Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Prawdziwy sens Wniebowzięcia, jak i całej postaci Maryi z Nazaretu

przeczytanie zajmie 20 min
Prawdziwy sens Wniebowzięcia, jak i całej postaci Maryi z Nazaretu Autor ilustracji: Jakub Hemperek

„Zmartwychwstanie Chrystusa i Wniebowzięcie Matki Bożej pokazują nam wyraźnie prawdziwe przeznaczenie i cel naszych własnych ciał”, twierdził amerykański mariolog, ks. William George Most. Maryja stała się przez wniebowzięcie pierwszym członkiem Kościoła, który doświadczył wszystkiego tego, czego przy końcu czasów ma dopiero doświadczyć cały Kościół. Chodzi o całkowite i pełne zjednoczenie z Chrystusem, już na zawsze i na wieczność. Wniebowzięcie to początek przebóstwienia ludzi, którzy staną się podobni Bogu.

Maryja została dana ludziom jako znak nadziei. Ale nie taki, który spełnił wolę Bożą i zniknął. Maryja to znak osobowy i żywy, tak jak „Bóg jest Bogiem żywych, nie umarłych” (Mt 22,32).

Stąd być może w Kościele tak wiele objawień maryjnych, w tym obserwowanych publicznie, jak te w Fatimie czy Zeitoun. Przywołują one na myśl apokaliptyczny znak Niewiasty jaśniejący na niebie (zob. Ap 12,1), który bezpośrednio zapowiada przyjście Chrystusa.

Z tego też powodu tradycyjne nabożeństwa nadawały jej miano jutrzenki albo księżyca. Jutrzenka to światło, które zapowiada nadejście słońca.

Jeśli natomiast chodzi o księżyc, to nie świeci on własnym światłem, lecz jedynie odbija światło słoneczne. W ten sposób tradycja Kościoła dawała wyraz zależności Maryi od jedynego Pana i Pełni, którą jest Chrystus, jej „wsparcie na Oblubieńcu” (zob. Pnp 8,5).

Ale też oba te obrazy, jutrzenki i księżyca, zapowiadają nadchodzący dzień, a tym samym otwierają ścieżkę do spełnionych proroctw.

Od wieków liturgia odnosiła do Maryi słowa Bożej Mądrości z Księgi Przysłów: Dominus possedit me in initio viarum suarum (Prz 8,22), co należałoby tłumaczyć jako: „Pan mnie posiadł na początku swoich dróg”. Podążając za wejrzeniami Ojców, dotknę czterech początków, które otwierają się przed Kościołem za pośrednictwem Maryi.

Początek pierwszy – Bóg staje się nami

W ujęciu katolickim Kościół nie jest jedynie horyzontalną wspólnotą świadków Chrystusa. Nie jest umową ani zborem, musi mieć swoją twarz i tożsamość, która czyni go czymś trwalszym niż zgoda między braćmi.

Wiemy, że jest to tożsamość Oblubienicy, wpierw zaręczonej, a później, w zaślubinach mających odbyć się na granicy tego i przyszłego świata – Małżonki Baranka.

Ta tożsamość nie sprowadza się wyłącznie do symbolu, a tym bardziej nie jest wyłącznie ideą. Już od wczesnych etapów teologii chrześcijańskiej zaczęto zdawać sobie sprawę, że ta Oblubienica ma swoją w pełni ludzką realizację.

W ten sposób tajemnica Kościoła za każdym razem prowadziła do dziewczyny z Nazaretu, która poczęła w ciele Chrystusa zanim inni poczęli Go w duchu.

Została niepokalaną dzięki odkupieniu krzyża, ale zanim krzyż się wydarzył w historii, i zanim narodził się sprawca tego niepokalania. Doświadczyła wniebowzięcia jako pierwsza, zanim dopełniło się zbawienie wszystkich świętych.

