Rzecznik Praw Obywatelskich albo uwiąd III RP
Wybór Sylwii Gregorczyk-Abram sprawi, że urząd rzecznika praw obywatelskich przestanie być niczyj. Gdy bowiem instytucja jest wspólna, obsadza się ją tak, żeby przeciwnik był w stanie ją znieść. Gdy zaś przestaje być – robi się wszystko, żeby przeciwnik ją odczuł. Ale decyzja o wyborze akurat tej osoby ujawnia także prawdę o naturze liberalizmu.
W lutym 1987 roku Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego ogłosił, że w wyniku konsultacji społecznych przyjęto koncepcję rzecznika działającego wyłącznie na szczeblu centralnym. Zdanie to warto przeczytać dwa razy, bo zawiera całą ironię tamtej epoki: i troskę o obywatela, i tryb, w jakim tę troskę wówczas okazywano.
Urząd ruszył pierwszego stycznia 1988 roku, na 2 lata przed śmiercią państwa, które go stworzyło. Pierwsza rzeczniczka nie miała złudzeń co do intencji fundatorów: pisała później, że wymyślono go „raczej jako dekorację niż poważny organ państwowy”. Ozdobnik jednak ożył – nie dlatego, że ustawa okazała się mądra, lecz dlatego, że osoba, którą na tym fotelu posadzono, potraktowała fotel serio.
Nie ma ustrojów dobrych; są takie, w których przyzwoity człowiek może pracować, i takie, w których nie może. Reszta jest kwestią charakteru, i dlatego pytanie, kto obejmuje urząd, nie jest pytaniem obok sprawy, lecz pytaniem o samą sprawę. Z tego względu warto poświęcić te kilka akapitów nowej rzecznik praw obywatelskich i urzędowi, który ma reprezentować.
Rzecznik z partyjnego wiecu?
17 lipca 2026 roku Sejm wybrał na RPO adwokat Sylwię Gregorczyk-Abram, a 5 dni później aprobatę dla tej decyzji wyraził Senat. Wszystko odbyło się w terminie i zgodnie z art. 209 ust. 1 Konstytucji RP, po siedmiogodzinnym wysłuchaniu publicznym, któremu nie sposób zarzucić braku jawności.
Nowa rzecznik ma dorobek, którego nie wypada lekceważyć, i piszę o tym z pewną dozą ironii, ponieważ dalszy ciąg tych uwag nie dotyczy kompetencji. Dotyczy czegoś, czego kompetencja nie załatwia i czego nie da się nadrobić pracowitością – powagi.
W październiku 2023 roku, w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, mecenas Gregorczyk-Abram wyjaśniała, jak należy postąpić z orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego wydanymi z udziałem osób wybranych na zajęte miejsca: wyroki dotyczące zasad ustrojowych miały zostać uznane za „nieistniejący, pozbawiony skutków prawnych”.
Nie był to pomysł jej własny, lecz program Fundacji Batorego podpisany przez trzy ugrupowania koalicji – tym gorzej, bo nie mamy do czynienia z ekscesem jednej osoby, lecz ze stanowiskiem obozu.
Zostawmy na boku aborcję, bo nie o niej tu mowa. Chodzi o pewną czynność myślową. Kto raz ogłosił, że orzeczenie sądu konstytucyjnego nie istnieje, ten przyjął, że istnienie normy zależy od oceny prawnika, a ocena prawnika od tego, czy uważa on procedurę za dostatecznie czystą.
To nie jest legalizm. To jest suwerenność wykładni. Człowiek, który tak myśli, może być znakomitym adwokatem, dobrym politykiem i szczerym reformatorem, ale strażnikiem konstytucji nie będzie, bo strażnik nie decyduje, czego pilnuje.
Artykuł 209 ust. 3 ustawy zasadniczej zakazuje rzecznikowi przynależności do partii i do związku zawodowego, a także działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością urzędu. Dwa pierwsze zakazy są formalne: legitymacja albo jest, albo jej nie ma.
Trzeci jest zakazem obyczaju – jedynym, który cokolwiek kosztuje, i jedynym, którego nikt nie egzekwuje, bo egzekwowanie wymagałoby uznania, że istnieją rzeczy przyzwoite i nieprzyzwoite niezależnie od tego, czy zakazuje ich przepis. Wolne Sądy nie były ośrodkiem analitycznym; były ruchem agitacyjnym i twórcy nigdy tego nie ukrywali, wręcz uważali to za zaletę.
