Co zamiast nowoczesnego państwa? Republika rozwojowa
„Jeżeli biadamy dzisiaj nad upadkiem moralności, nad znikczemnieniem serc i umysłów, nad zanikiem szlachetności i rycerskości duszy, nad upadkiem żywej religii, to wiedzmy o tym, że to wszystko stąd tylko wynika, że dzisiejszy człowiek jest tak mało uzdolniony do przyjaźni, że walka o chleb i cała ta atmosfera kapitalizmu, wśród której żyje, robi go egoistą i od małego dziecka tłumi w nim miłość ludzi” – te słowa Edwarda Abramowskiego pozostają aktualne. Czas zacząć budować republikę.

Celem republiki jest realizacja ideału dobrego życia przez grupę objętą wspólnym prawem. Definicja tego ideału i ustanowione na tej bazie prawa są wynikiem rozeznania natury rzeczywistości poprzez publiczną deliberację opartą na rozumie.
Co ważne, republika nie ma na celu zaspokajania partykularnych interesów swoich obywateli, lecz zapewnienie im warunków do pełnej realizacji ich człowieczeństwa. Kluczowa jest antropologia, która za Arystotelesem rozpoznaje człowieka zarówno jako zoon politicon, jak i zoon logon echon, czyli zwierzę polityczne i zwierzę obdarzone rozumem/logosem.
Pełna realizacja potencjału osoby wyraża się więc w harmonii czynników biologicznych, społecznych i rozumowo-duchowych Jest to postawa aktywna, która kładzie nacisk na rozeznanie, a następnie na realizację celu istnienia poprzez rozwój cnoty.
Stoi ona w opozycji do woluntarystycznej teologii politycznej Carla Schmitta, jak i wyrosłej w środowisku chrześcijaństwa reformowanego nowoczesnych wizji tzw. umowy społecznej. Choć bycie obywatelem republiki daje prawa i wolności, to jednak przede wszystkim jest zadaniem. Życie we wspólnocie nakłada obowiązek działania na jej rzecz.
„Łżerepublika”, czyli fałszywy nowoczesny republikanizm
Współczesne – zrodzone jako skutek amerykańskiej i francuskiej rewolucji – rozumienie republiki i republikanizmu uległo degradacji. Coś, czego nie mogli dostrzec myśliciele doby oświecenia, dla nas po upływie dwóch wieków powinno być oczywiste.
Demokracja przedstawicielska i obalenie monarchii nie wypełniają znamion udziału obywateli w sprawowaniu rządów oraz nie zabezpieczają przed byciem poddanym arbitralnej władzy. Wbrew obietnicom nowoczesna polityka nie zbudowała nam republiki.
Po pierwsze, zmianie nie uległa – charakterystyczna dla poprzedzającego rewolucję absolutyzmu – logika suwerennej władzy opartej o wolę i wyrażanej przez aparat państwa. Skupiając się na zewnętrznym wymiarze suwerenności, zapominamy, że działa on również do wewnątrz.
Już Wandejczycy przekonali się, że lud nie ma prawa sprzeciwiać się „woli ludu”. Tak naprawdę nowoczesne państwo (wł. lo stato) stanowi przedłużenie monarchii absolutnej. Carl Raschke w Soverignity in the 21th Century Political Theology in an Age of Neoliberalism and Populism opisywał politykę przy pomocy języka teologii. Udowodnił, że na najwyższym poziomie ogólności wizja jakiejkolwiek organizacji społecznej wywodzi się z mniej lub bardziej świadomego obrazu świata.
Ukształtowana w późnym średniowieczu idea suwerenności – stanowiąca rdzeń państwa narodowego – wprost wynika z obrazu świata kierowanego przez wszechmocnego Boga, którego cechą konstytutywną jest wola. Raschke określa to mianem monopolityki.
Pomimo sekularyzacji ta historycznie ugruntowana w Europie teologia polityczna się utrzymuje. W jej ramach polityka jest niczym innym jak prawem do rozkazywania i wprowadzania przymusu, ponieważ opiera się ona na przekonaniu, że musi istnieć jakiś niepodlegający nikomu rozkazodawca.
Po drugie, współczesne republiki są budowane na zasadach liberalnych, w ramach których obywatelstwo rozumiane jest w sposób mieszczański. Oznacza to, że składają się z autonomicznych i egoistycznych jednostek połączonych ze sobą tylko interesami. Nie mamy tutaj do czynienia z człowiekiem realizującym we wspólnocie swoją godność, lecz z konsumentem wybierającym odpowiadającą mu opcję na rynku idei.
Stanowi to odwrócenie porządków, gdyż w klasycznej republice interes prywatny należał do sfery oikos, czyli domu. Jego przesączanie do przestrzeni publicznej było cechą ustrojów zwyrodniałych, czyli tyranii, oligarchii i ochlokracji.
W ramach liberalnego paradygmatu łączymy się w państwa po to, żeby w najgorszym wypadku się nie pozabijać (łac. homo homini lupus est), a w najbardziej optymistycznym – w celu maksymalizacji indywidualnego interesu ekonomicznego. Rozmontowaniu uległy wszelkie instancje pośrednie między jednostką a rynkiem i państwem.
Sfera publiczna została zawłaszczona przez państwo, natomiast społeczeństwo cywilne (czyli sfera interesów ekonomicznych) przez rynek. Swoistą protezą zaangażowania jednostek w życie wspólnoty jest społeczeństwo obywatelskie pozwalające kanalizować i wykorzystywać energię ludzi w kształtowaniu swojego otoczenia poprzez różnego rodzaju stowarzyszenia i związki.