Wszystko to, jeśli tylko przejmiemy się nauką św. Jana z Damaszku, wprowadzi nas w rzeczywistość ikony. Przy czym ikona to nie tylko obraz, ale takie przedstawienie rzeczywistości, które otwiera na misterium.

W tym też celu Ewangelia według św. Łukasza zostawiła nam opis genesis zbawienia, „początku tych dróg” (zob. Prz 8,22), na których dał się spotkać nowy Adam. Za tę swoistą Księgę Rodzaju można uznać zwiastowanie Maryi.

Nie znamy szczegółów tego dnia. Czasem sądzi się, że było to samo południe, „najgorętsza pora” (Rdz 18,1), tak jak wtedy, gdy Abraham siedział przed wejściem do namiotu, aż odwiedzili go trzej przybysze.

Mamy więc scenę, w której Bóg przemówił do jednej ze swoich wiernych, do wybranej służebnicy, którą – jak wiemy – zgodnie z wcześniejszym zamysłem powołał do tego, aby poczęła i dała światu Zbawiciela.

Sposób, w jaki Łukasz skomponował cały ten opis, prowokuje do pytania, czy mamy tu do czynienia ze zwiastowaniem samej tylko Maryi, czy też przez nią anioł przekazał kluczowe słowa wtajemniczenia chrześcijańskiego całemu ludowi wybranemu.

Zresztą trafiły one nie tylko do „zagubionych owiec Izraela” (Mt 10,6), ale do całej ludzkości, a nawet do całego stworzenia. Wiadomo przecież, że „niecierpliwym wyczekiwaniem oczekuje stworzenie na objawienie się synów Bożych” (Rz 8,19).

Można zatem wyobrazić sobie, jak pierwotny Kościół, słuchając ewangelicznej relacji ze zwiastowania, odnajdywał własną tożsamość – swoje ludzkie „ja” stojące przed Boskim „Ty” – niejako przez Maryję, dzięki niej i w niej samej.

W opisie zwiastowania Maryja pojawia się jako postać centralna, i taką pozostanie aż do narodzin Jezusa. Dobrze wiemy, dlaczego tak się dzieje.

Skoro Maryja stała przed aniołem jako pierwsza oczyszczona z grzechu, a od jej zgody zawisł cały dalszy ciąg zbawienia, to trzeba przyznać, że dosłownie stanęła na samym początku dróg Pańskich. A skoro stała na początku, to w niej znajduje się źródło i wtajemniczenie w misterium Chrystusa.

Trzeba przy tym pamiętać, że teksty Ewangelii nigdy nie były, i nie miały być zwyczajnym sprawozdaniem z ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Są one przede wszystkim katechezą.

Relacje z wypowiedzianych słów, uczynionych gestów i całego życia służą przekazowi wiary. Ewangelie były również tekstami, które krążyły wewnątrz wspólnoty; nie był to zapis kierowany do świata, tak jak to rozumiemy dziś.

Sporządzano go tak, aby mógł karmić liturgiczne zgromadzenie świadków żywego Boga. Dlatego zawierano w nich szereg aluzji, zwłaszcza do Starego Testamentu.

Znaczenie miała też sama kompozycja, tak że to, co nam, współczesnym, wydaje się nieraz zwyczajnym elementem opowieści, pierwszym chrześcijanom komunikowało znacznie więcej.

Prorocy zapewniali zgromadzenie wiernych, że gdy nadejdą dni ostatnie, Bóg przemówi do tajemniczej postaci nazwanej Córą Syjonu. Rozumiano przez nią, oczywiście, cały Izrael jako służebnicę i małżonkę Boga.

„Ciesz się, Syjonu Córo, Izraelu, wołaj radośnie, raduj się i całym sercem śpiewaj, Jeruzalem Córo” (Sof 3,14) – mówił prorok Sofoniasz.

Wtórował mu Zachariasz, u którego czytamy wezwanie: „Raduj się głośno, Córo Syjonu, wesel się Córko Jerozolimy! Patrz, oto Król twój zbliża się do ciebie” (Za 9,9).

