Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Czy reforma podatkowa ulży klasie średniej? Ekspert: Niektóre zmiany budzą wątpliwości

przeczytanie zajmie 5 min
Czy reforma podatkowa ulży klasie średniej? Ekspert: Niektóre zmiany budzą wątpliwości screen z: https://www.youtube.com/watch?v=PLbAvXfkboY&t=464s

Rząd Donalda Tuska ogłosił reformę systemu podatkowego, aby ulżyć rosnącej klasie średniej w Polsce. Zdaniem ekonomisty Artura Krawczyka, zmiany te obejmą jedynie 10-15 proc. najbogatszych podatników kraju, zaś całej reszty to w ogóle nie dotknie. Niewykluczone, że beneficjentem netto tej reformy okażą się samorządy.

Podczas środowej konferencji premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański zapowiedzieli reformę systemu podatkowego. Główna zmiana dotyczyć będzie drugiego progu podatkowego, który zostanie podniesiony z dotychczasowych 120 do 130 tys. złotych. Wprowadzona zostanie także stawka pośrednia 24 proc. na przedziale od 130 tys. do 150 tys, zł, natomiast osoby zarabiające powyżej tej kwoty zostaną objęte stawką rzędu 32 proc.

Z uwagi na ogromne koszty tej reformy zapowiedziano podwyżki niektórych podatków, w tym CIT; podmioty osiągające roczne przychody powyżej 50 mln euro (ok. 200 mln zł) zapłacą 22 proc. podatku zamiast wcześniejszych 19 proc. Zaproponowano również zwiększenie daniny solidarnościowej do 5 proc. dla osób zarabiających rocznie ponad 1 mln zł, a także obniżenie limitu przychodów na ryczałcie z 2 mln do 250 tys. euro (ok. 1 mln zł).

– Postanowiliśmy, aby w dwóch wymiarach ulżyć rosnącej klasie średniej. Zmiany, jakie proponujemy, oznaczają wielomiliardowe potrzeby – mówił Tusk.

O ocenę reformy podatkowej poprosiliśmy Artura Krawczyka, ekonomistę i eksperta Centrum Myśli Gospodarczej, który w 2025 r. opracował dla Klubu Jagiellońskiego raport postulujący reformę systemu podatkowego w duchu jednolitej daniny.

Ignacy Dylak: Czy zmiany zaproponowane przez premiera są słuszne?

Artur Krawczyk: Nie da się ich jednoznacznie ocenić jako wyłącznie słuszne lub nie. Reforma składa się z różnych elementów – niektóre z nich osobiście bardzo popieram, ale są też takie, które pozostawiają niedosyt lub wręcz budzą wątpliwości.

Które z nich są zatem wątpliwe?

Zacznijmy od zmian w skali podatkowej. Przesunięcie limitu stawki 12 proc. do 130 tys. zł, wprowadzenie stawki pośredniej 24 proc. na przedziale od 130 tys. do 150 tys. zł i utrzymanie 32 proc. powyżej tej kwoty oceniam raczej pozytywnie. Od 2022 roku dochody dość szybko rosły, więc to przesunięcie wydaje się uzasadnione. Dotychczasowy, bezpośredni przeskok między 12 a 32 proc. był dość problematyczny.

Jednakże, stawka pośrednia wprowadzona na bardzo krótkim odcinku, wynoszącym zaledwie 20 tysięcy złotych, po prostu kłóci się ze sztuką. Progi powinny obowiązywać na nieco dłuższych przedziałach. Sensowniej byłoby na przykład pozostawić pierwszy próg przy 120 tys. zł, a ten wyższy podnieść do 160 tys. zł. Skala wyglądałaby wtedy dużo logiczniej.

Z kolei obniżenie limitu dla ryczałtu z 2 milionów euro do zaledwie 250 tysięcy złotych, czyli limitu sprzed kilku lat, to moim zdaniem olbrzymi plus i, patrząc systemowo, najważniejszy element całej reformy. Ryczałt był w Polsce zbyt często wykorzystywany do optymalizacji podatkowej. To rozwiązanie, które pierwotnie wprowadzono po to, żeby uprościć drobnym przedsiębiorcom księgowość.

Dlaczego to był problem?

Przy limicie na poziomie aż 2 milionów euro, czyli około 8 milionów złotych, mogły z niego korzystać całkiem spore firmy. Trudno mówić, żeby przy takich obrotach podmioty te wymagały uproszczeń księgowych – to już od dawna są VAT-owcy, którzy i tak muszą prowadzić ewidencję kosztów, bo limit dla VAT to 250 tysięcy złotych.

Ponadto po wejściu w życie Polskiego Ładu ryczałt stał się ekstremalnie opłacalną formą opodatkowania. Nie ma tam proporcjonalnej składki zdrowotnej, a jedynie zryczałtowane, „schodkowe” stawki, uzależnione od trzech pułapów przychodów. W efekcie ta forma była po prostu nadużywana.

Co więcej, przychody z ryczałtu nie wchodzą do podstawy daniny solidarnościowej, więc najbogatsze osoby mogły w ten sposób unikać kolejnych ciężarów. Dlatego powrót do limitu 250 tysięcy złotych uważam za bardzo słuszne i racjonalizujące polski system rozwiązanie.

A co z daniną solidarnościową? Rząd zapowiada podniesienie jej stawki.

To dla mnie niejednoznaczna kwestia. Z perspektywy odpowiedzialności rządu, który mierzy się z trudną sytuacją finansów publicznych i musi szukać dodatkowych środków, sięganie do kieszeni podatników zarabiających powyżej miliona złotych rocznie jest uzasadnione. Dąży się w ten sposób do zachowania neutralności fiskalnej całej reformy i nieostrożne wydawanie pieniędzy nie wchodzi tu w grę.

