Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Prawica nie wie, co zrobić z Unią? Weźmy przykład ze Świętego Cesarstwa

Prawica nie wie, co zrobić z Unią? Weźmy przykład ze Świętego Cesarstwa Cesarz rzymski Otton III odbierający hołd, źródło: Wikimedia Commons

Polska prawica może zmierzyć się niebawem z wielkim wyzwaniem – jak wyobrazić sobie nową wersję Unii Europejskiej. Inspiracją historyczną powinno być Święte Cesarstwo Rzymskie, tym razem nie Narodu Niemieckiego. Cel jest oczywisty – jednoczesne wzmocnienie potęgi Europy, jak i podmiotowości państw narodowych. Czy elity europejskiej prawicy będą w stanie wyjść z unijnej fobii i zaproponować nowy uniwersalizm? Co ciekawe, o podobnym pomyśle jeszcze 10 lat temu mówił Jarosław Kaczyński.

Poprzednim razem na łamach KJ przybliżałem koncepcje prawicowych zwolenników integracji europejskiej. Ich wspólnym mianownikiem było przekonanie, że dzisiejsza Unia Europejska, jeśli chce wzmocnić swoją pozycję na arenie międzynarodowej, musi stać się nowoczesnym imperium.

W katalogu historycznych europejskich potęg wskazywanych jako inspiracja dla dzisiejszej UE szczególnie często przewija się jedna nazwa: Święte Cesarstwo Rzymskie. Było to wielonarodowe imperium położone w Europie Środkowej i Zachodniej, założone przez Ottona I z saskiej dynastii Ludolfingów w 962 roku. Jego żywot zakończyły ostatecznie dopiero wojny napoleońskie (1806 r.).

Niewątpliwie dla wielu pasjonatów historii taki wybór wzoru do naśladowania może okazać się nietrafiony. Cóż Unia mogłaby wziąć ze średniowiecznego tworu politycznego, który po pierwsze nie był wcale rzymski, lecz niemiecki, a po drugie nie zdołał ostatecznie utrzymać pokoju w chrześcijańskiej Europie pod wspólnym cesarskim berłem?

Jarosław Kaczyński chciał Świętego Cesarstwa w 2016 r.

Aby odpowiedzieć na to pytanie, skupmy się na trzech godnych uwagi aspektach: systemie politycznym, postaci cesarza i planowi Ottona III. Zapraszam do ćwiczenia z historical fiction i zastanowienia się, czy najbardziej ambitny w historii projekt zjednoczenia świata Christianitas miałby rację bytu w roku 2026.

Nie są to tylko akademickie dywagacje. Obecny model Unii Europejskiej może nie wytrzymać naporu zmian, jakie czekają nas we Francji i być może w Niemczech. Europa rządzona przez Marine Le Pen i Alice Weidel będzie zupełnie inna. Na gwałt potrzebujemy więc nowych wizji.

Kto na polskiej prawicy mógłby być zwolennikiem takiego pomysłu? Na przykład lider nadal największej prawicowej partii. 10 lat temu Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej stwierdził, że „Europa powinna być supermocarstwem” i „realnym podmiotem polityki międzynarodowej”. Aby ten cel ziścić, trzeba jego zdaniem „utrzymać Europę państw narodowych, najlepiej tworzących konfederację”.

Z jednej strony ta zaskakująca wypowiedź idealnie obrazuje, jak bardzo eurosceptyczny względem ubiegłej dekady jest dziś PiS, lecz jednocześnie sama diagnoza Kaczyńskiego pozostaje jak najbardziej słuszna.

Jak mogłoby to wyglądać w praktyce?

Pomiędzy lokalizmem a kosmopolityzmem

Podobnie jak dzisiejsza Unia Europejska, popularna I Rzesza była tworem sui generis, czyli jedynym w swoim rodzaju podmiotem politycznym, który wymyka się sztywnym ramom zarówno państwa narodowego, jak i organizacji międzynarodowej. W tym przypadku najczęściej mowa jest o konfederacji zrzeszającej setki królestw, księstw, miast-państw, hrabstw czy biskupstw.