Wyobraźmy sobie wczesnych chrześcijan podczas odczytywania tekstu Łukasza. W jego opisie zwiastowania zapowiadane spotkanie Pana z Córą Syjonu wyraźnie się dokonało.

Radosne wołanie całego Izraela dopełniło się zresztą niedługo później, w domu Elżbiety, kiedy Maryja wyśpiewała swój Magnificat: „Uwielbia dusza moja Pana i duch mój rozradował się w Bogu, Zbawicielu moim” (Łk 1,46).

Łukasz jakby chciał nam uzmysłowić, że to ona, Maryja, była i jest zapowiadaną Córą Syjonu. Skoro jednak Córa Syjonu to zarazem lud przez Boga wybrany, to oznacza, że w osobie Maryi cały Izrael zyskuje tożsamość i konkretna twarz.

Tym samym jest ona wybraną Izraelitką, postawioną na czele całego ludu, aby w jego imieniu powiedzieć przed Bogiem swoje „tak”. Zawołanie fiat mihi, czyli „niech mi się stanie”, oznacza zgodę na Bożą wolę, która czyni z Izraela prawdziwy Izrael.

Samo to jeszcze mocniej podkreśla, że Maryja, jako Córa Syjonu, została utożsamiona z całym ludem wybranym, w imieniu którego otworzyła drogę Pańską i zgodziła się na to, aby Bóg dokonywał swego dzieła.

Zaczęło się przez jej duszę i ciało, czyli przez całość tego, kim jest. Stanęła „na początku” tej ścieżki.

Można oczywiście powiedzieć, że Bóg jest wszechmocny, a więc w sensie absolutnym nie potrzebował Maryi do tego, by spełnił się Jego zamysł. To prawda, non erit inpossibile apud Deum omne verbum. Dla Boga nie ma nic niemożliwego (zob. Łk 1,37).

Ale prawdą jest również to, że On sam okazał swoją wolę. Zdecydował się ucieleśnić swój „plan powzięty jeszcze przed stworzeniem świata” (1 P 1,20) nie inaczej, jak wiążąc go z wolnym wyborem Córy Syjonu.

Tak jawnie wyrażonej woli Bożej należy się z naszej strony bojaźń. To również istotny element maryjności Kościoła.

Bóg nie daje zresztą swoich błogosławieństw wbrew zgodzie człowieka. Stąd też, chociaż plan zbawienia człowieka został zapowiedziany przez proroków, to na stworzenie padło oczekiwanie, aż człowiek powie temu wszystkiemu swoje „tak”.

Dobrze ujął to św. Tomasz z Akwinu, pisząc że „żądaną zgodę na wcielenie wyraziła Dziewica w imieniu człowieczeństwa”. Warto zauważyć: w tej wykładni jej odpowiedź na zwiastowanie obejmowała nie tylko ludzi, ale człowieczeństwo jako takie.

Bóg wybrał do tego fiat akurat Maryję jako reprezentantkę całego ludu. Jako – idąc dalej – jego tożsamość i ludzką twarz.

Bóg znał jej serce, a przez to wiedział, że pozostanie wobec Jego woli wierna. Dokładnie tak, jak wierny powinien być Izrael, gdy pozostaje w zgodzie ze swoją wewnętrzną prawdą.

Maryja była, mówiąc inaczej, najczystszą Izraelitką. Uosabiała wszystko to, czym lud wybrany miał być zgodnie z pierwotnym zamysłem Boga. Dlatego też jej „tak” albo „nie” mogło być w pełni świadome i w pełni odpowiedzialne wobec Boga.

A więc Maryja stała przed aniołem jako Córa Syjonu. Ma to swoje oczywiste reperkusje dla życia chrześcijan.