W przededniu wyborów 2023 roku mecenas Gregorczyk-Abram mówiła w klipie profrekwencyjnym, że rządzący, pozbawieni kontroli, łamią prawa kobiet; bywała też na wiecach największej partii opozycyjnej. Wolno jej było w tym wszystkim brać udział i pytanie o przyzwoitość świadomie sobie daruję. Zwracam uwagę na co innego: była to gramatyka polityki, nie gramatyka eksperta.
Rzecznik nie ma armii, budżetu inwestycyjnego ani prawa wydawania decyzji. Ma wystąpienia, wnioski i skargi – czyli papier. Papier zaś działa wyłącznie wtedy, gdy adresat zakłada, że pod spodem nie ma rachunku; autorytet nie jest ozdobą tego urzędu, lecz jego jedynym narzędziem wykonawczym.
Usłyszeliśmy, że z chwilą ślubowania chowa się przekonania do kieszeni i że prawa człowieka nie mają barwy politycznej. Przekonania da się schować, może na jakiś czas. Nawyków jednak się nie chowa, nawyki się nosi – przyzwyczajenie jest drugą naturą, jak pisał Cyceron.
Co do barwy: prawa człowieka istotnie jej nie mają, dopóki mówimy o zakazie tortur. Kiedy zaczynamy mówić o tym, kto jest człowiekiem, od kiedy i z jakimi uprawnieniami, barwa pojawia się natychmiast.
W liberalizmie nie ma poglądów
Solon, powiada Herodot, gdy dał już Ateńczykom prawa i związał ich przysięgą, że przez 10 lat niczego w nich nie zmienią, wsiadł na statek i wypłynął. Oficjalnie po to, by zobaczyć świat; w istocie po to, by nie być pod ręką, kiedy przyjdą go prosić o wykładnię.
Rozumiał coś, o czym my zdążyliśmy zapomnieć: ten, kto tłumaczy prawo, ma nad nim władzę większą niż ten, kto je uchwala, i nie można być zarazem stroną sporu i jego miarą. Wyjazd Solona nie był dowodem skromności. Była to decyzja ustrojowa i cywilizacyjna.
Cały projekt liberalny polega na próbie ominięcia tej trudności innym sposobem. Skoro polityka jest sporem, którego nie da się rozstrzygnąć, przenieśmy spór tam, gdzie rozstrzygnięcie jest możliwe: do sądu, do trybunału, do procedury, do eksperta.
Zamieńmy interesy na prawa, a prawa na orzeczenia – konflikt zostanie nie tyle zażegnany, co przetłumaczony na język, w którym przegrany nie jest pokonany, tylko poprawiony. Operacja ta bywa zbawienna i nie udaję, że jest inaczej: zawdzięczamy jej to, że zatrzymany ma adwokata, więzień prysznic, a pacjent szpitala psychiatrycznego prawo do sądu.
Ale pęka ona zawsze w jednym miejscu. Ktoś musi zdecydować, które sprawy są kwestiami prawa, a które materią polityki; które konflikty nadają się do przetłumaczenia, a które trzeba zostawić głosowaniu i konfliktowi.
Ta decyzja nie jest ani prawnicza, ani ekspercka. Jest polityczna w najczystszej, arystotelesowskiej postaci, bo rozstrzyga o tym, co jest wspólne. Ekspert, który ją podejmuje, przestaje w tej samej chwili być ekspertem – nie dlatego, że kogoś zdradził, lecz dlatego, że nie ma takiego miejsca na zewnątrz polityki, z którego dałoby się o polityce orzekać.
Stąd paradoks, który wydaje mi się kluczem do całej sprawy: odpolitycznienie polityki jest zamiarem politycznym. Kto je głosi, natychmiast staje się politykiem – z tą jedną różnicą, że politykiem nieodwoływalnym, bo nikt go nie wybrał i nikt go nie odeśle.
Liberalizm w tym punkcie nawet nie kłamie. On się po prostu myli, i myli się z powodu założenia, które uważa za oczywiste: że istnieje bezstronny punkt widzenia, a kto się przy nim upiera, ten nie ma poglądów, tylko wiedzę.
Nie ma zaś nic bardziej politycznego niż przekonanie o własnej apolityczności. Burke zarzucał francuskim doktrynerom, że wolą prawa człowieka od praw Anglików, bo pierwsze są doskonałe i niczyje, a drugie ułomne i własne.
Prawo, które wyrasta ze wspólnoty, jest zawsze niekonsekwentne, bo jest zapisem kompromisów zawartych przez zmarłych; prawo wyprowadzone z pojęcia człowieka jest logiczne, bo nie musi się z nikim liczyć. Pierwsze wymaga cierpliwości i wychowania. Drugie wymaga wyłącznie prawnika, i to jest jego cała przewaga, i cała jego groza.