Jednak działalność ta jest ściśle oddzielana od sfery publicznej oraz utrzymywana w atomizacji i specjalizacji (NGO zajmują się swoimi działkami i nie aspirują do uniwersalnych działań).
Jednocześnie rękę na wszelkich środkach finansowych silnie trzyma państwo oraz aktorzy rynku. W efekcie instytucje społeczeństwa obywatelskiego są klientami uwieszonymi u klamek partii politycznych, względnie korporacji. Obywatele, jako jednostki, są wciąż skupieni na zaspakajaniu swoich potrzeb, zaś naprzeciwko nich stoją potężne rynek i państwo, którym ostatecznie ludzie muszą ulec.
Po trzecie, dekonstrukcji uległ świat najwyższych wartości. Jeżeli w wizji powszechnej racjonalności mieści się jedynie to, co mierzalne i materialne, wówczas racjonalna sfera publiczna musi się ograniczać jedynie do zagadnień czysto technicznych.
Moralność i wartościowanie stały się kwestią prywatną. Logos, jako zasada świata, został zastąpiony przywiązanym do materii i zmysłów rozumem praktycznym.
Ludzie zaś posiadają wewnętrzne potrzeby ustanowienia ładu wyższego rzędu oraz jakiejś instancji broniącej ich przed arbitralną władzą, dlatego wytworzono system niezależnego sądownictwa i trybunałów stojących na straży praw. Nietzsche nazywa to autorytetami zastępczymi. Cały problem w tym, że ów ład i prawa zawieszone są w próżni, a jednocześnie mają swoje źródło w czymś, co teoretycznie mają ograniczać, czyli woli suwerena.
Układ taki musi nieuchronnie prowadzić do napięć, w których albo w sposób arbitralny narzucamy wyroki technokratycznych, rozumnych instytucji, albo porzucając rozum, oddajemy się realizującej „wolę ludu” suwerennej władzy.
Czytaj: albo Ursula von der Leyen arbitralnie narzuca Zielony Ład, albo mający demokratyczną legitymację Donald Trump wyprowadza jednostki ICE na ulice amerykańskich miast w celu tropienia nielegalnych migrantów.
Po czwarte, nowoczesna polityczność rozumiała, że z wolności oraz udziału we władzy mogą korzystać jedynie ludzie wyposażeni w pewien zasób wiedzy, umiejętności i cnót. Samo formalne wyzwolenie nie zrobi z niewolnika człowieka wolnego.
Jednocześnie modernizm uwiedziony został przez rozum praktyczny i wizję władzy jako woli. Wskutek tego przyjął kantowską koncepcję państwa rozumu, które dzięki swojemu aparatowi administracyjnemu będzie wtłaczać ową wiedzę, umiejętności i cnotę obywatelom.
Prowadzi to do paradoksu, w którym „wolność” nadawana jest przy pomocy arbitralnej woli państwa. To z takiego właśnie sposobu myślenia pochodzą narracje liberałów o niedojrzałości ludzi do demokracji, głosowaniu na populistów przez słabo wykształcone osoby czy poczucie wyższości elit wobec ludu.
Problem w tym, że natura narzędzia musi być dopasowana do celu. Trudno jest przy pomocy bata nauczyć wolności.
Ostatnie dekady przynoszą aż nadto przykładów porażek w budowaniu demokracji siłą z klocków przywiezionych w teczce. Z tym samym problemem w przeszłości zmagał się leninizm chcący budować świadomość klasową od góry. W efekcie zastąpił jedną opresję drugą.
Na skutek tego mamy do czynienia z systemem, w którym wmawia się ludziom, że posiadają władzę tylko po to, żeby uznawali rządy państwowej struktury. Zmiana suwerena z monarchy jako jednostki na wyobrażony lud nie ma tutaj znaczenia, ponieważ potrzebny jest dzierżca władzy jako woli mocy.
Staje się nim w zależności od systemu kanclerz, prezydent czy premier. W przeciwieństwie jednak do monarchii w nowoczesnym państwie następuje rozdzielenie odpowiedzialności i władzy. Na ludzi zostaje zrzucona odpowiedzialność za wybranie takiej, a nie innej władzy, zaś decyzyjność przekazana zostaje aparatowi państwa.
Ecce homo, czyli nie ma polityki bez adekwatnej wizji natury ludzkiej
Nowoczesność w sposób radykalny zredukowała rozumienie człowieka. Chcąc ograniczyć się do „wiedzy pewnej”, a więc mierzalnych czynników, sprowadziła nas do swoistego rodzaju biologicznych automatów. Szczęście, sens życia, wyższe wartości itp. stanową prywatną odpowiedzialność jednostki.
Republikańska wizja człowieka jest zdecydowanie głębsza. Jak pisał Arystoteles, jesteśmy zoon politicon oraz zoon logon echon, czyli zwierzęciem politycznym i zwierzęciem obdarzonym rozumem/logosem. Nie znaczy to, że – jak chciałaby współczesność – stanowimy bardziej zorganizowane organizmy stadne czy inteligentniejsze od innych stworzenia.
