Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Lex szarlatan. Niedoskonałe prawo jest lepsze niż bezkarność pseudomedycyny

Lex szarlatan. Niedoskonałe prawo jest lepsze niż bezkarność pseudomedycyny Źródło: envato.com

Państwo powinno skutecznie chronić pacjentów przed osobami, które żerują na chorobie, strachu i nadziei, oferując niesprawdzone terapie jako alternatywę dla leczenia. „Lex szarlatan” odpowiada na realny i poważny problem, ale robi to za pomocą instrumentów, które słusznie budzą zastrzeżenia. Ustawa wymaga dalszych korekt – szczególnie w zakresie gwarancji proceduralnych, proporcjonalności ingerencji i obowiązków informacyjnych. Mimo tych wad jej zawetowanie może dziś przynieść więcej szkody niż pożytku.

Debata nad tzw. lex szarlatan łatwo wpada w koleiny politycznej polaryzacji. Z jednej strony pojawia się obraz państwa, które wreszcie staje w obronie pacjentów przed bezwzględnymi oszustami. Z drugiej – wizja urzędnika wyposażonego w arbitralną możliwość rozstrzygania, co jest prawdziwą medycyną, a co niedopuszczalnym odstępstwem zasługującym na surową karę.

Obie obawy dotyczą rzeczywistych problemów. Dlatego ustawy nie powinno się oceniać ani przez pryzmat sympatii do jej autorów, ani na podstawie najbardziej alarmistycznych wypowiedzi jej przeciwników.

Punkt wyjścia jest bowiem trudny do zakwestionowania: państwo powinno skuteczniej chronić ludzi przed pseudomedycyną. Szczególnie gdy działalność taka wykorzystuje strach i bezradność osób ciężko chorych.

Sprzedawanie człowiekowi z nowotworem kosztownej „terapii”, której skuteczności nigdy nie wykazano, przekonywanie go do rezygnacji z leczenia czy podszywanie się pod osobę posiadającą kompetencje medyczne nie jest zwykłym korzystaniem z wolności gospodarczej. W skrajnych przypadkach ceną za brak skutecznej reakcji państwa jest zdrowie lub życie.

Temu właśnie ma odpowiadać nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Wprowadza ona kategorię praktyk pseudomedycznych oraz wyposaża Rzecznika Praw Pacjenta w instrumenty pozwalające reagować szybciej niż obecnie – w tym ostrzeżenia publiczne, decyzje tymczasowe i możliwość nakładania sankcji finansowych.

Pierwotny projekt słusznie budził zastrzeżenia

To, że problem jest poważny, nie oznacza jednak, że każde narzędzie służące jego rozwiązaniu jest dobre. Pierwotna wersja projektu zawierała rozwiązania, które powinny budzić wątpliwości także u osób zdecydowanie opowiadających się za walką z pseudomedycyną.

Jednym z problemów było posługiwanie się pojęciem „aktualnej wiedzy medycznej” bez jego bliższego określenia. Samo pojęcie nie jest obce prawu medycznemu i nie sposób stworzyć zamkniętego ustawowego katalogu wiedzy, która przecież stale się rozwija.

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy ocena zgodności z aktualną wiedzą staje się podstawą bardzo dolegliwej ingerencji państwa – zakazu prowadzenia określonej działalności, publicznego ostrzeżenia czy wysokiej kary finansowej. W takiej sytuacji wymagania wobec precyzji prawa powinny być szczególnie wysokie.

Jeszcze poważniejsze zastrzeżenie dotyczyło gwarancji proceduralnych. Projekt przewidywał możliwość wydania decyzji tymczasowej przy ograniczeniu stosowania art. 10 i 81 Kodeksu postępowania administracyjnego, a więc przepisów związanych z prawem strony do czynnego udziału w postępowaniu i odniesienia się do materiału dowodowego.

Rozwiązanie to zostało w toku prac zmienione. Pozostaje jednak pytanie bardziej zasadnicze: jak silne gwarancje powinien mieć adresat decyzji administracyjnej, której skutki gospodarcze i reputacyjne mogą być natychmiastowe i bardzo trudne do odwrócenia?