Mecenas Gregorczyk-Abram jest tego przypadkiem wzorcowym, a nie wyjątkiem. Weszła do życia publicznego jako specjalistka od praw człowieka i została zauważona właśnie dlatego, że mówiła językiem eksperta w chwili, gdy inni krzyczeli.
Potem zaczęła robić to, co robi polityk, nie zdejmując nimbu eksperta, bo powaga była jej kapitałem. Nie oskarżam jej o cynizm; podejrzewam raczej coś gorszego – że momentu przejścia nie zauważyła, bo w liberalnym języku takiego momentu po prostu nie ma.
RPO przestał być niczyj
Powiedzmy teraz rzecz, o której często się milczy. Otóż obóz liberalny nie zawłaszczył urzędu rzecznika. On zobaczył, że ten urząd jest świetnie skrojony pod ideę liberalną. Dlatego zdaje się, że to właśnie ten obóz przywiązuje tak dużą wagę do tego stanowiska.
Przedmiotem tego urzędu są prawa, czyli dokładnie ta kategoria, w której liberalizm myśli najsprawniej; jego adresatem jest jednostka wobec władzy, nie wspólnota, nie stan, nie naród; nie ma władztwa, więc może żądać, nie ponosząc kosztów rządzenia.
Jego naturalnym otoczeniem są organizacje pozarządowe, trybunały europejskie i uniwersytet – trzy środowiska, w których ta sama wrażliwość jest ustawieniem domyślnym. Nawet to, co powinno być ograniczeniem, obraca się na korzyść: ponieważ rzecznik nie ma siły, wolno mu mówić bez umiaru, bo nikt nie boi się skutków.
Tu następuje przesunięcie, które jest właściwym tematem tego szkicu. Tarcza noszona dostatecznie długo i dostatecznie wprawnie zaczyna przypominać oręż. Rzecznik przestaje pytać, czy urzędnikowi wolno było, a zaczyna ogłaszać, jaka Polska być powinna.
Interweniuje rzadziej w sprawach beznadziejnych, częściej w głośnych – co widać było pod koniec kadencji Adama Bodnara. Zamiast pilnować, czy państwo dotrzymuje własnych obietnic, zaczyna obietnice poprawiać.
Wystąpienie generalne staje się manifestem, wniosek do Trybunału – posunięciem w partii rozgrywanej gdzie indziej, a coroczna informacja dla Sejmu mową oskarżycielską. Broni się to zawsze tym samym zdaniem: że przecież chodzi o prawa, a prawa nie mają barwy. To oczywiście prawa, ale wybór spraw barwę ma i o tym zapomnieć nie wolno.
Nie twierdzę, że każdy rzecznik tak postępował ani że wszystko, co w tej konwencji powiedziano, było fałszem; niejedno trzeba było wykrzyczeć. Twierdzę tylko, że gdy urząd raz zostanie użyty jako oręż, przeciwnik przestaje z nim dyskutować, a zaczyna go zdobywać.
I ma rację, bo z orężem się nie dyskutuje. Reszta jest już konsekwencją: 5 nieudanych wyborów następcy Adama Bodnara, wyrok Trybunału odbierający mu prawo do dalszego urzędowania i wymuszony terminem kompromis na osobie profesora Marcina Wiącka, który był niczyj – nie dlatego, że istniała zgoda co do tego, czym urząd jest, lecz dlatego, że nikt nie mógł postawić na swoim.
5 lat później układ sił się zmienił i kompromis natychmiast przestał być potrzebny. Gdyby dziś większość w obu izbach miało Prawo i Sprawiedliwość, dostalibyśmy rzecznika wprost z trzewi tamtego obozu, a mówiący dziś o kompetencjach mówiliby o zawłaszczaniu państwa. Zamieniono się rolami, nie zdaniami.
Uwiąd – bo tak to nazwałem w tytule i przy tym słowie zostanę – nie polega na tym, że urząd trafia w złe ręce. Polega na tym, że przestał być niczyj. Kiedy instytucja jest wspólna, obsadza się ją tak, żeby przeciwnik był w stanie ją znieść. Kiedy przestaje być wspólna, obsadza się ją tak, żeby przeciwnik ją odczuł.
Trybunał Konstytucyjny przeszedł tę drogę wcześniej i szybciej, i jest dziś w miejscu, w którym o jego wyrokach nie dyskutuje się już „czy słuszne”, lecz „czy istnieją”. Jest to stan, z którego żadna instytucja nie wraca w jedno pokolenie. Rzecznik idzie tą samą ścieżką; z opóźnieniem, ale idzie.