W niej lud wybrany przez chrzest odkrywał i wciąż na nowo odkrywa swoją prawdziwą tożsamość, swoją twarz i właściwy kształt duszy. W Maryi Kościół odsłania się przed obietnicami Boga.

Maryja jest uosobieniem Kościoła także dlatego, że w dniu zwiastowania stanęła przed Bogiem jako oblubienica i służebnica Pańska w najbardziej dosłownym, historycznie konkretnym sensie.

Wiadomo skądinąd, że w znaczeniu mistycznym sam Kościół jest tą oblubienicą i służebnicą. Na głębszym poziomie wynika to z samej zapowiedzi anioła.

Moc Najwyższego, czyli Ojca, miała ją osłonić, co oznacza oczywiście napełnienie jej ciała swoją obecnością. Cień Boga Ojca oznacza właśnie pełną mocy obecność.

Maryja miała też zostać napełniona Duchem Świętym, a wreszcie – w jej łonie miał zrodzić się Syn Boży. Tak więc zamieszkała w Maryi cała Trójca Święta.

To podobnie jak w Kościele. Tym bardziej, że Kościół stanowi wspólnotę spojoną nie ludzkim wysiłkiem, lecz obecnością Chrystusa w Eucharystii. Wcześniej ten sam Jezus Chrystus stał się obecny we wnętrzu Bożej świątyni – Maryi.

Początek drugi – Bóg zaczyna mieszkać z nami

Maryja to osoba, którą Bóg uczynił jednocześnie przestrzenią obecności Bożej. Stąd litanijne formy kontemplacji jej wewnętrznej prawdy – „Drzwi raju”, „Brama niebieska”, a także „Arka przymierza”.

Czym była Arka, którą Izraelici nosili ze sobą pod przewodnictwem Mojżesza? Była ona, mówiąc krótko, największą świętością ludu wybranego. Stanowiła również, jako skrzynia ze złota i akacji, fizyczny znak Bożej obecności.

„Niech Mi zbudują przybytek, abym mógł zamieszkać wśród nich” (Wj 25,8) – tymi słowami Bóg nakazał swojemu ludowi wykonanie Arki. Celem była część, obecność i bliskość.

Jako chrześcijanie rozumiemy, jaką rzeczywistość zapowiadał ten „cień przyszłych dóbr” (Hbr 10,1). Bóg, chcąc zbliżyć się do ludzi – już nie poprzez obłok chwały i znak Arki, lecz jako On sam, w osobie Syna – uczynił z ciała Maryi nowy przybytek swojej obecności.

Nikt niegodny nie mógł dotknąć Arki i pozostać przy życiu. Przechowywano ją w Miejscu Najświętszym, czyli w świętym świętych, do którego dostęp miał wyłącznie arcykapłan i to tylko raz w roku.

Oznacza to swoistą „niepokalaność” i „dziewiczość” Arki; oczywiście, jako znak proroczy. Pod tym kątem wymowny staje się fakt, że Arkę należało wykonać dokładnie wedle „wzoru z góry” (Wj 25,40), przekazanego z nieba.

Maryja również stała się w dniu zwiastowania skrzynią Bożej obecności, uczynioną według „wzoru z góry” (Wj 25,40), którym okazał się sam Jezus; „utkaną w łonie matki” (Ps 139,13) przez samego Boga.

Co równie istotne, Arka Przymierza w pewnym momencie zaginęła. Z zapisów nie dowiadujemy się, co się ostatecznie z nią stało. Możemy domniemywać, że wszystko to dlatego, że Bóg chciał stworzyć wolne miejsce dla drugiej, doskonalszej Arki Przymierza.

Takiej, która składałaby się z ciała, krwi i duszy. I takiej, która przechowałaby w swoim wnętrzu Prawo w postaci żywej Osoby dawcy Prawa.

Prorocy Starego Przymierza zapowiadali przecież, że przyjdzie czas, gdy kamienne tablice, na których zapisano Prawo, zostanie zmienione na Prawo wypisane w sercu. Dziś wiemy, że tym nowym Prawem stał się sam Jezus, doskonały zapis woli Bożej w żywej Osobie.