Poprzez współdziałanie z innymi i budowanie wspólnoty poszukujemy, a następnie realizujemy nasz logos, czyli rozumny cel i sens istnienia. Jak pisał Bartosz Kuźniarz, ludzie są istotami metafizycznymi. Materia i zmysły to dla nas jedynie punkty odniesienia dla idei i sensów wykraczających daleko poza nas samych. Miłość, honor, sprawiedliwość i wiele innych naprawdę ważnych spraw sięga dalej – poza horyzont materii i biologii.
Chcąc to opisać w języku teologicznym, musimy się odwołać do Wcielenia. Bóg, jako stwórca świata, dawca praw i sensu jego istnienia, Słowo, Logos, staje się człowiekiem, wskazuje mu cel istnienia i pełnię, do której jest powołany.
Unia hipostatyczna ukazuje dwoistość natury człowieka – jest on jednocześnie ziemskim stworzeniem, jak i ma udział w boskości Logosu. Ograniczenie się jedynie do zaspakajania materialnych potrzeb jest radykalną redukcją człowieczeństwa.
W tym ujęciu republikańska teologia polityczna powinna się odwoływać do Civitas Dei św. Augustyna, zgodnie z którym tylko we wspólnocie celu możemy działać i tworzyć, będąc otwartymi na coś więcej niż świat tu i teraz. W swoistego rodzaju mistycznym ciele republiki każdy ma swój udział, nie wszyscy są wzrokiem czy słuchem, ale każdy ma swoją rolę do odegrania i nie może zostać wyjęty z organicznej całości.
Człowiek, jako istota wspólnotowa, powołany jest – jakby to powiedział Arystoteles – do przyjaźni czy – jak głosi Kościół – do miłości. Boskość w człowieku nie polega na uwielbieniu „ja”, lecz na szukaniu boskiej cząstki w drugim, w „ty”. Niejako oczywistym staje się wtedy otwarcie na rodzicielstwo i rodzinę.
Tak jak organizm wspólnoty nie podlega wybiórczym podziałom i atomizacji, tak i sam człowiek powinien być rozpatrywany holistycznie jako pełnia. Nie jest przecież tak, że jesteśmy tylko robotnikiem, przedsiębiorcą, matką czy elektoratem. Każdy z nas posiada przyrodzoną godność, wewnętrzny potencjał i wartość.
Stąd wizja, w której sprowadza się nas do roli pracownika, a następnie konsumenta dóbr, uwłacza naszemu człowieczeństwu. Nie jesteśmy kapitałem czy zasobem ludzkim. Bez rozwoju relacji międzyludzkich, kultury, sztuki, zdrowo rozumianej rozrywki i wypoczynku nie sposób myśleć o rozwoju republiki. Wzrastać powinni ludzie, a nie PKB.
Etyka cnót, czyli wielki nieobecny nowoczesnej polityczności
Nowoczesna polityczność chciała wypchnąć wielkie narracje, moralność i idee ze sfery polityki jako groźne i powodujące wojny i zamęt. Do bólu miałkie, technokratyczne i sterylne wielkie koalicje czy inne neutralne systemy polityczne w sposób naturalny prowadzą ostatecznie do radykalizacji.
Wyparte emocje i potrzeba sensu wracają jako cień pod postacią ruchów skrajnych. Czy nam to się podoba, czy nie, dla ludzi sfera publiczna jest obszarem działania moralnego.
A tego nie da się wydestylować przy pomocy zimnego rozumu praktycznego. Wielopiętrowe konstrukcje spod znaku „zasłony niewiedzy” są jedynie obrazem bezsilności wobec tego faktu.
Stąd ogólnie akceptowana moralność publiczna jest nie błędem, lecz koniecznością. Na koniec nikt nie będzie umierał za wysokość stawek podatkowych.
Każdy z nas rodzi się z pewnym potencjałem, jednakże na to, kim ostatecznie jesteśmy, wpływają zarówno czynniki zewnętrzne, jak i nasz własny wysiłek. Intuicyjnie wiemy, że tak samo utalentowany piłkarz w zależności od miejsca urodzenia i własnej pracy może skończyć albo na Mundialu, albo na kanapie przed telewizorem, albo w pracy za głodową stawkę w kopalni, gdzie wydobywa się surowce niezbędne do stworzenia materialnego zaplecza modeli językowych.
Jednocześnie zdajemy się ignorować to dość oczywiste rozpoznanie w kwestiach społecznych i moralnych. Cnota, czyli stała predyspozycja do działania moralnego, wymaga ciągłego utrwalania i ćwiczenia. Tak jak przebywanie w środowisku sprzyjającym cnocie ubogaca człowieka, tak samo można budować jej przeciwieństwo, czyli wadę, umieszczając ludzi w warunkach z goła przeciwnych.
W rozumieniu klasycznym podstawą są cnoty kardynalne, czyli roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo. Z nich wszystkich wywodzą się kolejne, chociażby typowo republikańskie cnoty, np. patriotyzm, umiłowanie wolności czy odwaga cywilna.
Każda cnota posiada cechy jej przeciwne, czyli wady. Dla roztropności będą to pochopność, emocjonalność, ale również podstęp czy manipulacja. W przypadku męstwa mogą to być tchórzostwo i bierność, ale również i zuchwałość.
Współczesność w całej swojej rozciągłości stanowi system budujący w ludziach wady. Z punktu widzenia myślicieli klasycznych wszystko postawione jest dziś na głowie. Wolność sprzedawana jest nam jako możliwość realizacji swojej woli. W praktyce jednak oznacza to podążanie za emocjami i zaspokajanie najniższych potrzeb. Jest to nic innego jak uleganie biologicznej konieczności.
