Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Nie musimy iść na wojnę, by zrozumieć, co jest w życiu ważne

Nie musimy iść na wojnę, by zrozumieć, co jest w życiu ważne Autor ilustracji: Jakub Hemperek

Czy wojna jest koniecznym doświadczeniem do tego, by posiąść pełnię życia? Czy musimy zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, wyruszyć w samotną podróż w dziką puszczę, otrzeć się o śmierć? Choć ryzyko jest nieodłączną cechą dobrego życia, to sączony nam przez kulturę dyskurs opuszczania strefy własnego komfortu ma swoje pułapki. Czy życie spędzone w jednym miejscu nie może być bardziej wartościowe od życia spędzonego na kolekcjonowaniu intensywnych wrażeń?

Zagubiona powaga życia

Jakiś czas temu, podczas mszy sprawowanej w klasztorze oo. dominikanów na warszawskim Służewie, zakonnik wygłaszający kazanie podzielił się z trzema myślami.

Pierwsza z nich dotyczyła odbywającego się w stolicy 35. Biegu Powstania Warszawskiego. Zakonnika, przechadzającego się w pobliżu miejsca wydarzenia, uderzył jego piknikowy charakter. Wesołe śpiewy, grillowane kiełbaski, jarmarczny nastrój.

„Chcę być dobrze zrozumiany, nie widzę nic złego w tego typu świętowaniu” – mówił. „Czy jednak nie zagubiliśmy gdzieś umiejętności wchodzenia w prawdziwą powagę? Czy na pewno adekwatnym sposobem przeżycia tego, co wydarzyło się 82 lata temu w Warszawie, jest bieg okraszony estetyką pikniku?” – pytał.

Spojrzałem na siedzącą przede mną parę – na oko w wieku studenckim. Zobaczyłem wymianę porozumiewawczych uśmiechów. „Ok, boomer” – sądzę, że to właśnie pomyśleli.

Następnie zakonnik przedstawił drugą impresję. „Oglądałem ostatnio film 2000 metrów do Andrijiwki”. Jest to dokument pokazujący atak ukraińskiej armii – zarejestrowany za pomocą kamer zamontowanych na hełmach żołnierzy – na strategicznie położoną wieś zajmowaną przez rosyjskie wojska.

To, co uderzyło zakonnika, to przedstawione godziny przed atakiem. Żołnierze rozmawiają. Opowiadają o planach, które planują zrealizować, gdy wrócą z frontu do domu. Atmosfera tej sceny porusza.

Ci żołnierze za chwilę mogą zginąć, a mimo to rozmawiają o rzeczach – mogłoby się wydawać – prozaicznych. Jednocześnie jednak czuć, że każde słowo ma znaczenie. Między żołnierzami tworzy się wyjątkowa, braterska wręcz wspólnota.

„Gdy oglądałem ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę musimy stanąć wobec sytuacji ekstremalnej – takiej jaką jest chociażby wojna – by doświadczyć autentyczności życia?

Czy musimy otrzeć się o śmierć by wiedzieć, co jest naprawdę ważne, by wziąć życie na serio? Czy aby nauczyć się właściwej powagi – nie sztywności i braku poczucia humoru, ale adekwatnej powagi życia – musimy, niczym ci ukraińscy żołnierze, zostać brutalnie odarci z rzeczy zbędnych?” – pytał.

Jest więc teza – życie jako nieustanny piknik – oraz antyteza – powaga życia ocierającego się o śmierć. Kaznodzieja na koniec zaproponował trzecią impresję, będącą swego rodzaju syntezą, przekroczeniem dwóch niedających się pogodzić sprzeczności. Do owej odpowiedzi jeszcze wrócę.

Śmierć jako szczyt życia

Przekonanie, że otarcie się o śmierć może być swoistym lekarstwem na bolączki funkcjonującego w dobrobycie, skupionego na zarabianiu pieniędzy, konsumpcji, własnej wygodzie i zdrowiu człowieka, jest co jakiś czas podnoszone przez pisarzy oraz filozofów.

Było ono obecne wśród XX-wiecznych przedstawicieli niemieckiej rewolucji konserwatywnej, z niepokojem patrzących na kondycję moralną współczesnego im mieszczaństwa. Jest też obecne wśród współczesnych myślicieli takich jak Giorgio Agamben czy Byung-Chul Han.

Ten drugi w tekście Gra o życie i śmierć, opublikowanym w zbiorze Duch nadziei i inne eseje, przywołuje – za słynnym antropologiem Jamesem Frazerem – rytuał z indyjskiej prowincji Quilacare, znany pod nazwą „Wielkiej Ofiary”.

„W ów doniosły dzień na najwyższym tarasie stawał król. Roztaczał się stamtąd piękny widok. […] Czterdzieści tysięcy, a może i więcej wojowników zebrało się, by bronić króla. Nie było jednak żołnierzy na drodze przecinającej pole, wiodącej od świątyni do trybuny królewskiej. Nie było na niej żywej duszy. Droga po obu stronach zagrodzona była palisadami, a każda z nich najeżona była długimi dzidami trzymanymi przez krzepkie ręce […].