W idealnym systemie podatkowym danina solidarnościowa oczywiście w ogóle nie powinna istnieć. To rozwiązanie, które nie jest ani klasyczną skalą, ani niczym konkretnym – to tylko próba załatania problemów z wieloma różnymi formami opodatkowania, które sami wcześniej stworzyliśmy.

Trzeba też pamiętać, że danina solidarnościowa to nie jest prosty dochód budżetowy, tylko fundusz celowy, co w ostatnich latach pozwalało ministrowi finansów na dość swobodne wykorzystywanie tych środków. Niemniej jednak, z perspektywy budżetu, w obecnych realiach może to być krok do zaakceptowania.

Czy widzi pan jeszcze jakieś plusy i minusy?

Ograniczenie ulgi IP Box to bez wątpienia krok w dobrą stronę, choć z komunikatu prasowego nie wiemy do końca, czego te zmiany będą dotyczyć. To bardzo wadliwe rozwiązanie służące dziś jako ulga głównie dla najbardziej obrotnych informatyków – pewnie 99 proc. z niej korzystających to właśnie programiści. Nie da się wykazać, by przynosiło ono jakiekolwiek pozytywne skutki społeczne, dlatego najchętniej w ogóle bym je zlikwidował.

Z kolei zapowiadane zmiany w CIT oceniam negatywnie ze względu na ich konstrukcję. Podniesienie stawki dla firm osiągających dochody powyżej 50 milionów euro oznacza prawdopodobnie, że po przekroczeniu tego progu, nowy, wyższy podatek obejmie cały wypracowany dochód.

Takie rozwiązania są całkowicie niezgodne ze sztuką opodatkowania. Przez to przedsiębiorcy kombinują i sztucznie przesuwają faktury na kolejny rok, byle tylko nie przekroczyć granicznej kwoty, a przecież ich zadaniem powinno być po prostu zarabianie pieniędzy.

Niestety, mamy już w polskim systemie podobne, wadliwe mechanizmy, jak wspomniana składka zdrowotna na ryczałcie czy 9-procentowy mały CIT, ale fakt, że jedno wadliwe rozwiązanie już istnieje, nie jest żadnym usprawiedliwieniem do wprowadzania kolejnego.

Czytałem, że na tej reformie zyska tak naprawdę 10 proc. najlepiej zarabiających. Czy to prawda?

Nie widzieliśmy jeszcze treści ustawy z Oceną Skutków Regulacji, ale biorąc pod uwagę zapowiedzi, reforma obejmie w zasadzie przetasowania wyłącznie wśród 10-15 proc. najbogatszych podatników. Całej reszty to w ogóle nie dotknie.

Czy w takim razie ta reforma będzie faktycznie neutralna fiskalnie? Czy obniżki dla prawie najbogatszych i podwyżki dla zdecydowanie najbogatszych faktycznie się zrównoważą?

Koszty tych zmian są trudne do oszacowania bez danych Ministerstwa Finansów. Jeśli wyniosłyby nawet do 3 lub 4 miliardów złotych, to można by reformę i tak uznać za z grubsza neutralną, bo nie są to duże kwoty przy tylu zmianach jednocześnie. Gdyby to było w okolicach 10 miliardów, zrobiłoby się problematycznie. Pamiętajmy jednak, że ubytek dochodów po stronie skali, w dużej mierze zrekompensują potężne wpływy ze zmian na ryczałtcie.

Wyrzucenie wielu zamożnych podatników z tej preferencyjnej formy rozliczeń wymusi na nich powrót na podatek liniowy oraz włączy w płacenie daniny solidarnościowej. Co więcej, w związku z systemem rozdziału środków i reformą samorządów, niewykluczone, że beneficjentem netto tej reformy ostatecznie okażą się właśnie samorządy.

Ryczałt jest w stosunku do dochodów jednostek samorządu terytorialnego dość niedowartościowany, za to „liniówka” daje im relatywnie wysokie dochody, więc przesunięcie tych podatników zadziała na ich korzyść. Może się zatem okazać np. że reforma będzie neutralna dla całego sektora finansów publicznych, ale kosztowna dla samego budżetu państwa.

Co pana zdaniem rząd powinien był zrobić inaczej?

Zamiast tworzyć wadliwe rozwiązania w CIT, podniósłbym po prostu podstawową stawkę z 19 proc. do 21 proc., a mały CIT z 9 proc. do 12 proc. dla wszystkich. Można by również wprowadzić na CIT rozwiązanie na wzór klasycznej skali podatkowej. Płacilibyśmy wtedy wyższą stawkę wyłącznie od nadwyżki, a nie od całej kwoty i nie mielibyśmy skoku obciążeń przy przekroczeniu limitu.

Uporządkowałbym też składkę zdrowotną. Zlikwidowałbym wspomniane „schodki” na ryczałcie i wprowadził zlinearyzowaną, w pełni proporcjonalną składkę dopasowaną do poszczególnych rodzajów działalności.

Usunąłbym również odliczenia pozwalające zmniejszyć podstawę opodatkowania o połowę zapłaconej składki na ryczałcie i o ustalony limit na „liniówce”. Jest to niefortunna pozostałość po Polskim Ładzie, kiedy w pewnym momencie danym grupom trzeba było po prostu rzucić coś na zachętę.

To proste zmiany, które nie uderzyłyby mocno w przedsiębiorców, a znacząco uprościłyby system i zwiększyły wpływy do NFZ.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.