Co więcej, aparaty marketingu, algorytmów i sztucznej inteligencji nastawione są na pobudzanie w nas zwierzęcego dążenia. W rozumieniu starożytnych, dla których wolność oznaczała samoopanowanie, jest to po prostu niewola.
Jeżeli bierzesz do ręki telefon, a następnie „budzisz” się po godzinie mimowolnego skrolowania, nie jest to wyraz twojej wolności, ale poddania się biologicznym procesom w mózgu – przykład niewypracowanych cnót roztropności i umiarkowania.
Nie jestem pięknoduchem wierzącym w nieskalaność natury ludzkiej. Wręcz przeciwnie, widząc jej ułomność, domagam się tworzenia ram do okiełznania słabości i promowania właściwych zachowań.
Użyjmy metafory otyłości jako problemu strukturalnego, w którym wytworzenie cnoty umiarkowania jest utrudnione. Jeżeli nie zapewnimy ludziom chodników i transportu miejskiego, jeśli nie będziemy uczyć podstaw zdrowej diety i kontrolować jakość żywności, lecz pozwolimy na rozwój taniego, wygodnego i przetworzonego jedzenia, nie będziemy mogli stwierdzić, że obżarstwo i lenistwo definiują naturę ludzką, a nadwaga stanowi wynik słabości naszego gatunku.
Okoliczności zewnętrzne mogą silniej lub słabiej wpływać na człowieka. Nie zawsze jest to kwestia psychicznej siły jednostek. Nie jest tak, że jedni są predestynowani do kontrolowania siebie i osiągania celów, a inni wadliwi i skazani na upadek. Po prostu część ludzi z różnych powodów nie wykształciła w sobie odpowiedniej cnoty. Często tym powodem jest niewłaściwa architektura społeczna sprzyjająca wzrostowi wad i utrudniająca rozwój cnót.
To samo tyczy się sfery publicznej. Jeżeli zbudujemy ją na partyjnej oligarchii utrzymywanej przez system medialny, odpowiedniej ordynacji wyborczej i systemie finansowania, to nie zdziwmy się potem, że osoby mieniące się politykami oszukują, ulegają presji sondaży, łamią swoje kręgosłupy moralne i rozmieniają idee na drobne.
Współcześnie dominuje myślenie w kategoriach interesów partyjnych, klasowych, biznesowych czy narodowych. Stanowi to jawne zaprzeczenie idei dobra wspólnego, a rządy mające zapewnić zaspokojenie potrzeb swojego elektoratu są niczym innym jak oligarchią.
Nadrzędnym celem partii w tym systemie jest zdobycie i utrzymanie władzy. Lata funkcjonowania w takim środowisku przypominają tresurę. Partyjni działacze reagują wręcz automatycznie, wyczuwają przekaz dnia, zanim zostanie podany. To, czy dana ustawa, rozwiązanie lub nominacja są dobre dla wspólnoty, pozostaje drugorzędne wobec kalkulacji w grze o władzę.
Oczywiście wewnętrzna racjonalizacja mówi, że gdy „my” zdobędziemy władzę, to będzie dobrze, a „oni” zniszczą kraj. Jakoś tak wychodzi, że przymyka się oko na wątpliwe nominacje w spółkach Skarbu Państwa, buble prawne czy realny wpływ poparcia lub sprzeciwu dotyczącego danej ustawy.
To stąd biorą się bezobjawowe partie „chadeckie” wprowadzające liberalne ustawy, dopuszczające aborcję i tzw. małżeństwa jednopłciowe oraz formalnie lewicowe partie wspierające liberalne rządy, które obcinają składkę zdrowotną i racjonalizują swoje wybory poprzez twierdzenia o rzekomym wpływie na władzę.
W polityce „cnotą” uczyniliśmy cynizm, zaś w ekonomii chciwość. Podstawą działalności gospodarczej jest maksymalizacja zysku. Ekonomia nie stanowi narzędzia do osiągania celów, lecz wartość samą w sobie. Tak bardzo zinternalizowaliśmy to założenie, że nawet działalność prospołeczną promujemy, odwołując się do chciwości.
Wsparcie NGO czy lokalnych inicjatyw przedstawiamy jako zasób, który można wpisać do działań CSR w celach marketingowych albo w sposób całkowicie bezpośredni jako darowiznę, którą można odliczyć od podatku. Po wielu takich drobnych ustępstwach następne są już kwestią stałej predyspozycji. System nas korumpuje.
Szto dielat?
W świecie rozpadającego się ładu, triumfu emocji, tzw. chłopskiego rozumu oraz postępującej i kreowanej przez korporacje samotności, w ramach której jednostki są otoczone przez algorytmy, konieczny jest ruch w stronę wspólnotowości oraz dążenia do prawdy.
Tak jak rewolucja przemysłowa przeorała ludzkie życia i jednocześnie stworzyła nowe perspektywy, tak podobnie pomyślmy o tym, co widzimy dookoła siebie. Robotnicy i mieszkańcy prowincji porzuceni przez nowoczesność, „młodzi wykształceni z dużych miast” – eksploatowani i rywalizujący na rynku z narzędziami AI – oraz pełni wigoru i marzący o nowym życiu migranci mają sobie wzajemnie wiele do zaoferowania.