Innymi słowy, jej członkowie zachowywali podmiotowość i prawo do prowadzenia własnej polityki, lecz przy tym tworzyli jeden wspólny organizm polityczny, w ramach którego zobowiązali się realizować wyznaczony cel – jedność świata chrześcijańskiego. Proces ten nadzorowała postać cesarza rzymskiego, do czego jeszcze wrócimy.

W mojej ocenie tak zdefiniowana konfederacja to najlepszy model organizacji politycznej, jaki wypracowano dla Europy. Tożsamość europejską od wieków współtworzą bowiem dwie postawy: lokalistyczna, głosząca przywiązanie do najbliższej wspólnoty jak miasto czy naród, a także kosmopolityczna, odzwierciedlająca pragnienie bycia częścią większej całości.

Zamiast faworyzować którąś z nich, konfederacyjny system Cesarstwa pozwalał kwitnąć im obu; księstwa i hrabstwa mogły decydować o rozwoju własnej społeczności, a jednocześnie zyskiwały motywację do integracji w obrębie silniejszej wspólnoty – chociażby w celu skutecznego lobbowania swych interesów.

Do całkiem niedawna podobny model funkcjonował w samej Unii Europejskiej, dopóki ponadnarodowe instytucje nie otrzymały części kompetencji państw członkowskich i podmiotów lokalnych. Dziś widzimy zatem dużą asymetrię na korzyść Brukseli i niekorzyść rządów państw.

Jestem przekonany, że potencjalne „Święte Cesarstwo Europejskie” miałoby szansę przywrócić równowagę w systemie i zadowolić zarówno tych, którzy chcą „więcej Unii”, jak i tych przywiązanych do państw narodowych. Nie poprzez sztywny kompromis między Brukselą a stolicami, ale poprzez przedefiniowanie ich ról.

Z jednej strony taka „cesarska konfederacja” przewyższałaby obecną Unię stopniem integracji politycznej, zyskując na arenie międzynarodowej uprawnienia równe klasycznym mocarstwom – to realizowałoby ambicje globalne wspólnoty.

Z drugiej strony to rządy państw członkowskich, a nie ponadnarodowi technokraci, pozostałyby jedynym suwerenem decydującym o wewnętrznym kierunku rozwoju, co gwarantowałoby nienaruszalność tożsamości narodowych.

Powrót cesarza

Osobą, która scalała setki królestw i księstewek w jedno Święte Cesarstwo Rzymskie, był oczywiście sam cesarz czy też „sługa Jezusa Chrystusa i z woli Boga Zbawiciela oraz naszego Odkupiciela augustowski cesarz Rzymian”, jak tytułowano Ottona III. Wbrew naszym wyobrażeniom o średniowiecznych monarchach, ów cesarz nie dziedziczył władzy, lecz uzyskiwał ją w nowoczesny, jak na tamte czasy, sposób. W drodze elekcji (choć oczywiście przynależność rodowa nie była bez znaczenia).

Na mocy Złotej Bulli z 1356 roku, która nakreśliła ustrojowe ramy Cesarstwa, suwerena I Rzeszy wybierało tzw. kolegium elektorów złożone początkowo z siedmiu książąt zarządzających różnymi krajami członkowskimi imperium. Było to trzech duchownych – arcybiskupi Moguncji, Kolonii i Trewiru – oraz czterech świeckich władców – król Czech, książę saski, margrabia brandenburski oraz palatyn reński.

Ci elektorzy posiadali jednak znacznie więcej przywilejów niż tylko wybór cesarza, którego postać przypominała bardziej mediatora równoważącego interesy swoich wasali. Nie zmienia to jednak faktu, że suweren Rzeszy jako wypełniający wolę Bożą strażnik pokoju w Europie cieszył się ogromnym autorytetem, w wielu przypadkach przekładającym się na owocne rządy.

Nasi czescy sąsiedzi z pewnością podaliby tu przykład Karola IV, który został zapamiętany jako mecenas kultury (patrz: Uniwersytet Karola w Pradze) i polityczny reformator. To on promulgował wspomnianą Złotą Bullę, dzięki której zasady elekcji zostały precyzyjnie uregulowane, co znacznie zwiększyło stabilność Cesarstwa.