W odległości pół mili, u wrót świątyni, można było zauważyć jakiś ruch. Z tłumu wystąpiła grupa szermierzy przybrana kwiatami i wysmarowana popiołem. Skończyli właśnie swój ostatni posiłek na ziemi i teraz żegnali się z przyjaciółmi i otrzymywali ich błogosławieństwa. Jeszcze chwila, i oto nadciągają wzdłuż alei dzid, tnąc i kłując włóczników, skręcając się i wijąc między ostrzami, jak gdyby nie mieli kości.

Wszystko na próżno. Padają jeden po drugim, niektórzy bliżej króla, inni dalej, zadowoleni, że mogą umrzeć, nie dla cienia korony, ale dla możliwości zademonstrowania światu swej nieustraszonej odwagi i kunsztu szermierczego. W ostatnich dniach święta raz po raz powtarzano ten wspaniały pokaz odwagi, to samo daremne poświęcenie życia ludzkiego”.

Han komentuje ten rytuał w następujący sposób: „Ten archaiczny rytuał przyprawia nas o konsternację, ponieważ ucieleśnia formę życia opartą na bezproduktywnym wydatkowaniu i grze […]. Społeczeństwo ogarnięte euforią wytwarzania nie ma dostępu do gry w mocnym sensie, do śmierci jako intensywności życia […].

Mocna gra ze swoją zasadą suwerenności jest nie do pogodzenia ze społeczeństwem produkcji, które orientuje się na użyteczność, wydajność i efektywność oraz które uznaje życie samo w sobie, przetrwanie, zdrową wegetację, za wartość absolutną. Taka gra znosi ekonomię pracy i produkcji. Śmierć nie jest stratą ani porażką, ale wyrazem najwyższej żywotności, siły i pożądania”.

Jest to ujęcie radykalne. Nawet nie otarcie się o śmierć ma tu pełnić funkcję obudzenia człowieka do prawdziwego życia. Sama śmierć jest tu szczytem istnienia, najbardziej ekstatycznym i intensywnym doświadczeniem dla nas, ludzi wychowanych w dobrobycie praktycznie niedostępnym.

Coś jest jednak na rzeczy. Jakiś rodzaj „śmierci” jest nam potrzebny. „Dopóki nie możemy wybrać śmierci, nie możemy również wybrać życia. Doświadczenie śmierci jest warunkiem przeciwstawienia się zbiorowemu nurtowi życia i odkrywania indywidualności. Dusza chce swojej śmierci. Musi dostać tę śmierć, jeżeli chce się odrodzić” – twierdził, cytowany przez Tomasza Stawiszyńskiego w książce Potyczki z Freudem, James Hillman – amerykański, nieżyjący już psycholog.

Innym dobrym przykładem obecnego w kulturze toposu zmęczenia cywilizacją i tęsknoty za doświadczeniem granicznym jest słynny film Into the Wild. Chris McCandless – główny bohater opowieści – niczym bogaty młodzieniec z Ewangelii, sprzedaje swoje rzeczy, oszczędności przekazuje na cele charytatywne, po czym rusza autostopem na Alaskę. Celem jest autentyczne życie w dzikiej głuszy – z dala od przesiąkniętej wyścigiem szczurów i konsumpcją cywilizacji.

Gdzieś więc w naszej kulturze tli się przekonanie, że nasze życie jest w jakimś sensie w punkcie wyjścia nieautentyczne i wymaga radykalnej przemiany. Że potrzebujemy punktu zero, momentu, od którego wszystko staje się inne, a my – rodzimy się na nowo. Radykalnego zerwania, przekroczenia rzeczywistości, której doświadczamy na co dzień, a która to tworzy wysoki mur oddzielający nas od pełni życia.

Pułapki wychodzenia ze strefy własnego komfortu

Współczesnym, dość rozpowszechnionym we współczesnej kulturze ersatzem „otarcia się o śmierć” jest narracja o wychodzeniu ze strefy własnego komfortu. Zachęcają do tego pop-psychologiczne i coachingowe poradniki. Często łączy się ona z narracją o słuchaniu wewnętrznego głosu, tajemnej, ukrytej w nas intuicji, która objawia nam nasze prawdziwe ja, nasze życiowe powołanie.

Problem w tym, że takie przekraczanie strefy własnego komfortu może znaczyć bardzo różne rzeczy. Z jednej strony, ze wszech miar pozytywne, jak mierzenie się z nowymi wyzwaniami czy pójście za głosem sumienia pomimo opinii otoczenia.

Jednak może to też znaczyć równie dobrze rozwód po 20 latach wspólnego małżeństwa. Może też oznaczać nieustanne podróże i kolekcjonowanie wrażeń.