Podobne zastrzeżenia budziła wysokość kar – do miliona złotych – oraz możliwość nakazania publikacji decyzji na koszt podmiotu. W przypadku lekarza, terapeuty czy przedsiębiorcy samo publiczne wskazanie przez organ państwa, że jego działalność ma charakter pseudomedyczny, może w praktyce oznaczać utratę reputacji jeszcze zanim sprawę zweryfikuje sąd. Zastrzeżenia budziło także ryzyko zbyt szerokiego objęcia regulacją legalnie działających przedstawicieli medycyny komplementarnej.

Parlament poprawił ustawę, ale nie usunął wszystkich problemów

Nie można jednak oceniać ustawy leżącej dziś na biurku Prezydenta tak, jakby nadal była projektem z początku prac legislacyjnych. Tekst się zmienił.

Szczególnie istotne były prace sejmowe. Dezinformacja medyczna została wyodrębniona z konstrukcji praktyki pseudomedycznej i objęta osobnym mechanizmem. Część pierwotnych rozwiązań proceduralnych została zmodyfikowana.

Senat również nie ograniczył się wyłącznie do korekt stylistycznych. Doprecyzowano m.in. kryteria związane z publikowaniem decyzji oraz uwzględnianiem sytuacji finansowej podmiotu. Jednocześnie Senat nie zdecydował się na dalej idące zmiany, takie jak ustawowe zdefiniowanie „aktualnej wiedzy medycznej”. Podstawowa architektura systemu pozostała więc bez zmian: zasadniczym organem oceniającym daną praktykę i stosującym instrumenty administracyjne pozostaje Rzecznik Praw Pacjenta.

I właśnie ten administracyjny charakter mechanizmu pozostaje jednym z najmocniejszych powodów do ostrożności. W państwie prawa powinniśmy być nieufni wobec sytuacji, w której organ administracji może ingerować w działalność przedsiębiorcy czy profesjonalisty w oparciu o pojęcia wymagające niekiedy złożonej oceny naukowej, a następnie wywołać poważne konsekwencje jeszcze przed ostatecznym rozstrzygnięciem sporu przez niezależny sąd.

Nie jest to argument za bezczynnością. Jest to argument za szczególnie silnymi gwarancjami proceduralnymi.

Najważniejszy powinien być dobrze poinformowany pacjent

W tym miejscu warto wrócić do rozwiązania, które zbyt słabo wybrzmiało w debacie nad ustawą: ochrona pacjenta nie zawsze musi oznaczać zakazu. Wartościowym rozwiązaniem może być wprowadzenie precyzyjnych obowiązków informacyjnych.

Nie każda metoda niebędąca świadczeniem zdrowotnym powinna być automatycznie eliminowana z rynku. Dorosły człowiek może korzystać z masażu, akupunktury, ziołolecznictwa, refleksologii czy innych metod komplementarnych, jeśli tego chce.

Granica powinna przebiegać przede wszystkim tam, gdzie ktoś wprowadza klienta w błąd co do charakteru, skuteczności lub bezpieczeństwa swojej usługi, przypisuje jej właściwości lecznicze, których nie potrafi wykazać, albo przedstawia ją jako substytut terapii medycznej przy poważnej chorobie.

Dlatego jednym z sensownych uzupełnień ustawy byłoby szersze wykorzystanie obowiązkowych klauzul informacyjnych. Usługodawca powinien w przypadkach granicznych jasno informować, że jego działalność nie jest świadczeniem zdrowotnym, dana metoda nie zastępuje diagnostyki ani leczenia prowadzonego przez osobę wykonującą zawód medyczny, a jej skuteczność w leczeniu określonych chorób nie została potwierdzona zgodnie z wymaganym standardem.

Pozwalałoby to lepiej realizować zasadę proporcjonalności: najbardziej niebezpieczne praktyki powinny być zakazywane, przypadki oszustwa – surowo karane, ale w części sytuacji granicznych pierwszym instrumentem państwa powinno być zapewnienie świadomego wyboru konsumenta, a nie natychmiastowa eliminacja usługi.