Skoro zatem, powtórzmy, dawna Arka przechowywała w sobie kamienne tablice Prawa, to Maryję, która w swoim ciele przez dziewięć miesięcy nosiła Jezusa, należało nazwać Arką z ciała i krwi.

Przechowywała ona, niczym złocona skrzynia, wieczne Prawo Boga. Jezus był doskonalszym Dekalogiem. Maryja – Arką wykonaną zgodnie ze „wzorem z góry” (Wj 25,40), w której łonie żywy Dekalog począł się i był przechowywany.

Znaków jest tutaj znacznie więcej. „Duch Święty zstąpi na ciebie i osłoni cię moc Najwyższego” (Łk 1,35) – taką odpowiedź dał anioł Maryi, kiedy zapytała, w jaki sposób Jezus Chrystus, wcielona Boża chwała, wypełni jej ciało. Podobnie było z Arką, gdy „obłok zakrywał namiot, a chwała Jahwe wypełniała cały przybytek” (Wj 40,33).

W Arce chowano również nieco manny. Miało to przypominać przyszłym pokoleniom, że był czas, gdy sam Bóg stał się dla Izraela jedynym oparciem.

Objawił się jak Ojciec, który karmi swój lud nawet na „wielkiej i strasznej pustyni” (Pwt 8,15), tam, gdzie po ludzku nie ma szans na pokarm, a jedyną ludzką możliwością, zwłaszcza na Massa i Meriba, była śmierć.

To tam Pan okazał, że wszystko zależy od Niego. Nie od siewu i zbierania, nie od ludzkiej pracy i przezorności. Manna była w tych warunkach wystarczającym chlebem z nieba.

Takim, nad którym ludzie się nie trudzili, bo nie mieli do tego możliwości. Pochodził on z nieba jako znak Jahwe Jireh, Boga, który roztacza opiekę.

Przechowanie w Arce garści manny figuratywnie odnosi się, oczywiście, do Maryi. Skoro bowiem w Arce Przymierza przechowywano mannę z nieba, a prawdziwą, niepsującą się manną, spożywaną na życie wieczne, okazał się Jezus, to z tego wynika, że Maryja jest Arką, w której łonie przechowywany był ten chleb od Ojca, żywa manna.

Co ciekawe, opisane skojarzenia potwierdza Ewangelia według św. Łukasza. Zarówno egzegeza Ojców, jak i współczesne badania biblijne pokazują mianowicie, że Łukasz skonstruował opis Nawiedzenia Elżbiety przez Maryję (zob. Łk 1, 39-56) tak, aby każdy czytelnik znający Stary Testament dostrzegł, że Maryja jest Nową Arką Przymierza.

Czytamy na przykład, że Maryja „wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39). Ponad dziesięć wieków wcześniej król Dawid również powstał i udał się do Judy, do tego samego rejonu, do którego poszła Maryja, aby stamtąd sprowadzić dla siebie Arkę Przymierza (zob. 2 Sm 6, 2).

Gdy ją jednak zobaczył, przeraził się, i zawołał: „Jakże przyjdzie do mnie Arka Pańska?” (2 Sm 6, 9). Pod względem filologicznym jest to wykrzyknienie bliźniaczo podobnie do tego, co powiedziała Elżbieta, gdy do jej uszu dotarło pozdrowienie Maryi: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1, 43).

Najistotniejsze jest jednak to, że na obecność i słowa Maryi „poruszyło się dzieciątko w łonie Elżbiety” (Łk 1, 41). Użyte tutaj greckie słowo skirtao oznacza dosłownie podskoki lub radosny taniec.

To te same, które wykonywał Dawid przed Arką Przymierza, gdy „tańczył z całym zapałem przed Panem” (2 Sm 6, 14). Poruszenie się Jana w łonie swojej matki, Elżbiety, jest właśnie tym samym tańcem przed Panem, który tańczył Dawid przed Arką Przymierza.

