Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Okoliczności nigdy nie były lepsze. Jeśli Łukasz Gibała teraz nie zostanie prezydentem, to nie zostanie nim nigdy

Okoliczności nigdy nie były lepsze. Jeśli Łukasz Gibała teraz nie zostanie prezydentem, to nie zostanie nim nigdy Łukasz Gibała, screen z: https://www.youtube.com/watch?v=UQv3QLM124Q&t=99s

Kampania z 2024 roku wyglądała zupełnie inaczej, była bardzo zacięta. Był Donald Tusk, były emocje, była fala 2023 roku. Dziś nikomu nie jest na rękę podgrzewanie atmosfery i sprawianie, by Kraków znowu stał się centrum uwagi. Nawet przy bardzo agresywnej kampanii negatywnej wygrana KO byłaby tu niezwykle trudna, a tylko podbijałaby stawkę i rodziła kłopotliwe pytania, dlaczego w takim mieście jak Kraków Platforma Obywatelska przegrywa wybory – mówi Łukasz Pawłowski w rozmowie z Klubem Jagiellońskim.

Czy Łukasz Gibała, cytując klasyka, musi przejechać na pasach ciężarną zakonnicę, żeby przegrać wybory w Krakowie?

Na pewno okoliczności polityczne w Krakowie nigdy nie sprzyjały mu tak bardzo jak teraz. Zakładam, że jeżeli nie zostanie prezydentem w tych wyborach, to nie zostanie nim nigdy.

Jakie okoliczności?

Koalicja Obywatelska najchętniej w ogóle wymazałaby sprawę Krakowa z pamięci, a PiS jest zajęty samym sobą i kwestia stolicy Małopolski leży daleko poza sferą ich głównych zainteresowań. Pozostali kandydaci wyborczo po prostu nie istnieją. Warunki są obiektywnie najlepsze w historii.

Pojawiła się jednak kandydatura partii Razem, Aleksandry Owcy, która w 2024 roku nie startowała samodzielnie, tylko poparła Gibałę. Pamiętamy też z zeszłorocznych wyborów prezydenckich, że Adrian Zandberg zdobył w Krakowie blisko 11% głosów. Do tego dochodzi bezpartyjny Jan Hoffman, który wypłynął przy okazji tegorocznego referendum. To nie są problemy dla Gibały?

Po referendum nie robiliśmy nowych badań, więc nie opieram się tu na najświeższych danych, ale mówiąc wprost: Aleksandra Owca to nie Adrian Zandberg, a Jan Hoffman to nie Łukasz Gibała.

To znaczy?

Jeśli mówimy o Łukaszu Gibale i jego szansach, to mówimy o polityku, który startuje już w czwartych wyborach i za każdym razem inwestował w swoją rozpoznawalność. To, że jest faworytem, wynika zarówno z badań sprzed 2024 roku, jak i tych robionych przed referendum. Zbiera on w okolicach połowy głosów prawicowych. Już samo to zmienia zupełnie układ.

Żeby zaistnieć w świadomości wszystkich mieszkańców miasta – zarówno starszych, jak i młodszych – trzeba bardzo dużo pieniędzy i bardzo dużo czasu. To jest coś, co Łukasz Gibała ma, a czego nie mają inni kandydaci.

A co z Moniką Piątkowską. Donald Tusk, lub szerzej Koalicja 15 Października, może jej pomóc czy raczej ją osłabić?

Dotykamy tu kilku wątków. Po pierwsze, Monika Piątkowska nie startuje z komitetu KO, co musi odbić się na wyniku ze względu na fakt, że część wyborców może być zdezorientowana, kto tak naprawdę jest ich kandydatem. Pamiętajmy, że Aleksander Miszalski startował właśnie z komitetu Platformy.

Po drugie, Miszalski i wybory samorządowe w 2024 roku były jeszcze na fali z jesieni 2023 roku. Koalicja Obywatelska zdobywała samorządy kandydatami startującymi z komitetów KO właśnie dzięki tamtemu zwycięstwu i tamtej przewadze. Dzisiaj tej fali już nie ma.

Pamiętajmy też, że nawet przy tamtej przewadze i wsparciu komitetu KO Miszalski wygrał z Gibałą minimalnie. Wydaje się więc, że wystarczy, by okoliczności były choćby nieco gorsze, a kandydat KO przegrywa. A dobrze wiemy, że dzisiejsze warunki są dużo bardziej niekorzystne niż tylko „minimalnie”.