Przekraczanie strefy własnego komfortu staje się nieustannym poszukiwaniem doświadczenia intensywności życia i ostatecznie zostaje sprowadzone do realizacji własnych pragnień. Dlaczego jest to pułapka?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, jak słusznie zauważa – za Jacques’em Lacanem – Slavoj Žižek w książce Patrząc z ukosa, nasze pragnienia są z definicji niespełnialne. W pragnieniu nie chodzi o to, żeby je zrealizować. Chodzi o to, żeby do niego dążyć. Jego istotą jest gonienie króliczka. Gdy już zaś osiągniemy przedmiot pragnienia, pragnienie wygasa, my zaś szukamy czegoś innego.

Dlatego właśnie poszukiwanie tego właściwego miejsca, tej właściwej pracy, tego właściwego partnera – jeżeli jest wyjęte poza nawias zewnętrznych, obiektywnych kryteriów narzucanych nam przez jakiś określony kodeks moralny i opowieść sensotwórczą – może się okazać nigdy nie kończącym się kołowrotkiem.

Po drugie: czy aby na pewno nasze pragnienia, są aż tak „nasze”, jak się nam to wydaje? Wszakże, jak pokazywał René Girard, pragniemy tego, czego pragną inni. Uczymy się pożądać, naśladując pożądania innych.

„Ludzkie pragnienia nie rodzą się samoistnie, lecz zawsze za pośrednictwem innego. Pragniemy wyłącznie tego, czego najpierw pragną bliźni. Od nich uczymy się naszych pragnień, za nimi w pragnieniach podążamy” – pisał Tomasz Stawiszyński na łamach „Tygodnika Powszechnego” w tekście Myśl René Girarda w świecie J.D. Vance’a i Petera Thiela. Co tu się nie zgadza?.

Zatem, jak sądzę, powyższy ersatz doświadczenia granicznego również nie rozwiązuje problemu powagi życia. Może on prowadzić raczej do życia na modłę easy ridera – zawsze w drodze, lecz nigdy nie zapuszczającego korzeni, zawsze dążącego, lecz nigdy nie osiągającego.

Kontemplacja jako rozwiązanie trzecie

Czy zatem istnieje jakaś trzecia droga? W tym punkcie wrócę do ostatniej impresji nakreślonej przez dominikańskiego kaznodzieję. Zakonnik odwiedził jakiś czas temu pewien klasztor kontemplacyjny.

Obserwował w nim mnichów uprawiających ogród, zbierających się regularnie w kościele, by wyśpiewując chorałem gregoriańskim liturgię godzin, oddawać chwałę Bogu. Obserwował ludzi, którzy codziennie znajdują się w tym samym miejscu (i część z nich pozostanie tam aż do końca życia), dokonują dzień w dzień powtarzalnych – ktoś powiedziałby, że nudnych – czynności.

„I wtedy zrozumiałem, że to co mam – moje życie zakonne – to jest ta powaga życia, której szukałem” – podsumował zakonnik. Aby doświadczyć prawdziwego życia, nie trzeba iść na wojnę czy udać się w długą podróż na koniec świata.

Trzeba zacząć patrzeć na rzeczywistość inaczej, głębiej. To spojrzenie w katolicyzmie nazywa się kontemplacją – widzeniem rzeczywistości oczami Boga, prawdziwego Czułego Narratora.

Poruszę tutaj tylko jeden wymiar kontemplacji. Chodzi o czynienie ze swego życia opowieści, spójnej narracji.

Joseph Campbell w wywiadzie-rzece zatytułowanym Potęga mitu powiedział, że czytanie wielkich powieści czy znajomość wielkich mitów naszej kultury jest nam potrzebne, byśmy sami swojemu życiu nadawali strukturę narracji. Bez literatury, bez mitów, bez opowieści religijnych nie jesteśmy w stanie rozumieć i interpretować własnego życia. Jesteśmy pozbawieni niezbędnego i strukturyzującego nasze doświadczenie aparatu.

Źródłem zaś samej kontemplacji – przynajmniej dla katolika – jest nieustanne, codzienne i niestrudzone czytanie najważniejszej opowieści naszej kultury – Biblii. Mnich codziennie studiujący Słowo Boże uczy się interpretować rzeczywistość przez jego pryzmat.

Poznając historię zbawienia, zaczyna patrzeć również i na swoje życie jako historię zbawienia. Człowiek uczy się odróżniać rzeczy ważne od nieważnych, zachowywać rzeczy potrzebne, a zbędne wyrzucać. Na tym polega właśnie powaga życia.

Nie trzeba otrzeć się o śmierć. Nie trzeba zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej czy pojechać na ekstremalną wyprawę w sam środek Amazonii. Można doświadczyć głębokiego sensu, spędzając całe życie w wiosce na Podkarpaciu, nie „przekraczając strefy własnego komfortu” poprzez dalekie podróże czy wyprowadzkę do wielkiego miasta w celu znalezienia pracy w międzynarodowej korporacji.

Życie może być sensowne, jeśli spędzimy je z jedną, poznaną w liceum dziewczyną czy chłopakiem, czy też jeśli przeżyjemy je w jednym klasztorze. Trzeba tylko nauczyć się patrzeć. By jednak to zrobić, najpierw wybierzmy odpowiednią Opowieść. Opowieść przez wielkie „O”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.