Upadek sitcomów. Czy doczekamy się jeszcze ich powrotu na miarę cyfrowych czasów?
Format sitcomu oparty na więziach rodzinnych czy perypetiach grupy zagubionych singli odchodzi do lamusa. Wszystko przez erę cyfrową, platformy streamingowe i media społecznościowe, które skutecznie zaspokajają w nas potrzebę rozrywki. Do tego samo wejście w dorosłość jest coraz bardziej odkładane w czasie, przez co opowieści o dorastaniu przestają z nami rezonować. Czy to definitywny koniec sitcomów?

Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Sitcomy opierały się na genialnej w swojej prostocie formule – krótkie odcinki pokazywały zabawne, codzienne sytuacje z życia stałej grupy bohaterów, przebywających zazwyczaj w tym samym miejscu.
Początkowo były nagrywane przy udziale publiczności, której reakcje stanowiły część show. Stąd też wziął się charakterystyczny dla tego typu produkcji śmiech spoza kadru.
Pionierem sitcomów był amerykański serial „Mary Kay and Johnny” z 1948 r. Przedstawiał on perypetie młodego nowojorskiego małżeństwa. Na tym samym pomyśle opierały się późniejsze telewizyjne hity lat 50., które wyznaczyły standardy gatunku, takie jak „I Love Lucy” czy „The Honeymooners” (zaadaptowany w Polsce jako „Miodowe lata”).
Nawet w latach 70., które w USA były okresem kryzysu i gwałtownych przemian kulturowych, hitem dekady pozostawał sitcom rodzinny – „All in the Family”. Jego główną oś stanowiły różnice poglądów politycznych i obyczajowych między ojcem rodziny a jego córką i zięciem.
Zachodnie społeczeństwa pokochały tego typu seriale, bo pokazywały one bliskie im problemy i styl życia. Jednocześnie poprzez humor łagodziły codzienne napięcia pojawiające się w relacjach międzyludzkich.
Załamanie dawnego modelu rodziny w „Świecie według Bundych”
Format sitcomu trafił do Polski w czasach transformacji. Doczekaliśmy się nawet jego rodzimych wersji. Najbardziej klasyczne pod względem formy były wspomniane już „Miodowe lata”. Mieliśmy też obrazoburczą produkcję o policjantach – „13 posterunek” – czy szalony, a momentami surrealistyczny „Świat według Kiepskich”.
Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że była to ostatnia fala tego typu produkcji. Jednocześnie bowiem lata 90. były momentem, w którym formuła klasycznych seriali familijnych coraz mniej pasowała do zmieniającego się świata. Rewolucja kulturowa i zmiana modelu życia zaczęły odbijać się też w amerykańskiej (a zatem i w światowej) popkulturze.
Kiedy „Świat według Bundych” był emitowany na przełomie lat 80. i 90., nie należał do najpopularniejszych sitcomów w Stanach Zjednoczonych. Dla wielu Amerykanów pozostawał zbyt cyniczny i obrazoburczy, by mogli go w pełni zaakceptować.
Stał się jednak fenomenem kulturowym, ponieważ udało mu się uchwycić przemianę, jaka dokonała się w amerykańskim społeczeństwie. W zabawny sposób pokazał zderzenie tradycyjnej rodziny znanej z dawnych sitcomów z nowym modelem życia. Stał się świadectwem zmiany, którą w Polsce przechodziliśmy w czasach transformacji – tyle że w przyspieszonym tempie.
Rodzina Bundych na pierwszy rzut oka wydaje się spełnieniem amerykańskiego snu: mąż utrzymujący rodzinę, żona zajmująca się domem, dwójka dzieci, pies, samochód i dom na przedmieściach.
Mimo to w świecie serialu Bundy uchodzą za nieudaczników, którzy nie nadążają za innymi. Od sąsiadów odstają przede wszystkim pod względem konsumpcji – wiele odcinków opiera się na pogoni za kolejnymi modnymi produktami, na które ich nie stać.
Rosnące aspiracje amerykańskiej klasy średniej sprawiają, że Bundy nie mogą czuć się zaspokojeni. Mimo iż Al ma atrakcyjną żonę, nie jest z niej zadowolony, bo nie jest ona blondwłosą dwudziestolatką ze sztucznymi piersiami, jakich naoglądał się w telewizji.
Także Peggy, mimo że jej mąż ciężko pracuje na utrzymanie rodziny, ma pretensje, że nie może sobie pozwolić na modne stroje i kosmetyki, które mają jej koleżanki.
Pokolenie wiecznych singli wychowane na serialu „Przyjaciele”
Rodzina Bundych to model tradycyjnej rodziny w rozkładzie. Nowy styl życia zapowiada ich sąsiadka – Marcy Darcy. Jest ona wojującą feministką, która odrzuciła tradycyjny model rodziny i nawet do niego nie aspiruje.