Aż tak?

Jest kwestia niezadowolenia z przegranego referendum. Do tego dochodzi cała struktura Platformy w Krakowie, która nie jest zmobilizowana do walki z chęcią i przekonaniem, że da się to wygrać. Jest raczej odwrotnie.

Donald Tusk nie angażuje się w tę kampanię. Udzielił poparcia kandydatce w Warszawie, a potem po prostu wrzucił stare zdjęcie ze dawnej konwencji z krótką wzmianką o starcie kampanii. To nie jest zaangażowanie, jakiego kandydatka się spodziewała.

Mam wrażenie, że w Warszawie woleliby, aby o tych wyborach mówiło się jak najmniej i żeby było już po wszystkim. Wynika to z poczucia, że w Krakowie mają niewiele do wygrania, za to bardzo dużo do stracenia.

Wydaje się, że Monika Piątkowska rzeczywiście jest w rozkroku. Z jednej strony przyznaje się do Platformy, komunikuje poparcie ze strony Władysława Kosiniaka-Kamysza i premiera Tuska, a z drugiej nie startuje z komitetu KO. Twoim zdaniem politycznie korzystniejsze byłoby dla niej, gdyby jednak jednoznacznie przyznawała się do partii Tuska?

Trochę rozumiem ten rozkrok. Z jednej strony, szyld partyjny dodaje głosów, z drugiej zaś – tworzy pewny wirtualny sufit poparcia. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że Miszalski wygrał minimalnie, a teraz okoliczności są gorsze choćby przez przegrane referendum. Rozumiem więc, z czego wynikają te wahania oraz jakie plusy i minusy się z tym wiążą.

Mimo to uważam, że sam komitet bardziej by jej pomógł, niż zaszkodził. Brak oficjalnego szyldu nie pozwoli jej wygrać, za to stwarza ryzyko bardzo słabego wyniku w pierwszej turze lub wręcz braku awansu do drugiej tury, choć to ostatnie wydaje mi się mało prawdopodobne.

Z dwóch złych scenariuszy mniej złym wyborem byłby jednak start z komitetu i oparcie się na tych około 40% wyborców KO, którzy są dzisiaj w Krakowie.

A kogo poprze tzw. Krakówek? W 2024 roku profesor Majchrowski, Andrzej Grabowski, Robert Makłowicz, cała plejada rozpoznawalnych postaci i przedstawicieli krakowskiej inteligencji poparli, a przynajmniej większość z nich, Aleksandra Miszalskiego. Zastanawiam się, jak zachowają się teraz i czy w ogóle ma to jeszcze jakieś znaczenie wyborcze?

Moim zdaniem żadnego. Gdyby poparcie elit miało realne znaczenie, Rafał Trzaskowski wygrałby tak, jak przewidywał jeden z ekspertów: 70 do 30. A przecież tak się nie wydarzyło.

Porażka Łukasza Gibały w 2024 roku nie miała nic wspólnego z „Krakówkiem”. O wygranej Miszalskiego zdecydowała wtedy skuteczna kampania negatywna. Zdecydowana większość mieszkańców Krakowa to przecież żaden „Krakówek” ani elita. Struktura demograficzna jest tu taka sama jak w każdym innym dużym mieście. Żyje tu mnóstwo seniorów czy osób o średnich zarobkach.

„Krakówek” to pojęcie publicystyczne, które mówi sporo o lokalnej debacie – o tym, kto dochodzi do głosu czy wypowiada się w mediach – ale ostatecznie tamte wybory wygrała kampania negatywna. To starsi wyborcy odwrócili się od Gibały i wybrali Miszalskiego.

Potem jednak, co było widać przy okazji referendum, ci sami ludzie szybko zmienili zdanie. W ostatnich sondażach pozytywne oceny dla Miszalskiego oscylowało wokół 15% i mówimy tu o człowieku, który zaledwie 2 lata wcześniej wygrał wybory.

Czy możemy się dzisiaj spodziewać powtórki z rozrywki z kampanii negatywnej i czy może to być wyborczo skuteczne? Część komentatorów wyrażało przekonanie, że Miszalskiemu referendum przegrał „Sok z Buraka” i cała akcja demobilizująca w internecie. To tylko publicystyka czy są na to jakieś dane?