Nie jest tak, że jesteśmy skazani na atomizację społeczeństw i podporządkowanie algorytmom. Stałoby się tak, gdybyśmy przyjęli, że człowiek jest z natury zły, więc albo się stoczy, albo musi zostać wzięty za twarz. W ludziach tkwi potencjał do działania wspólnotowego i życia ukierunkowanego na coś więcej niż własny żołądek. Trzeba mu jednak wpierw stworzyć warunki do ćwiczenia się w takim życiu.
Nawet setki książek, tysiące wykładów i kazań nie spowodują, że ludzie formatowani od najmłodszych lat do życia w konkurencyjnym świecie późnego kapitalizmu zaczną budować republikę. Kultura popularna, edukacja, otaczające instytucje i struktura gospodarki dookoła każdego dnia wtłaczają nam do głów określone aspiracje i wartości, a także zmuszają nasze sumienia do kompromisów z tak urządzoną rzeczywistością.
Musimy sami oddolnie zacząć tworzyć małe enklawy zdrowego życia, w których łatwiej będzie nam ćwiczyć się w cnotach. Zamiast obawiać się sztucznej inteligencji czy technofeudalizmu, spróbujmy je wykorzystać na naszą korzyść. Narzędzie nie jest moralnie obciążone, wszystko zależy od intencji jego użycia. W świecie, w którym informacja jest nowym kapitałem, zróbmy to, co z nim robili nasi przodkowie.
Spółdzielnie produkcyjne, finansowe czy spożywców były środkiem do zatrzymania odpływu kapitału, żeby następnie reinwestować go społecznie. To samo należy zrobić obecnie i z kapitałem, i z informacją. Konieczne jest zbudowanie republiki od dołu, bez czekania na kaprala państwo, który poda nam cokolwiek na złotej tacy. Trzeba rozbudzić tkwiący w nas odruch republikański.
Należy zrobić to tak, jak nasi przodkowie przeciwstawiali się skutecznie niemieckiemu państwu w Wielkopolsce dzięki oddolnej samoorganizacji. Tak jak w Kongresówce i Galicji budowali zręby nowoczesności dzięki spółdzielcom lub jak poprzez działalność Uniwersytetów Ludowych i ZMW „Wici” wspierali rozwój ludności wiejskiej.
Tak jak, gdy budowali Ochotnicze Straże Pożarne będące ochroną, ale i rdzeniem lokalnych społeczności. Czy wreszcie jak dzięki pierwszej „Solidarności” pokazali potencjał masowej samoorganizacji rzekomo anarchicznych Polaków.
W dobie pogoni za napisanymi przez algorytmy marzeniami, samotności wśród AI i wyzyskowi rynku musimy zwrócić się ponownie ku sobie. Jakkolwiek naiwnie dziś nie brzmi postulat związków przyjaźni kreowany przez Edwarda Abramowskiego, to jego słowa sprzed wieku nadal pozostają aktualne.
„Jeżeli biadamy dzisiaj nad upadkiem moralności, nad znikczemnieniem serc i umysłów, nad zanikiem szlachetności i rycerskości duszy, nad upadkiem żywej religii, to wiedzmy o tym, że to wszystko stąd tylko wynika, że dzisiejszy człowiek jest tak mało uzdolniony do przyjaźni, że walka o chleb i cała ta atmosfera kapitalizmu, wśród której żyje, robi go egoistą i od małego dziecka tłumi w nim miłość ludzi.
Nie będzie to przesadą, jeżeli powiemy, że nie co innego jak tylko samolubstwo zabija religię i że dla odnalezienia Boga w sobie trzeba przede wszystkim umieć kochać ludzi. Jest to odwieczna, lecz zbyt zapomniana dzisiaj, idea Chrystusa. Jego jedyne przykazanie społeczne, które nam zostawił” – głosił Abramowski.
Nie chodzi tutaj jednak o zwykłą samopomoc sąsiedzką. Ta jest początkiem czegoś więcej. Chodzi o sieć wzajemnie wspierających się dobrowolnych organizacji, kooperatyw i związków opartych o konkretne potrzeby ludzkie.
Wyobraźmy sobie np. aplikację dla grupy zakupowej pozwalającej wspólnocie mieszkaniowej czy parafii, pomijając duże sieci handlowe, na zakup taniej i dobrej żywności lub wysokiej jakości produktów bezpośrednio od zrzeszonych w spółdzielniach rolników czy drobnych przedsiębiorców działających w izbach handlowych.
Ci z kolei w ramach zrzeszenia mieliby dostęp do konsumentów, rekrutacji specjalistów, możliwość zbiorowego zakupu nawozów i środków ochrony roślin, ale i np. opłacenia w kooperatywie informatyków narzędzi AI dostosowanych do ich potrzeb, np. upraw papryki czy jabłek pod Radomiem.
Wszyscy powyżsi mieliby dostęp do kooperatywnych systemów medycznych czy współfinansowanej kultury. To zaś wspierane byłoby poprzez spółdzielczą bankowość i społeczne ubezpieczalnie oparte na zasadach ekonomii społecznej. Zarys takiego pomysłu opisywałem w innym swoim tekście opublikowanym na łamach teki „Pressji” zatytułowanej Katolickie państwo dobrobytu.
Czy wykształceni na uczelniach i niezliczonych kursach team liderzy muszą żyć życiem prekariusza, być uwieszeni do klamki korporacji, wynajmować pokój ze krocie w wielkim polskim mieście? Może zamiast tego mogliby prowadzić lokalny oddział banku spółdzielczego czy kooperatywy spożywców, mieszkając we własnym domu na Podlasiu?