Przykładów wybitnych imperatorów było oczywiście więcej, nie róbmy jednak z tego lekcji historii, lecz zastanówmy się, czy postać świętego cesarza rzymskiego jest dobrym wzorem dla współczesnych włodarzy Starego Kontynentu.

Moim zdaniem tak. Bez względu na zakres jego kompetencji nie ulega wątpliwości, że przywódca posiadający zarówno realną władzę, jak i społeczną legitymację, jest dzisiejszej Unii bardzo potrzebny. Śmiem twierdzić, iż niska skuteczność Brukseli na arenie międzynarodowej wynika właśnie z braku archetypowego „sprawczego, charyzmatycznego przywódcy”, którym zdecydowanie nie jest Ursula von der Leyen.

Z kolei by sami Europejczycy uwierzyli z powrotem w projekt zjednoczonej Europy, potrzebują choćby symbolicznego reprezentanta, o którym mogliby powiedzieć „to nasz człowiek”. Takiego, który realizuje pewną uniwersalną ideę, a nie interesy technokratycznej mniejszości.

Nie chodzi jednak o literalną restaurację monarchii paneuropejskiej, lecz o figurę ustrojową, której brakuje w obecnym układzie sił. Społeczeństwa europejskie coraz częściej nie czują się obywatelami Unii, ponieważ ta – nie bez racji – jawi się jako zbiurokratyzowana, niesterowna i zideologizowana struktura.

Dlatego uważam, że w dzisiejszych warunkach funkcję dawnych siedmiu elektorów mogliby dzielić przywódcy wszystkich 27 państw członkowskich UE wraz z ich obywatelami. Zgodnie z tradycją Cesarstwa, europejski suweren byłby wybierany, tym razem w wyborach powszechnych na wzór USA, z tą różnicą, że wartość głosu w każdym „stanie” – w tym wypadku państwie członkowskim UE – wynosiłaby 1 niezależnie od wielkości. Dzięki temu zarówno Niemcy, jak i Polacy czy Maltańczycy mieliby równe szanse wyboru swojego cesarza.

Na poziomie stricte decyzyjnym głos należałby do przywódców i szefów rządów państw członkowskich, którzy na czele z nowym cesarzem tworzyliby nowe ciało wykonawcze zastępujące Komisję i Radę Europejską. Podobnie jak w starym Cesarstwie, w nowym imperium każda decyzja „cesarza” byłaby wcześniej konsultowana z „wasalami”, tj. przywódcami państw.

Wyobrażam sobie zatem ustrój polityczny na wzór Francji, gdzie prezydent oprócz szerokich prerogatyw jak przewodniczenie posiedzeniom rządu czy kierowanie polityką zagraniczną posiada także bezpiecznik w postaci Zgromadzenia Narodowego.

A skoro o Zgromadzeniu mowa, odrodzone Święte Cesarstwo Rzymskie potrzebowałoby ciała ustawodawczego i doradczego na wzór Sejmu Rzeszy. Nie byłby on jednak podzielony na trzy kurie (elektorów, książąt i miast), lecz na dwie izby: niższą – Parlament Europejski w niezmienionej formie – i wyższą – Radę Unii Europejskiej, w której oprócz tradycyjnych ministrów rządów mogliby zasiadać byli prezydenci i premierzy p.czł. wraz z przedstawicielami samorządów.

W takim scenariuszu Europejczycy zyskaliby możliwie najszerszą reprezentację, a pomiędzy regionami, państwami i ponadnarodową wspólnotą nastałaby upragniona równowaga.

Otton III miał rację

Prawicowy czytelnik zapewne zada bardzo ważne dla tej dyskusji pytanie: jaki Polska miałaby mieć interes w odtworzeniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego NARODU NIEMIECKIEGO? Z odpowiedzią przychodzi nam Otton III, cesarz rzymski i dobry przyjaciel Bolesława Chrobrego.

Kto uważał na lekcjach historii, ten zapewne pamięta, że w kuluarach zjazdu gnieźnieńskiego Otton obiecał przyszłemu królowi, że Polska stanie się wschodnim filarem jego uniwersalistycznego cesarstwa. Jedna z interpretacji historycznych zakłada, że ten ambitny projekt przewidywał przejście imperium Ludolfingów w tetrarchię podzieloną na cztery strefy wpływów: Germanię, Galię (ziemie francuskie), Italię i wreszcie Sclavinię, czyli Słowiańszczyznę, której ówczesnym liderem było państwo Piastów.