Wymyślić nowego rzecznika
Czy to, co widzimy, jest zmierzchem pewnej idei, czy tylko objawem źle skonstruowanego systemu? Za drugą odpowiedzią przemawiają argumenty przyziemne, więc poważne: nie ma większości kwalifikowanej, która zmuszałaby obozy do rozmowy, ani karencji dla człowieka wychodzącego z polityki albo z aktywizmu.
Nie ma nawet zwyczaju, który by karencję zastępował – a zwyczaj bywa mocniejszy od ustawy, bo działa przed wyborem, nie po nim. Wszystkie takie rozwiązania mają jednak tę samą wadę: odbierają słodycz wygranej.
Za pierwszą przemawia argument jeden, ale ciężki. Urząd bezstronnego strażnika praw ma sens wtedy, gdy istnieje zgoda co do tego, czym prawa są, a spór dotyczy wyłącznie ich stosowania.
My zaś nie spieramy się o stosowanie. Spieramy się o treść: czym jest życie ludzkie i od kiedy istnieje; kto należy do wspólnoty i na jakich warunkach; czym jest rodzina i czy państwo ma o tym cokolwiek do powiedzenia.
To są spory o dobra ostateczne, a w takich sporach nie ma miejsca ponad. Kto twierdzi, że stoi ponad, ten stoi po prostu na jednym z brzegów i nie widzi drugiego, bo rzeka jest szeroka, a mgła gęsta.
Strażnik praw staje się wówczas rzecznikiem jednego obozu – nie przez złą wolę, lecz przez konstrukcję rzeczywistości. A ponieważ obóz ów uważa własne stanowisko za neutralne, będzie szczerze zdumiony zarzutem stronniczości i uzna go za akt złej woli.
Skłaniam się ku odpowiedzi, która jest połączeniem obu i przez to najmniej pocieszająca: system zbudowano źle, ale zbudowano go źle dlatego, że w latach 90. naprawdę wierzono, iż spór o rzeczy ostateczne w Polsce już się skończył. Wady konstrukcji są więc wiernym odbiciem założeń epoki. Kiedy założenia upadły, konstrukcja została.
Czy zatem potrzebujemy jeszcze rzecznika praw obywatelskich? Sądzę, że tak – w wersji jednak znacznie skromniejszej niż ta, do której przyzwyczaiła nas ostatnia dekada, i to skromniejszej z zasady, nie z ostrożności.
Rzymski trybun ludowy nie rządził. Nie imperium, wojska ani prowincji do obsadzenia. Miał jedno słowo — intercessio, zwyczajne „nie pozwalam” — oraz dwa obowiązki, które dziś wydają się dziwaczne: żeby drzwi jego domu stały otworem dzień i noc i żeby sam nie opuszczał miasta.
Cała jego godność brała się z dostępności dla potrzebujących. Był tarczą i nie mógł stać się orężem, bo oręż odebrano mu z góry – i na tym, nie zaś na wymowie, polegała jego siła.
Prof. Ewa Łętowska ujęła to samo bez łaciny: RPO to nie Janosik ani Matka Boska Litościwa. To urząd oparty nie na miłosierdziu, lecz na zasadzie, że obywatelowi należy się to, co mu prawo gwarantuje – tyle i aż tyle. W tych dwóch słowach, „tyle” i „aż tyle”, mieści się cała różnica między urzędem a misją.
Adresatami tego urzędu nie są redakcje, uniwersytety ani panele dyskusyjne. Są nimi: człowiek trzymany w areszcie dłużej, niż wypada; emeryt, któremu przeliczono świadczenie z błędem, którego nikt nie chce zauważyć; pacjent oddziału psychiatrycznego; matka, której gmina odmówiła miejsca w przedszkolu dla dziecka z niepełnosprawnością; skazany, którego cela ma mniej niż 3 metry kwadratowe na osobę.
Czyli cisi, głusi i ciemni. Nikt ich nie zaprosi do studia, a influencer nie uruchomi dla nich zbiórki. To oni tracą pierwsi, kiedy urząd zamienia się w ambonę – bo ambona ma tę właściwość, że słychać z niej wyłącznie tych, którzy i tak byliby słyszani.
Pan Cogito powiedziałby zapewne, że to niewiele. Ale Pan Cogito wiedział też, że rzeczy trwałe robi się z materiałów pospolitych i że kamieniarz, który przez 30 lat prosto stawia cokoły, zrobił dla miasta więcej niż ten, kto raz jeden postawił pomnik. Może warto, aby nowy rzecznik praw obywatelskich o tym pamiętał.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