Czytamy wreszcie, że Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy. To podobnie jak Arka, która według starotestamentowych relacji pozostała w domu Obed-Edoma również przez trzy miesiące (zob. 2 Sm 6, 11).

Maryja jest więc Arką Przymierza. Tym razem nie zbudowaną z drzewa akacjowego i nie pokrytą złotem, ale utworzoną z duszą i ciałem przez Boga.

To, co dla Izraela było najświętszym przedmiotem, teraz stanęło przed Elżbietą jako żywa osoba. Maryja, znana dotychczas jako krewna z Nazaretu, przyjęła tożsamość Arki jako „naczynia”, w którym Bóg zamieszkał pośród swojego ludu.

Początek trzeci – zaczynamy mieszkać z Bogiem

Maryja z Józefem udali się do świątyni w Jerozolimie, aby poświęcić Bogu nowonarodzonego Jezusa. Opis tego zdarzenia jest pod względem literackim dość zdawkowy.

Ale słuchacz Słowa żyjący tym, co zostawili prorocy, znajdzie w Łukaszowej relacji znacznie więcej, niż codzienność religijnego obowiązku. Powtarzając za św. Janem z Damaszku, „imię Bożej Rodzicielki wskazuje na wszelkie misterium obdarowania łaską”.

Przed przyjściem zbawiciela, lud wybrany wielokrotnie wyrażał pragnienie, tęsknotę i oczekiwanie, aż Bóg nawiedzi swój lud. Nie tylko zresztą nawiedzi, ale przede wszystkim zasiądzie w swej świątyni, zajmie puste miejsce na należnym Mu miejscu, na tronie i stanowisku swego panowania. Wtedy mesjańskie obietnice zaczną się wypełniać, jedna po drugiej, „łaska po łasce” (J 1,16).

Gdy Maryja weszła z Józefem do świątyni, aby oddać Ojcu Syna, to przypominam sobie uroczysty dzień z życia Mojżesza, który „Arkę wniósł do przybytku” (Wj 40,21). A to dlatego, że pamiętam również wielokrotne zapowiedzi psalmisty.

„Pójdźmy na miejsce, gdzie mieszka, padnijmy u podnóżka Jego. Powstań, o Panie, i przyjdź na miejsce Twego odpocznienia, Ty sam i Twoja chwalebna arka” (Ps 132,7-8).

A kilka wersetów dalej: „Pan bowiem sam wybrał Syjon i tam sobie uczynił mieszkanie. I rzekł: tu jest zawsze miejsce odpocznienia, tu pragnę mieszkać, tego zawsze chciałem” (Ps 132,13-14; por. Ps 47,6-9).

A zatem w dniu, w którym Maryja i Józef przynieśli Jezusa do świątyni, po to, żeby zgodnie z zaleceniami Prawa Mojżeszowego, oddać swoje pierwsze i jedyne dziecko na wyjątkową własność i służbę Bogu, spełniły się prorocze zapowiedzi o wejściu samego Pana do swojej świątyni; do Jego własnego domu, do tego pustego miejsca, które na Niego czekało.

Domyślamy się, że Maryja i Józef nie znaczyli dla swojej społeczności zbyt wiele. Nie byli w oczach ludzi i świata kimś szczególnym, oddali Panu ofiarę przepisaną ubogim, „parę synogarlic i dwa młode gołąbki” (Łk 2,24).

Jednocześnie w tamtym momencie wydarzyło się coś niezwykle ważnego, zwłaszcza dla obecności Bożej wśród swojego ludu. Oto zapowiedzi proroków zaczęły się wypełniać.

Oczekiwano bowiem, że Bóg odległy i ukryty wreszcie na stałe zamieszka razem ze swoim ludem. Mówiąc inaczej, ludzie staną się wtedy Jego domownikami.