Jak na średniowieczne czasy była to dość nowatorska koncepcja i dowód, że nawet w germanocentrycznej strukturze politycznej Polacy mogli odgrywać pierwsze skrzypce. Niestety plan ten nie został zrealizowany z powodu przedwczesnej śmierci Ottona III, którego następca – Henryk II – poszedł później na wojenną ścieżkę z Polską.

Ciekawym pomysłem byłoby jednak wskrzeszenie pomysłu Ottona III i jego reinterpretacja we współczesnej Europie. Wyobraźmy sobie, że zarządzające Unią kolegium 27 państw członkowskich opiera się na czterech koalicjach reprezentujących cztery umowne makroregiony.

Na wzór Ottona byłyby to: Zachód (Francja i Beneluks), Południe (Włochy, Hiszpania i kraje śródziemnomorskie), Północ (Niemcy, kraje alpejskie i Skandynawia) oraz Wschód (kraje byłego bloku wschodniego na czele z Polską).

Taki podział, z czterema podobnej wielkości blokami, lepiej oddawałby językową, kulturową i ideologiczną strukturę Europy. Z kolei pod kątem czysto politycznym koalicyjny model mógłby przypaść do gustu zwłaszcza tym, którzy obawiają się zbyt silnej pozycji Niemiec i Francji.

Nowe bloki mogłyby równoważyć ich wpływy, a także lepiej uwzględnić fakt, że jako Polacy czy Litwini posiadamy niekiedy odmienny punkt widzenia od naszych zachodnich partnerów.

Taka tetrarchia mogłaby skuteczniej wykorzystać silne strony każdej części Europy i wprowadzić współpracę opartą na podziale kompetencji. Przykładowo, zachodni filar Unii odpowiadałby za reformy finansowe wspólnoty, podczas gdy Polska jako reprezentant filaru wschodniego zajmowałaby się integracją wschodnich sojuszników – Ukrainy, Mołdawii i Gruzji – oraz wzmacnianiem obronności Starego Kontynentu, jako że to nasz region jest szczególnie zainteresowany tą problematyką.

Otton III nie mógł zrealizować swojego planu, lecz jego idee wciąż są atrakcyjne w 2026 roku. Szczególnie dla Polski, która w takim „Nowym Świętym Cesarstwie Rzymskim” miałaby szansę pozbyć się swojego półperyferyjnego statusu i jako naturalny lider wschodniej flanki stać się jednym z czterech filarów nowoczesnego imperium europejskiego obok Niemiec, Francji i Włoch.

Jeśli ktoś zastanawia się, na czym powinna polegać tzw. doktryna piastowska, którą rok temu w rocznicę koronacji Chrobrego ogłosił premier Tusk, to właśnie na dążeniu do tego, by Polska stała się czołowym mocarstwem kształtującym kierunek integracji europejskiej zamiast jedynie podążania za wyznaczonymi przez Berlin i Paryż zmianami. Być może jest to opowieść, której dziś szczególnie potrzebuje proeuropejska prawica.

***

Zgadzam się, że Święte Cesarstwo Rzymskie było projektem zbyt ambitnym na swoje czasy i przez to nie w pełni zrealizowanym. Jednocześnie jestem głęboko przekonany, iż idea chrześcijańskiego uniwersalizmu przyświecająca jego władcom stworzyła podwaliny pod najlepszy w historii model zarządzania między państwami, jednostkami i innymi podmiotami życia politycznego.

Moim zdaniem to właśnie ta równowaga w systemie była powodem, dlaczego następca Rzymu znad Renu przetrwał blisko 1000 lat. Oczywiście organizm ten miał swoje wzloty i upadki, powstawał także ewolucyjnie i nie da się go po prostu przenieść do 2026 r. Mimo wszystko jednak, jeśli pogrążona w sporze między suwerenizmem a federalizmem Unia Europejska chce przetrwać, powinna potraktować Święte Cesarstwo jako kluczową inspirację historyczną.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.