Ta sama technologia, która w jednych rękach oddziela nas od siebie, w innych może służyć do zapewniania usług publicznych na prowincji. Nie żyjemy w XX ani XIX w., gdy tylko życie w mieście zapewniało byt na odpowiednim poziomie. E
nergetyka prosumencka, Internet Rzeczy, autonomiczne pojazdy, drukarki 3D, obrabiarki CNC oraz wiele innych osiągnięć techniki daje nam możliwości przekroczenia terytorialnych ograniczeń. Spisano tomy opracowań dotyczących Smart Cities, ale co ze Smart Villages?
Wymiar ekonomiczny to dopiero pierwsza warstwa konieczna do tego, by wyrwać się z biologicznej konieczności zapewnienia sobie bytu. Dając małym wspólnotom ekonomiczną niezależność, możemy ukierunkować ich działanie na budowanie wspólnoty.
Spółdzielnie, kooperatywy, izby handlowe lub gospodarcze i inne inicjatywy powinny współpracować z parafiami, zacząć obrastać świetlicami dla dzieci, drużynami harcerskimi, przychodniami, duszpasterstwami, ludowym szkolnictwem czy drobnymi lokalnymi klubami odtwarzającymi życie wspólnotowe.
Tak jak niegdyś cechy rzemieślnicze i gildie poza regulowaniem zasad gospodarczych zajmowały się tworzeniem i prowadzeniem ochronek dla dzieci, organizacją kultury czy życia społecznego, tak też powinno być i dziś. O ileż skuteczniejsza byłaby integracja migrantów, gdyby trafiali do zżytej wspólnoty na konkretne, potrzebne stanowisko.
Podobnie powrót z wielkiego miasta jako lekarz czy menadżer do kooperatywnego osiedla ze społeczną szkołą, spółdzielnią i lokalnym domem kultury mógłby być alternatywą dla szukania pracy i domu tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Taka wspólnotowa atmosfera sprzyjałaby również prokreacji. Powrót do relacji interpersonalnych sprzyjałby tworzeniu związków. Lokalne wspólnoty poprzez kluby matek, społeczne świetlice czy harcerstwo pomagałyby w obniżaniu kosztów emocjonalnych, organizacyjnych, społecznych i finansowych posiadania dzieci.
Te małe enklawy życia społecznego mogą pomagać krok po kroku budować warunki do rozwoju cnoty i odbudowy życia wspólnotowego. Poprzez współpracę, wspieranie, samopomoc będą z kolei zdolne do tworzenia efektu skali i masy krytycznej. Mając sieć niezależnych gospodarczo wspólnot, możemy promować w ich ramach nową kulturę, tworzyć książki, filmy czy spektakle za pieniądze z takiego społecznego mecenatu.
Na poziomie lokalnym taka struktura ułatwiałaby wynajdowanie talentów, by łączyć je ze sobą i kształcić w nowym, republikańskim paradygmacie. Wykorzystując narzędzia sieciowe, można by łączyć te rozproszone komórki oraz akumulować informacje w ramach własnych systemów oraz wykorzystywać je do tworzenia aplikacji, algorytmów oraz narzędzi AI służących integralnemu rozwojowi człowieka. W ten sposób, przechwytując i akumulując strumienie kapitału oraz informacji, zaczniemy stwarzać warunki do rozwoju ludzi i kreowania zdrowego republikańskiego ludu.
W trakcie tego procesu zacznie się wyłaniać naturalna elita, najbardziej rzutkie jednostki, wyłonione z nizin talenty, które dostały szansę. Będzie to moment na budowę alternatywnych uczelni, kultury i administracji. Swoistej „Katedry”. Będą to optymaci, przyszli senatorowie republiki. W całym tym procesie przestrzeń publiczna będzie się rozszerzać, ale pod kontrolą autonomicznego społeczeństwa.
To nie multikulti
Chciałbym rozbroić bombę, która mogła się zrodzić w głowach osób czytających ten tekst. Kiedy piszę o włączeniu migrantów w projekt budowy rzeczypospolitej, nie mam na myśli wpuszczania wszystkich przy wesołej afirmacji inności dla inności.
Sam przecież w swoim tekście o republikańskiej cnocie zwracałem uwagę na niemożność istnienia przeźroczystej i neutralnej sfery publicznej. Skoro mamy budować dobro wspólne, to musi się ono opierać na jakichś wspólnych wartościach, muszą istnieć punkty odniesienia dla identyfikacji ideału dobrego życia.
Kreowanie polityki migracyjnej musi brać pod uwagę zdolności adaptacyjne migrantów i lokalnych wspólnot. Nie można dopuścić do powstania społecznych archipelagów, które zostaną od siebie oddzielone i będą żyć własnym życiem.
Musimy jednak porzucić ambicję narodowej rawniłowki. Nie ma możliwości powrotu do wtłaczania w głowy każdemu, że jest potomkiem Gallów albo innych Piastów.
Punktem odniesienia nie może być pochodzenie, lecz służba dobru wspólnemu i republice. Bierny, ale „zamieszkały z dziada pradziada” lokals nie może być faworyzowany kosztem zaangażowanego i oddanego wspólnocie migranta. Tak samo potomek pięciu pokoleń krakowskich profesorów jedynie z racji swojego pochodzenia nie powinien być stawiany przed zdolnym studentem z klasy ludowej.