Pracuje w prestiżowej branży finansowej, dzięki czemu stać ją na wszystko, czego zapragnie. Nawet na utrzymanie męża, który wygląda jak model wyjęty z okładek kolorowych magazynów.
Model aspiracji młodych Amerykanów doczekał się jednak jeszcze lepszej reprezentacji w postaci najpopularniejszego sitcomu drugiej połowy lat 90. – serialu „Przyjaciele”. Produkcja opowiadała o grupie przyjaciół mieszkających na Manhattanie, którzy nie spieszyli się z wchodzeniem w dorosłe życie i zakładaniem rodzin.
Co ciekawe, w „Świecie według Bundych” jest scena, w której zblazowany Al ogląda „Przyjaciół” na swoim telewizorze, ale – jak sam mówi – tylko po to by popatrzeć na „balony” Jennifer Aniston. Chyba nie da się lepiej ukazać tego, jak urok rodzinnego życia przegrywał z obrazem młodych, atrakcyjnych ludzi z wielkiego miasta.
Aspiracjami bohaterów „Przyjaciół” była przede wszystkim kariera zawodowa. Choć umawiali się na randki i wchodzili w relacje romantyczne, dopiero w późniejszych sezonach serialu pojawiały się poważniejsze związki.
Co ciekawe, podobnie jak rodzinne sitcomy z lat 60. pokazywały wyidealizowany obraz amerykańskich przedmieść, odbiegający od rzeczywistości, tak i model życia przedstawiony w „Przyjaciołach” wydawał się raczej idealną wizją niż rzeczywistością.
Wątpliwe bowiem, by młodzi ludzie wykonujący niskopłatne prace byli w stanie pozwolić sobie na przesiadywanie całymi dniami w kawiarni i wynajmowanie przestronnego mieszkania w jednym z najdroższych miast świata.
Sitcomy z nurtu chosen family (rodziny z wyboru), opowiadające o grupie bliskich sobie, lecz niespokrewnionych osób, były obecne w telewizji od samego początku istnienia gatunku. Na przełomie tysiącleci doszło jednak do odwrócenia proporcji. To nie perypetie rodzin, lecz grup przyjaciół zaczęły dominować w telewizyjnej ramówce.
Morderstwo streamingu i rolek na sitcomach
Motyw rodziny z wyboru kontynuowały hity kolejnych dekad, takie jak „Jak poznałem waszą matkę” czy „Teoria wielkiego podrywu”. Seriale te opowiadały o młodych, wykształconych singlach z wielkich miast, którzy z różnym skutkiem starali się znaleźć partnerów i ułożyć sobie życie.
Ciekawe jest jednak to, że produkcje te kończą się w momencie, w którym zaczynały się pierwsze sitcomy – czyli wraz z wejściem bohaterów w trwały związek, traktowany nie jako początek dorosłego życia, lecz jego zwieńczenie.
Szczególnie „Teoria wielkiego podrywu” jest tutaj ciekawym przykładem. Produkcja pokazywała bowiem, jak popkultura zdominowała nasze życie i stała się niejako autoteliczna.
Bohaterowie niejednokrotnie traktują problemy ze świata filmów, gier czy komiksów na równi z problemami życia codziennego, a dominującymi wątkami wielu odcinków są inne seriale, na różne sposoby parodiowane, omawiane czy krytykowane.
Być może w tym sitcomie zawiera się też odpowiedź na pytanie, dlaczego gatunek ten traci na popularności. W świecie internetu, komputerów i smartfonów sama telewizja przestaje być bowiem głównym medium masowej rozrywki.
Nie dość, że sitcomy przegrywają dziś z zalewem rozmaitych treści rozrywkowych, to dodatkowo samo wejście w dorosłość jest coraz bardziej odkładane w czasie. A przecież popularne produkcje z tego gatunku najczęściej pokazywały właśnie aspiracje, styl życia i problemy młodych ludzi, którzy muszą zmierzyć się z pierwszymi dorosłymi problemami.
Ze względu na zmiany technologiczne maleje też liczba kontaktów w świecie rzeczywistym na rzecz interakcji za pośrednictwem sieci. Sprawia to, że współczesny sitcom, chcąc naprawdę oddać życie swojej publiczności, musiałby pokazywać bohaterów siedzących przed ekranami smartfonów, co z zewnątrz – nie wygląda zbyt ciekawie.
Czy doczekamy się więc sitcomów dziejących się w świecie cyfrowym? A może czeka nas odwrót od obecnego trendu i młode pokolenie, zmęczone nowymi mediami, zacznie na nowo szukać kontaktu z żywym człowiekiem?
I wreszcie: czy na fali demograficznego wzmożenia doczekamy się ponownego przedstawiania w popularnych sitcomach nie singli i grup przyjaciół, lecz ludzi żyjących w trwałych związkach i ich rodzin?