To nawet nie jest publicystyka. To po prostu wewnętrzna wojna po stronie różnych środowisk. Uważny obserwator być może zauważy, kto narzuca taką narrację: dokładnie ci, którzy sami zajmowali się tym obszarem, czyli internetem. Chodzi więc zwyczajnie o wrzucenie rywalizującej frakcji pod autobus – tak to odczytuję. Łatwo jest zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego.

Analiza tego, dlaczego Miszalski przegrał i z czego wynikała wysoka frekwencja, to znacznie szerszy temat. O referendum w Krakowie mówiliśmy już w 2024 roku, prognozując nadchodzącą falę takich inicjatyw i wskazując, że to właśnie Kraków będzie pierwszy i że tam to głosowanie ma realne szanse powodzenia.

Temat ten dojrzewał więc na długo przed tym, zanim w ogóle pojawił się wątek „Soku z Buraka”.

Czyli to nie miało żadnego znaczenia?

To była oczywiście strasznie głupia kampania referendalna z ich strony, ale uważam, że ostatecznie niewiele zmieniła.

Prezydent Miszalski wiedząc jaka jest sytuacja polityczna i że jego pozycja realnie wisi na włosku w Krakowie powinien zaraz po wyborach zrezygnować z PO i podejmować bardzo ostrożne decyzje. A zachowywał się kompletnie na odwrót jakby wygrał tu z ogromna przewagą, jakby nie było narzędzi typu referendum. Tak jak mówiłem, już na jesieni 2024 pisaliśmy o fali referendów która nas czeka i że Kraków jest drugi na liście (zaraz po Zabrzu) wtedy tam to po prostu zignorowano.

Jeśli zaś chodzi o samą kampanię negatywną, nie da się jej po prostu powtórzyć. Nie ma już wokół tego takich emocji i odnoszę wrażenie, że Warszawie wręcz zależy na tym, aby o Krakowie mówiło się jak najmniej.

Mamy więc kolejny czynnik sprzyjający Łukaszowi Gibale. Nikomu nie jest dziś na rękę podgrzewanie atmosfery i sprawianie, by Kraków znowu stał się centrum uwagi. Nawet przy bardzo agresywnej kampanii negatywnej wygrana KO byłaby tu niezwykle trudna, a tylko podbijałaby stawkę i rodziła kłopotliwe pytania, dlaczego w takim mieście jak Kraków Platforma Obywatelska przegrywa wybory.

Nie spodziewam się więc powtórki z rozrywki. Tamta kampania wyglądała zupełnie inaczej. Był Donald Tusk, były emocje, była fala 2023 roku. To była bardzo zacięta kampania. Teraz do tych wyborów mamy miesiąc z kawałkiem i w ogóle nie widzę tego rodzaju emocji wokół tej rywalizacji i wydaje mi się, że nie jest to przypadek.

Mówimy o Koalicji Obywatelskiej, ale widzimy też te mniejsze komitety, o których trudno powiedzieć, by były nieaktywne. Sławomir Mentzen chętnie przyjeżdża do Krakowa i występuje z panem Bocheńczakiem, podobnie Adrian Zandberg czy marszałek Czarzasty. Wydaje się więc, że te wybory cieszą się mimo wszystko dużym zainteresowaniem ze strony polityków.

Tak, ale z innego powodu. Żaden z tych komitetów tak naprawdę nie wierzy, że ich kandydat zostanie prezydentem, ani o to nie walczy.

Chodzi o to, kto lepiej wypadnie. Lewica rywalizuje z Razem, a Konfederacja ściga się z PiS-em. To będą przecież największe wybory przed wyborami parlamentarnymi. To test wyborczy, który pokaże, kto w jakim miejscu się znajduje. I to jest tu realną stawką.

Nie toczy się tam jednak żadna gra o pokonanie Łukasza Gibały. Uważam, że wszystkie te ugrupowania w gruncie rzeczy pogodziły się już z tym, jak te wybory się skończą. Chodzi im wyłącznie o to, jaka opowieść wyłoni się po pierwszej turze, czy Lewica okaże się silniejsza od Razem, a Konfederacja od PiS-u. I o to, jak to się przełoży na politykę ogólnokrajową oraz przyszłe wybory parlamentarne.

Właśnie dlatego przyjeżdżają Zandberg czy Mentzen. A nie dlatego, że ktokolwiek z ich kandydatów ma chociaż cień szansy na fotel prezydenta Krakowa, bo to jest po prostu niemożliwe.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.