Budujmy arystokrację ducha, a nie krwi – tak w wymiarze socjalnym, jak i kulturowym. Oczywiście bez zapewnienia równych szans i zaspokojenia podstawowych potrzeb to wezwanie będzie tylko pustym sloganem.
Równanie w górę nie może jednak oznaczać deptania tych na dole. Republika jest projektem aspiracyjnym. Tak jak w XIX w. państwo dawało szansę na wspięcie się na drabinie społecznej w jego służbie, tak teraz powinna działać republika.
Zamiast łudzić paciorkami i zarządzać wyścigiem szczurów, jak robi to zglobalizowana elita, dajmy ludziom z prowincji oraz migrantom szansę na realizację siebie w służbie wspólnocie.
To nie jest komunizm
Odwołania do wspólnotowości i atak na kapitalizm z pewnością zapaliły czerwoną lampkę w niektórych umysłach. Nie jest jednak moim zamiarem promowanie wizji kolektywnej własności ani tym bardziej gospodarki centralnie sterowanej. Własność prywatna, majątku, jak i środków produkcji jest niezbędna do budowania wolnego społeczeństwa.
Cały szkopuł w tym, że to nieokiełznanie siły rynku i kapitału dąży do pozbawiania nas własności poprzez jej kumulowanie w rękach najbogatszych. Finansjalizacja, dążenie do zaspakajania potrzeb nie przez własność, ale przez narzędzia finansowe, a wreszcie rodzący się technofeudalizm wykazują podobieństwa do procesów opisywanych już przez dystrybucjonistów, takich jak Hilaire Belloc czy Gilbert Keith Chesterton.
Brak przeciwdziałania procesom gospodarczym polegającym na wypłukiwaniu kapitału i przechwytywaniu kontroli nad informacją sprowadzi nas w najlepszym wariancie do roli chłopów w technofeudalizmie, a w najgorszym do roli sług korporacji lub technopaństwa. Oczywiście rozwój technologiczny i komplikacja procesów gospodarczych prowadzą do tego, że ideał „trzech akrów i krowy” należy rozumieć metaforycznie.
Spółdzielczość i współdziałanie mają na celu promowanie oraz pomnażanie własności i majątku w rękach prywatnych, nawet jeżeli jego część oznaczać będzie współwłasność. Celem jednak ma być człowiek i jego holistyczny rozwój, własność powinna służyć wzrastaniu obywateli, nie odwrotnie.
Zysk, kumulacja i reinwestycja powinny być narzędziem, a nie celem samym w sobie. Sposobem na rozwój kulturalny, intelektualny i społeczny. Znowu – wspólny i holistyczny wzrost ludzi, nie PKB.
Dla jasności, nie proponuję tutaj opcji degrowth czy utopijnego powrotu do małych wspólnot sadzących rzepę. Te piękne wizje niestety prędzej czy później będą musiały się zetknąć ze strukturami zorganizowanej przemocy czy to w formie bandyckich państw jak Rosja, technoautorytaryzmów w stylu chińskim, czy technofeudalnych korporacji.
Rozpad ładu gospodarczego oraz jego rekonfigurację należy wykorzystać. Tak jak w XIX w. upadał świat rolniczych potęg, co dało szansę państwom uprzemysławiającym się na „wejście do gry”, tak obecnie musimy wskoczyć na konia gospodarki w chmurze.
Nie jako klient globalnych sił, lecz jako drobny ciułacz idący pewnie po swoje. Nie sprzedawajmy starupów, lecz sami w nie inwestujmy oraz rozwijajmy własną wiedzę i know-how.
Stwórzmy republikę rozwojową reinwestującą zasoby celem budowy lepszego społeczeństwa i obrony przed zewnętrznymi zagrożeniami. Jednocześnie tak jak komunizm nie mógł się udać w jednym kraju, tak i republika nie może zamknąć się w trzydziestomilionowej Polsce. Trzeba, aby „słodyczą tej wolności i podziwem dla niej pociągnięte zostały liczne prowincje”.
To nie jest anarchosyndykalizm
Jakkolwiek w sposób zdecydowany atakowałem ideę nowoczesnego państwa rozumianego jako lo stato, to nie jestem zwolennikiem zdecentralizowanego systemu komun i zniesienia państwa. Po pierwsze, byłoby to naiwne i nierozważne, gdyż w otoczeniu wytrenowanych w zarządzaniu przemocą państw żaden pozbawiony takich zdalności organizm społeczny długo się nie utrzyma.
Po drugie, włączenie elementu monarchicznego i władczego jak najbardziej mieści się w formule republiki. Ucieczka od konieczności życia biologicznego jest sensem republiki. Nie jest nim ignorowanie owej rzeczywistości, lecz zarządzanie nią. Stąd mechanizm systemu zmieszanego, regnum comixtum. Państwo ze swoim aparatem jak najbardziej powinno być włączone w organizm republiki, ale jako jej narzędzie.
Tam, gdzie jest ono skuteczniejsze i lepsze z racji istotnych wartości społecznych, należy je utrzymać. Istota zasady pomocniczości polega bowiem na tym, że rozpoznaje ona również te obszary, w których dobro wspólne lepiej realizuje państwo. Wejście w kontakt z nim powinno jednak nadejść na samym końcu, kiedy to ono będzie słabe, a republika silna. Tylko tak państwo stanie się sługą, a nie panem obywateli.