Drugim potrzebnym bezpiecznikiem byłoby utworzenie przy RPP interdyscyplinarnego ciała eksperckiego, które opiniowałoby najbardziej sporne przypadki. W jego skład powinni wejść nie tylko przedstawiciele medycyny akademickiej, lecz także eksperci z zakresu prawa, etyki, organizacji pacjentów i – przy zachowaniu odpowiednich standardów – przedstawiciele legalnie funkcjonujących metod komplementarnych.

Taka rada nie powinna paraliżować możliwości szybkiej reakcji na oczywiste oszustwa, ale mogłaby ograniczać ryzyko arbitralności w przypadkach, w których stan wiedzy nie daje prostych odpowiedzi. Ten postulat również nie został dotychczas zrealizowany.

Weto niekoniecznie doprowadzi do lepszej ustawy

W idealnym świecie należałoby więc ustawę jeszcze poprawić. Problem polega na tym, że Prezydent nie podejmuje decyzji w idealnym świecie, lecz w konkretnych realiach politycznych.

Można wyobrazić sobie weto połączone z precyzyjną propozycją zmian: wzmocnijmy gwarancje proceduralne, wprowadźmy organ ekspercki, wyraźniej zastosujmy zasadę stopniowania ingerencji i wykorzystujmy obowiązek informacyjny tam, gdzie nie jest potrzebny bezwzględny zakaz.

Nie mamy jednak gwarancji, że taki scenariusz zakończyłby się uchwaleniem lepszego prawa. Przy obecnym poziomie konfliktu między większością rządową a Prezydentem istnieje poważne ryzyko, że weto zostałoby potraktowane przede wszystkim jako kolejny element sporu politycznego.

Zamiast pracy nad poprawioną wersją ustawy moglibyśmy otrzymać wzajemne oskarżenia: z jednej strony o obronę „szarlatanów”, z drugiej – o próbę administracyjnego ograniczania wolności. Największym przegranym takiego scenariusza byłby pacjent.

Dlatego bilans korzyści i ryzyk prowadzi mnie ostatecznie do wniosku, że ustawę w obecnym kształcie należy podpisać.

Nie dlatego, że jest dobrze napisana. Nie dlatego, że wszystkie zastrzeżenia zostały usunięte. I nie dlatego, że należy bezwarunkowo ufać organowi administracji wyposażonemu w nowe, bardzo silne kompetencje.

Należy ją podpisać, ponieważ alternatywą może być pozostawienie obecnego stanu rzeczy – a więc realnej przestrzeni dla osób, które żerują na strachu, chorobie i nadziei ludzi znajdujących się w najtrudniejszym momencie życia. Między niedoskonałym instrumentem ochrony a brakiem skutecznego instrumentu ochrony wybrałbym dziś ten pierwszy.

Nie powinien być to jednak koniec dyskusji. Po wejściu ustawy w życie należy bardzo uważnie obserwować praktykę Rzecznika Praw Pacjenta, orzecznictwo sądów administracyjnych oraz wpływ regulacji na legalnie działających przedsiębiorców i profesjonalistów. Jeśli ujawni się efekt mrożący, nadmierna uznaniowość albo problemy z ochroną wolności wypowiedzi, przepisy trzeba będzie szybko nowelizować.

Trafnie zresztą sama Kancelaria Prezydenta określiła zasadniczy problem stojący przed głową państwa: jak stworzyć instrumenty pozwalające skutecznie przeciwdziałać najbardziej niebezpiecznym przypadkom pseudomedycyny, a jednocześnie zachować odpowiednie standardy prawne i proceduralne.

Lex szarlatan nie daje jeszcze idealnej odpowiedzi na to pytanie. Daje jednak odpowiedź lepszą niż dalsza bezczynność. Dlatego ustawa powinna zostać podpisana – a następnie poprawiana tam, gdzie praktyka pokaże, że państwo przekroczyło granicę między ochroną pacjenta a nadmierną ingerencją w jego wolność wyboru i prawa osób oferujących legalne usługi.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.