Przypomina to List do Efezjan, który głosi: „Nie jesteście już cudzoziemcami i przychodniami z daleka, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2,19).

Dosłownie mowa tu, oczywiście, o poganach, a nie „zagubionych owcach”. Jednak tęsknota za przybyciem Boga do miejsca swojego zamieszkania była w „obu częściach ludzkości” (Ef 2,14) ta sama.

Zapowiedzi proroków się zatem spełniły, i to właśnie wtedy, gdy rodzice Jezusa przynieśli Go do świątyni Pańskiej; do Jego prawdziwego domu.

Ojcowie Kościoła byli doskonale świadomi tego, że Pan znalazł się w świątyni, ponieważ to Maryja Go tam wprowadziła. Był tam, oczywiście, także Józef.

Pamiętajmy jednak, że Łukasz w dwóch pierwszych rozdziałach swojej ewangelii wyraźnie koncentruje się na Maryi jako centralnej osobie „początku dróg” (por. Prz 8,22) spełnionych obietnic.

Zwróćmy też uwagę na to, że starzec Symeon, który całe życie czekał na przyjście Mesjasza, otrzymał Jezusa z rąk Maryi. To ona przekazała mu Zbawiciela, i to również istotny szczegół, który nie umknął wczesnochrześcijańskiej medytacji.

Bo chociaż Symeon jest konkretną, rzeczywistą osobą, to jednocześnie pojawia się w Łukaszowej relacji jako figura oczekującego ludu. Jest on, mówiąc inaczej, reprezentantem Izraela wsłuchanego w proroctwa i wypatrującego ich spełnienia. A pamiętajmy, jak ważną dla przekazu proroczego była postać Córy Syjonu.

Oczekiwania, tęsknoty i nadzieje Symeona były więc ujawnieniem świata, które „niecierpliwym wypatrywaniem oczekuje”, „współjęczy dotychczas i wzdycha współrodząc” (Rz 8,19.22).

I nadzieje się spełniają. Symeon otrzymuje on Chrystusa z rąk Maryi, ponieważ to przez nią, Córę Syjonu, zaczęły się spełniać obietnice proroków.

Bóg przybył, wkroczył do świątyni i zasiadł na miejscu swojego panowania. Zamieszkał razem z własnym ludem. Teraz stało się jawne to: On jest rzeczywiście Bogiem ze swym ludem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

Początek czwarty – My stajemy się Bogiem

Na końcu Maryję znaleziono pośród uczniów. Zarówno w dniu zesłania Ducha Świętego (zob. Dz 2,1-2), jak i w nocy zaśnięcia i zabrania z duszą i ciałem do nieba.

Według tradycyjnej ikonografii była wtedy obecna w centralnym miejscu wspólnoty, pośrodku zgromadzenia uczniów. W dniu Pięćdziesiątnicy stała tam niczym żywa kolumna wiary, trwając na modlitwie i oczekując na zstąpienie Ducha Świętego, chociaż przecież ją wypełnił Duch znacznie wcześniej, w dniu poczęcia Jezusa.

A może, jak twierdzili Ojcowie, Maryja była tam po to, aby rodzić wiernych do nowego życia w Chrystusie? Lubię w tym kontekście stwierdzenie św. Germana z Konstantynopola, że „Maryja dostąpiła wielkiego zaszczytu od Boga, że swego ciała zgotowała Mu lud chrześcijański”.

Czy to oznacza, że po tym, jak zrodziła w swym ciele Bogu i ludziom Syna, w jakiś sposób przyczyniła się do zrodzenia Mu również mistycznego Ciała Chrystusa?

Pewnych intuicji na ten temat dostarcza przemówienie Piusa XII w Ottawie, w dniu 19 czerwca 1947 roku. Papież powiedział wtedy, że Maryja „stała się nie tylko Matką Boga w fizycznym porządku natury, ale także w nadprzyrodzonym porządku łaski stała się Matką wszystkich”, jako że „Matka Głowy miała być Matką członków, Matka Krzewu winnego miała być Matką latorośli”.

