boty, można (z pewną przesadą) powiedzieć, że dyskusja w internecie umarła. A nawet jest gorzej. Jeśli ktoś nie jest w stanie przypasować cię do tych „z prawa” bądź „z lewa”, rozpoznać, czy jesteś „od nas” czy „od nich”, to automatycznie wpadasz do worka kogoś nieautentycznego i najmniej wiarygodnego.

Kto nie jest ani czarny, ani biały, tylko pokazuje odcienie szarości, ten wywołuje konsternację. Po przypisaniu do jakiejś frakcji też nie jest o wiele lepiej, ponieważ jeśli nagle wygłosisz pogląd, który nie zgadza się z daną narracją, to internetowy komentariat odsądzi cię od czci i wiary. Nie masz co liczyć na lajki, follow czy podanie dalej.

Czyli doszliśmy do jakiegoś mechanizmu dziejowego, których mówi o tym, że skoro napędza nas spór i konflikt, to ostatecznie dyskusja musi się zdegradować i nic na to poradzić nie można? Jak pokazuje ten tekst, trzeba od razu wejść w polemikę z takim stwierdzeniem. Owszem wykuwamy się w sporze, ale coś istotnego się zmieniło. Konflikt jest tylko wstępem, trzeba jeszcze coś nowego dodać od siebie, chociaż miałoby to polegać jedynie na wytknięciu ewidentnych błędów bądź nieścisłości.

Nie wystarczy pokonać przeciwnika 

Nawet najwięksi myśliciele nie wzdrygali się od „dosolenia” przeciwnikowi kąśliwą uwagą. Ale to była jedynie wisienka na torcie, słodki dodatek do ich badawczej pracy. Cięta riposta bez pozytywnego wkładu własnego staje się zwykłą obelgą. Kiedy debata składa się z samych obelg, przestaje być śmiesznie. Spór musi prowadzić do czegoś więcej niż samego zwycięstwa nad przeciwnikiem. Wiemy, że potrafimy się spierać, ale czy obecnie potrafimy po sporze coś jeszcze stworzyć?

Podobnie wierność danej frakcji nie polegała kiedyś wyłącznie na klaskaniu tym, co najgłośniej krzyczą, lecz z równą pilnością baczono na własne wypaczenia (co nierzadko prowadziło do powstania nowych frakcji, ale ostatecznie to, co zasiedziałe okazuje się najmniej płodne). Przynajmniej na poziomie deklaracji, co też jest ważne, gdyż wstrzymuje nas przed podejmowaniem niektórych, wątpliwych działań. Warto na koniec przełknąć pewną gorzką pigułkę: kto tylko się zgadza i potakuje, ten ostatecznie przestaje myśleć.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.