Stąd wszelki aparat siłowy, czyli armia, służby, policja czy dyplomacja, powinien pozostać w gestii państwa, tak samo jak monopol na przemoc. Podobnie rzecz ma się z kosztochłonnymi przedsięwzięciami, których celowość nie polega na drogiej efektywności tu i teraz, ale na skumulowanej wartości dodanej służącej wspólnocie.
Mowa tutaj o wydatkach na infrastrukturę, badania podstawowe oraz zaawansowaną medycynę. Skala i rachunek ekonomiczny wprowadzają konieczność powierzenia tego aparatowi państwa. Państwo również powinno być arbitrem i swojego rodzaju imperium regulacyjnym, dawcą i stróżem zasad pozwalających na wolny i równy rozwój oraz ograniczających wykorzystywanie nieuczciwych przewag.
Żeby jednak z jednej strony państwo realizowało na rzecz republiki swoje zadania skutecznie, a z drugiej nie zerwało się z łańcucha i przejęło władzę, koniecznie jest utworzenie jednolitego, apolitycznego i technokratycznego aparatu administracyjnego.
Wykwalifikowanej, zawodowej i inkluzyjnej klasowo armii urzędników podległych instytucjom republiki. Aparat musi więc istnieć obok normalnego życia politycznego jako źródło analiz i wykonawca poleceń, ale nie uczestnik gry politycznej.
Utopia i Nibylandia?
Oczywiście przedstawiony powyżej obraz wydaje się, po pierwsze, idealistyczny, a po drugie, niemożliwy do realizacji w obecnej rzeczywistości społecznej. I właśnie taki ma być.
Pragmatycy korygują świat, ale zmieniają go idealiści. Kawiarniane dyskusje XVIII-wiecznych myślicieli oświecenia z punktu widzenia absolutystycznej i feudalnej Francji musiały się wydawać nie mniej odrealnione, a jednak obaliły ancien regime.
Rzeczywistość polityczna nie jest odwieczna i dana raz na zawsze. Do zmiany niezbędne są dwie cechy, które usilnie przedstawia nam się jako przeciwstawne. To mianowicie romantyczna idea mogąca porwać serca oraz przynależna rozumowi systematyczna, sumienna i rozpisana w czasie praca. Polityka, jako sfera moralna, potrzebuje idei i wartości, a jednocześnie nie może być irracjonalnym polem starć emocji.
System jednak jest przebiegły, a jego najsilniejsza cecha to zdolność do wchłaniania i przejmowania siły jego oponentów. Zmiana musi zatem wyjść spoza niego samego bez wchodzenia z nim w konszachty jako cicha, narastająca w cieniu i nabierająca siły lawina. Najpierw trzeba zbudować siłę, powoli i mozolnie się organizować, kumulować i reinwestować. Krzewić cnotę, upadać, wstawać, popełniać błędy i się uczyć. Bez złudnych ambicji o przejęciu władzy.
Nie bądźmy jak Boromir, nie łudźmy się, iż pierścień władzy pozwoli nam pokonać zło. Republika powstaje od dołu przez budowanie przyjaźni, organizowanie się i zmianę świadomości. Kiedy odbudowana zostanie prawdziwa rzeczpospolita, nadejdzie właściwa okazja na zmianę.
Fałszywa dychotomia
W kontekście zawirowań w świecie Zachodu, upadku demokracji liberalnej oraz wzrostu sił antysystemowych w dyskusjach pojawia się zaktualizowana wersja dychotomicznego podziału na siły konserwacji porządku i podpalających świat rewolucjonistów. Powracają stare pytania o to, czy można obalić niesprawiedliwy ład przy pomocy rewolucji powodującej jeszcze więcej niesprawiedliwości.
Jest to dla konserwatystów i katolików nietrywialne pytanie, gdyż z jednej strony widzimy wady systemu, ale z drugiej nie wolno nam angażować się w przedsięwzięcia rewolucyjne, niszczące ład i wzmagające przemoc.
Dylemat ten jednak jest moim zdaniem fałszywy, gdyż lawina już dawno ruszyła. Przemiany społeczno-technologiczne czynią ład niemożliwym do utrzymania. Patrycjusze starego porządku są na tyle syci i zadowoleni z siebie, że stali się niezdolnymi do adaptacji i ratowania systemu.
Paradoks w tym, że konserwatyści – zarówno ideowi następcy Burke’a, jak i starzy liberałowie, którzy chcą konserwować świat, w jakim się narodzili – nie mają sojuszników w systemie.
Rzym się rozpada, elity są ślepe, a barbarzyńcy i niewolnicy znajdują się już w imperium i się buntują. Mówiąc Toynbeem, proletariat wewnętrzny i zewnętrzny już działa. Nie chodzi więc o to, czy powstrzymać przeważające siły wroga lub dołączyć do Hunów albo innych Wandali.
Chodzi o pójście na Monte Cassino. Wbrew pewnym interpretacjom tzw. opcji Benedykta nie proponuję ucieczki dla ucieczki. Jak pisałem już w swoim tekście o klasztorze jako backupie cywilizacji, chodzi o wycofanie się celem zebrania sił i budowy nowego porządku.
O bycie miastem na wzgórzu, solą dającą smak i światłem, którego nie sposób ukryć. Azylem dla uciekinierów ze starego porządku i jego ofiar niechcących się przyłączyć do barbaricum. Wycofać się, żeby pracować i budować po to, by kiedy kurz bitwy i dym pożarów opadną, przyjść, podnieść koronę z błota i nadać nowy sens pogrążonemu w pożodze światu.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