Duch Święty, który napełnił Kościół, był duchem samego Chrystusa, danym po to, aby żył On zawsze wewnątrz powołanej przez siebie wspólnoty wiary i wspólnoty świadków żywego Boga.

Maryja, zajmując w tym oczekiwaniu centralne miejsce, stała pośrodku, wewnątrz Kościoła, jako jego najwierniejsze ucieleśnienie i ikona.

Ważne jest samo miejsce Maryi w tym domu, w tym zgromadzeniu i w tym wydarzeniu. W tej – mówiąc dobitniej – spełnionej obietnicy wylania na świadków i uczniów ducha samego Chrystusa.

Duch Święty napełnił swój dom modlitwy, napełnił go wiatrem i ogniem, po to, żeby nadać swojemu Kościołowi wewnętrzne życie samego Chrystusa; tchnąć w ich piersi samego siebie.

Duch Święty to przecież Osoba niosąca życie Boże w nas. Udzielenie nam tego życia, tak abyśmy wiedli nie tylko życie naturalne i biologiczne, ale właśnie życie Chrystusowe.

Zwróćmy uwagę, że Maryja po raz kolejny staje „na początku dróg Pańskich” (por. Prz 8,22). Jest obecna u samego zarania przebudzenia, którego doświadczył Kościół.

Była otwarciem bramy w znaczeniu poczęcia Chrystusa, a następnie w znaczeniu początku duchowego życia Kościoła.

Później stała też na początku dróg Pańskich jako wniebowzięta, Bogu podobna, ponieważ „kiedy się On ukaże, będziemy do Niego podobni” (1 J 3,2).

Jak pisał personalista egipskiego pochodzenia, René Habachi, „zachowując swe wymiary przestrzenne i swą rzeczywistość fizyczną ujawnia nam jednocześnie inny wymiar – nieprzestrzenny, inną rzeczywistość, będącą jego istotną rzeczywistością, z której wypływa jego znaczenie i tajemnica”.

Te refleksję natury ogólnej, na temat człowieka i jego ciała, odniósłbym najchętniej do wniebowzięcia Maryi. Tym bardziej, że, jak stwierdził ks. William George Most, „żyjemy dziś w epoce nieskrępowanego materializmu i nadmiernego kultu ciała”, który w istocie ogranicza pełne znaczenie ciała.

Okazuje się, że ma ono przed sobą znacznie szerszy horyzont, niż wydawałoby się nawet na przykładzie celebracji tego, co zmysłowe, na miarę rzeczywistości poddanej przemijaniu i marności.

„Zmartwychwstanie Chrystusa i Wniebowzięcie Matki Bożej pokazują nam wyraźnie prawdziwe przeznaczenie i cel naszych własnych ciał”, pisze ks. Most.

Oznacza to, że Maryja stała się przez wniebowzięcie pierwszym członkiem Kościoła, który doświadczył wszystkiego tego, czego przy końcu czasów ma dopiero doświadczyć cały Kościół. Chodzi o całkowite i pełne zjednoczenie z Chrystusem, już na zawsze i na wieczność.

Przy zwiastowaniu Maryja stała się ciałem, które posłużyło do zrodzenia światu Boga, który stał się człowiekiem. Wniebowzięcie to początek przebóstwienia ludzi, którzy staną się podobni Bogu.

W nocy zesłania Ducha Świętego życie Chrystusa zstąpiło na dusze i ciała wiernych; wylało się z nieba na to, co ziemskie. Teraz dusza i ciało Maryi, która była i jest twarzą tej wspólnoty, z ziemi została porwana do nieba.

Wszystkie początki doskonale sobie odpowiadają, nie inaczej, jak właśnie w niej, w wybranej Córce Syjonu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.